*Jinxx*
- Cholera, Sally naprawdę się na nas wypięła!- załamałem się, gdy nie oddzwoniła i chyba wyłączyła telefon, bo ja też nie mogłem tego zrobić.
- Trudno jej się dziwić, lepiej będzie dla niej, jeśli nas zostawi - stwierdził Ash, wzruszając ramionami. Jego luz mnie denerwował, bo Andy wyskakujący przez okno i biegnący w Londyn jak dzikus to nienajlepsza sytuacja. Cieszyłem się, że nie spadł z takiej wysokości, ale nawet w mieście na prostej drodze wynalazłby sobie nieskończoną ilość sposobów, by zrobić sobie krzywdę lub przynajmniej wysadzić Wyspy Brytyjskie w powietrze. Mieliśmy do czynienia z małym terrorystą.
- Ashley, błagam cię, znasz Andy'ego! Straciliśmy nasze najlepsze źródło informacji, naszą wtykę i osobistego ochroniarza Andy'ego! Przy niej był w miarę potulny, ale co teraz? Na pewno jest wkurwiony całym tym bajzlem, który wywołał! Gdybyśmy mieli Sally, tylko ją! Jak ona mogła nam to zrobić?!
- Czego od niej oczekiwałeś, że wyskoczy z samolotu i zacznie się za nim uganiać? Sally jest całkiem niegłupia, wręcz przeciwnie. Do tego miała jaja, że w końcu mu przyłożyła! Dziwię się, że tylko jeden raz.
- Trochę będzie mi jej brakować - wtrącił się CC.- Dzięki niej Andy nie był aż takim skurwielem. To znaczy dla niej był.. Dla nas mniej, bo ona się poświęcała.
- Sierotki Marysie, nie chcę wam nic mówić, ale w czasie, gdy wy tu siedzicie na dupie i się rozczulacie, on prawdopodobnie terroryzuje Londyn lub knuje jakiś plan. Zresztą teraz nie mamy pojęcia, gdzie go szukać, a nie sądzę, by był na Heathrow i uciekał z kraju. Na pewno przewidział, że nie zostawimy tak Sally, a oczywiste dla niego by było, że wraca do siebie - uświadomił nas Jake, marszcząc brwi.- Jeśli faktycznie chcemy coś zdziałać, to trzeba wyruszyć w pościg. Londyn jest ogromny, ale niektóre miejsca można z góry wykluczyć.. Skupcie się!
Rozpoczęliśmy burzę mózgów, starając się panować nad paniką.
- Nie sądzę, by wybierał zabytki i najbardziej zatłoczone ulice. Zwłaszcza teraz, gdy jest sławny - stwierdziłem.- On zawsze zapuszcza się w ciemne, podejrzane uliczki. Chociażby by kupić narkotyki. To raczej niemożliwe go uchwycić. Prędzej narazimy się na atak jakiś podejrzanych typów. Poza tym nie będziemy go ścigać na piechotę, a z taksówki go nie zauważymy.
Zaczęliśmy się zastanawiać, co mamy zrobić w tej sytuacji. Czekać na jakiś kolejny ruch? Dać Andy'emu spokój? Powiadomić policję? Uganiać się za nim na własną rękę?
Od tego wszystkiego aż łaziłem nerwowo o całym pokoju, znajdując się na skraju wytrzymałości psychicznej.
- Raczej prasa nie pozwoliłaby mu się dyskretnie wymknąć. Możliwe, że już go gdzieś złapali i pstryknęli mu zdjęcia!- oświeciło Asha.
- Jesteś geniuszem, Purdy!- podziękowałem mu, choć nie wydawało mi się to takie oczywiste. Jeśli już go widzieli, to na ścianie naszego hotelu, ale mało kto powinien to przeoczyć.
- No wiem, kontynuuj!- wyszczerzył się, ale nikt nie miał nastroju na żarty.
- Nie zachowujcie się jak dzieci, tylko szybko szukajcie newsów!- ponaglał Pitts.
Każdy z nas zanurzył się w telefonie i przeglądał portale plotkarskie. Oczywiście wszystkie trąbiły o wczorajszym wieczorze i trudno było przebić się przez ten spam. Opinię na temat naszego wokalisty wyraził już chyba każdy muzyk, każdy obecny na gali, a nawet fotografowie, kelnerki i sprzątaczki i osoby, które kompletnie nie miały związku z całym przedsięwzięciem. Brakowało tylko nagany od królowej i zakazu wjazdu do Wielkiej Brytanii. Nic nie wskazywało na to, by afera przycichła, wręcz przeciwnie. Gdybym nie znał Biersacka, uznałbym to za niezły chwyt marketingowy.
- Mam!- oświadczył Christian.- Całkiem świeże, jakąś godzinę temu!
- No i co? Napisali, gdzie to jest?- dopytywaliśmy zgodnie, wytrzeszczając oczy.
- Nie.. Ale są zdjęcia - pokazał nam fotografię. Twarz Biersacka zasłaniał czarny kaptur, więc reporter musiał się wykazać niezłym wzrokiem. Z drugiej strony jego trupiej, patykowatej sylwetki nie można było porównać z żadną inną.
- Kuźwa, wszystko na nic. Nie znam Londynu, skąd mam wiedzieć, gdzie to jest?!- wkurwiłem się.
- Nie panikuj, kwoko, coś kojarzę..- opieprzył mnie Ash.- Patrz, nie zwróciłeś uwagi na ten dom? Zwłaszcza ten chujowy płot?
- Ash, ogarnij się, do rzeczy!
- Mijaliśmy go, jak jechaliśmy do Worsnopa, on mieszka kilka domów dalej! Jestem pewien na 100 procent!
- No tak! To przecież tak oczywiste!- palnęliśmy się w łeb.- To jego jedyny kumpel w tym mieście. Możliwe, że w ogóle jedyny!
Momentalnie poderwałem się do góry.
- Jedziemy do Danny'ego! Szybko!- poganiałem. Nie miałem pojęcia, co oni tam razem wymyślą, ale pijany zboczeniec wydawał się idealnym kompanem do zbrodni.
- Muszę się przebrać!- narzekał Ashley.
- Nie działaj mi na nerwy, nawet jeśli jestem kwoką!- pogroziłem mu palcem.
Wybiegliśmy z pokoju, mało nie przewracając sprzątaczki. Na wszelki wypadek każdy z nas uzbroił się w przeciwsłoneczne okulary. Byliśmy głupi, uważając, że to nam wystarczy.
Mężczyzna w recepcji widząc nas, złapał się za głowę i krzyknął do nas, robiąc wszystko, byśmy nie wysunęli się za daleko:
- Nie tędy, paparazzi oblegają cały hotel!
Wyglądał na naprawdę przerażonego. Spojrzałem na obraz za jego plecami. Za szybą zobaczyłem wrzeszczących reporterów z aparatami, które oślepiały nas fleszami. Policja musiała ich odciągać, ale nic to nie dawało. Do tego zebrała się grupa naszych fanów i ich wrogowie- wielbiciele broniący Sykesa. Na nasz widok wszyscy się wydarli, część osób biła się, płakała, byle by uzyskać naszą uwagę. Zobaczyłem w ich rękach improwizowaną broń, zupełnie, jakby chcieli naśladować Andy'ego. Do tego masa transparentów, niektóre niepokojące , typu ,,Śmierć im!". Nie sądziłem, że pijany pajac może rozpętać aż taki zamęt w państwie.
