czwartek, 15 października 2015

Rozdział 14: ,,Dziwniejsza w dziwnym świecie"


*Sally*
 Cholera, i znów wszystko się zmieniło. I to nie troszeczkę. Niemal całkowicie. Od tego całego występu zaproszeń do znajomych przybyło, napisali o nas nawet w jakimś piśmie muzycznym. Może to nie była wielka sława, ale mnie przerażała. Sam fakt, że na Facebooku ludzie mi piszą, że jestem świetną wokalistką mnie dziwił. Przecież ja nigdy nie śpiewałam, robiłam to na wyczucie. Nie miałam pojęcia o muzyce, o nutach, o tym wszystkim.. Do tego nie byłam już taka pewna, czy chcę być w zespole. Spowodowane było to tym, że Carl raz wyskoczył z jakąś propozycją nagrania albumu. Nic wtedy nie odpowiedziałam i jedynie liczyłam na to, że zapomni. On cały czas chodził podjarany tym, jacy to ,,niesamowici" jesteśmy i przeglądał w internecie informacje o wytwórniach. W każdym razie ja nie czułam się gotowa, a mimo to i tak wiedziałam, że nie odmówię. Choć może to by była dobra zabawa?
,,Nie.. Z twoim strachliwym charakterem? Zesrasz się w majtki już na progu!"- mówił mi rozsądek.
No cóż.. Musiałam to jeszcze przemyśleć.
Teraz kiedy członkowie Train To Wonderland nie widzieli świata poza swoją muzyką, czułam się nieco dziwnie. Nie podniecało mnie to aż tak bardzo (właściwie w ogóle, strachałam się), więc rozmowy zwyczajnie mnie nudziły lub krępowały. Jasne, nadal lubiłam dawne towarzystwo, ale czułam, że chciałabym się kumplować jeszcze z kimś, z kimś innym. Kimś ,,nie z TTW". Kimś bardziej podobnym do mnie. A nie miałam za bardzo na kogo liczyć. Na pewno nie na Andy'ego. Robił się coraz dziwniejszy. Naprawdę go nie poznawałam. Zachowywał się jeszcze gorzej niż na początku. Traktował mnie tak chłodno.. Nie całował, nie przytulał, nie odzywał się.. Miałam ochotę płakać i wykrzyczeć mu wszystko prosto w twarz, ale.. coś mi nie pozwalało. Miałam wrażenie, że Lynn też odwodzi mnie od tego pomysłu. Za każdym razem, gdy miałam w głowie rozstanie, przechodziły mnie ciarki.
No właśnie, taki był kontakt z siostrą.
Miałam do wyboru jeszcze resztę BVB i Sammi. Z facetami na 100% bym nie wytrzymała. Jinxx i Jake ciągle się darli, nawet Ashley zdziwaczał, a CC podlizywał się innym. Z kolei dziewczyna była jak dla mnie zbyt głośna i pobudliwa. I tępa. Nie wytrzymałabym z nią dłużej niż godzinę. Ona chyba też miała mi trochę za złe. W ogóle całe towarzystwo się na mnie wypięło. Gdybym zerwała z Andy'm, najpewniej wywaliliby mnie na zbity pysk bez wahania..
Ogarniał mnie smutek. Czułam się wyobcowana. Jak jakaś dziwniejsza w dziwnym świecie..
Jednego byłam teraz pewna: muszę sobie znaleźć kogoś jeszcze. Choć jedną osobę. Bo przebywanie w tym samym towarzystwie bez żadnej odmiany nie prezentowało się najciekawiej..
Do tego każdy dzień wydawał się taki nudny. Mimo że nie siedziałam na tyłku, to zaczynałam popadać w rutynę. Mój każdy dzień wyglądał identycznie: wstawałam, ubierałam się, jadłam śniadanie, martwiłam się o nieobecnego Andy'ego, szłam do Carla, spędzałam tam cały dzień, wracałam, jadłam kolację, myłam się, mówiłam coś do ducha siostry, a na koniec szłam spać. I tak codziennie. To zaczynało mnie dobijać, bo w moim życiu nic się nie działo. Choć może i trochę z mojej winy.
Mogłam mówić, że nie mam okazji, ale tak naprawdę się bałam. Bałam się, że ludzie mnie nie zaakceptują. W ogóle się ich bałam. Wydawali mi się tacy obcy. Nie miałam z nimi wiele kontaktu nawet w przeszłości, a przez tyle lat w samotności całkowicie się odzwyczaiłam. Stałam się cichym odludkiem. I czy ktoś by polubił mnie w takim stanie?
Więc nie miałam motywacji, by zacząć garnąć się do ludzi.
Do dzisiaj.
Jak to w zwyczaju zeszłam na dół. Oczywiście powitało mnie klasyczne zgromadzenie: Ferguson, Pitts, Purdy i Coma. Niechętnie zajęłam miejsce obok nich. Już na powitanie spojrzeli na mnie spode łba. Żadnego ,,cześć". Tylko pomrukiwania. Chyba ponownie zaczynałam rozumieć Andy'ego..
Zaczęłam robić sobie kanapkę drżącymi rękami, kiedy nagle Jinxx się do mnie zwrócił:
- Sally, musimy porozmawiać..
Przez jego ton mało się nie zachłysnęłam. Był tak dydaktyczny, że aż śmieszny. Co jak co, ale nie miałam pięciu lat. A on mówił do mnie jak zirytowany rodzic. To nie wskazywało na nic dobrego. Ale co ja niby zrobiłam? A może chcieli się mnie pozbyć?
Oj, będzie kara..
Żołądek podszedł mi do gardła, gdy o tym pomyślałam.
- Tak?- spytałam niepewnie.
- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale kończą się wakacje- ,,Nie, według ciebie nawet na to jestem zbyt tępa"- Postanowiliśmy wszyscy, że powinnaś skończyć szkołę.
Upuściłam kromkę chleba, którą trzymałam w dłoni. Szczęka mi opadła, zapanowała niezręczna cisza.
Ogarnął mnie strach i coś w rodzaju złości.
Moja pierwsza myśl- ,,Naprawdę chcą się mnie pozbyć. Jestem w szkole, czyli problem z głowy!"
W pierwszej chwili chciałam im przyłożyć, załatwić wszystkich naraz i na nich nawrzeszczeć. Ale gniew błyskawicznie minął.
Bo przecież w szkole są ludzie. Ba! Jest ich na pęczki. Można wybierać do woli. A ja tego właśnie chciałam. Chciałam znaleźć sobie kilku przyjaciół.
Pomimo tego pomysł mnie przerażał. Przecież szkoła jest okropnym miejscem.. Typowe bagno. To tam zwykle ludzie są gnębieni, siedzą nad pracą domową do nocy i są stresowani przez takich nauczycieli, jak te typy w domu.. Już miałam dość. Tym bardziej, że pewnie ja stałabym się obiektem kpin.
Poczułam się rozdarta.
- Wiecie.. Muszę to jeszcze przemyśleć..- przyznałam. Oczywiście nie obyło się bez komentarza Pana Najmądrzejszego.
- Tu nie ma o czym myśleć. Musisz skończyć edukację, by potem dostać się na dobrą uczelnię i znaleźć sobie źródło utrzymania.
,,Czyli jednak chcą mnie wyjebać. No to pięknie.. Dziękuję, prze pana.."
- Ja.. Ja idę się przejść - wyszłam, nie kończąc śniadania.- Będę u Carla.
- Pamiętaj o szkole. Przemyśl to sobie - ,,Kurwa, nie mów mi jak mam żyć.. Nie jestem twoją córką!"- Nie będzie nas w domu. Mamy dziś wywiad dla Alternative Press. Wrócimy później. Nie zapominaj tylko o naszej rozmowie! I nie szalej!
,,To nie była, kurwa, rozmowa! To był jebany wykład!"
Wstałam od stołu i wybiegłam przez frontowe drzwi. ,,Nie będę z wami dyskutować!"
Zaczęłam biec ulicą, byle by jak najdalej od tego przeklętego domu. Nie zamierzałam iść do Carla. Nie zamierzałam iść do nikogo. Chciałam być sama. Chciałam odetchnąć z dala od tych wszystkich problemów. Nagle ci wszyscy, których niby kochałam, zaczynali się robić męczący. Carrie z wiecznym ADHD, jego kumple gadający tylko o zespole, milczący, niemiły Andy i reszta tej komedii. I duch Lynn, który pojawił się widocznie tylko po to, by się pojawić.
Opadłam na ławkę na pobliskiej ulicy. Nie przejmując się opinią przechodniów, zaczęłam roić łzy. Jak bardzo bym chciała, by wraz z tą wodą wypłynęły wszystkie smutki.. Chciałabym być znowu czysta, wyprana z tych wszystkich emocji. Jak biała, niezapisana kartka. Szczerze to chciałabym cofnąć całe swoje życie do startu. Ułożyłabym to zupełnie inaczej. Mogłabym być szczęśliwa.. Tymczasem siedziałam z twarzą między kolanami i unikałam swoich przyjaciół. Czy to więc byli przyjaciele?
Już sama się pogubiłam, a umysł podsuwał coraz to nowsze pytania.
Wpatrzyłam się w dom przede mną. Może mieszkała w nim jakaś szczęśliwa rodzina? Nie taka jak moja.. Może nie ma problemów, może wszyscy są szczęśliwi? Tego im życzyłam. Nawet nie zdawali sobie sprawy jakie trudności spotykają niektórych. U nich pewnie wszyscy żyli, nikt nie bawił się w niezrozumiałe gry, nikt nie miał takich głupich zmartwień. Nikt nie pozbywał się swoich dzieci..
Załkałam po raz kolejny.
Albo nawet to drzewo przed budynkiem. Ono o nic nie musiało się martwić. Miało taki spokojny żywot. Wiele bym dała, by się z nim zamienić.. Szumiałabym sobie i niczym się nie przejmowała. Ale nie, to akurat mnie, osobie tak słabej psychicznie trafił się najbardziej spierdolony żywot na świecie..
Skuliłam się w kłębek, nie chcąc oglądać już niczego. Wszystko wydawało się lepsze ode mnie. Nawet powietrze. I nikt by tego nie zrozumiał..
Byłam zbyt dziwna. ,,Dziwniejsza w dziwnym świecie".
Aż nagle usłyszałam szmer. Zastygłam w bezruchu. ,,Ktoś obok ciebie usiadł.."
Nie byłam pewna, jak reagować, ale tajemnicza osoba mnie wyręczyła.
- Co się stało?- dobiegł mnie uroczy, delikatny kobiecy głos. Nie mogłam się oprzeć uniosłam głowę.
Patrzyła na mnie śliczna dziewczyna, nieco starsza ode mnie. Miała falowane brązowe włosy i zielone oczy. Do tego mnóstwo tatuaży. A co najmilsze- na jej twarzy kwitł taki przyjazny uśmiech. Prawie ja słoneczko z Teletubisiów. Po prostu nie mogłam się jej oprzeć. Zauroczyła mnie momentalnie.
Postanowiłam odpowiedzieć tak, by wyjść na normalną:
- To nic.. Naprawdę nic - zaczęłam kombinować.- Po prostu się walnęłam. Ale to nic wielkiego..
- To dobrze - odparła. Myślałam, że na tym zakończymy rozmowę i szczerze było mi przykro z tego powodu, ale zaskoczono mnie. Dziewczyna postanowiła ciągnąć konwersację. Przysiadła się nawet. Potem się przedstawiła:- Jestem Cath, a ty?
- Sally - rzuciłam podając jej rękę.- Emmm..
Nie wiedziałam, co mówić dalej. Nie znałam tej dziewczyny, więc nie mogłam wiedzieć, o czym z nią pogawędzić. Do tego miałam trudności z nawiązywaniem przyjaźni. Po chwili namysłu zaczęłam od czegoś nietoksycznego:
- Co tutaj porabiasz?
- Biegałam - pokazała na sportowy strój. No tak..- Lubię tak czasem pobiegać i posłuchać muzyki. Dbanie o zdrowie i rozrywka jednocześnie.
- Ja też lubię muzykę - wtrąciłam.
- O, świetnie!- rozpromieniła się nowa znajoma.- Ja też uwielbiam muzykę! Czego słuchasz?- wypytywała.
Rozmowa naprawdę poprawiła mi humor. Potrzebowałam kogoś takiego. W tej chwili padałam dziewczynie do stóp. No bo byłam taka anonimowa dla niej.. Mogłam znów wykreować kolejną wersję siebie. Tego mi było trzeba. Kolejnej tożsamości. Nowej Sally. Trzeciej A.L.
Do tego to pytanie. Miałam nadzieję, że nasze gusta okażą się zbliżone.
- No cóż.. Specem nie jestem. Ale głównie coś w stylu Fit For Rivals. Są wielcy!
A tu kolejna niespodzianka..
- Ojej! No to super! Fit For Rivals to i mój ulubiony zespół. Byłam na ostatnim koncercie!
,,O kurwa."
- Szkoda tylko, że trochę się spóźniłam, ponoć support był fajny. Wszystko wina tego, że musiałam dłużej posiedzieć w pracy - żaliła się. Ale to dobrze, bo byłam uratowana. Na wszelki wypadek wolałam nie wspominać, że ja też tam byłam.- Mam nawet fotkę z Renee i jej autograf.. Pokazałabym ci, gdybym tylko nie wyczerpała neta w telefonie.. No i mieszkam dość daleko. A miałam na Facebooku. No, ale trudno się mówi..- stwierdziła z rezygnacją, załamując ręce.
- Nie! Poczekaj!- przerwałam. Dostrzegłam w tym świetną okazję na zawiązanie nowej przyjaźni. Gdybym tylko ją zaprosiła.. Gadałybyśmy do wieczora, ja bym miała jej facebooka, mogłybyśmy przynajmniej rozmawiać mobilnie. Do tego BVB nie było.. Chata wolna, robimy, co chcemy. To brzmiało niezwykle kusząco. ,,No pierwszy raz masz dobry pomysł!"- Ja mam w domu laptopa, mieszkam dwie ulice stąd!
Brązowowłosa klasnęła w ręce.
- Super! No to.. A, oczywiście, jeśli można..
- Jasne!- nie wahałam się dłużej. Chwyciłam Cath za rękę.- Nie ma dyskusji, idziemy!
Zaśmiałyśmy się jednocześnie.
- Co ty taka podniecona?
- Nie codziennie spotyka się zajebistych ludzi!
- Dzięki.. Ty też jesteś zajebista!
I poszłyśmy tak razem jak papużki nierozłączki. A ja znalazłam w sobie jeszcze iskrę nadziei. Czyli nie byłam aż tak aspołeczna. ,,Punkt dla ciebie!"

*Andy*
- Kurwa, czy ja na serio muszę tam iść?! Cały wysiadam!- darłem się z zza drzwi.
- Możemy się też wybrać do szpitala, jeśli chcesz! Więc wybieraj!- krzyczał Jinxx. No jebany chuj, no..
Ukryłem twarz w dłoniach. Z dnia na dzień czułem, jak mój stan się pogarsza. O niczym innym nie myślałem, nie mogłem się skupić. Ciągle było mi słabo, rzygałem, plułem krwią, miałem jakieś stany podgorączkowe. Cały drżałem. Do tego wychudłem jak cholera, byłem blady jak ściana. Bo prostu zdychałem. Wiedziałem, że nie jest dobrze. Ale postać Lynn cały czas pojawiała się, gdy tylko okazywałem skruchę. Przestałem już nawet brać leki, bo nie chciałem jej zemsty. Wiedziałem, że oczekuje ode mnie działania. No ale jak w takim stanie miałbym wypełniać swe przeznaczenie? Nasze przeznaczenie.
,,Weź się w garść, jebany leniu.."- mówił mój umysł. Był bezwzględny. A może to ona? Sam już nie miałem pojęcia.
- I pośpiesz się!- dodał Jake, wyrywając mnie z rozmyślania.
Ocknąłem się.
No dobra.. Teraz miałem inny problem. Na przykład, gdzie są moje spodnie.. Spodnie, które zapewne zaraz zsuną mi się z jeszcze bardziej kościstej dupy.

***
Szłyśmy dość wolno, ale tylko z tego powodu, że musiałyśmy wszystko obgadać. Zdążyłam się dowiedzieć, że Cath interesuje się nie tylko sportem, ale także fotografią. Wzięła ze sobą nawet swój aparat fotograficzny. Nowiutką lustrzankę. Powiedziała, że jeśli chcę, możemy porobić sobie fotki razem. Oczywiście się zgodziłam. Zdążyłam też opowiedzieć większość swojego życia (co prawda zakłamaną wersję, ale trudno). Doszłam nawet do momentu o Andy'm. Miło z jej strony, bo bardzo się nim zainteresowała, chciała wysłuchać prawdy o naszym związku. Cóż, tutaj również nie powiedziałam wszystkiego, ale chociaż połowę. Nawet Carly'emu i reszcie nie mówiłam o tym, jak to okropnie jest ostatnio z naszą miłością. W końcu lepiej się wygadać drugiej dziewczynie. Faceci nie rozumieją.
Właśnie, panicz Coward w międzyczasie przysyłał mi peryliard SMS-ów. Ale nie zamierzałam mu odpisywać. Powinien się o mnie martwić. Niech odpokutuje. W końcu był moim przyjacielem. Może jak trochę pomilczę, to w końcu zwróci na mnie uwagę? Bo ostatnio liczył się tylko on. Zaczynało mi to działać na nerwy. Już nawet mnie nie śmieszył. I to chyba było dość zrozumiałe.
- Andy i reszta jego zespołu są w domu?- spytała nowa przyjaciółka. Ocknęłam się. To gniewanie się na Carriego w myślach całkowicie mnie pochłaniało.
- Nie. Wyszli chyba na jakiś wywiad..- odparłam.- I dobrze. Będzie cały dom dla nas. Nikt nam się nie będzie plątać pod nogami.
- Wyjęłaś mi to z ust - zaśmiała się.
Jednak ja się zmartwiłam. Czy BVB już wyszło? Bo co jeśli nadal jest w domu?
,,Jebać to. Nie mogą nic do ciebie mieć. To twoja przyjaciółka, jesteś pełnoletnia. Pierdolić ich zasady.. Nie zrobią z ciebie odludka.. Bez powtórek!"
Przeszłyśmy ulicę i dotarłyśmy do domu. Brązowowłosa uśmiechnęła się.
- Wow, wygląda świetnie.. Jest idealny. Mogłabym mu pstryknąć fotkę?
Zdziwiłam się.
- Po co ci fotka domu? Przecież wygląda jak wszystkie na tej ulicy.. No, może jest troszkę większy, ale niczym się nie wyróżnia - stwierdziłam.
- Nie, nie.. On coś w sobie ma - zapewniała.- Bardzo chciałabym mieć jego zdjęcie. Lubię fotografować budynki. Mają swoją duszę..
- No.. Okej. Jeśli tak bardzo ci na tym zależy..- odpowiedziałam tylko, dlatego, że nie chciałam się pokłócić z tak głupiego powodu. Bo co za problem to dla mnie? Przecież to tylko zdjęcie! A jeśli uszczęśliwię tak fajną osobę, to na pewno nasze więzy zaczną się zacieśniać.
Przestałam marszczyć brwi i uspokoiłam się. Nic nie mogło mi zepsuć tego dnia.
- Zrób to zdjęcie - zachęcałam.
- Dzięki, jesteś super!
Uśmiechnęłam się szeroko. Lubiłam komplementy, dostawałam ich tak mało.
Już należałam do nowej.
Fotografka uklękła i przyłożyła aparat do oka. Kadrowała chwilę i w końcu zaczęła pstrykać. Co chwilę zmieniała miejsce, zdjęć było sporo.
- Po co ci aż tyle tych zdjęć?- dopytywałam.
- Chcę potem wybrać najlepsze. Pokażę ci jak wywołam.. Będą świetne!- zapewniała.
Skakała jeszcze trochę, aż przestała.
Podeszłyśmy do drzwi frontowych. Zawahałam się jeszcze na chwilę, ale zwalczyłam w sobie to uczucie.
,,Nie jesteś ich podwładną! Nie będą ci rozkazywać!"
Przekręciłam klamkę i weszłam do środka. Całe szczęście nie napotkałam śladów czyjejś obecności. Panowała głucha cisza, wszystko było nieuporządkowane. Czyli wychodzili w pośpiechu..
,,Teren czysty.."
- Okej. Cały dom będzie tylko nasz. Cieszysz się?- zwróciłam się do dziewczyny, ale ją gdzieś wcięło. Rozejrzałam się. Tym razem fotografowała salon.
- Po co ci zdjęcia salonu?- wyraziłam niepewność. To się zaczynało robić dziwne.
- A.. tak po prostu - rzuciła obojętnie, nie rozstając się z aparatem.
Coś mi tu nie pasowało.. Przyszła żeby spędzić ze mną dzień, a ciągle tylko robiła zdjęcia. Zdjęcia najzwyklejszych w świecie mebli. Tak, jakby nie miała niczego ciekawszego do fotografowania. Do tego wydawała się taka towarzyska, pytała mnie o moje życie, o BVB, o..
Chyba że..
,,Cholera."
Poczułam się oszukana. Naprawdę oszukana. I głupia. Mało nie zemdlałam.
A co podejrzewałam?
- Ty jesteś dziennikarką, prawda?- spytałam.
Dobiegł mnie parszywy chichot.
- No nareszcie się skapnęłaś. Już myślałam, że jesteś całkowitą idiotką - zaśmiała się ironicznie. To zabolało.- No trudno! A teraz pozwól mi dalej robić zdjęcia i zaraz mnie nie będzie!
Oburzyłam się.
- Ale przecież powiedziałaś mi, że jestem super! Że mnie lubisz! Naprawdę, wzięłam to na serio! Nie masz wstydu?!- podniosłam głos.
- A skąd! W tym fachu tak trzeba! Myślisz, że jesteś pierwsza?
Mój gniew wymieszany ze smutkiem wzrastał. Że ja się dałam tak oszukać!
- I naprawdę to wszystko były kłamstwa?!
Poczułam jak łzy napływały mi do oczu. Teraz jej śmiech, który wcześniej wydawał się słodki, był okrucieństwem.
- Tak, były. Ale teraz nie kłamię- jesteś idiotką! I beksą!
Chciałam się na nią rzucić i przez łzy ją zlać, ale uciekła do kuchni.
Nie mogłam zapanować nad szlochem. Nie mogłam go powstrzymać. Po prostu miałam wrażenie, że w życiu mi się nic nie udaje, a to wszystko przez moją naiwność.
Chciałam się wykrzyczeć, ale nie miałam czasu. Musiałam powstrzymać dziennikarkę.
Wpadłam do pomieszczenia i zaczęłam się zastanawiać, jak tu ją powstrzymać. Rozejrzałam się. ,,Nóż to chyba przesada.. Patelnia? Czy trzasnąć ją talerzem?"
W pośpiechu chwyciłam pierwszą lepszą rzecz. Okazał się nią wałek. Podeszłam do kobiety i zebrałam w sobie siły. Trzeba było zachować zimną krew.
Wycelowałam, ale okazało się, że przeciwniczka była całkiem sprytna i zadziałała, zanim ja zdążyłam chociażby się zamachnąć. Nie wiem, co to było, ale coś, co odczułam niemal jak dezodorant. A ,,to coś" wylądowało w moich oczach. Krzyknęłam, upuszczając ciężki przedmiot prosto na swoje stopy. Poczułam pulsowanie bólu i ogień pod powiekami.
- Kurwa!- wydarłam się.
,,Weź się w garść, ciamajdo!"
Słyszałam głośne kroki, które zdawały się cichnąć.
,,Błagam no, tylko nie na górę! Sally, kretynko, nie pozwól jej!"
Chciałam unieść powieki, ale natychmiast pożałowałam. Przyniosło to nieopisany cierpienie. No trudno, musiałam coś zrobić.. ,,Woda, woda!"
Po omacku trafiłam do zlewu i wodą przemyłam swoje oczy. Odetchnęłam z ulgą, gdy mogłam ujrzeć świat. Nadal piekło, ale przynajmniej nie oślepłam. W moim przypadku wtedy już do niczego bym się nie nadawała.
Zaczęłam nasłuchiwać. ,,Poszła na górę"- stwierdziłam. Szybko pobiegłam na wyższe piętro. Korytarz był pusty. Zaczęłam kolejno zaglądać do różnych pokoi. Ale za każdymi drzwiami kryło się rozczarowanie. Wkroczyłam do swojego lokum. Wszystko zdawało się porozwalane. Czyli tutaj już była. Chciałam sprawdzić w łazience, ale wtedy usłyszałam za sobą przekleństwa. Odwróciłam się. Dziewczyna pojawiła się tuż przy drzwiach pokoju Andy'ego. Przeraziłam się. Bo co jeśli go nie zamknął w pośpiechu? Co on tam ukrywa? Przecież sama nie miałam pewność, co się tam znajduje. Tym bardziej nie musiał się dowiedzieć cały świat.
- Kurwa, otwórz mi to, mała dziwko, jeśli już tu jesteś!- wrzasnęła w moją stronę dziennikarka.
- Chyba śnisz! Nie wejdziesz tam!- odkrzyknęłam, płonąc z gniewu. Włosy opadały mi teraz na twarz. Musiałam wyglądać teraz jak Samara Morgan, ale widocznie nie przerażałam. Już myślałam, jak tu odciągnąć kobietę, ale wykorzystała moją fryzurę. Chwyciła mnie za grzywkę i zaczęła tarmosić. Pisnęłam z bólu. Myślałam, że wyrwie mi wszystkie kudły. Trzeba było coś zdziałać, bo drugą ręką zaczynała majstrować. ,,Posuń się do najgorszego, tu idzie o honor. No dobra poza zabójstwem.."
Nie zastanawiając się więcej, kopnęłam dziewczynę w czułe miejsce. Zgięła się i puściła.
Ale ja nie miałam pojęcia, co jeszcze robić.
,,Zabierz jej aparat!"- podpowiadał rozum. A może Lynn?
Zbliżyłam dłoń do urządzenia. Moje palce już go dotknęły. Ale wtedy poczułam mocny cios i zwaliłam się na ziemię. Zamroczyło mnie.

Uniosłam powieki. Z początku nie miałam pojęcia, co się stało. Widziałam tylko ciemność i chyba czułam obecność Lynn.
,,Gdzie ja jestem, siostrzyczko?"- spytałam ją.
Nie odpowiedziała bezpośrednio, ale mój umysł podpowiedział:
,,Jesteś w zamknięciu.."
Wystraszyłam się. Oprzytomniałam i zaczęłam szukać wyjścia. Niestety nigdzie go nie napotkałam. Czułam, że coś jest nie tak. Delikatnie pchnęłam coś, co znajdywało się przede mną. Drgnęło, ale nie chciało otworzyć się całkowicie. Wyjrzałam za szczelinę.
Chyba znajdowałam się w holu na górze. Nie widziałam Cath, do tego panowała cisza. Chyba już uciekła, zamykając mnie w jakimś dziwnym miejscu, I miałam wrażenie, że jest to schowek na szczotki.
Z początku się wystraszyłam. Przyszły do mnie duszności, których nie wywołał stan zdrowia, a raczej panika. Miałam wrażenie, że zaraz umrę.
,,Uspokój się. Już raz dzisiaj zawaliłaś!"
Mimo to łzy pociekły po moich policzkach. Usiadłam na ziemi i się skuliłam.
Cholera..
I znów pokazałam jak naiwna i łatwowierna jestem i jak potrafię wszystko spieprzyć przez swoje dobre serduszko. A wszystko przez to, że po prostu chciałam się z kimś zaprzyjaźnić. I tutaj sprawdzała się jedna z klasycznych uwag, że nie ufa się obcym. I może nic złego by się nie stało, gdybym poznała Cath nieco bliżej. Może udałoby się wszystkiemu zapobiec? Może ona by mnie nawet polubiła? A ja już pierwszego dnia traktowałam ją jak siostrę.. Dałam plamę.
Chyba nie nadawałam się do kontaktów ze społecznością. Potrafiłam się odnaleźć tylko w grupie kompletnych dziwadeł. A w sumie ostatnio nawet oni mi nie wystarczali. Byłam jeszcze dziwniejsza.
Skuliłam się i ukryłam twarz między kolanami. Teraz chciałam tylko uciec. DO jakiegoś innego świata, któremu sprostam. Czy ja naprawdę byłam kosmitką?
Jedyne, co teraz słyszałam to wyzwiska i szloch w swojej głowie. W końcu rozryczałam się na dobre na głos. Szloch rozniósł się po całym domu, odbijając się od ścian. Tego potrzebowałam. Samotności. Gdybym była tu tylko jedna, to nikomu bym nie szkodziła. Byłam jak niebezpieczna broń, lepiej było mnie nie dotykać. Najlepiej, jakbym została w tym zamknięciu na zawsze i nikt mnie nie znalazł. Przy odrobinie szczęścia dołączyłabym do Lynn i wtedy już chyba nikomu bym nie przeszkadzała. Nikt i tak by po mnie nie płakał. Wszyscy mieli mnie gdzieś. A ja tak naprawdę sama też nic nie osiągnęłam. Moja samoocena spadła do zera.
Zrobiłam się cholernie nieszczęśliwa. Naprawdę chciałabym kogoś teraz przytulić i mu się wypłakać. Ale tak, by mnie zrozumiał i pocieszał. Nie mogłam na nic takiego liczyć.
Pogrążałam się w rozpaczy, gdy usłyszałam szczęk drzwi.
- Sally?!- rozległ się głos Jake'a.
,,O kurwa.. Tylko ich tu brakowało"- pomyślałam. Zaraz się na mnie wydrą i będzie jeszcze gorzej. Wtedy to chyba odejdę na zawsze lub się zabiję.
Starałam się powstrzymać łzy, ale w efekcie uroniłam ich jeszcze więcej. Cudem byłoby nie usłyszeć mojego donośnego płaczu.
,,Nie chcę ich tu.. Lynn, nie chcę by byli na mnie źli. Pomóż mi.."- błagałam siostrę.
- Sally!- wydarł się Jinxx.- Sally, jesteś tu?! Sally, co tu się działo?!
No tak.. Musiał panować niezły syf po naszej bójce. Ale co miałam robić? Przyznać się, czy siedzieć tu w nieskończoność? I tak mnie kiedyś znajdą..
Wzięłam głęboki oddech, jednocześnie niemal dusząc się łzami. Zagryzłam wargę. Podeszłam do drzwi i mocno w nie walnęłam.
- Tu jestem!- odkrzyknęłam najgłośniej jak w tej chwili mogłam.- Na górze!
Nie brzmiało to pewnie, ale usłyszałam kroki na schodach.
- Tak, jakbyś nie mogła się sama pofatygować! Absolutny brak kultury!
- Ale ja nie mogę się pofatygować.. Mam problem..
- Dziewczyno, ty w ogóle masz ze sobą jakiś problem!
To zabolało.. Poczułam się, jakby ktoś dźgnął mnie nożem. Nie byłam już taka pewna swej decyzji.
Jednak wszyscy byli już na górze.
- No i gdzie jesteś?! Nie chowaj się, do cholery! Już mamy dość tych twoich wygłupów!
Zastukałam w drzwi, po czym przełykając łzy, odpowiedziałam:
- Tutaj jestem.. Zaraz wyjaśnię..
- Co ty tam robisz?!- zdziwił się staruch.- Odbiło ci do reszty?
Po chwili drzwi się otworzyły. Przed sobą ujrzałam niemal czerwonego Fergusona, obok niego Pittsa krzyżującego ręce na piersi. Purdy wydawał się niezainteresowany, zresztą tak jak CC. A Andy stał daleko za nimi, zginając się w pół przy balustradzie schodów. Zmartwiłam się, ale nie było na to czasu. Teraz miałam przed sobą kłótnię, która zapowiadała się katastroficznie. Nie wiedziałam, czy obawiać się o własne życie.
- A teraz tłumacz się, no słucham!..
- To nie takie proste..- zaczęłam, odwracając wzrok.- Nie wiem, jak wam to powiedzieć..
- Ty nie wiesz?! Nie wiesz?! Opowiadaj mi tu zaraz, jak powstał ten burdel?! Znowu ściągnęłaś tu swojego kolegę?!
Mało nie wybuchnęłam po raz kolejny. Ale zdobyłam się na coś..
- To.. to było tak, że poznałam taką dziewczynę.. Ona wydawała się fajna i ją zaprosiłam..
- Zapraszasz obcych pod naszą nieobecność?!- aż podskoczył.- Ja pierdolę, kobieto.. I co, to wy narobiłyście tego bajzlu?!
- Nie.. To coś gorszego..- wydusiłam z siebie.
- Co jeszcze może być gorsze?!
- Wtedy ona okazała się..- przekrzyczałam go w końcu i załkałam. Mężczyzna poczerwieniał jeszcze bardziej. Nawet niezainteresowani odwrócili głowy w moją stronę. No ale musiałam to z siebie wydusić..- Zrobiła zdjęcia domu. To wszystko..
I odwróciłam się. Ale tym razem nikt nie zamierzał mnie oszczędzać. Facet złapał mnie za ramię i przyciągnął na siebie.
- To wszystko?! To wszystko?! Może dla ciebie i tak, głupia kretynko!- i przyłożył mi w twarz.
Krzyknęłam z bólu. Wyrwałam się z jego uścisku i runęłam na podłogę, szlochając głośniej niż kiedykolwiek.