- Jak my stąd wyjdziemy?!- spytałem pracownika.
- Zaraz przygotujemy czarną limuzynę, możecie przejść wyjściem dla personelu. Tam nie zebrało się ich jeszcze aż tak dużo..
- Proszę nas prowadzić.
Wtedy zmarszczył brwi.
- Niech pan nie myśli, że robię to z dobrej woli. Nie chcę by podpalili ten hotel lub powybijali szyby, bo stracę pracę! To wszystko wasza wina i chętnie bym was wyrzucił lub pozwał do sądu. Nie gwarantuję, że tego nie zrobię, niszczycie nasze dobre mienie..
Nie miałem czasu zawracać nim sobie głowy, w sumie go rozumiałem. Wyjąłem z kieszeni zwitek banknotów i mu podałem.
- Jesteśmy kwita?- spytałem.
- Do czasu.. Ale niech pan nie myśli, że nie zamierzamy walczyć o swoje. To zmaza na honorze całej Wielkiej Brytanii. Nie zniszczycie naszego porządku!- rozgadał się, choć nikt go nie słuchał. Nie wróżyło to jednak tego, że ktoś w ogóle zamierza nam pomóc.
Przemknęliśmy się za facetem do małego pokoiku, gdzie nie było nas widać. Ostrzegł nas jednak:
- Musicie wybiec bardzo szybko. Na trzy cztery..
Przygotowaliśmy się.
,,Dzięki, Andy, że nam to zgotowałeś! Jeśli cię znajdziemy, to chyba po to by cię udusić!"- przeklinałem go w myślach.
- Trzy.. czte..ry!- służba otworzyła nam drzwi, a my wskoczyliśmy prosto do limuzyny. Sytuacja wydawała mi się coraz gorsza. Fani i paparazzi walili nam w okna i przyciskali nosy do szyb, niektórzy rzucali w nas jedzeniem i pokazywali napisy na kartkach, które niewiele różniły się od transparentów. Kierowca ruszył natychmiastowo, mało nie zabijając kilku osób odciąganych brutalnie i tratowanych przez służby porządkowe.
Nie miałem pojęcia, jakim cudem Andy'emu, prawdopodobnie aktualnie najsławniejszej osobie na świecie, udało się widowiskowo zwiać oknem.
***
Gdy dojechaliśmy do miasta, uspokoiło się. Teraz wjechaliśmy w spokojne ciche aleje dla sław, podobne do tych, w których sami mieszkaliśmy. Tuż obok rozciągała się głośniejsza ulica, gdzie stało kilka taksówek, więc obawiałem się, czy Andy oby się nie ulotnił. Nie był głupi i na pewno domyślał się, że w końcu dojdziemy do tego, że jest u swojego jedynego sojusznika w Londynie. Choć kto wie czy nie było ich więcej? Spotykał się z wieloma podejrzanymi typami lub kobietami. Lubował się w towarzystwie narkomanów, byłych przestępców lub gangów. Lubił marnować swój potencjał i otaczać się jak największym zagrożeniem i mrokiem. Ashley wielokrotnie nam o tym opowiadał. Teraz nie był aż tak przewidywalny i nie sądziłem, by po prostu chciał dać w żyłę. To wyglądało na kolejny krok w jego planie.
- To tutaj - kazałem się zatrzymać kierowcy pojazdu. Na wszelki wypadek przywdzialiśmy czarne okulary, choć i tak pewnie zwracaliśmy uwagę. Czarna limuzyna, czterech wytatuowanych, ubranych na czarno gości i szofer rodem z horroru. Zdecydowałem, że ta Czarna Wołga powinna zniknąć. Wcisnąłem facetowi banknoty z dużymi nominałami i skinąłem głową, by odjechał.
Jeśli Andy tam był i nas zauważył, to i tak nie miał czasu i drogi ucieczki. Nie mógł ponownie ukrywać się w garażu lub wleźć na dach.
- Czuję się jak tajny agent - wyszczerzył się CC. Jemu chyba bardziej pasowałoby, gdyby Biersack odszedł z naszego towarzystwa. Tyle że wtedy nie miałby pracy, bo zespół nie istniał bez naszej gwiazdeczki. Teraz dzięki niemu mogliśmy liczyć na jeszcze wyższe dochody. Miałem pewność, że sprzedaż płyt pójdzie w górę.
- Andy to nasz przyjaciel, Christian, i musimy go uratować - powiedziałem wbrew temu, co właśnie pomyślałem.
- Gadasz o nim, jakby był damą w opresji.
- Jest gorszy niż dama w opresji, chcesz większego skandalu niż wczoraj?
Zamilkł.
Bez pozwolenia weszliśmy na posesję Worsnopa i przywaliliśmy w drzwi.
- Kurwa, kto się tak dobija?!- usłyszeliśmy.- Andy, mordo, to znowu ty, chudy skurwielu?! Czy ty, Ben, frajerze?!
Przewróciłem oczami i stanąłem twarzą w twarz z grubasem, gdy otworzył. Popatrzył na nas z góry, unosząc brwi. Capiło od niego browarem, a pokaźny brzuch wylewał mu się ze spodni.
- No proszę - zaczął wyraźnie niezadowolony.- Czy to nie nasze super-nianie?
- Danny, to poważne..- już chciał mówić Jake, ale właściciel domu mu przerwał, prychając:
- Poważne? W porównaniu z wczorajszym wieczorem raczej liche!- zaśmiał się sarkastycznie.- Oj, czym chcecie mi zawracać dupę?
- Andy zniknął.
Pokręcił głową, jakbyśmy byli bandą naiwnych idiotów.
- Andy cały czas znika, jest dorosły i może robić co chce.. Czy tak trudno wam to zrozumieć? Nie potrzebuje 24-godzinnego monitoringu!- spojrzał nam w oczy z rozbawieniem.
- To już nie twoja sprawa - zmarszczyłem brwi.
- Jest moim kumplem, więc chyba moja? Czego w ogóle ode mnie oczekujecie?- zniecierpliwił się.
- Szukamy go.
- I ja mam go wam wydać? Mam być konfidentem, kablem?
- Nie, ale mógłbyś okazać trochę troski.
- Nie jestem ciotą, tego pojęcia nie ma w moim słowniku. Zatem wychodzi na to, że wy jesteście ciotami, przykro mi.
- A Andy jest psycholem z zaświadczeniem od psychologa, ćpunem, alkoholikiem i chyba najchętniej odebrałby sobie życie, wystarczy?
Lekko się zdziwił i popatrzył na nas podejrzliwie.
- Jakie zaświadczenie od psychologa? Popierdoliło cię? Chcesz mnie zastraszyć, żebym pękł?
Teraz to ja spojrzałem na niego z pogardą.
- Naprawdę nie uważasz, że za każdym razem, gdy do ciebie przychodził, zachowywał się dziwnie? Jesteś idiotą? A może też psychopatą? Nawet ta akcja ze skakaniem z dachu nie wydawała ci się dziwna? Jego zachowanie na gali? I tak jesteś śmierdzącym pijakiem, którego wywalili z zespołu, a boisz się to przed sobą powiedzieć! Niedługo wydasz cały ten jebany hajs i będziesz gnił w jakiejś melinie!