*Andy*
Cholera, poczułem się naprawdę rozdarty.. Niby byłem zły na Sally, ale jednocześnie było mi jej żal. No bo czy mogła to wszystko przewidzieć? Do tego Jinxx tak nią poniewierał, jakby nie wiedział, że jest krucha. Ja unikałem jej ostatnio głównie po to, by jej nie skrzywdzić.. Najpewniej się nie domyślała. Więc czy teraz nie był dobry moment, by poświęcić własnej dziewczynie choć chwilkę uwagi?..
Postępowałem wbrew zasadom, ale ona tego potrzebowała.. Odezwała się we mnie stara empatia, cholera..
Ale nie pozwolę temu staremu piernikowi-skurwielowi nikogo poniżać, bić i krzywdzić.
Ruszyłem przed siebie, choć jeszcze przed chwilą skręcałem się z bólu, przez który sporo wywiadu się zmarnowało. Usprawiedliwiliśmy to jako śmieciowe żarcie.
Gdy dotarłem do mężczyzny chwyciłem go za kurtkę i mocno odepchnąłem na ścianę.
- Spierdalaj od niej, skurwielu.
Już chciał coś powiedzieć, ale mu przerwałem:
- I stul pysk. Chodź, Sall - powiedziałem, pomagając mojej drugiej połówce się podnieść. Usłyszałem za sobą jakiś szept, najpewniej groźbę. Potraktowałem ją środkowym palcem.
Objąłem uderzoną ramieniem i zacząłem prowadzić do jej sypialni. Gdy weszliśmy do pomieszczenia, zamknąłem za nami drzwi i poprosiłem najgrzeczniej jak umiałem:
- Może się połóż..
Choć raz postanowiłem się jakoś zachować. Rozumiałem..
Może dziewczyna i przyczyniła się do tego, że będziemy mieć kłopoty, ale nie powinniśmy jej aż tak tego wypominać. Nie mogła nic przewidzieć, do tego Jinxx potraktował ją gorzej niż mnie na co dzień. Skurwysyn. Ciekawe, co on by czuł na jej miejscu?
Poszkodowana upadła na materac i ukryła twarz w poduszce. Nie mogłem słuchać jej głośnego szlochu..
- Ej no, nie płacz.. Nic się nie stało..- powtarzałem, ale ona nie przestawała. Przytuliłem ją, co zmusiło mnie do dobrowolnego położenia się obok. No cóż.. Jej ciepło było całkiem przyjemne. Chyba jej się podobało, bo uścisnąłem ją mocniej. Wtuliła się we mnie i kontynuowała szlochanie. Pogładziłem ją po włosach.
- No już.. Spokojnie. Przecież to nie twoja wina..- uspokajałem. Ton mojego głosu wydawał się dziwny. Taki łagodny..
- Nie moja?!- krzyknęła nagle, zalewając się łzami.- Przecież to ja ją tu sprowadziłam.. Zrobiła zdjęcia całego domu. Pół świata je zobaczy! A ja chciałam dobrze..
- Nie mów tak. Wcale mnie nie obchodzi, co pomyśli świat. W naszym domu nie ma nic nadzwyczajnego..- jednak wypowiadając te słowa, czułem się bardzo niepewnie. Bo co jeśli suka zobaczyła mój pokój? Co prawda był zamknięty, ale kto wie? Paparazzi bywali przebiegli.
Rogers chyba czytała mi w myślach:
- Do twojego pokoju chyba nie wchodziła.. Przynajmniej tak myślę. Starałam się robić, co mogę.. Ale jestem taka beznadziejna i słaba..- po tych słowach znów załkała i praktycznie wysmarkała się w mój t-shirt. Cmoknąłem ją w czoło.
- Spokojnie.. Powtarzam: nic się nie stało. Nie zrobiłaś tego celowo.
- Ale co mam mówić, gdy wszyscy pozostali znów zaczną się czepiać? Jeśli Jinxx znów mnie uderzy? A co jeśli wywali mnie na zbity pysk?..
- Wtedy będzie miał ze mną do czynienia. Ja mu nie pozwolę. Sam mu wtedy przyłożę i to tak, że się nie pozbiera - stwierdziłem. Bo to była w sumie prawda. Zrobiłbym wszystko, by zniszczyć tego starego pryka. Dziwiłem się, że jeszcze tego nie zrobiłem. Może nie byłbym w stanie?
,,Dałbyś. Już wiele razy mu dokopałeś"- odezwał się głos w głowie.
,,Ale czy mógłbym go całkowicie zniszczyć? Zabić?.."
,,Jeśli nadal jesteś po mojej stronie, tak.."
Westchnąłem, starając się odgonić tę trudną kwestię na bok. Nie to teraz wydawało się istotne.
Nagle Sall ucichła.
- Andy?- zaczęła już bardziej opanowanym tonem.
- Tak?
- Kochasz mnie jeszcze?..- po tej kwestii coś we mnie jakby pękło. Po prostu jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności okazałem empatię. Smutek dziewczyny przeszył mnie całego. Aż zrobiło mi się zimno. Objąłem dziewczynę mocniej, próbując dać jej poczucie bezpieczeństwa.
,,Nie poznaję cię.."
,,To ostatni raz.."
- Oczywiście, że.. kocham cię - wydukałem w końcu. Faktycznie, sam siebie też nie poznawałem..
- To dlaczego się nie odzywasz i mnie unikasz?
- Jak się kogoś naprawdę kocha, nie potrzeba słów..
To chyba usatysfakcjonowało dziewczynę, bo po raz pierwszy od dawna na jej twarzy zagościł uśmiech. Odwzajemniłem go.
- Ja ciebie bardzo kocham - powiedziała moja partnerka. Pocałowaliśmy się.
,,No proszę, jakie mądrości życiowe! Co za poeta! I tak romantycznie, ojejciu! Słodkie jak gówno.."
,,Lynn.. Zamknij się choć na chwilę.. To w końcu twoja.."- nie zdążyłem dokończyć.
Wtedy zaatakowało mnie ostre ukłucie gdzieś w klatce piersiowej. Nagle poczułem też coś wilgotnego.. w nosie. Przyłożyłem rękę do jednej z dziurek. Na palcach zagościła rudoczerwona krew. Wzdrygnąłem się. Teraz z nosa?
,,Jeśli nie chcesz czegoś jeszcze gorszego, to na siebie uważaj!"- usłyszałem, a duch opuścił mój umysł.
Nie, nie chciałem więcej. Zasłoniłem twarz dłonią.
- Wiesz, Sally.. Chyba muszę skoczyć do łazienki..
- Ale..
Nie dałem dziewczynie skończyć, szybko pobiegłem do siebie. Może to było mało stosowane, ale pomidorowa lała mi się z nosa strumieniami.
Już sam nie wiedziałem, czy układ z Lynn był takim dobrym pomysłem..
 
*Sally*
,,Jak się kogoś naprawdę kocha, nie potrzeba słów.."- widocznie musiałam sobie zapamiętać te słowa. Bo związek z Andy'm do łatwych nie należał. Choć dziś zachował się cudownie. Dlatego wszystko mu wybaczyłam. Bo go kochałam.. A on kochał mnie.
 
***
Nareszcie po tygodniach jest TTW :') Cud jakiś. Jakoś czasu mi brakło na pisanie ostatnio. Ale teraz postaram się wyrabiać.
W następnym wchodzi nam nowa postać. Domyślacie się kto? ;) W sumie łatwe
No, nie mam pomysłu, co pisać.
Davida Groch na pocieszenie
 



czwartek, 17 września 2015

Rozdział 13: ,,Kłaczek"


*Sally*
 Tuż przede mną. Tak blisko..
Czy ja kompletnie zwariowałam?
Czy to naprawdę Lynn?
Gapiłam się na postać, niczym zahipnotyzowana. Po prostu nie mogłam uwierzyć. Mój umysł był chyba zbyt prosty, by pojąć coś takiego. A zawsze uważałam, że nic mnie już nie zszokuje po tym, co widziałam. Wcześniej w to wierzyłam, marzyłam o tym. Ale gdy stało się naprawdę, odebrało mi mowę.
No bo czy to możliwe? Czy nie przesadzam? A może to strach płatał mi figle?
Ale to wszystko zdawało się zbyt realistyczne.. Siostra prezentowała się niemal identycznie, jak za życia. Poza tym, że zdawała się być bardziej przezroczysta..
Ale, kurwa, to nadal jedna i ta sama Lynn.. Jaka by nie była, to jednak moja siostra. Patrzyły na mnie jej oczy. Te same rysy, które miałam ja. Większa górna warga, duże oczy, cienkie brwi. Blada skóra i kontrastujące z nią włosy. I ten sam wyraz twarzy. Niespokojny i wymagający. Ale taki kochałam.. Taki zapamiętałam.
,,Lynn?.."- pytałam w myślach.
Cisza. Ale postać nie zniknęła. Tylko czemu jedynie ja ją widziałam? Carl i reszta kumpli nie reagowała. Czy postać ukazała się tylko dla mnie? Czy to dlatego, że mnie kochała? Może jednak zachowała jakieś wspomnienia ze mną związane?
Nie mogłam się napatrzeć. To było takie piękne i wzruszające. Zupełnie jak cień dawnej, beztroskiej przeszłości. Najchętniej rozpłakałabym się ze szczęścia. Tak bardzo mi jej brakowało.. Tego, jak nosiła mnie na rękach, naszych długich rozmów. Nawet jej sekretów. To była miłość bezwarunkowa, siostrzana. Więź. Wiedziałam, że nikt nigdy jej tak nie kochał. Rodzice jej nie rozumieli. Pozostawała jej mała dziewczynka, która po prostu ofiarowała jej swoje serduszko. Może i była naiwna, ale szczera i wierna.
Chciałabym rzucić się w jej ramiona, płacząc. Ale coś mnie blokowało. Coś niepokoiło. Jednocześnie się radowałam, ale także bałam. Ale to chyba normalne, że miałam wątpliwości? Bo czy ona nadal mnie potrzebowała? A może naruszyliśmy jej spokój i wróciła, by się zemścić? Teraz wszystko zdawało się możliwe.
Mimo wszystko wyciągnęłam rękę. Jeśli się zorientują, to trudno. Nie mogłam powstrzymać ciekawości.
Ale wtedy dziewczyna zniknęła. Zupełnie jak mgła. Nie pozostał po niej żaden ślad. Zaniepokoiłam się. Czyżbym zmarnowała szansę?
Ale gdzieś w swojej podświadomości usłyszałam słowa ,,wrócę".
Przeszył mnie chłód.
,,Cholera, czy ja wariuję, czy to sen?"