- Ty mały amerykański skurwielu!- wybuchnął, zamachując się na mnie ręką, ale Jake nas rozdzielił, odpychając nas obu na odległość około dwóch metrów.
- Spokój! Jinxx, nie o tym przyszliśmy gadać! Danny, mów, co wiesz i się ulotnimy!
- Ty mały amerykański skurwielu!- wybuchnął, zamachując się na mnie ręką, ale Jake nas rozdzielił, odpychając nas obu na odległość około dwóch metrów.
- Spokój! Jinxx, nie o tym przyszliśmy gadać! Danny, mów, co wiesz i się ulotnimy!
- Jebany gnój - przez chwilę dochodził do siebie Anglik, aż w końcu lekko się opanował i nadal rozjuszonym głosem zaczął burczeć:
- Przez pryzmat alkoholu widzi się inaczej. Czyli praktycznie cały czas. Wydawało mi się, że jest po prostu małym wrednym skurwysynem i czasem lubi sobie poszaleć jak każda gwiazda rocka. Nie jestem specem w psychologii i nie przypierdalam się do szczegółów.
Staliśmy tak chwilę w milczeniu, aż w końcu się przemogliśmy. Jego gniew sprawiał, że wydawał się coraz mniej rozmowny.
- Był u ciebie dzisiaj, prawda?- zadał pytanie Ash.
Danny westchnął, ale dał za wygraną:
- Był.
- Robił coś podejrzanego?
- Robicie tu śledztwo? Może od razu zadzwońcie po psy?!- cisza.- Przyszedł tu kilka godzin temu, wydawał się wkurwiony i wyraźnie się spieszył. Poprosił mnie o spluwę, mam kolekcję w piwnicy. Mówił, że chce odreagować, postrzelać do ptaków w lesie.. Brzmi debilnie, ale jestem prawdziwym kumplem, więc mu dałem. Ponabijałem się z niego trochę, ale on już uciekł. Spytałem, czy go podwieźć, ale nie chciał i polazł na piechotę. To wszystkie, zadowoleni? Teraz Andy to się dopiero wkurwi..
Nam wszystkim zaparło dech w piersiach.
- O kurwa - wydusił Purdy.
- Co, jest aż takim psychopatą w waszym mniemaniu?- naśmiewał się z nas Worsnop, ale sam się lekko poddenerwował.
- Tak - wydukałem i pobladłem. Jeśli Andy postanowił się zabić po tym, jak zemścił się na Sykesie, to wybrał idealny moment. Odszedłby w atmosferze skandalu, czyli tak, jak zawsze chciał.
Może i mój wniosek był śmiały, ale całkiem prawdopodobny. Zapanowała nerwowa cisza.
Może i mój wniosek był śmiały, ale całkiem prawdopodobny. Zapanowała nerwowa cisza.
- Nie mówił, gdzie jedzie?!- zdenerwował się Pitts.
- Nie - wzruszył ramionami Anglik, ale widać, że się przejął.- Ale on nigdy nie wyglądał mi na samobójcę.. To takie.. ciotowate.
- Przez pryzmat alkoholu widzi się inaczej - sparodiowałem go.
Nie dziękując za informacje, odwróciliśmy się i już mieliśmy się zmyć.
- Ej!- zawołał za nami właściciel domu. Spojrzeliśmy na niego przez ramię.- Dajcie znać, czy się znalazł!.. Czy się nie zabił..
***
- I co my teraz zrobimy? Jeśli nie jest u Danny'ego, to gdzie mógł poleźć?- zastanawialiśmy się na głos.
- Pewnie szlaja się po jakiś podejrzanych uliczkach - zdenerwowałem się.- Ale czy to ma teraz sens? Gdzie można popełnić samobójstwo w chwale? Jakiś klub? Znane miejsce?
Ogarnęła nas bezradność.
Ogarnęła nas bezradność.
- Mamy jakiś plan?- spytał Christian.
Westchnąłem.
- Co prawda mamy szanse, by go znaleźć jak jeden do miliona, ale może jakimś cudem się uda.. Trzeba się rozdzielić. Niech każdy sprawdza co chwilę najnowsze newsy, może ktoś go zobaczył. Jeśli udało nam się znaleźć pierwszy ślad, to kolejny na pewno też odnajdziemy.
- Nie zawiadamiamy policji?- zdziwił się Jake.- Przecież może już leżeć martwy!
- Jeśli powiemy o tym na policji, to będziemy mieli kolejną sensację! Na razie się wstrzymamy, załóżmy na trzy godziny.
- Trzy godziny to wystarczająco, by się zabić lub uknuć jakiś plan.
W mojej głowie pojawił się paskudny obraz zwłok i strzelby. Nie, nie, nie. Ale to nie był czas na policję. Zresztą Andy uciekłby nawet przed nimi.
Mieliśmy dylemat.
- Dobra, rozdzielamy się. Na wszelki wypadek warto sprawdzić, czy faktycznie nie jest na polowaniu w lesie.
Nikt z nas nie czuł się pewnie i na pewno zachowywaliśmy się jak banda idiotów. Gdzieś ulotniły się nasza odpowiedzialność, rozwaga i rozum.
***
- Masz coś?- zadzwoniłem do Asha. Christian i Jake niestety nie natknęli się na żadną poszlakę. Zresztą czego my w ogóle się spodziewaliśmy? Odcisków stóp? Rozrzuconych okruchów? Robiliśmy z siebie debili i marnowaliśmy czas. Musieliśmy rozstrzygnąć, czy naprawdę chcemy odnaleźć zaginionego, czy tylko zapewnić samych siebie, że się staraliśmy i nam zależy.
Robiło się ciemno, a w nocnym Londynie tym bardziej nie mieliśmy szans natknąć się na Biersacka. Zresztą w dziennym także. Gdyby wałęsał się gdzieś po mieście, na pewno zebrałyby się wokół niego tłumy gapiów, wygwizdały, ukamienowały lub wręcz przeciwnie- klaskały i piszczały z uwielbieniem. Prasa milczała, choć zaczynały się domysły- porwanie, ucieczka z kraju, samobójstwo. Nie powinniśmy się pojawiać w mieście. W ogóle powinniśmy sobie załatwić jakiegoś porządnego menedżera, by nie musieć wychodzić za drzwi hotelu. Niestety przed mediami nie dało się ukryć naszego zakłopotania. Co raz podbiegali do nas dziennikarze, by zadręczać nam pytaniami.
Właśnie wpadł na mnie jeden paparazzi. Potem drugi. I kolejny. Otoczył mnie tłum z aparatami i oślepiły mnie flesze. Zbiegły się też fanki z notesikami do autografów.
Westchnąłem wyczerpany. W słuchawce odezwała się odpowiedź:
- Nie, nic. Paparazzi nie ułatwiają.
- Znam ten ból. Nie mogę gadać..- powiedziałem cicho i rozłączyłem się, by nikt nie zanotował naszej krótkiej wymiany zdań. Nie zdążyłem nawet odstawić słuchawki do ucha, a pod usta podsunięto mi mikrofon.
- Czy Andy, wasz frontman, zaginął?
- Czy szukacie go?
- Czy policja wie o zajściu?
- Czy Andy jest alkoholikiem?
- Dlaczego nie zabierzecie głosu w jego sprawie?
- Czy Oliver Sykes pozwał go do sądu?
- Czy Andy jest alkoholikiem?
- Dlaczego nie zabierzecie głosu w jego sprawie?
- Czy Oliver Sykes pozwał go do sądu?
Zachodziłem w głowę, skąd oni to wszystko wiedzieli. Przeszukali cały nasz pokój? Mieli układ z FBI, by coś na nas znaleźli? A może tylko blefowali, by wyciągnąć ze mnie informacje potwierdzające to gówno, by mieć sensację? ,,Zaginiony psychopata, upadła gwiazda rocka, mesjasz pokolenia czy wcielenie diabła?!"- już wyobrażałem sobie nagłówki.
Teraz nawet nie miałem szans, by zobaczyć się z chłopakami i wrócić spokojnie do siebie i zawiadomić gliny, by namierzyły naszą zgubę.
,,Andy, masz przejebane. Jeśli coś ci się stanie, to nas w to nie mieszaj. To twoja wina!"- pomyślałem.
Jednak truchło w mojej wyobraźni nie dawało mi spokoju. Byłem bliski płaczu przez swoją wyjątkową bezradność. Pierwszy raz mi się coś nie udawało.
*Andy*
Świetnie, ściemniało się. U Sykesa była imprezka, na której pojawiła się cała zgraja głośnych, prostackich Angoli. Nie zanosiło się na to, by jedli wegańskie szaszłyczki i pili wodę aloesową. Hannah chyba nie brała we wszystkim udziału, więc nasz poszkodowany mógł sobie pozwolić na kawał kiełbasy jak reszta. A jednak się powstrzymał, choć uważałem go za zjebanego hipokrytę. W każdym razie sporo się napili i gdybym zabił Sykesa, mogliby pomyśleć, że zrobił to jeden z nalanych uczestników tej pedalskiej orgii.
Powoli nudziło mi się słuchanie ich sucharów i siedzenie w zmoczonych deszczem krzakach. Nie zamierzałem gnić pod paprocią do nocy. A taka chyba przypadła dola mnie jako mordercy. Zabrałbym tego grilla i powalił ich wszystkich, ale to nie w moim stylu, latająca kiełbasa.. Chciałem to zrobić stylowo jak jakiś wampir-gangster. Wkraść mu się w nocy do sypialni i uśpić go na zawsze jednym strzałem. Jego dziwkę też. Powinienem zabrać tłumik, ale z pewnością nikt by się nie domyślił, że to morderstwo. Mieszkańcy tego zjebanego kraju często znęcali się nad zwierzętami w lesie. Nawet Srajks posiadał takie zabawki po tatusiu.
Zobaczyłem, jak ten Angol mela na trawnik tuż obok siebie. I czy on naprawdę uważał się za myśliciela i poetę, pisząc te swoje wypociny? Pozer. Moje teksty też brzmiały beznadziejnie, ale chociaż próbowałem w nich oddać emocje, które przekazała mi Lynn. A przynajmniej na pierwszym albumie. Teraz zmierzaliśmy ku autoparodii. Latanie w obcisłych czarnych spodniach i napuszonych włosach z makijażem na ryju bardziej upodabniało mnie do Marca Bolana, parówy glam rocka, niż do naszego pana. Z początku myślałem, że zespół pozwoli mi podzielić się ze światem prawdą, co naprawdę może nas wszystkich uratować. Na początku nawet wychodziło, ale później pojawił się Jake z tą swoją pozerską gitarą i przywlókł ze sobą Mozarta Jinxxa. Dla nich muzyka liczyła się tylko jako dźwięk. I źródło dochodów, płyty co roku, groupies i trasy koncertowe. Nawet dawałem się w to wciągać, ale jedyne, co mi z tego zostało to pijaństwo, trochę siniaków, załamania nerwowe i zmęczenie. Wolałem siedzieć sam w nocy i zastanawiać się nad egzystencją niż tłoczyć się w śmierdzącej garderobie z ludźmi, których nienawidzę.
Oparłem się plecami o dom, bo grupa przeniosła się do środka. Miałem nadzieję, że nie zamierzają zostawać na noc, to pokrzyżowałoby wszystkie moje plany. Jak znałem niańki, to pewnie wysłali po mnie psy, a atmosfera skandalu nie pomagała utrzymać mi aury tajemniczości. Powinienem zatłuc kundla na miejscu, nie się z nim męczyć.
Zastanawiałem się, czy jednak mnie złapią. Czy pójdę siedzieć? Nie chciałem być kryminalistą i spędzić reszty życia wśród ohydnych, umięśnionych debili, którzy najpewniej by mną pomiatali. Różniło się to od zwyczajnego przestępstwa. Mogłem pocieszać się myślą, że już niedużo mi zostało.
Spojrzałem w niebo, a następnie zlustrowałem wzrokiem przestronny ogród. Atmosfera idealna do przemyśleń. Żałowałem, że nie ma ze mną Lynn. Bardzo chciałem, by siedziała przy mnie i wygłaszała swoje filozoficzne przemowy. Bez niej to wszystko traciło sens. Teraz stała się złowieszczym duchem. Choć zawsze otaczała ją mroczna aura, miała w sobie jakiś pierwiastek człowieka, chociaż powierzchowny. Mogłem jej dotknąć, objąć ją. Pamiętam, że zawsze pragnąłem, by została moją dziewczyną. Ale ona raczej by się nie zgodziła, nawet, jeśli odwzajemniała moje uczucia. Nie chciała być kojarzona z ludzkimi uczuciami. Nie umiałem jej nie kochać, choć tego zabraniała. Próbowałem się z nią nawet umówić na randkę, na której wszystko bym jej wyjawił, ale nie zdążyłem. Zresztą była wtedy zbyt wciągnięta w doskonalenie siebie. To nas jednocześnie oddaliło i zbliżyło. W tej chwili nie miałem pojęcia, czy naprawdę tak bardzo pochłonęła mnie jej nauka, czy po prostu kochałem ją jak śmiertelnik..
,,Jesteś głupi, Andy.. Cholernie tępy i przeciętny!"
Jeśli już mogłem jakoś jej to udowodnić to teraz, wypełniając wolę jej i pana. Nie miałem wyjścia. Miłość się już nie liczyła, jeśli czekał mnie koniec. Powinienem martwić się przyszłością, nie tym, czy na kilka dni zamkną mnie w jakimś obskurnym pokoju z kiblem obok łóżka.
,,Andy, zło, zło, jesteś zły!"- powtarzałem sobie. Czułem się jak ten mały, zagubiony nastolatek, którym kiedyś byłem. Żałosne.- ,,ANDREW, DO CHOLERY!"
,,Jesteś tak beznadziejny, zrób coś wartościowego, chociaż raz! Inaczej będziesz tylko pokraczną gwiazdą rocka, ćpunem, pijaczyną i psycholem, za którym szaleją nastolatki! Jeśli tego nie zrobisz, możesz gnić razem z gównem tej Ziemi!"