*Andy*
Lynn zniknęła. Ale zanim tak się stało.. przeżyłem najdziwniejsze kilka minut swojego życia. I najbardziej nieswoich, trzymających w napięciu, dziwacznych. Nigdy się tak nie bałem. I sam się sobie nie dziwiłem. Przecież czekałem na to latami..
Bo czy to naprawdę się wydarzyło? Czy to ta sama Lynn? Czy to moja królowa? Ta jedyna, taka inteligentna?
I ten jej wygląda.. Naprawdę mnie przerażał, pierwszy raz się tak poczułem. Bo teraz ta urocza dziewczyna, która na co dzień wyglądała dość przeciętnie, przypominała Sally, teraz wyglądem pokazała duszę. Pobladła, jej oczy.. Nie miała tęczówek ani źrenic. Zupełnie, jakby zachorowała na zaćmę. Ta mgła w spojrzeniu sprawiała, że chłód przechodził przez całego mnie. Próbowałem nawet odwrócić wzrok, ale nie mogłem pokazać, jaki tchórzliwy jestem. Bo jeśli to ten znak? Czy to znak, bym pokazał, na co mnie stać? Wszystko bym zaprzepaścił. Więc patrzyłem, mimo ludzkiego przerażenia.
Co jeszcze wprawiało mnie w osłupienie? Na przykład uśmiech. Nie wyglądał jak zwyczajny uśmiech. Bardziej jak tik nerwowy. Właściwie całym duchem wstrząsały takie jakby drgawki. Naprawdę się wystraszyłem.
,,To ty"- usłyszałem w umyśle.- ,,Ty. To ty"
Jej głos.. To był jej głos.. Niezwykle zniekształcony, ale należał do niej. Bardziej przypominał szmer i to od tyłu. Ale zrozumiałem.
,,Nie.. To ty.."- odpowiedziałem. W odpowiedzi parsknęła czymś w stylu potwornego śmiechu.
Ale więcej się nie odezwała. Potem jedynie zniknęła.
Zrobiło mi się niedobrze. Strach wstrząsnął moim ciałem, żołądek podchodził mi do gardła. Pomyślałem, że zaraz się porzygam.
Niespotykany stan jak na mnie. Sam byłem zaskoczony. A niby taki ze mnie twardziel..
Ale co teraz? Jak będzie wyglądało moje życie? Czy się po tym otrząsnę? A może to oznaka, że jestem gotowy? Sam nie wiedziałem, pytania kłębiły się w mojej głowie. Bo niby na to wszystko czekałem, ale nie brałem tego na poważnie Teraz wszystko runęło i przybrało realny wymiar.
- Wiecie.. Jestem zmęczony. Idę się położyć!- oznajmiłem.
Sally spojrzała na mnie zdziwiona swymi oczami, które przypominały te dawne Lynn. Kurwa, czemu odebrano jej te piękne zielono-niebieskie gałki? Niby tylko śmiertelnicy miłowali takie szczegóły, ale mi ich brakowało.
Nie mogłem patrzeć, zamknąłem oczy. Oddychałem płytko, a serce waliło mi młotem.
- Wszystko w porządku?- spytała dziewczyna drżącym głosem, jakby coś w sobie dusiła.
- Nie przejmuj się nim, Sallem! Po prostu tchórzy!- wyśmiewał mnie Carl.
Miałem ochotę mu wpierdolić. Jakby zobaczył ducha, to najpewniej by się zesrał. Ale teraz wolałem nie zaprzątać sobie nim umysłu. Chciałem pobyć w samotności, o ile to okaże się możliwe. W moim przypadku wątpliwie.
Wyminąłem dostającego głupawki chuja i skierowałem się po schodach na górę. ,,Nie tym razem, pedale.."
Zamknąłem drzwi swojego pokoju.
Usiadłem na podłodze i kilka minut siedziałem w ciszy, wgapiając się w okno naprzeciwko, zbyt szokowany, by coś zrobić. Pod powiekami nadal widziałem dziwną postać. Wiedziałem, że już nigdy nie będę w stanie zapomnieć. Te drgawki, tiki, psychopatyczny wyraz twarzy. Bardziej jak potwór. I o co jej chodziło z tym ,,to ty"?
Za dużo tego.. Potrzebowałem czegoś.. Czegoś ludzkiego.
Udałem się do łazienki, chcąc nalać sobie gorącej wody. Może coś tak banalnego by mnie odprężyło? Wziąłem ze sobą także komiks o Batmanie. Kiedyś to robiłem, miałem nadzieję, że poskutkuje.. Czy ja w ogóle jeszcze pamiętam, jak to jest być zwyczajnym i szczęśliwym?
Ale nawet to nie było mi teraz dane.
Gdy popatrzyłem się w lustro, ona...
Stała tam.
Uciekłem z łazienki, kuląc się jak wystraszone dziecko. Rzuciłem się pod kołdrę i przykryłem głowę poduszką. Zacząłem szlochać, co było do mnie niepodobne.
,,Co teraz? Czy ja naprawdę tego chcę?"
Jako odpowiedź, dostałem skurczu w klatce piersiowej.
,,Tak, chciałem.."- rzuciłem tylko po to, by ból ustał. Potem cały czas się przewalałem, nie mogąc zasnąć. A kiedy mi się udało, dręczyły mnie koszmary.
My w kółku, tabliczka, a potem biała, drgająca postać z mgłą zamiast oczu i uśmiechem osoby niezrównoważonej psychicznie.. Jej obraz ciągle trwał w każdym zakamarku.. Zakamarku duszy.

***
 
*Sally*
Minęło kilka dni.
Czułam, że cały czas nade mną czuwa. Czyżby postanowiła się mną zaopiekować? Jeśli to prawda, to jestem jej bardzo wdzięczna. Niczego więcej nie chciałam.
Nie mogłam jej co prawda dostrzec, ale czułam jej obecność. Przechodził mnie dreszcz, tak jakby od dotyku czyjejś lodowatej dłoni. Ale to nie zdawało się teraz tak nieprzyjemne jak na początku. Przywykłam. Właściwie to wszystko zdawało się tak przyjemne jak kiedyś. Zupełnie, jakby mój siostra ożyła. Jakbym miała prawdziwą rodzinę. W sumie stałam się szczęśliwsza..
Nigdy bym nie pomyślała, że życie z duchem na karku będzie przyjemne. Właściwie to nawet nie miałam teraz złe Carlowi tej całej zabawy. W sumie dzięki niemu wszystko się ułożyło. Bo czego mogłam chcieć więcej- miałam moją kochaną siostrzyczkę, przyjaciół i chłopaka. Całkiem ja typowa dziewczyna. No.. może nie aż tak typowo. Pomijając istotę paranormalną, była jeszcze jedna rzecz, która nie dawała mi spokoju- Andy. Ostatnio zachowywał się tak.. dziwnie, po prostu dziwnie. Jeszcze dziwniej niż przedtem. I nie dał do siebie dotrzeć. Wydawał się jakiś taki nieobecny. Mało się odzywał, ciągle siedział w swoim pokoju. Praktycznie nie wychodził na dwór. Od wszystkich się odgrodził. Nawet się nie wyżywał, co szczególnie nas dziwiło. To jego można było wziąć za ducha. Do tego wyglądał równie źle. Co prawda minęło tylko kilka dni, ale ja miałam wrażenie, że wychudł. Jego skóra robiła wrażenie przezroczystej i suchej. Cienie pod oczami wskazywały na niewyspanie. Wręcz byłam pewna, że ma jakieś zmartwienie, problem. Ale co to mogło być? To się zaczęło od wizyty Carly'ego. Czyżby znowu zazdrość?
Chciałam z nim porozmawiać. Czyżby zwykła emocja aż tak mu szkodziła? Trudno było mi w to uwierzyć.
Ubrałam się pospiesznie i zeszłam na dół. Tak przy okazji- dzisiaj była środa, więc musiałam się streszczać. W końcu ja musiałam udać się na koncert Train To Wonderland, a mój partner szedł na siłownię (w co teraz naprawdę wątpiłam. Nie wykluczałam, że poruszę także ten temat).
Zeszłam po schodach na dół. Najpierw zajrzałam do salonu, a następnie do innych pomieszczeń. Niestety nic nie wskazywało na to, że Biersack się pofatygował. W końcu dotarłam do kuchni, gdzie reszta zespołu spożywała śniadanie. Przysiadłam się obok i nasypałam sobie płatków do miski. Właściwie było już dość późno, więc się zaniepokoiłam.
- Co z Andy'm?- spytałam w końcu.
- Nie wiemy. Jeszcze nie schodził. Pewnie siedzi w swoim pokoju - odparł Ashley.
- Zachowuje się cholernie dziwnie. Martwię się o niego - przyznałam.
- To fakt. Zachowuje się jak wariat, jakby świrował. Coś na pewno mu dokucza, ale raczej nie uda nam się tego wycisnąć - denerwował się Jinxx.- Trzeba podjąć bardziej zdecydowane metody!
- Jakie?- zaniepokoiłam się. Wiedziałam, że ten facet chce ukarać mojego chłopaka i dlatego się obawiałam. To był istny psychopata..
- Nieważne - odparł po chwili ciszy, wymigując się. Westchnęłam.
- No trudno.. Najwyżej znów pójdę do Carla. Może popatrzę na przygotowania do koncertu..- wzruszyłam ramionami. Zabrałam się do kończenia jedzenia, a gdy już je pochłonęłam, wróciłam do swojego pokoju po ciuchy na zmianę. W końcu nie mogłam iść na rockowe show w zwykłej bluzie i dresowych spodniach..
Otworzyłam szafę. Po namyśle wyciągnęłam z niej podarte rurki i obcisły top, na którym czarnym mazakiem nabazgrałam nazwę zespołu. Na nogi przywdziałam zwykłe ciemne trampki, jako dodatki wybrałam pasek z ćwiekami i bandanę na rękę. Nie zawracałam sobie głowy makijażem, bo wiedziałam, że Carrie z przyjemnością się nim zajmie. Eh, czemu Andy nie mógł być taki towarzyski i przyjacielski? Byłoby nam łatwiej. Tymczasem ja darzyłam go miłością, a nie otrzymywałam kompletnie nic w zamian. Nawet jakiś zwyczajnych gestów.. Czasami mnie to dołowało, normalna dziewczyna już dawno rzuciłaby kogoś takiego. Ale mi było go żal.. I właściwie to coś do niego czułam. Przywiązałam się do niego, w końcu czasami bywał całkiem miły. ,,Po burzy zawsze wychodzi słońce", jak to mówią.
Odpuściłam sobie te przemyślenia. Pochwyciłam torbę i telefon. Wychodząc wyjęłam z kieszeni słuchawki i puściłam sobie nagranie TTW, które zarejestrowałam ostatnio na próbie. Cicho sobie podśpiewywałam, zdążyłam się już nauczyć tekstów. Właściwie to piosenek było tylko pięć, ale wpadły mi w ucho. Nie mogłam się uwolnić od tego brzmienia. Miałam pewność, że show mnie nie rozczaruje. Zobaczyć jednego wieczoru dwie najlepsze kapele na świecie- jakie ja mam szczęście!
Przebyłam odpowiedni dystans i zapukałam do drzwi rezydencji Cowardów. Czekałam dłużej niż zwykle. Dziwne. Zapukałam jeszcze raz. Znów musiałam stać, ale w końcu na dole zjawiła się Alice. Nie wyglądała na zadowoloną z powodu występu. I czemu nasz radża nie otworzył?
- Coś się stało?- zmartwiłam się.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech i powachlowała się dłonią.
- Nie jest dobrze..- wydusiła z siebie w końcu. Uniosłam brwi w pytającym geście.- Chodź, zaraz zobaczysz, o co mi chodzi..

*Andy*
- Andy! Andy, do cholery! Już późno, obudź się w końcu!- byłem zmuszony się obudzić przez czyjeś wrzaski. Przetarłem oczy brzegiem dłoni i się ocknąłem. Podniosłem się do pozycji siedzącej. Z początku nic nie kojarzyłem, dlaczego jestem na podłodze, a kołdra znajduje się po przeciwnej części pokoju, ale potem pamięć wróciła. A wraz z nią przerażający obraz drgającego ducha w lustrze. Tej chodzącej pustki.. Wzdrygnąłem się na to wspomnienie.
Pierwszy raz w życiu się tak bałem. Bałem się osoby, którą kochałem najbardziej na świecie.. Chyba. Bo czy to była ta sama osoba, co kiedyś? Traciłem nadzieję. I nie wiedziałem, czy chcę się z nią bratać.. Czy w ogóle lepiej byłoby o tym wszystkich zapomnieć.
Poczułem ukłucie w klatce piersiowej i splunąłem krwią.
,,Nie, kochasz ją! Kochasz, kochasz, kochasz! Słabeuszu!"- krzyczałem do samego siebie, by zatrzymać ból. W końcu ustał, a ja przetarłem usta kawałkiem pościeli.
- Andy, wyłaź!- znowu ten wrzask.
- Już, kurwa, idę!- odwarknąłem. Ja tutaj cierpię i przechodzę załamanie nerwowe, stoję na rozstaniu dróg, a oni się do mnie dobijają!
Podniosłem się chwiejnie na nogi i otworzyłem drzwi. Potem bezzwłocznie je zatrzasnąłem. Lynn mogła mnie nieco przerażać, ale na pewno nie wyjawiłbym swego sekretu. Bez względu na wszystko byłbym stracony.
- Co jest, do kurwy nędzy?..- spytałem, przecierając oczy.
- Dobra przyznaj się - zaczął protekcjonalnym tonem - co się z tobą dzieje? Czemu nie wychodzisz z pokoju?
Tego się właśnie spodziewałem.
- Nie twój zasrany interes!- syknąłem, wyminąłem go i zacząłem się kierować schodami na dół. W przejściu potrąciłem tego nędznego perkusistę, a zaraz za nim Asha, ale mnie to nie obchodziło. Popatrzyli na mnie pytająco, ale ja jedynie prychnąłem. Nie miałem nastroju na rozmowy. Właściwie nigdy go nie miałem, ale teraz szczególnie. Mój umysł potrzebował teraz spokoju. Musiałem skoncentrować się na tym, co teraz najważniejsze: przestać być tchórzliwą ciotą. Moim obowiązkiem była przecież pomoc duchowi. Nawet jeśli sprawiał, że gacie barwiły mi się na żółto i odchodziłem od zmysłów. Oczywiście nadal cały drżałem. Dlatego też unikałem innych- by zwalczyć to wszystko w samotności. Nie potrzebowałem kazań i natręctw. Potrzebowałem chwili do namysłu.
- Andy!- denerwował się ,,mamuś".- Andy!
- Co, kurwa?!- krzyknąłem w końcu. Odwróciłem się na dole schodów. Twarz mężczyzny przybrała czerwony odcień. Prychnąłem z rozbawienia. Miałem nadzieję, że reszta nauk Lynn również wróci mi do głowy tak jak teraz. A może to był tylko mój charakter? Jeśli tak, to jednak zachowywałem się normalnie..
Reszta wypowiedzi jedynie doprawiała moje uczucia:
- Czemu ciągle tylko siedzisz na górze?! Wszyscy się martwią.. Nie obchodzi cię to - już miałem odpowiedzieć ,,nie", ale dodał:- Nawet Sally?
Cholera. I tu mnie miał. Mój słaby punkt.
Całkowicie o niej zapomniałem.. Na pewno się martwiła, ale.. Ja.. Ja miałem teraz inne zmartwienia. Nagle wszystko znów się popieprzyło. Kiedy już myślałem, że rzeczy wracają do normalnego stanu.
Miałem świadomość, że teraz nie wymiotę sobie dziewczyny z głowy. Szczerze to nawet chciałem z nią porozmawiać. Ale..
Kurwa, musiałem coś palnąć, bo zaczną węszyć. Zwłaszcza, że dziś była chyba środa..
,,Kurwa, tylko tego mi brakowało.."
- Mam problemy ze snem.. Po prostu chciałem odespać - przyznałem.
Oczywiście nawet ta odpowiedź okazała się z mojej strony samobójstwem.
- Wiesz, że bezsenność to jeden z objawów schizofrenii i depresji? Powinieneś wcześniej nam powiedzieć. Może udałoby się temu zaradzić. Kto wie, jak źle już z tobą jest?- miałem ochotę mu przyłożyć. Ja mu mówiłem o swoich problemach, a on od razu brał mnie za wariata! I się dziwił, że nie szukałem drogi porozumienia..
- Bredzisz, skurwielu - syknąłem.- Ty byś się lepiej też kimnął.
- Cóż.. zobaczymy.. I tak idziesz dziś na sesję. No właśnie, ubieraj się. Już niedługo!- ponaglał.
KURWA.
Wyminąłem go i ponownie udałem się do pokoju, tym razem w celu przebrania się. Albo ukrycia się. Jedyne, co przychodziło mi teraz do głowy to ,,spać"..