Miałem ochotę się zastrzelić trzymaną przez siebie strzelbą.
Wtedy coś mignęło mi przed oczami. Jakby damska sylwetka. Nie bałem się. Nie wyglądała jak człowiek. To była Lynn i szczerze się wzruszyłem, choć tylko stała naprzeciw mnie. Patrzyła na mnie złowieszczo, ale i tak dodała mi otuchy. Nie robiła mi krzywdy. Pomagała.
Zbliżyła się. Czarne, proste włosy spływały na jej wyniszczoną, choć nadal śliczną twarz. Tak bardzo przypominała mi Sally. Obie były jak krople wody. Ale chyba kochałem tylko jedną z nich. Pierwszą i jedyną. Sally zawsze była tylko jej klonem, którym się pocieszałem. Bez Lynn by nie zaistniała.
Wyciągnąłem rękę w jej kierunku, miałem ochotę jej dotknąć, poczuć, że jest prawdziwa, a ja jestem normalny. Nawet, jeśli okazałaby się zimna i martwa. Zdziwiło mnie, że jej szata, a raczej stara piżama jest tak biała i czysta. Wydawała się nawet niewinna.
- Lynn - powiedziałem, ciesząc się dźwiękiem jej imienia.
Jej dolna warga drgnęła. Usiłowała coś z siebie wydusić.
Zaniepokoiłem się i zmarszczyłem brwi.
- Mój zabójca..- wydukała urywanym szeptem. Nagle zaniemówiła. Jej brzuch i jasny materiał splamiła ciemna krew. Nie zdążyła dokończyć.
Miałem ochotę wstać i jej pomóc, ale nie dałem rady nawet podnieść się z ziemi. Zerwał się wiatr i zaczął szeleścić, poruszając drzewami.
Zniknęła. Rozpłynęła się.
Ale jej słowa.
,,Mój zabójca"
Nie pozostawiało to wątpliwości, co powinienem uczynić. Nie miałem wyjścia.
***
Co prawda powoli, ale ekipa się rozchodziła. Najpierw odeszły piąte koła u wozu i u Olisia została grupa najwierniejszych przydupasów. Już obawiałem się, że postanowią zostać na noc, ale jak widać alkohol nakręcił ich tak, że nie zasnęliby, a z drugiej strony było ich za mało, by wskrzesić imprezę. Posiedzieli chwilę na tarasie pod gwiazdami. Trochę się zdygałem, że mnie zauważą, ale wyglądali na tępych i wstawionych. Gdyby Sykes jeszcze jutro żył, na pewno obudziłby się z kacem.
W końcu się zmyli, a nasz jebany pan na włościach udał się do wnętrza swojej posiadłości. Wiedziałem, że na razie nie ma sensu włazić mu do sypialni, bo czyścioszek na pewno poszedł się odjebać na bóstwo do kibla. Czekałem na donośne chrapanie z angielskim akcentem.
*Jinxx*
Po wielu godzinach zmagań z fanami i prasą, policja wyciągnęła nas z tego szalonego tłumu i zapakowała do czarnych limuzyn. Raczej wypadałoby zmienić hotel, by nie narażać właściciela na zbyt duże straty, ale zmęczyliśmy się tą całą szamotaniną. Gdybyśmy nie mieli tylu problemów na głowie, na pewno od razu byśmy zasnęli.
Powiedzieliśmy policji o Andy'm. Mieli go szukać przez całą noc, aż do skutku. Znając Biersacka, domyślałem się, że znajdą go w najmniej spodziewanym miejscu. Kiedyś w końcu musiał się wychylić i dać się złapać. Gliny dysponowały różnymi środkami. Nawet najmniejsza poszlaka, jak choćby to okno, z którego skakał, mogły ich doprowadzić do celu.
- Mam dość - oświadczyłem w końcu, ostatni raz zerkając na tłum, światła i służby porządkowe za oknem.- Jeśli kiedykolwiek powiedziałem, że przeszkadza mi sława, to nie miałem pojęcia, co to oznacza.
- Nawet nie wiem, czy chcę oglądać Andy'ego na oczy. To wszystko przez niego. Gdybyśmy go nienawidzili i zostawili, na pewno by nie protestował - stwierdził Ash, leżąc na łóżku.
- Nie możemy go zostawić..
- Chodzi ci o pieniądze czy jakąś faktyczną przyjaźń?
- Szczerze?
- Tak - popatrzył na mnie zaciekawiony.
- Mamy chyba wystarczająco pieniędzy, by wyżyć sami z siebie. Więc chyba to drugie.
Zapadła cisza.
- Idę spać. Dobranoc - oznajmiłem i wyszedłem z pokoju. Czułem się trochę winny, ale z drugiej strony rozumiałem, że to nie przez nas. Do tego miałem wrażenie, że jestem stary.
W noc i tak nic by się nie wydarzyło, więc mogłem się położyć.
*Sally*
Szybowałyśmy samolotem po niebie. Światła zostały zgaszone i większość pasażerów spała, Vicky zresztą też. Londyn minęłyśmy już dawno temu. Nie było odwrotu. Niestety po tym, co zobaczyłam, nie czułam się już tak pewnie. Jeśli on jest blisko..
Czy w Ameryce czekało mnie wesołe szaleństwo z kumplami czy mordercza paranoja?
Miałam złe przeczucia.
***
*Andy*
Poszli spać, byłem wolny, byłem bestią, mogłem wszystko! Mogłem wykorzystać wszystkie nabyte umiejętności do zjawiskowej zemsty. W porównaniu do skakaniu z okna, to była pestka. Ten cholerny dom miał tak krzywe ściany, że można by z nich zrobić ścianę wspinaczkową. Chujowa robota i tyle. Do tego obsadzili go czymś w rodzaju (pewnie hinduskiego) bluszczu lub inną konopią indyjską. Czyżby aż tak bardzo się cieszyli, że ich zabiję? Może modlili się o to do Hare Krishny?
Zawiesiłem strzelbę na plecach i zwinnie wspiąłem się na samą górę, siadając na parapecie. Noc była wyjątkowo ciepła jak na ich zjebany kraj, więc otworzyli okno. Nawet ja poczułem pot pod swoim grubym czarnym płaszczem, choć to raczej z podniecenia, że na reszcie robię coś, o czym zawsze marzyłem. Chciałem, by nie ograniczały mnie żadne normy moralne, prawo lub idiotyczne pseudo-niańki i klechy. Na reszcie mogłem nadać życiu sens. Już tak się zmotywowałem, że siedząc na ich oknie, będąc tak blisko celu, nawet nabrałem ochoty na taką zabawę. Gdybym teraz zszedł i uciekł, już nikt by mi nie wybaczył mojej przeszłości.
,,Masz szansę, kretynie, nie zmarnuj tego!"- mówiłem sobie.
Miałem wrażenie, że oddychają głośno i się ruszają.
,,Nie są jeszcze trupami, to normalne, że ludzie się wiercą. Zwłaszcza, że ma pewnie zboczone sny."
Bardzo delikatnie odsunąłem szybę do góry. Cholera, lekko skrzypiała. Ponoć są dźwięki o takiej częstotliwości, mimo że są ciche, budzą. Gdyby chociaż spojrzeli w okno, na tle granatowego nieba wyraźnie się odznaczałem jako sylwetka ze sterczącą ponad głową lufą. Wpadłem do pokoju jak najszybciej i kurczowo przylgnąłem do ściany. Musiałem uciszyć swój oddech i bicie serca. Przeczołgałem się po podłodze i na chwilę położyłem, by się uspokoić. Starałem się zdjąć broń ze swoich pleców, ale trudno mi było to zrobić, nie waląc Srajksa po ryju.
,,Wstań i po prostu zrób to porządnie."
Cicho uniosłem się na rękach, które co prawda bolały mnie i zesztywniały od wielogodzinnego siedzenia lub podpierania się. Popatrzyłem na parszywe twarze dwojga. Fu, wyglądali ohydnie i ślinili się jak dzieci. Prychnąłem sam do siebie i już pewniej stanąłem w kącie, by załadować narzędzie zbrodni. Dźwięk kuli w magazynku był dosyć donośny. Wytrzeszczyłem oczy.
Snowdon się ocknęła. Osunąłem się w cień najszybciej jak potrafiłem. Ale ona uniosła się wodziła oczami po ścianach. Światło księżyca oświetlało jej twarz, czyniąc ją śmiertelnie białą. Czarne oczy świeciły jej jak szklane koraliki. Widocznie nie czuła się bezpiecznie przy swoim psycholu w tak wielkiej chałupie. Skupiła się na oknie. Kurwa mać, zostawiłem je otwarte o wiele bardziej niż ona! Gdy ja wpakowałem się do pomieszczenia, było zaledwie uchylone, a teraz zmieściłby się w nim pokaźny facet. Ale w końcu to mógł być wiatr. Znałem jednak ludzką naturę. Ludzie bali się nocy, ciemności, innych ludzi. Wstała, by zamknąć ono, ale widocznie nadal trochę się bała. Ruszyła szybko przez siebie i się nie rozglądała. Powinienem najpierw zabić Sykesa, bo ona nie stanowiła dla mnie dużego zagrożenia, ale teraz najpewniej by się wydarła. Z kolei gdybym zabił ją, huk obudziłby jej partnera. Musiałem się ukryć i poczekać, aż ponownie zaśnie. Korzystając z jej chwilowej nieuwagi, szybko wskoczyłem za łóżko. Dziewczyna w końcu wróciła. Miałem niezły refleks, bo sprawdziła miejsce, w którym znajdowałem się jeszcze kilka sekund temu. Najgorsze jest to, że na pewno się nakręciła i teraz będzie miała problemy z zaśnięciem. Cholera, mogła zepsuć cały mój błyskotliwy plan!
,,Suka.."
Położyła swoją głowę na poduszce, ale wytrzeszczała oczy jak przy nadczynności tarczycy.
,,Zaśnij, jebana kurewno! Najlepiej na zawsze!"
Wkurwiała mnie i chętnie przywaliłbym jej czymś twardym.
Z nerwów i jednocześnie stresu zacząłem chyba głośniej oddychać. Wypuściłem z siebie długi świst.
Obaj zamarliśmy, ja i ofiara. Ukryłem głowę najniżej jak mogłem, ale moje serce napierdalało jak CC na perkusji. Zrobiło mi się słabo.
Prawie się rozpłakała w panice i potrząsnęła Oliverem.
- Oli, Oli, ktoś tu jest!- pisnęła, rozglądając się dookoła.
,,KURWA, NIE, TO NIE TAK MIAŁO BYĆ!"
Nagle plan, który wydawał mi się niezawodny i wyjątkowo przebiegły całkowicie się posypał. Znajdowałem się w zamkniętym pokoju ze swoimi ofiarami i kompletnie nie miałem pojęcia, co mam robić. Zabić ich teraz? Ręce mi zesztywniały, cały się trząsłem i bałem się, że mój ciężki oddech i głośne bicie serca wskażą dokładnie miejsce, w którym się ukrywam. To może wiać? Wybiec z pokoju i zapierdalać do drzwi frontowych, które są na pewno zamknięte i szukać innego wyjścia? Skakać przez okno i się połamać? Naprawdę ostatnia propozycja wydawała się teraz najlepsza i miała największe szanse na realizację.
I wtedy Sykes zaczął się budzić i przecierać oczy. Wydawało mi się, że mimo pustego żołądka zaraz zwymiotuję. Mógłbym nawet zemdleć, ale gdybym tylko nie miał przy sobie broni.. Może i oskarżyliby mnie o włamanie, ale na pewno nie o chęć mordu.
Pożałowałem swojej mściwości, bo teraz to Srajks zyskał szansę, by zgasić mnie na zawsze i posłać tam, gdzie wydziała mnie teraz cała jego ojczyzna- za kraty.
Przeciągnął się i zaspanym głosem wydukał:
- Co jest, która godzina?- rozejrzał się po pokoju i zobaczył, że jest całkiem ciemno.- Po cholerę budzisz mnie w nocy?.. To znaczy.. Kochanie, miałaś zły sen?
Dziewczyna rozpłakała się i przylgnęła kurczowo do jego ręki.
- Oli, przepraszam, ale tu ktoś jest! Naprawdę! Gapił się na mnie!- prawie krzyknęła.
- Jak to?- ożywił się.- Gdzie on dokładnie jest?!- rozejrzał się nerwowo.
- W tym pokoju.. Boję się! Oli!- wybuchła.
- Dlaczego nie zapaliłaś światła!?- wkurzył się na nią.- Pozwalasz mu się ukrywać?!- pośpiesznie szukał ręką włącznika do lampki nocnej.
Zrozumiałem, że jeśli cokolwiek planuję, muszę wiać teraz, póki jest jeszcze ciemno. Opanowałem się jakimś cudem. Wiedziałem, co teraz będzie dobrym sposobem na wykorzystanie broni. Cały czas była załadowana i odbezpieczona, więc wystarczyło jedynie wystrzelić.
Wycelowałem w żarówkę i wypaliłem. Byłem niezły, kula przeleciała tuż przed nosem Oli'ego, lekko zraniła mu rękę i odesłała lampkę aż pod ścianę.
- KURWA!- wrzasnął.- ZABIJĘ SKURWIELA!
Wydawał się raczej wkurwiony niż wystraszony. Wstał i był gotowy rzucić się do włącznika ze swoją krwawiącą dłonią. Wystrzeliłem ze swojej pozycji, skacząc do przodu obłąkańczymi susami. Oddałem jeden strzał na oślep, ale jedynie odbił się od szafy.
,,Żeby mnie tylko nie rozpoznał! Błagam!"- zwracałem się, sam nie wiem, do kogo.
Wpadłem na drzwi i usiłowałem wymacać klamkę, ale poczułem jebanego Angola na swoich plecach. Jedną rękę złapał mnie za szyję, przygwożdżając mnie do ściany, a drugą usiłował zapalić światło. Jakimś cudem udało mi się odepchnąć go przy użyciu strzelby i mocno go przy tym zdzielić. Niestety musiałem mocno nią szarpnąć, by ją odzyskać i sam przywaliłem sobie w żebra. Gdyby policja znalazła dowód rzeczowy, ściągnęliby moje odciski palców i wszystko by się wyjaśniło.