*Sally*
O co mogło im chodzić? Co mogło iść źle? Przecież trenowali dzień i noc, byli przygotowani.. Chyba że chodziło o coś zupełnie innego. Coś poważniejszego. Bo co jeśli Carriemu lub Robbiemu się coś przytrafiło? Co jeśli był jakiś wypadek?
W mojej głowie zaczęły kiełkować najróżniejsze scenariusze. ,,Dziękuję, kochany umyśle.."
- Naprawdę jest aż tak źle?- wypytywałam.
- Moim zdaniem krytycznie.- ,,Czy oni poumierali?.."- Ale patrz - odparła, gdy dotarłyśmy do pokoju ,,panicza". Stanęłam przed drzwiami, a w momencie największego napięcia dziewczyna je pchnęła. Wkroczyłam do środka.
Nie zauważyłam nic nadzwyczajnego. Robbie obracał pałeczki w palcach, siedząc na średniowiecznej kanapie. Natomiast Carl zajmował miejsce na łóżku, tuląc swe kochane poduszki. Tylko po cholerę mu szalik w taki ciepły dzień?
- Dobra, na czym w końcu polega ta katastrofa?- spytałam.
Najbardziej zdziwiło mnie, że to nie nasz ,,radża" udzielił odpowiedzi. Przecież to on zwykle przejmował pałeczkę, nie dając innym dojść do głosu.. Tymczasem teraz nawet nie próbował. Gdzie jego wyniosłość i przerośnięte go? Zachowywał się za mało bezczelnie jak na siebie..
Już wiedziałam, że to o niego chodzi.
- To istna katastrofa.. Akurat dzisiaj ten debil musi tracić głos!- oburzyła się dziewczyna.
Zamarłam. No tego, to ja się nie spodziewałam.
- A mówiłem mu, że kąpanie się w basenie na dworze w środku nocy, to nie jest dobry pomysł!- dodał Robb.- Tak, jakby nie mógł tego zrobić następnej nocy! Trzeba mieć zerowe IQ!
- A jak ja miałem to przewidzieć?! Może jestem cudowny i błyskotliwy, ale nie jestem proro..- w tym miejscu się zaciął i zakaszlał. Wyglądał, jakby miał się udusić.
Cholera.. Stracić głos tuż przed pierwszym występem przed publicznością w życiu.. Nie spodziewałam się, że to akurat moich przyjaciół spotka taki pech. I to przed występem jako suport Fit For Rivals. Najpewniej występ trzeba będzie odwołać, a ja nie zobaczę w akcji ani jednej kapeli ani drugiej. I nici z dobrej zabawy dla każdej ze stron.
- To co teraz robicie?..
- Nie wiem. Zaczekamy do wieczora, może uda mu się jakoś wykurować. I tak już mu się trochę poprawiło.
- Tymczasem wybaczcie, musicie się obyć bez moich cudownych wypowie..- znów ten kaszel, no prawie jak Andy.
- Siedź cicho i pij herbatkę, kocie - kazałam mu. Pierwszy raz posłuchał. Miałam świadomość jak ważny jest dla niego ten koncert. To mógł być jego fenomen, miał możliwość wybicia się. Tymczasem przez głupie gardło został uziemiony. Przynajmniej na razie. Miałam nadzieję, że mu się polepszy. Choć tak naprawdę nie miałam pojęcia, jakim cudem.
A niby wszystko wina kąpieli w środku nocy na dworze. Takie rzeczy to tylko Carl.. I pierwszy raz dostał nauczkę.

*Andy*
- Ashley..- powtarzałem całą drogę.
- Przegiąłeś pałę, tym razem się nie wymigasz!- denerwował się chłopak i dalej mnie ignorował.
,,Kurwa."
Nie dość, że byłem niewyspany, to jeszcze nie mogłem przestać myśleć. Niestety nic nie wydedukowałem przez swoje zmęczenie. Wpadłem w błędne koło.
I do tego nie mogłem liczyć na pomoc tego kutasa.. Może i przegiąłem pałę, ale.. Ale ten chuj nie miał za grosz współczucia.
Tymczasem niestety zajechaliśmy. Już bym chyba wolał wypadek samochodowy.. Choć nie, wtedy trafiłbym do szpitala, a tam by się mną zajęli i miło by nie było. I na pewno zmusiliby mnie w końcu do tego rentgena.
,,Drugie kurwa.. Nie ma ucieczki"
Samochód się zatrzymał. Spojrzałem na złowieszczy budynek. Najchętniej wymazałbym go z pamięci, ale po roku oglądania go w każdą jebaną środę, ten obraz na dobre zakorzenił się w mojej pamięci. A jeszcze bardziej tej jebanej baby. A wszystko zaczęło się od tego zboczeńca Sykesa.. ,,Jebany chuj..". Możliwe, że gdyby nie on, to jakoś bym się uspokoił i wszystko byłoby dobrze.
Niestety teraz miałem świadomość, że dla moich ,,przyjaciół" nigdy nie będę wystarczająco dobry.
Zacisnąłem pięści. Czułem się jak dzieciak. Odstawiają mnie autem do jakiejś nauczycielki (a przynajmniej z wyglądu i zachowania), pilnują żebym trafił do sali, nie zgadzają się, bym zrezygnował, bo w przeciwnym razie mi grożą i do tego bulą za to wszystko kasę. I jeszcze mnie oceniają, mają czelność to robić! Szczyt skurwysyństwa..
I ta rutyna powtórzyła się po raz kolejny. Że ja się tak dawałem.. Gdybym miał siłę i ni ebył taki beznadziejny, skopałbym wszystkich i uciekł do swojej kryjówki. Ale Ashley szedł za mną jak cień. I tym razem nie zaobserwowałem u niego skruchy jak ostatnio. Wyglądał na zdeterminowanego i wściekłego. Wiedziałem, że już nie uda mi się go złamać. Możliwe, że nigdy.
Szedłem po schodach, jak jakiś grzeczny dzieciak. I czułem się tak jak kiedyś, zanim pojawiła się Sally. Poczułem się.. wolny (w pewnym sensie). W każdym razie wiedziałem, że mogę sobie pozwolić na chamstwo. Nie przejmowałem się zdaniem innych, robiłem na przekór. A nawet Lynn już mnie tak nie przerażała. Chyba się przyzwyczajałem.. Potrzebowałem tylko czasu. Kilka godzin spokoju nieco uspokoiło moje nerwy. Ale chwilami nadal coś mnie blokowało przed dążeniem do celu. Lub ktoś. Ale..
Cholera, wszystko mi się poplątało. Tylko rzeczywistość mogła mnie teraz uratować.
Dotarliśmy pod właściwie drzwi. Purdy zapukał. Po chwili otworzyła nam. Ona. Pani psychiatra.
Wlepiła we mnie swoje zezowate oczy. Oczywiście musiała patrzeć w górę, była niższa od nas obu. No postrach po prostu! Kościsty karzeł i orlim nosem. Do tego miała siwe włosy zebrane w nienaganny kok i niesamowicie stary różowy sweter. Ona się wzięła chyba z poprzedniej epoki.
Spojrzała na mnie protekcjonalne, co jednak w ogóle na mnie nie wpływało. Pewnie myślała, że to strach odbiera mi mowę. Prawda była raczej taka, że zastanawiałem się, jak tu zwiać.
- Wejdź, Andrew - i ten ton, z którym wypowiadała moje pełne imię. Nauczycielka.
Nie miałem ochoty więcej tak sterczeć obok Asha, więc po prostu minąłem kobietę (potrącając ją złośliwie) i stanąłem w gabinecie. Wyglądał bardziej jak gabinet dentystyczny. Przynajmniej wiertła nie były w użyciu. Inaczej miałbym przechlapane.
Dwójka coś między sobą szeptała. Ja w tym czasie zapaliłem papierosa.
,,Wytrzymasz, to tylko godzinka.."- powtarzałem w myślach, by nie zwariować. W końcu jednak ,,kumpel" sobie poszedł, a ja zostałem sam z tym monstrum. Za pierwszym razem chciała, bym się położył na kozetce.. Nigdy jej nie posłuchałem. Tym razem usadowiłem się na parapecie, gapiąc się za okno. Czułem się trochę jak w więzieniu. Za oknem tętniło życie, a ja siedziałem zamknięty i pilnowany.
Babka usiadła za biurkiem.
- Dobrze, Andrew.. Jak zwykle zapytam cię: czy chciałbyś ze mną porozmawiać o czymś konkretnym? Może masz jakiś problem?
,,Oczywiście, kurwa, że mam. Ciebie."
Planowałem milczeć i wzruszyć ramionami, ale w ostatniej chwili się zawahałem. Może by poznać trochę ludzkich opinii?
- Czy wierzy pani w duchy?
Kobieta się zdziwiła.
- Skąd takie pytanie?
- Z dupy.
Zaśmiałem się w duchu. Oczywiście potem kobieta postanowiła odpowiedzieć:
- Nie wierzę, jeśli naprawdę chcesz wiedzieć. Nie uznaję istnienia tego szatańskiego kultu - ,,No to byś się, kurwa, zdziwiła!"- Uważam, że wszystko da się jakoś wyjaśnić. A osoba, która jednak twierdzi, że widziała ducha, ma najpewniej poważne problemy z psychiką..
I już miałem ochotę jej przyłożyć. Ale postanowiłem z nią poobcować. Tak dla zabicia czasu.
- Schizofrenia?
- Dokładnie. Ale chyba wiem, czemu pytasz.. Też masz jej objawy, wiesz o tym.
Kurwa.. No niby wiedziałem i czasami się zastanawiałem, czy to wszystko to nie wytwór wyobraźni, ale innym razem byłem na 100% pewny, że to się dzieje naprawdę.
Pogubiłem się.
- Dlatego się tym zajmijmy.. Dzisiaj..
,,Zegarze, tykaj szybciej.. Albo spadnij na głowę tego babska.."

***
 
*Sally*
- I jak się czujesz?- spytałam Carla podając mu kolejną herbatę z miodem, a także jakąś pigułkę.- Bo powinniśmy się zbierać.
- Oczywiście jeśli źle się czujesz, odwołamy. Zdrowie najważniejsze - dodała Alice. Jednak chłopak pokręcił głową oburzony.
- Nie ma mowy o odwołaniu! Wystąpimy i tyle!- powiedział stanowczo. Widziałam determinację w jego oczach.
- Ale jak się czujesz?- wypytywała dziewczyna.
- Już lepiej. Zaraz mi przejdzie - zapewniał, choć jego głos brzmiał dziwnie, inaczej niż zwykle. Wydawał się też jeszcze bledszy niż na początku. I zastanawiałam się, czemu nie mówi w swój typowy, wyniosły sposób. Domyślałam się, że po prostu nie ma siły.
Teraz prezentował się prawie tak żałośnie jak Andy. Do tego wyglądał podobnie- miał rozczochrane włosy, nadal siedział w piżamie, a pod jego oczami rysowały się wory. Naprawdę się o niego martwiłam. Szczerze to chyba nawet wolałam, by został w domu.. Ale wtedy by strzelił focha (może i pięciominutowego, ale i tak nie cierpiałam, gdy się obrażał). Więc co innego mi pozostało? Siedziałam cicho.
- Dobra.. Ja idę zapakować sprzęt, a wy się szykujcie - oznajmił Robbie.
Carrie podniósł się, widziałam, że najchętniej leżałby w łóżku wśród swoich maskotek i poduszek. Ale się nie odzywałam.
Chłopak i dziewczyna wzięli kosmetyki i zaczęli robić sobie makijaż i fryzury. Nawet zza czarnych kresek i zasłaniającej pół twarzy grzywki można było dostrzec zmęczenie. Chory udał się do łazienki, a po chwili wrócił ubrany. Zeszliśmy na dół.
To wszystko wydawało się takie dziwne.. Cisza, milczenie i brak entuzjazmu. To nie tak miało wyglądać..
- Powodzenia, syneczku!- pani Coward chciała przytulić syna, ale on jej przeszkodził. Zaniepokoiła się wyraźnie, ale minęliśmy ją zbyt szybko, by mogła to jakoś skomentować.
Wsiedliśmy do furgonetki i zaczęliśmy jechać. Czekała nas niedługa droga, ale nie mogłam znieść tej atmosfery. Założyłam słuchawki i puściłam sobie Train To Wonderland sprzed kilku dni- można powiedzieć, że z czasów świetności. Marzyłam, by usłyszeć te brzmienie. Wiedziałam jednak, że bez radości ich muzyka zabrzmi płasko i nudno. I bez przezabawnego wokalisty..


Weszliśmy za kulisy. Fit For Rivals jeszcze nie dojechało, szczerze to poczułam ulgę. Nie tylko dlatego, że entuzjazmowałam się jak dzieciak, ale dlatego, że moi kumple mieli jeszcze czas wszystko przećwiczyć i upewnić się, czy to na pewno ma sens.
- I jak?- spytałam Carla.
- Nie wiem.. zaraz zobaczę - jego głos brzmiał jeszcze słabiej.
Próbował krzyczeć, ale gwałtownie przestał i zaczął kasłać. Nie prezentowało się to najlepiej.
- Kurza stopka!- krzyknął.
- Aż tak źle?
- To istna katastrofa!- po tych słowach ukrył twarz w dłoniach.
Objęłam go pocieszająco.
- Przykro mi, naprawdę..- powiedziałam.
- Nie no, nie mogę zawalić - i zabrał się do kolejnych bezsensownych prób, choć to wszystko i tak było skazane na porażkę. Nie chciałam by się tak męczył..- Mamy jeszcze czas.. Może stanie się cud?..
Ale cud się nie stał, za to czas uciekał coraz szybciej..