Mój przeciwnik na chwilę osłabł i udało mi się opuścić pokój akurat, gdy nastała jasność. Promienie rozchodzące się na korytarz nie rozświetliły mojej sylwetki, choć ja też zwolniłem.
Poczułem się cholernie źle. Obawiałem się, że rozciąłem się tą cholerną strzelbą, ale nie miałem czasu, by się zatrzymać i to sprawdzić. Biegłem chyba z prędkością światła i nie odwracałem się za siebie. Nie patrzyłem również przed siebie, po prostu zapierdalałem, czując, że mój wróg zaraz zgarnie własną broń i mnie załatwi lub już wezwał psy i tylko czeka, jak przybędą mnie unieszkodliwić.
Coraz bardziej brakowało mi tchu, przed oczami występowały gwiazdki, a wszystkie moje wnętrzności dosłownie się gotowały i pląsały w najlepsze. Poczułem, jak coś wwierca się w moje płuca między kościami i robią się ciężkie. Tam się chyba nie ma tasiemców?!
Spanikowałem, bo zamroczyło mnie do reszty, mój mózg i błędnik niby wiedziały, że muszę uciekać, ale jednocześnie zwolniły i wywróciły wszystko do góry nogami. Zaczynałem się czuć, jakbym już przebywał w innym świecie i chodził po chmurach.
Wpadłem na ozdobną balustradę schodów, potknąłem się i spektakularnie poleciałem w dół, obijając się o każdy stopień z hukiem. Wyraźnie znalazłem się na dole, bo poczułem cholerny ból, jakby ktoś zrzucił mnie z wieżowca. Tak bardzo nic nie bolało mnie od dawna i nie wiedziałem, czy nie jestem połamany na drobne kawałeczki. Poczułem na sobie ciepłą krew, ale wypływała z mojego uda, co mnie nie zdziwiło.
Zaskoczyło mnie coś sto razy gorszego.
Chciałem jakoś odetchnąć, by się podnieść i wyjść z tej trudnej sytuacji. Ale nie mogłem. Nie miałem pojęcia, czy to już Sykes mnie dusi, czy to moje płuca w końcu się zbuntowały i zamierzają mnie zabić już dziś. Otworzyłem usta na całą szerokość i usiłowałem złapać tyle powietrza, ile byłem w stanie, ale byłem raczej jak przebity ponton, który do niczego i tak się nie nada.
Otworzyłem oczy na oścież i w końcu udało mi się coś zobaczyć. Nie krwawiłem, Oliver mnie nie dusił. Leżałem pod schodami i to moja choroba mnie dosięgnęła. Chciałem się podnieść, jakąś ją zwalczyć. Zamachałem rękami, ale nie mogłem nawet się podnieść. Moim kończynom tak brakowało tlenu, że już całkowicie odmówiły mi posłuszeństwa. Wiedziałem, że z medycyną nie wygram. Ale czemu teraz? Czemu nie wcześniej, kiedy paliłem tony szlugów całymi dniami? Wtedy nic się nie działo. Dziś wypaliłem o kilka mniej i choć czułem, że chyba zaraz w płucach wyrosną mi kolce, to nie spodziewałem się, że się uduszę.
Chyba płakałem.
Panikowałem jak cholera, bo zdawałem sobie sprawę, że ja, kurwa, właśnie umieram! To nie było miłe uczucie. Wróciłem do stanu bezradnego bachora.
***
Teraz to mnie dosłownie paliło, jak na jakimś stosie. Jakbym to ja był ogromną fają, a ktoś wypuszczał ze mnie dym.
Ryczałem jak koń, starając się jeszcze zaczerpnąć choć odrobinę tlenu.
I nagle zapaliło się światło, a do mnie zbliżał się Srajks z ogromnym kijem do krykieta.
,,Kurwa, ci Angole są jednak przewidywalni!"
Nie miałem szans, by się dźwignąć, więc jedynie odwróciłem się do niego tyłem i przygotowałem się na odebranie ciosu plecami. W przeciwnym razie moje płuca chyba pękłyby jak dwa napompowane balony. Wyciągnąłem dłoń w błagalnym geście, usiłując się podciągnąć i coś powiedzieć, ale gniew w oczach właściciela domu raczej nie wskazywał na to, by negocjacje coś tu dały. Przy tym zauważyłem, że pod jego okiem rysuje się całkiem świeża, niezagojona jeszcze rana. Najpewniej po moim ciosie w czasie gali.
Upokorzyłem go i planowałem zamordować. A teraz spoglądaliśmy na siebie, ja bezbronny i chory, on z narzędziem do obrony w ręku.
Na chwilę się zatrzymał, wyraźnie zszokowany.
- O kurwa, zamorduję cię skurwysynie!- wpienił się momentalnie, widząc, kto zakłócił jego spokój. Moja strzelba leżała nieopodal mnie, wyraźnie wskazując na moje zamiary.- Ty pojebany psycholu, morderco, skurwysynie..- wymieniał.
Na górze usłyszałem kroki drugiej postaci.
- Andy?!- popatrzyła na mnie z góry schodów Hannah, która wyraźnie wróciła po wzywaniu policji. Wytrzeszczyła wielkie czarne oczy i zakryła usta dłonią.- Przecież.. Sally.. - nie mogła się nadziwić i wydusić słowa. Dokładnie wiedziałem, o co jej chodzi. Spotkaliśmy się na kolacji, było nie najgorzej, choć niezbyt sympatycznie, potem w jej oczach stałem się pijanym pajacem, który lubi się zabawić jak każdy rockers i wywoływać skandaliki. A teraz miałem zamiar ją zastrzelić. Też czułbym się nieco zaskoczony, zwłaszcza, że Sally zapewniała, że mnie dopilnuje. Ale Sally już nie było i nastąpiło to, czego każdy mógłby się spodziewać. Oczywiście, gdyby ci ziemscy kretyni mieli chociaż resztki mózgu, ale świat należał do takich jak ja.
Niestety w tej chwili ta bezbronna, przerażona dziewczyna z resztkami moralności stanowiła dla mnie jedyną nadzieję. Musiałem tylko chwycić ją za serce, by zdecydowała mi się pomóc. Jej głupia hinduska filozofia z pewnością nakazywała pomoc bliźniemu.
Nie obawiałem się śmierci (przynajmniej starałem się do tego przekonać), ale nie chciałem umrzeć od uderzenia kija krykietowego w domu jakiegoś kretyna, do tego wyglądając jak nadymająca się ryba.
,,Gram na litość, przepraszam Lynn.."
Wyciągnąłem obolałą, wychudzoną rękę do góry w takim geście, jakbym chciał, by ktoś mnie podniósł. Mój stan tylko sprzyjał odgrywaniu dramy. Łzy spłynęły mi po policzkach, rozmazując stary makijaż, oddychałem tak szybko i płytko, jakbym ustawił metronom na najwyższych obrotach. Bezgłośnie poruszałem ustami, a przed oczami świdrowały mi gwiazdki. Niemal wszystkie moje kończyny straciły siłę i były jak zbędny balast. Do tego dygotałem i trząsłem się jak opętany.