- Carl, trzeba już wchodzić. Na pewno chcesz wystąpić?- spytała Alice, praktycznie płacząc.
Carl znowu stracił głos. Teraz to już naprawdę nie mógł krzyczeć. Ledwie wymawiał podstawowe słowa.
- Ja.. ja..
- Kocie! Nie możesz w tym stanie wystąpić! To nie jest zwykły kłaczek!- zdenerwowałam się.
- Ona ma rację - poparła mnie basistka.- No niestety.. Wystąpimy kiedy indziej..
- Nie!- przerwał jej chłopak.- Mam pomysł!
Spojrzałyśmy po sobie niepewne. Co w takiej sytuacji można jeszcze zrobić?
- Sally..- zwrócił się do mnie. ,,Ale czemu ja? Kocie, co ja mogę dla ciebie jeszcze zrobić?"- Sallem.. Musisz mnie zastąpić!
- CO?!- krzyknęłam.
Jak ja do cholery miałam go zastąpić?! Nie umiałam śpiewać, wstydziłam się, nie miałam żadnego doświadczenia.. Nigdy nie myślałam o zajęciu się muzyką. Więc czemu niby miałabym teraz zastąpić wokalistę tak zajebistego zespołu?!..
Nie wierzyłam w to, co słyszę.
- To żart?- spytałam.
- Nie.. Ale nie bój się. Po prostu musimy wystąpić, inaczej FFR się na nas obrażą..- to mnie nadal nie przekonywało, chociaż kochałam zespół.
- Nie no.. Nie mogę tego zrobić, Carrie.. Wszystko spieprzę!
Złapałam się za głowę i zaczęłam chodzić w kółko.
- Sallem, błagam! Znasz teksty, melodie.. Zrezygnujemy z krzyczanych partii. Będziemy tam z tobą..
- Nie, nie mogę..- powtarzałam w kółko.
- Sallem.. Złamiesz mi serce, jeśli tego nie zrobisz. I dobrze o tym wiesz..- ,,Tak, dobrze o tym wiem, mały skurwysynu! Ale nie muszę się słuchać!"
Mimo to poczułam się rozdarta. Bo tak bardzo nie chciałam, by chłopak się mną zawiódł. Nie chciałam widzieć go smutnego. Kochałam jego uśmiech, chciałam by się uśmiechnął.
,,I zrobisz to, głupku.."
- Zgoda..- powiedziałam.
- Dzięki!- pisnął i rzucił mi się na szyję.- Kocham cię, Sallem! Uda nam się!
- Już nas zapowiedzieli. Wchodzimy na scenę!- krzyknął Robbie.
Poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
,,O kurwa.."- tylko to przychodziło mi teraz do głowy. Myślałam, że zaraz rozpłaczę się z bezradności i zemdleję. Ale nic takiego się nie stało. Widocznie naprawdę musiałam stawić czoła czemuś, na co sama się zgodziłam. A miałam wybór..
I niby ten wieczór miał być tak przyjemny i wyluzowany. Tymczasem spięłam się do tego stopnia, że chyba nie byłam w stanie wydusić słowa.
Mimo to sztywna wyszłam na scenę. Zrobiłam to nienaturalnie mechanicznie. Wlepiło się we mnie kilkaset par oczu. Światła mnie oślepiły. Poczułam się jak ofiara. W panice popatrzyłam na Carla. ,,Czy ja się na serio na to zgodziłam?"
Jednak on tylko rzucił do mnie:
- Nie bój się! Ja poprowadzę show, ty jedynie śpiewaj!
Coś tam zaczął mówić, ale było głośno, a ja czułam się zdezorientowana i z tego powodu nic nie usłyszałam.
W końcu ryknęły gitary. Kurwa, i jak ja miałam to przekrzyczeć?! Do tego nie wiedziałam kompletnie, jak obsługiwać mikrofon..
,,Skup się! Skup się!"- krzyczałam do umysłu.- ,,Teledyski, koncertówki.. Przypomnij sobie.. To się trzyma, tak. I się do tego śpiewa. No to zapierdalaj!"
,,Zrób to.. Zrób to dla nich, dla siebie, dla FFR, dla Andy'ego.. dla Lynn'
Uniosłam na chwilę powieki i ujrzałam przed sobą twarz siostry. W jej zielono-niebieskich oczach widziałam wsparcie. Troskę. Trochę się wystraszyłam, bo nie widziałam jej od wieczoru w naszym domu. Mimo to doprowadziła mnie do przyzwoitego stanu. Poczułam, że nie jestem sama.
Chwyciłam nagłaśniający przedmiot i przystawiłam do swoich ust.
,,Pomysł sobie, że jesteś sama, że tu nikogo nie ma. Idź do Krainy Czarów.."
Zamknęłam oczy i.. odezwałam się. Najpierw mnie to przeraziło, przecież ludzie to słyszeli! Ale natychmiast powróciłam do poprzedniej postawy. Jeśli się zestresuję, to dobrze nie wyjdzie. Musiałam wrzucić na luz.
Przestałam stać na baczność i zaczęłam.. śpiewać. Chyba nie brzmiało to aż tak źle. Na pewno nie tak jak moja idolka, ale jednak. Nie ochryple i rockowo. Bardziej dziewczęco, dziecinnie i delikatnie.
A potem wszystko potoczyło się szybciej. Odstawiałam piosenkę za piosenką, a ja poczułam się nieco lepiej, gdy usłyszałam zadowolone krzyki. Spodziewałam się raczej, że zaczną we mnie rzucać butelkami z sikami czy coś..
W końcu dokończyłam ostatnią piosenkę. Może to i były cztery kawałki, ale dla mnie to zdawało się próbą charakteru. Ale przetrwałam..
Otworzyłam oczy. Pożegnano nas entuzjastycznie.
Gdy znaleźliśmy się z powrotem w garderobie ledwie trzymałam się na nogach. Czułam się jak po ostrym treningu.
- Widzisz?! Mówiłem, że wyjdzie zajebiście!- krzyknął Carl, któremu już trochę się polepszyło.
Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Cieszyłam się jedynie, że kumple.. my odnieśliśmy jakiś sukces, a chłopak jest szczęśliwy. No i byłam pełna podziwu dla samej siebie. Od dzisiaj nigdy niskiej samooceny!
,,Dziękuję, Lynn.."- podziękowałam w myślach.- ,,Bądź ze mną częściej.. Kocham cię."
Już chciałam walnąć się na kanapę stojącą nieopodal, ale wtedy zauważyłam, że ktoś na niej siedzi. I to była..
,,O Boże.."
- Renee?!- bezgłośnie poruszyłam wargami.
- Cześć..- odparła nieśmiało.- Świetny występ daliście..
I poklepała mnie po ramieniu. Cholera.. Sama Renee Phoenix, moja idolka mnie chwali! Co powinnam odpowiedzieć?..
Starałam się nie grać typowej faneczki dupeczki, więc rzuciłam tylko:
- Dzięki. Wy też genialnie gracie, uwielbiam was.. Ty.. Ty jesteś moją inspiracją.
Może wyszło nieco niezręcznie. Dziewczyna pokręciła głową wyraźnie rozbawiona.
- Super. Fajnie, że mogę inspirować taki dobry zespół. Wiele przed wami.
Naprawdę chciałam powiedzieć więcej, ale głos uwiązł mi w gardle i jedynie się uśmiechałam. Całe szczęście, a może i nieszczęście, wokalistka też nie miała zbyt wiele czasu. Po chwili bezsensownej ciszy przeprosiła:
- Sorki, ale musimy dać występ. Lecę..
I mnie wyminęła. Ale tak czy siak sama jej pochwała mi wystarczyła. Okazało się, że ten wieczór był naprawdę udany.
W pewnej chwili podszedł do mnie Carl.
- Od dziś jesteś w TTW!- oznajmił.
- Jasne - odpowiedziałam ku swojemu zdziwieniu.- Ale najpierw idę się wyszaleć!
I resztę nocy spędziłam słuchając ulubionego zespołu. Tej nocy niewątpliwie spełniły się moje marzenia.
 
***
Dobra. Nie mam nerwów, czasu i baterii, by poprawić do końca. Trudnp. Mam nadzieję, że źle nie jest ;-;
Ogólnie po małej przerwie fajnie się pisze TTW. Dobrze mi to Mangy robi.
No niestety muszę kończyć, bo się nie wyrobię. Kocham ♥
Nuty:
Hole- Someone Else's Bed
Miałam coś jeszcze, ale zapomniałam :/
Tradycyjnie XD

piątek, 4 września 2015

Rozdział 12: ,,Pociąg do Krainy Czarów"


*Andy*
 Kurwa, ostatnie dni były koszmarem. Zaczęło się od tego masakrycznego wyjazdu, po którym nadal nie doszedłem do siebie. Czułem się jak flak. Nie chciało mi się nawet opuścić łóżka. Co prawda ten pedał ostatnimi czasy do nas nie przychodził, ale.. Ale i tak było źle. Wszystko mnie bolało, czułem się, jakbym miał wieczną grypę i kolce w klatce piersiowej, a z ust, a teraz także z nosa, lało mi się coś gorszego niż pomidorowa Jake'a. Oczywiście nadal wszystkich okłamywałem.
Czułem się jak na polu minowym. Każdy najmniejszy ruch mógłby wszystko zepsuć. Zupełnie jak w pokoju pełnym porcelany. Dlatego wolałem nie wykonywać żadnych ruchów, czułem się bezpieczniejszy. Po prostu byłem miły dla Sally, a resztę ignorowałem. Chyba nic nie podejrzewali.

*Sally*
- Już 12..- zwróciłam uwagę.- On nadal śpi? Bo coś mi się nie wydaje..
Ash położył mi rękę na ramieniu.
- Nie martw się, na pewno niedługo wyjdzie - starał się mnie pocieszyć.
- Ale nawet, jeśli wyjdzie. Zrobił się taki cichy i ospały. Nie mogę się o niego nie martwić..
Zagryzłam wargę, by powstrzymać łzy troski. Może i trochę wyolbrzymiałam? ,,Nie, przecież wiesz, że coś jest nie tak"
Jake wtrącił się do rozmowy:
- Sally ma rację, źle wygląda. Jest blady jak trup, ciągle pluje..- tu przerwał i na mnie spojrzał. Robiło mi się niedobrze, gdy o tym myślałam, ale przecież taka prawda - No, wiemy, czym pluje. Do tego kaszle bez przerwy i chyba trochę wychudł. To nie może być nic błahego.
- Tak.. Trzeba go w końcu zaciągnąć do lekarza. Może uda się go jakoś wyleczyć. Mam nadzieję..- złowieszczo wyszeptał Jinxx.
- Błagam, nie mów tak!- krzyknęłam. Ash przyciągnął mnie bliżej siebie, pozwalając mi smarkać w swój t-shirt. Jak miło.
Trwałam tak przez dobre piętnaście minut, ale nagle Purdy stwierdził:
- Wiesz.. Może lepiej nie siedź tu tak. Dostaniesz depresji. Idź do Carla, pogadajcie, powydurniajcie się. Możesz go nawet zaprosić.
Zawahałam się.
- A co z...?
Nie dokończyłam, bo mi przerwano:
- Dziewczyno, nie przejmuj się nim aż tak! Może w końcu zejdzie, zafochany emos!
Oj, Andy by go zabił, gdyby to usłyszał. Ale taka prawda, on sam o tym wiedział..
Otarłam łzy wierzchem dłoni i wymusiłam uśmiech. Wiedziałam, że gdy pójdę do swojego Kota, od razu poczuję się lepiej. Tylko on potrafił tak dobrze rozśmieszać.
- No dobrze, przekonałeś mnie. Pójdę. Tylko może..
Przeszkodził mi mój dzwonek. Damage rozległo się w całym domu. Chwyciłam telefon i spojrzałam na wyświetlacz. O wilku mowa..
Odebrałam.
- Sallem, Sallem, przychodź tu natychmiast! O matko naturo, szybciej, kobieto, bo się posikam, a żółty to nie jest mój ulubiony kolor! No szybciej!- darł się do słuchawki.
,,Co ty znowu wymyśliłeś, szaleńcu?"
- No okej, okej, nie sikaj. Już idę.
Rozłączyłam się.
- No, to chyba tak czy siak muszę wyjść - stwierdziłam.
- To rozumiem!- zaśmiał się Pitts. Właściwie, gdy Andy ich nie drażnił, byli całkiem mili..
- Baw się dobrze - dodał zwykle naburmuszony Ferguson.
Chwyciłam czarną torbę i szybko wciągnęłam na nogi trampki. Wkrótce opuściłam dom.

***
 
- No dobra, co takiego niezwykłego chciałeś mi powiedzieć? Pali się, czy co?- spytałam.
Carly podskakiwał się i wiercił, jakby miał w gatkach robaki. Do tego oczy, które zwykle zakrywała grzywka, były teraz tak szeroko otwarte, że widziałam każdy ich szczegół. Do tego ten głupek ślinił się jak szczeniak, który chce się bawić. Cudem powstrzymałam śmiech.
- Choć do pokoju, musisz to zobaczyć na własne śliczne oczy!- pisnął i złapał mnie pomalowanymi pazurami za rękę. Nawet ja nie malowałam paznokci! Cóż, przynajmniej na razie. Wiedziałam, że niedługo najpewniej zagości na nich róż lub czerń.
Tymczasem Carrie ciągnął mnie do swojego pokoju. Mało nie zabiliśmy się na schodach. Już w drzwiach ujrzałam równie jarających się Alice i Robbiego.
- Boże, tyle wygrać, rozumiesz to?!- krzyknęła Ali.
- Na razie nic nie rozumiem..- przyznałam.
- Zaraz zrozumiesz! A więc..- Coward wziął głęboki oddech i posadził mnie na swojej średniowiecznej kanapie. Zaraz miał się rozpocząć niesamowity monolog.- Pamiętasz jak pierwszego dnia mówiłem ci, że mamy tak jakby zespół?
- Tak..
- A więc.. Damy pierwszy koncert!- wybuchnął w końcu i zaczął się rzucać po ścianach jak opętany. Do tego śmiał się jak psychol. Nie mogłam się nie uśmiechnąć.
- Wow, super - przyznałam. Naprawdę cieszyłam się, że w końcu ktoś dał im szansę. Na pewno zagrają świetnie i staną się sławni jak ich idole. Byłam dumna.
- Ale wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze?- wtrąciła się Tisdale.
- No co? Bo nie zniosę tego napięcia!
- Będziemy grali jako support.. No zgadnij, kogo!
- No kogo?!- wkurzyłam się.
- Fit For Rivals, kruszynko!- zawył Cheshire, wskakując na łóżko.
Oniemiałam. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa, bezdźwięcznie poruszałam ustami. Oni jako.. support mojego ulubionego zespołu?!
- Kurwa, tak się, kurwa, cieszę!- wrzasnęłam, przyłączając się do najlepszego kumpla. Rzuciłam się w jego objęcia.
- Ja wiem, ja wiem.. Spełniamy marzenia!- zachichotał.
- Ale.. naprawdę? Tam będzie Renee? Będą grali Damage? Będą tak skakać na scenie? A przed nimi wy tak samo..?- nie mogłam uwierzyć. ,,Czy to sen?"
- Tak, tak samo, Sally..- śmiała się blondynka, rzucając we mnie pluszakiem.- Napisali do nas w nocy. Koncert już w środę.
,,Uff.. Może będę mogła tam iść bez Andy'ego. Ale spotkać Renee? Posłuchać ulubionego zespołu na żywo? Śpiewać z nimi? I to jeszcze moi kumple są supportem.. Cholera, lepiej być nie może!"
- Kocham was, kocham was - powtarzałam w kółko.
- I jak tu się dziwić? Jesteśmy zajebistą kapelą!
Po raz kolejny wysmarkałam się dziś w czyiś ciuch. Tym razem padło na t-shirt Carla z Bring Me The Horizon.
- Nie płacz tak, panno Rogers! Musimy zaraz jechać na próbę! Musisz nas usłyszeć!- entuzjazmował się wokalista.
Tym oto sposobem wylądowałam w garażu Rabbita. Nie mogłam się doczekać, by usłyszeć, co grają kumple.

*Andy*
Sally nie było w domu. Mogłem wyjść z pokoju i trochę pozrzędzić. Całe szczęście..
Drżącymi jak cholera rękami otworzyłem drzwi i wyślizgnąłem się na korytarz. Mógłbym się założyć, że kolejny dzień spędzę w piżamie, przewalając się na kanapie.
A więc pofatygowałem się i dowlokłem do salonu swoje dupsko. Tak mnie to zmęczyło, że od razu upadłem na poduszki. Kurwa, jak mi było słabo..
Nie zauważyłem, że moja noga wylądowała na tym nędznym perkusiście. Pisnął jak baba i podniósł się jak oparzony, tym samym zrzucając mnie na podłogę. Uderzyłem kościstym ciałem o posadzkę i syknąłem z bólu.
- Ty głupi chuju, rozpieprz sobie ten pusty łeb o werbel. Albo wepchnij sobie pałkę w dupę!- zakląłem. Perkman mało się nie rozryczał. Uciekł pośpiesznie, a już po chwili przylazł do mnie Jinxx i reszta ekipy.
- Nic ci nie jest?- zapytał Ashley, podnosząc mnie jak jakieś dziecko.
- Nie - warknąłem.- Spierdalać.
Już miałem się zmyć, bo widocznie przebywanie tutaj było wyjątkowo niebezpieczne, ale zatrzymały mnie grube łapska Pittsa.
- Puszczaj, kutafonie!- wysyczałem naprawdę wkurzony.
- Pokaż się no tu - Ferguson zmarszczył brwi. ,,Błagam, tylko nie ręce, tylko nie ręce!..". Akurat tam skierował swój parszywy wzrok.- Czy ja dobrze widzę?
,,Nałóż okulary, stary śmieciu!"
Jego protekcjonalny ton nie wróżył nic dobrego.
- Nie mów, że jeszcze to..- pokazał paluchem na siniak w zgięciu. Cholera, czemu nie nałożyłem długiego rękawa.- Ty już całkowicie oszalałeś! Obłąkany ćpun!
- Co?!- oburzyli się pozostali.
- Jesteś już poważnie chory, a dodatkowo pogarszasz swój stan narkotykami! Kretyn!- wrzeszczał ten stary pryk.- Dosyć tego, miarka się przebrała! Jedziemy do szpitala, w tej chwili!
- W życiu, parszywy psie - splunąłem mu w twarz. Kopnąłem też Jake'a najmocniej jak mogłem w jaja. Zagryzł wargi, ale mnie nie puścił. Usiłowałem się szarpać, ale kompletnie nie miałem siły. Ten skurwiel jedynie wykręcił mi ręce do tyłu.
- Idę wyprowadzić auto. Pilnujcie go.
Spojrzałem na wszystkich z nienawiścią spod rozczochranych włosów.
- Skurwiele..- rzuciłem. Spuściłem głowę i zwaliłem się na kolana.

*Sally*
Przez jakieś kolejne pół godziny muzycy rozstawiali, podłączali i sprawdzali swój sprzęt. Składały się na niego czarna gitara elektryczna Carla, ciemnoczerwony bas Alice, duża perkusja Robbiego i oczywiście mikrofon. Dziwne, bo od samego początku znajomości, nigdy w życiu nie słyszałam gry ani śpiewu przyjaciół. Dlatego teraz byłam niezwykle podekscytowana. Może okaże się, że przyjaźnię się z przyszłymi gwiazdami?
W końcu jednak próby i przygotowania dobiegły końca. Stanęłam pod ścianą na przeciwko zespołu. Wstrzymałam oddech, gdy rozległy się nuty pierwszej piosenki.
Moja reakcja? Wow. Nie wiedziałam, że są aż tak dobrzy.
Najpierw dominowały równomierne uderzenia w bębny. Potem doszła ciężka gitara i bas. Wszystko się nagle zaostrzyło. To było coś w rodzaju wybuchu. Ale najlepsze było przede mną. Nagle głośne partie nieco przycichły, a Carly zbliżył twarz do mikrofonu. Rozległ się jego wokal.
Wow po raz drugi. Nie miałam pojęcia, że on tak ładnie śpiewa. Gdy kumplowaliśmy się w dzieciństwie, raczej się tym nie interesował, jego upodobania muzyczne ograniczały się do słuchania wersji nightcore praktycznie każdej lepszej piosenki.
Gdybym znała więcej zespołów z pewnością mogłabym określić, do kogo podobnie śpiewa. Niestety teraz nie mogłam tego stwierdzić. Był jakiś taki zespół, który Carrie mi pokazywał. Jakiś taki Live Like* coś tam i drugi- coś tam z Alexandrią** (,,Twoja znajomość muzyki jest powalająca, Sally!"). Można by uznać, że Coward posiadał mieszankę głosów dwóch wokalistów.
Ale partia w najbardziej jego stylu miała dopiero nadejść. W pewnej chwili rozległ się głośny krzyk. Mało się nie przewróciłam ze strachu, za to gwałtownie podskoczyłam. Wyraźnie słyszałam wpływ Bring Me The Horizon. Nie tylko w brzmieniu, ale także w tekście. Co chwila słyszałam tylko jakieś ,,kurwa", ,,pierdol się", ,,jebię cię". Właściwie to był zlepek tych wyrazów. Ale poza tym wszystko do siebie pasowało, brzmiało fajnie. Gdy zespół skończył, zaczęłam klaskać. Wokalista wyszczerzył się z dumą.
- I jak, muzyczna analfabetko? Pod wrażeniem naszych talentów?- spytał, odgarniając grzywkę.
- Super! Naprawdę super! Będziecie świetnym supportem!
Robb ukłonił się teatralnie, odchodząc od perkusji.
- Och, nie musisz nas aż tak wychwalać. Mamy świadomość, że jesteśmy wirtuozami!
Zaśmiałam się.
- A jak się nazywacie?- zapytałam po chwili. Nie zdziwiłam się, jakby nazwa brzmiała mniej więcej jak ,,Jebane Kutasy" lub ,,Popierdolone Kurwy". Jednak odpowiedź mnie zaskoczyła:
- Właściwie.. Nie mamy jeszcze nazwy.. - odparła Alice.
- To jak się przedstawicie na koncercie?
- Sally ma rację. Trzeba wymyślić nazwę - przyznała.- Jakieś pomysły?
- ,,Zgrabne Dupy"! ,,Najprzystojniejszy Wokalista i Reszta"! ,,Band Najcudowniejszego Carla Cowarda"!- wydurniał się wokalista.
- Pytam na serio..
- Oj, nie spinaj kwiatuszka, Alicjo - ,,Jak on to wymawia, nie łamiąc sobie języka?"- Zaraz się pomyśli. To nie może być takie trudne!

***

Wszyscy dumali przez dobrą godzinę, ale nikt nic nie wymyślił. W końcu zabrałam głos:
- Dobra.. Trzeba pomyśleć o tym, jacy jesteście. Jesteście.. fajni, mili, szaleni, walnięci - wymieniałam.
- Mam!- klasnął w ręce Carl.
- I co tam wydumałeś?- zapytała Alice.
- Szaleni, właśnie, my jesteśmy wręcz popierdoleni! Przy tym mamy ksywki jak z Krainy Czarów! Ja- Cheshire, Robbie- Rabbit, a ty jesteś Alice!
Wszystkim spodobał się pomysł.
- Ale czy ,,Wonderland" nie będzie za krótkie?
- Fakt.. - nasz ,,geniusz" podrapał się po głowie.- Mam pomysł. Trzeba coś oryginalnego, więc.. Sally, ty mówiłaś, że LA to twoja Kraina Czarów. I przyjechałaś pociągiem. Więc może ,,Train To Wonderland"?
- Wow..- powiedziałam tylko. Nazwa zespołu nawiązuje do mnie! Jaki fart!
- No to zatwierdzone, jak mam rozumieć!- wyszczerzył się frontman.- A teraz wracamy do grania!

*Andy*
- Andy, błagam, uspokój się wreszcie!- błagał mnie Ash, gdy kopnąłem go po raz setny. To się powtarzało od kiedy wyjechaliśmy z domu. Ale nie mogłem iść do szpitala, nienawidziłem go. Zrobiłbym wszystko, by się wyrwać. A w tej chwili było mnie stać tylko na to.
Znów wierzgnąłem, ale przekroczyliśmy już drzwi.
- Kurwa, nie! Nie wyrażam zgody!- darłem się.- Jestem dorosły, mogę sam decydować!
- Niedługo nie będziesz mógł..- szepnął złowrogo Jinxx. Często to powtarzał, bałem się, że coś knuje. Tym bardziej musiałem się wyrwać.
Przeciągnęli mnie przez długi korytarz, moje nogi musiały dotykać tej obrzydliwie czystej podłogi. Wszędzie panowała biel. Ohyda. Nic gorszego nie istniało. Do tego ci wszyscy ludzie..
Właśnie, akurat teraz musieli się na mnie gapić. Wszyscy wytrzeszczali oczy, jakbym był jakąś sensacją. No dobra, może niewiele gwiazd rocka się tarza się po szpitalnej podłodze, ale te stare pryki chyba mnie nie kojarzyły.
Tak, stare pryki. Gdy byłem tu ostatnio prawie w ogóle nie widywałem nikogo młodego. Właściwie to powinno być dla mnie bez znaczenia, bo i tak siedziałbym naburmuszony i obrażony, że mnie tak uziemiono, ale wolałbym mieć przed sobą jakieś ładne twarze. Jeśli teraz tu utknę to na pewno lepiej nie będzie.
Co jeszcze? Kurwa, jebany personel. Te pokurwione piguły zachowywały się, jakby były nauczycielkami. Ten ich protekcjonalny ton, grożenie palcem i przemowy o ,,zasadach kultury osobistej". Nie moja wina, że robiły ze mnie wariata i atakowały strzykawkami ze środkiem uspokajającym! Nie zapisywałem się do psychiatryka!
W końcu jednak się zatrzymaliśmy.
- Dobra, a teraz posłuchaj - zwrócił się do mnie ten zgrzybiały sztywniak.- Ja pójdę wypełnić papierkową robotę i wszystko pozałatwiać, a ty tu grzecznie posiedzisz, jasne?
Nic nie odpowiedziałem. W końcu Jake mnie puścił i jak przystało na wzorowego przydupasa, podążył za swym ,,panem". Tymczasem ja zostałem z Ashley'em. ,,No to będzie łatwo.."
Już miałem przygotowany plan. Prosty i trochę oczywisty, ale skuteczny.
Odczekałem kilka minut, zachowując się w miarę normalnie. Tymczasem kumpel oglądał siniaki, które dziś mu zrobiłem.
- Ashley..- spytałem w końcu niewinnym tonem.
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Co?
- Mogę do toalety?- spytałem. Tak, to był ten genialny plan.
Chłopak westchnął.
- Naprawdę musisz? Nie robisz mnie w konia?..
- Jak się zleję w majtki, to będziesz miał odpowiedź. No błagam..- udawałem, że bardzo mi się chce.
- Cholera, jestem dla ciebie za dobry. A obiecałem sobie, że więcej ci nie pomogę, mały oszuście - żalił się. ,,No dalej, powiedz tylko ,,tak"!"- Dobra. Idź, ale jeśli to będzie przekręt, to następnym razem każę ci założyć cewnik moczowy!
Wzdrygnąłem się i podniosłem na słabe nogi.
- Dzięki, kochanie - ,,podziękowałem" ironicznie.
Ruszyłem szybko przed siebie. Dobrze, że w miarę znałem to miejsce. Zszedłem po schodach, mijając wszystkich, jakby nigdy nic. Mało spektakularna ucieczka, ale Ash dał się nabrać. Cep.
Byłem co prawda w samej piżamie, ale teraz mnie to nie obchodziło. Temperatura ostatnio wzrosła, więc nie powinienem zmarznąć. Może jedynie czułem się głupio, bo szedłem na bosaka niczym Cejrowski. Miałem nadzieję, że nie przyłapie mnie żaden tępy paparazzi i nie pstryknie foty. Bo jeśli tak zrobi, to wszyscy się dowiedzą. Nawet Sally, a tego bym nie chciał. Wolałbym, żeby nie wiedziała, że mój stan zdrowia się pogarsza. Najpewniej ,,z troski o mnie", wysłałaby mnie z powrotem do tego więzienia.
Przeszedłem kolejną przecznicę. Oczywiście zebrały się już tłumy gapiów. Przyspieszyłem i mimo ogromnego wysiłku i kłucia, w końcu dotarłem na naszą ulicę. Sall chyba nie było w domu. Teren wydawał się czysty.
Drzwi zamknięto, ale okno zostało otwarte, więc to właśnie przez nie dostałem się do środka. Powiedzmy, że miałem już doświadczenie w takich sprawach.
W domu nikogo nie zastałem, więc jedynie pochwyciłem kawałek mięsa (bo dawno nie jadłem) i pobiegłem do swojego pokoju. Akurat miałem ochotę ponarzekać dla Lynn.
 
*Sally*
- No dobra, muszę już iść. Andy się pewnie denerwuje, bo mu nie powiedziałam.
- On aż tak spina dupcię?- zdziwił się Kot.
- Daj spokój! Nie masz dziewczyny, nie zrozumiesz.. To miłe jak ktoś się o ciebie troszczy - zwróciła uwagę Alice, wtulając się w Robbiego. Objął ją ramieniem. Och, nie mogłam się doczekać, by zrobić tak z Andy'm.
- Laski lecą na mnie i bez tego - prychnął chłopak, odrzucając na bok swa grzywę.- To jak, Sallem, kiedy się spotkamy znowu? Jakby coś to może trochę później, bo nasz cudowny Pociąg musi trenować..
- Nie wiem.. Może.. Może jutro wieczorem u mnie?- spytałam niepewnie.- Ali i Robb jeszcze nie byli.. Andy się chyba nie obrazi.
- Supi dupi!- uradował się mój najlepszy kumpel.- Takie piżama party!
- O tak!- poparłam pomysł. W dzieciństwie zawsze marzyliśmy o piżama party. Żeby obaj nałożyć różowe piżamki, rzucać się poduszkami, wcinać popcorn, czytać magazyny, oglądać filmy i gadać całą noc! ,,Kolejna okazja na bycie normalną.. Super!"- cieszyłam się w myślach.- Genialny pomysł! Przychodźcie jutro po 20. Będzie świetnie!
- Ze mną zawsze jest świetnie. Będzie jeszcze świetniej! Wow, to już jakaś skrajność!
Zachichotałam.
- Dobra. Do jutra!
 
***
 
Gdy tylko przekroczyłam próg domu, usłyszałam jakieś wrzaski. Zaniepokoiłam się. Dochodziły one z góry, więc tam też się udałam. Po drodze nasłuchiwałam. To Jinxx prawił Andy'emu kazania przez drzwi jego ,,twierdzy". Wsłuchałam się, by wyłowić sens jego wypowiedzi.
- Ja ci dam takie akcje! Tobie Ash też się oberwie! Zaraz wymyślę jakąś karę..
Zmarszczyłam brwi. Co jest, do cholery?
Czemu on się tak na nich wyżywa? Czy on jest jakąś niańką? Przecież to są dorośli faceci, a on ich traktuje jak pięciolatków! To aż głupie! Na miejscu tej grupy, zamieszkałabym w oddzielnych domach. Co jak co, ale pięć facetów pod jednym dachem to już za dużo.
Do moich uszu dobiegły wykrzykiwane wyzwiska. Miałam tego dojść. Postanowiłam przerwać te dziecinne sprzeczki. Przeszłam kolejne stopnie i stanęłam na końcu korytarza.
- O co znowu wam poszło?- zapytałam, krzyżując ręce. Wszyscy podskoczyli jak oparzeni. Uśmiechnęli się krzywo.
- A, to nic takiego - powiedział Jake.
- Z tym, że Andy znowu się mnie nie słucha!- wkurzył się najstarszy.
Wywróciłam oczami.
- Jest pełnoletni, nie musi cię słuchać.
Westchnął.
- I tak nie zrozumiesz!- ,,Kurwa, wyjaśnij, o co chodzi, zanim postawisz tezę!"
Pod naszą nieuwagę drzwi się otworzyły, a obok nas pojawił się Biersack w samej osobie. Nadal nosił piżamę, wyglądał w niej dość mizernie. Wisiała na nim niczym worek na śmieci. Aż się trochę zaniepokoiłam, bo zdrowo nie wyglądał.
- Co tam, kochanie?- starałam się, by mój ton brzmiał naturalnie, ale średnio mi to wychodziło.
- Wszystko w porządku - powiedział, całując mnie w usta.
Przytuliłam go, ale zaraz się odsunęłam.
- Wiesz..- zaczęłam.- Bo..
- O co chodzi, Sall?
- Carl jutro wpadnie.
Powieka mu zadrgała. Miał chyba ochotę mnie rozszarpać, ale się powstrzymał. Na wszelki wypadek wycofałam się i zeszłam na dół.
- No to masz karę - usłyszałam jedynie.

*Andy*
No brakowało mi już tylko tego pedała.. Czułem się przytłoczony tym wszystkim. Jinxx stał mi nad głową i prawił jakieś kazania. Robił to od co najmniej godziny. Zwyzywał mnie od żałosnych ćpunów, obłąkanych wariatów i rasowych skurwieli. Szczerze tym to się akurat nie przejąłem. Bardziej martwiło mnie, że zaciągną mnie w końcu do tego szpitala i tym razem nie będzie ucieczki. Jeśli wszyscy się dowiedzą, będę miał przechlapane. Wszyscy zaczną plotkować, faneczki wypisywać mi jebane kondolencje i mówić, jak to bardzo będzie mnie im brakować. I dowie się też Sally.. Ugrzęzłem w tym bagnie po uszy, a i tak zapadałem się coraz głębiej. Czekałem aż utonę. I najpewniej nie będzie to przyjemne. Najpewniej dostanę kolejne kazanie, skończę w jakimś opętanym przez dziwne zwyczaje miejscu i zostanę całkowicie sam, bezbronny. Wszystko do tego zmierzało. Chyba że wcześniej zwyczajnie umrę.. Zupełnie jak każdy śmiertelnik. Nie, to obrzydliwe. Najpierw musi się dopełnić przeznaczenie, a wszystko się ze sobą kłóciło.
Musiałem w końcu wybrać: Lynn czy Sally?
Na razie nie miałem pojęcia, jak, do cholery, mam odpowiedzieć. To musiało zaczekać.
Tymczasem szykowała się konfrontacja z tym gówniarzem, który tylko przeszkadzał. Szykowała się kolejna lekcja przetrwania.

***
 
*Sally*
,,Oki doki, szykuję sobie właśnie piżamkę ^^ Którą- w truskawki czy w Teletubisie?"- pytał w SMS-ie ten słodki głupek.
,,W Teletubisie"
Szczerze? Nie mogłam się doczekać. Party zapowiadało się naprawdę zabawnie i normalnie. A ja jak zawsze potrzebowałam normalnej rozrywki. Swój limit nienormalności wykorzystałam już dawno.
Zdjęłam normalne ciuchy- tym razem niebieski top, krótkie czarne spodenki i rajstopy w biało czarne paski. Zastąpiłam je słodką piżamką z wizerunkiem główki lalki. Zeszłam na dół, by zobaczyć jak idą przygotowania. Jinxx i Jake stwierdzili, że są za starzy na takie ,,dziecinne" zabawy i zmyli się do swoich pokojów. Ash postanowił, że zostanie, przekonał też CC'ego. Tak, miałam nadzieję, że mój chłopak poczuje się raźniej w ich towarzystwie. W razie czego będzie się miał na kim wyżyć.
Christian właśnie przygotowywał popcorn, Ashley robił drinki. Wyglądali na zadowolonych.
- Gdzie Andy?- spytałam ich.
Purdy wskazał ruchem głowy na kanapę.
Zbliżyłam się do niego i szeptem spytałam;
- Ma focha?
- A kto by go zrozumiał!- rzucił cicho.
Westchnęłam. ,,Nie przejmuj się, on już taki jest. To ci nie zepsuje imprezki.."
 
*Andy*
Ta kanapa stała się ostatnio jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w domu. Właśnie teraz się na niej wylegiwałem. Choć trudno to tak nazwać, skręcałem się z bólu i starałem się go jakoś przetrwać. Wśród poduszek na pewno było to przyjemniejsze. Nawet chętnie bym się zdrzemnął. Ale musiałem pilnować tego pedała. Jeśli zrobi coś mojej dziewczynie- zabiję, obiecuję.
- Co jest?- usłyszałem nad sobą głos Sally. Wyglądała na zmartwioną. No cóż, przykro mi. Musiałem ją okłamać.
- Nic, nic. Widzisz?- podniosłem się, choć cały czas łamało mnie w kościach jak przy ostrej grypie.
Rogers uśmiechnęła się i zajęła miejsce obok mnie. Objąłem ją ramieniem i dałem całusa. Tak, to mi się podobało. Sam na sam, bez żadnych gejuchów i strych zgredów. Dopiero teraz tego zaznałem, a szkoda. Mógłbym tak ją tulić cały czas. W ciszy, w spokoju. To ciepło uspokajało. Było kojące. Trochę nawet leczyło.. W każdym razie było całkiem przyjemnie. ,,Przepraszam, Lynn, tylko ten jeden raz"
Ale nawet to nie mogło trwać długo. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Obaj podskoczyliśmy.
- Pewnie już są!- ucieszyła się Sall. Gdybym tak mógł się cieszyć razem z nią..
,,Mógłbyś, ale jesteś zazdrosnym dupkiem"
,,Zamknij się! Robię to dla jej dobra!"
Wstała, a ja usłyszałem jakieś radosne śmiechy i chichy. Odwróciłem się.
,,Kurwa, bardziej pedalsko i drażniąco się już nie dało?!"
 
*Sally*
- Super, że jesteście!- witałam wszystkich po kolei. Carl miał na sobie piżamę z wizerunkiem wszystkich bohaterów Teletubisiów. Reszta wyglądała już mniej oryginalnie, ale w końcu oni nie byli aż takimi zjebami. Rola błazna należała do naszego Kota.
- Mam tyle pomysłów! Wiem, jestem genialny - O wilku mowa..- Naprawdę, będziesz zachwycona. To będzie niezapomniana noc! Ostre, słitaśne party party już się zaczyna!
Zaśmiałam się. Podejrzewam, że nawet siedząc w pokoju bez klamek, studiując ściany z tymi ludźmi, bym się nie nudziła. Z prawdziwymi przyjaciółmi nigdy się nie nudzi.
- Chodźcie. Wszystko gotowe- popcorn, magazyny, TV, podusie..- wyliczyłam.
- O, supi dupi, ale jak już to wszystko zrobimy, to mam dla ciebie niespodziankę. Coś jeszcze ciekawszego. Założę się, że nigdy tego nie robiłaś, bo nawet ja, choć jestem niezwykle obytą osobą, nigdy tego nie próbowałem. Może być zabawnie!
- Super. Ale najpierw lecimy z programem!
Tak naprawdę byłam naprawdę ciekawa, co Carly znowu wymyślił. Bo co jeszcze mógł zmajstrować? Jedno było pewne: na pewno okaże się świetne.
- O, i jest nasz Andrzej!- zawołał, gdy zobaczył Andy'ego. Biersack nie wyglądał na zachwyconego, ale przynajmniej milczał i darował sobie niemiłe komentarze. Więcej od niego nie wymagałam.
- A teraz, czas start!- Ali klasnęła w ręce.
 
 
***
 
Imprezka trwała w najlepsze. Obejrzeliśmy jakieś debilne komedie, które nie miały większego sensu, ale ryliśmy z nich jak głupi, obżarliśmy się popcornem i słodyczami, stoczyliśmy bitwę na poduszki (Carl nieźle wytłukł Robbiego, drąc się co chwilę ,,prosto w Parkan!", co było naprawdę przekomiczne) i poprzerabialiśmy zdjęcia w muzycznych magazynach (nie skomentuję tych, które wykonał Ash w gazetach porno). Tańczyliśmy też trochę do muzyki BMTH i FFR. Carrie wykrzykiwał teksty, które składały się głównie z wulgaryzmów. Wszyscy bawili się świetnie.
 Wszyscy poza Andy'm. On siedział cały czas spięty i jedynie obserwował. Nie wiem, czy był zmęczony czy spięty, ale starałam się nie wchodzić mu w drogę. Nie dawałam się też nikomu przytulać, by nie wzbudzać jego podejrzeń. Pilnowałam się, ale to mi nie psuło zabawy. Wszystko wypadło zarąbiście.
Aż w końcu nadeszła chwila, by wypróbować nową ,,zabawę" Carla. Nie miałam pojęcia, o co może mu chodzić, więc spytałam:
- To co chcesz nam pokazać?
Minęła chwila ciszy, aż w końcu Cheshire wyszczerzył się w psychopatycznym uśmiechu.
- Wywoływanie duchów.
Zamarłam.
 
*Andy*
,,JA CI, KURWA, SKURWIELU, POKAŻĘ WYWOŁYWANIE DUCHÓW!"- wydarłem się w myślach. Najchętniej zajebałbym tego dziecinnego idiotę. Czy on w ogóle wiedział, jakie mogą być konsekwencje?! Nie wydaje mi się. Podejrzewałem, że wygrzebał to po prostu w necie i wpadł na taki ,,jakże zabawny" pomysł. Co za dzieciak.. Właściwie to nie była nawet zabawa. To był poważny rytuał. Mimo że nie wyglądałem na kogoś, kto ma doświadczenia z takimi rzeczami, ale byłem. Tylko ja mogłem ratować sytuację. Ale jak?..
Nie było czasu by się zastanawiać! Zaraz zrobią coś niesamowicie głupiego. Jeśli jakiś dziadek Coward zacząłby nękać swojego wnuka, to miałby przynajmniej nauczkę. Może to by mu wybiło z głowy takie durnoty.
Ale teraz zależało mi na tym, by ocalić innych. Między innymi Sally. Nigdy nie wiadomo, do kogo zjawa się przyczepi. Może paść na Sally. Nie chciałem tego. Gdybym mógł, uciekłbym z nią teraz i zastrzelił Carla. Jeśli nie zwali mi się na głowę jego natrętna dusza.
- Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. To dość niebezpieczne - powiedziałem.
Ten głupek jedynie zachichotał. Wszyscy mu zawtórowali, nawet Ashley i CC. Spiorunowałem ich wzrokiem. Purdy parsknął, po czym wygłosił swoją durną opinię:
- Daj spokój, nie jesteś dzieckiem. Chyba nie wierzysz w te brednie? Przecież duchy nie istnieją!
- Ktoś tu sra w majteczki - szydził pedał.
,,Oj zdziwilibyście się.. Bardzo"
Mimo to spuściłem głowę. Sam nie wiem czemu. ,,Uległeś, słabeuszu"
- No dalej, obłąkany paranoiku, duchy dla ciebie nie straszne!- zachęcał. Chyba był lekko pijany..- Bo naskarżę dla Jinxxa, że znowu byłeś gburem!
Co miałem powiedzieć? Spojrzałem błagalnie na Sally.
- Sall..- zacząłem, ale nawet nie podniosła wzroku. Wymusiła tylko uśmiech.
- Jasne, duchy nie istnieją.. Nie istnieją..- mówiła, ale jakby bez przekonania. ,,Czyżby?.." Może miała jakiś związek z duchami? Może przeżywała to, co ja?
Zaciekawiłem się. Bardzo chciałbym wiedzieć, jak to się wszystko stało..
Dlatego nic nie powiedziałem. Zamknąłem się. ,,Głupsze!"- krzyczał mój rozsądek, ale serce podpowiadało, że dzięki temu czegoś się dowiem. To tak jak doświadczenie- potrzeba jest obserwacja. Właściwie obserwowałem Sall od początku, chciałem ją rozgryźć. Głównie dlatego z nią chodziłem. Więc czemu miałbym ominąć tak ważną lekcję?
- No dobra - zgodziłem się w końcu.
 
*Sally*
Nie wiem, czemu się nie sprzeciwiłam. Może nie chciałam wyjść na taką, za jaką mnie uważano? Nie chciałam pokazywać, co wywołała u mnie śmierć siostry? Co spowodowało, że zraziłam się do wszystkich rytuałów? Może bałam się, że mnie wyśmieją jak Andy'ego. On też się bał. Już na pierwszy rzut oka można było to stwierdzić. Może posiadał taka wiedzę jak Lynn i wiedział jak to się zwykle kończy? I teraz on również to zrobi.. Powinnam go odwieść od tego pomysłu. Bo co, jeśli to się skończy tak jak u mojej siostry?
Ale uległam. Carl, który teraz wydawał mi się teraz bezmózgim idiotą bez żadnego szacunku dla zmarłych, szturchnął mnie w ramię.
- Zgaś światło, Sallem. Zaczynamy pokaz Kociego Magika! Kot Behemot, haha!
- Czytałeś ,,Mistrza i Małgorzatę"?- zdziwił się Andy. Z tego, co się orientowałam, to była to jakaś książka o Szatanie i Jezusie, w której ten pierwszy przyjechał do Rosji.. Takie rzeczy się kojarzyło, ale odpowiedź Carla brzmiała oczywiście idiotycznie, a mianowicie:
- Nie.. Co to?
Biersack miał chyba ochotę walnąć facepalm. Wiedziałam jak męczy się w towarzystwie mojego irytującego kumpla. Nawet ja miałam już dość. Pożałowałam, że zaprosiłam do nas Cowarda. Pierwszy raz stałam po tej samej stronie, co mój chłopak. Ale teraz nie było odwrotu..
Choć.. był. Ale ja znów sama nie wiedziałam, czego chce. Stara Sally powracała.
Dlatego też wykonałam polecenie Carriego i pstryknęłam światło. Zapanowała ciemność, ale Robbie zapalił świecę.
- Siadamy teraz dookoło.. Tego!- oznajmił pomysłodawca wyciągając jakąś tabliczkę.- To specjalna tabliczka. Wykosztowałem się, więc nie macie wyjścia!
Westchnęłam. Czarnowłosy położył przedmiot na dywanie, a my zasiedliśmy dookoła. Obok mnie zasiedli on sam i Andy. Po chwili Cheshire oświadczył:
- Potrzebny nam jeszcze kieliszek..
Ash zareagował, mianowicie wypił do końca drinka ze swojego kieliszka i podał naczynie ,,Behemotowi". Ten wyszczerzył się zadowolony i zaczął wszystko ustawiać. W końcu skończył. Wszyscy byli gotowi, a ja mało się nie zesrałam ze strachu.
 
*Andy*
Już czułem jak szatańskie siły przybywają do pokoju. Od pobytu z Lynn byłem wyczulony na takie rzeczy. A ta dzieciarnia nawet o tym nie wiedziała. Żenujące, nie byli godni by obcować z czymś tak wartościowym. Nawet ja nie miałem na razie do tego prawa. I raczej nie będę miał, bo teraz sam się wygłupiałem. Wszyscy co raz parskali śmiechem. Tak, jakby było w tym coś zabawnego. Czułem się oburzony.
Ale najgorsze miało się zacząć właśnie teraz.
- To kogo przywołujemy?- spytała Alice.
- No, jakieś pomysły?- dorzucił główny debil.
- Może..- zaczęła Sally. ,,Kurwa, nie przywołuj swojej siostry! Się rób tego, idiotko!"- Może.. Andy.. Tą dziewczynę?
Zbladłem. ,,Kurwa mać, bezmyślna pizdo, odszczekaj się". Jednak w głębi naprawdę tego chciałem. Przy tym się bałem.
Już sam nie wiedziałem, więc siedziałem cicho.
- Dobra, kładziemy ręce na kieliszku.
Wykonałem polecenie. ,,W co ty się, cepie, pakujesz?!.."
Biłem się z myślami. Tymczasem ton Cowarda wydawał mi się naprawdę złowieszczy:
- Chcemy się skontaktować z martwą dziewczyną Andy'ego - po tych słowach prawie się rozkleiłem.- Jeśli jesteś tu, duchu, porusz kieliszkiem na tak.
Nic się nie stało.
- Potrzeba koncentracji!- stwierdził chłopak.- Pomyślmy teraz wszyscy o tym samym!
Pomyśleliśmy, a Carl powtórzył słowa.
I wtedy. Jakiś cień, szybki cień i..
O KURWA.
 
*Sally*
KURWA..
Prawie zemdlałam.
,,LYNN?!"
 
***
No, i tym oto sposobem mamy 12 rozdział ^^ W następnym- oj, zobaczymy, zobaczymy.. A tymczasem- nowy blog o Mangy. Wszyscy, którzy powinni o nim wiedzieć mają już link. A inni jeśli są ciekawi (o ile jest ktoś inny, choć wątpię), to powiem wam- nie jest to fanfiction, więc to nie wasz zasrany interes. I tak się wam znudzi, bo ni ema waszego Andysia gwiazdeczki.
Niedługo wstawię na Mangy jakąś informejszyn. W następnym tygodniu planuje tam rozdział dla urozmaicenia. Może być ciekawie, bo to będzie raczej improwizacja. Zobaczy się<3
Cóż.. Co jeszcze mogę powiedzieć. Czekam na jakieś domysły, teorie *udaje Scotta Cawthona* ♥ Męczcie się XD
Kocham was, do Mangy za tydzień i TTW za dwa ;*
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
P.S. Davida Groch patrzy, czy piszesz komentarz. Ona↓
                    Wy^
                          |