- Oli, stój!- krzyknęła Snowdon, akurat, gdy jej chłopak miał mnie uderzyć.- Stój!- pośpiesznie zbiegła w dół schodami, wyrywając kij z rąk nadal rozjuszonego chłopaka. Nie wyglądał na skorego do zmiany zdania, nawet pod wpływem zasmuconej dziewczynki.
- Co ty kombinujesz?! To jest morderca!
- On jest chory, Sally mi mówiła!
Złość powoli przeradzała się w zdziwienie i zakłopotanie.
- Jak to chory?!- wydusił w końcu, przyglądając mi się podejrzliwie i z pogardą.- Chyba na głowę, właśnie chciał nas zabić! Mnie po raz kolejny!- szturchnął mnie agresywnie nogą.
- Oli, przestań! Rzygał u nas ostatnim razem! Ale teraz to jest gorsze!
Czarnowłosa nie zwracała uwagi na humorki drugiej połówki i padła na kolana tuż obok mnie, oceniając mój stan niczym jakaś sanitariuszka.
- On się dusi, nie widzisz?!- a ja jak na zawołanie przyśpieszyłem oddech, pocąc się niemiłosiernie i zamykając oczy.- Jak był u nas kolacji, też miał jakiś atak! Oli, on może umrzeć!
- Chyba w końcu by mu się należało - wysyczał niechętnie jej partner, ale wyraźnie się przestraszył, bo stracił na pewności siebie.- Czemu on się tak trzęsie?.. Eee.. I czemu tak dziwnie oddycha?
- On ma chyba coś z płucami.. - ,,Jesteście niezwykle bystrzy!"- Musimy go zabrać do szpitala!
Nienawidziłem szpitali, ale w tej sytuacji nawet się nie wzbraniałem, tym bardziej, że miałem wrażenie, jakby ktoś położył na mojej klatce piersiowej tonę cegieł.
- Zadzwonić po karetkę?- niechętnie pytał Oliver.
- Nie, Oli, on może zaraz umrzeć! My musimy go zawieźć!
Zrezygnowany i spanikowany Anglik przypomniał sobie o ważnym szczególe:
- Hannah, piłem! A co ze strzelbą? Co z policją? Co z tym, że chciał nas wystrzelać jak zwierzęta?!
- Wytrzyj odciski palców na strzelbie, zmyślimy jakąś historyjkę! A jeśli chodzi o pomoc, to przecież musi ją otrzymać zaraz!
Byłem nieco zszokowany, że postanowiła puścić mi to płazem. Co prawda do niczego nie doszło, ale gdybym w tej chwili nie dusił się na podłodze, ona pewnie już dawno wyzionęłaby ducha. A może naprawdę wyglądałem tak źle, że miała marne nadzieje na to, że w ogóle wyciągną mnie z tego stanu?
- Ale..
- Oli, no już! Zaraz będziesz tu miał trupa!- zaszlochała.
Chłopak chyba dał za wygraną, bo po chwili zobaczyłem go nad sobą, co prawda rozmytego, ale jednak zdeterminowanego, tak mi się zdawało. Oboje usiłowali dźwignąć mnie z ziemi.
- Ja pierdolę, a wydaje się taki chudy!- zaklął, ale w końcu udało mu się mnie podnieść. ,,Na rękach u wroga numer jeden, jaki zwrot akcji!"- wkurzałem się na swoje płuca. Powinienem już dawno pójść do lekarza i się z tego wyleczyć, taka prawda. Teraz choroba stała się moją jedyną przeszkodą i mogła nawet ze mną wygrać.
Nie widziałem już nic poza ciemnością, słyszałem niewyraźnie i jedynie dobrze czułem cały ten ból. Robiło mi się coraz mniej do śmiechu i zacząłem się zastanawiać, czy tak wygląda umieranie.
- Ktoś musi go pilnować z tyłu!- kłóciła się para.- Zaopiekować się nim!
- I tak się nim opiekujemy! Co jeśli zrobi ci krzywdę?!
- Nie zrobi, on już nic nie kojarzy! Oli, muszę go pilnować!
- No dobra.. Musimy się pospieszyć, bo on już wygląda raczej na martwego..
- To nie jest śmieszne!
Leżałem, głowę miałem chyba na kolanach tej nieszczęsnej pseudo-hinduski, ale nie mogłem wygodnie się ułożyć i wierciłem się, wymachując nogami.
- Jedź szybko, bo ani ja ani on tego nie wytrzymamy!
- Nie mów mi, co mam robić, przecież wiem! Staram się nas nie zabić!
Autem szarpnęło, a ja poczułem się jeszcze gorzej. Jakby wszystkie wnętrzności miały zaraz ze mnie wylecieć. Zebrało mi się na jakieś hardkorowe wymioty, ale nie takie jak to zwykle w ostatnich miesiącach, ale jeszcze gorsze. Moje drogi oddechowe wydawały się zapchane do ostatniej dziurki, a przez moje gardło wylatywała krew, żółć i nie wiem, co jeszcze, możliwe, że całe płuca też.
- Oli, on rzyga!- niemal krzyknęła kobieta.- Tu jest pełno krwi! Jak ja mam mu pomóc?!- panikowała.
- Musi wytrzymać jeszcze chwilę, nie mam syreny w samochodzie! Najlepiej go nie dotykaj!
Traciłem świadomość coraz bardziej i wydawało mi się, że już niemal na pewno nie ma szansy, by mnie uratować. Przed oczami przelatywały mi obrazy z życia. Niestety te mniej przyjemne, głównie inne wizyty w szpitalach i konflikty z policją, aż w końcu spotkania z psychiatrą.
Złapałem rękę Hannah'y, by dodać sobie otuchy. Jej bliskość i drobne ciało przypominały mi o Sally. Nie o Lynn, ale o Sally. Jej jednak też potrzebowałem. To ona była jedyną osobą, u której doświadczyłem jakiejkolwiek czułości. Takiej szczerej, nieudawanej, ludzkiej. I tylko przy niej byłem człowiekiem. Wolałbym, by to ona mnie teraz dotykała, nie moja planowana ofiara. Trzeba jednak przyznać, że wykazała się dużą odwagą i odrobiną głupoty. Sykes też wydał mi się nie aż tak okropny. Mógł wezwać psy, by zajęli się mną w więziennym szpitalu, a jednak wiózł mnie własnym samochodem i pozwalał, bym zapaskudził mu tapicerkę i roznosił zarazki.
Szykował się kolejny skandal, który jemu mógłby przynieść nawet trochę korzyści i tytuł wybawcy. Wszystko łączyło się w dość nielogiczną całość i chciałbym móc jeszcze kiedyś przeczytać o tym w gazecie. Jak uzupełnią tę lukę, co niby robiłem w ich domu? W końcu ja pobiłem Olivera, włamałem się z bronią do jego domu, a on wykazał się miłosierdziem. Jak w cholernej przypowieści. I musiałem w końcu wyjawić, co mi dolega. Właśnie, co?!
Wydałem z siebie donośny jęk i zwinąłem się w kulkę, rycząc jak małe dziecko.
- Jeszcze chwilę, Andy, jesteśmy już pod szpitalem - usłyszałem delikatny głos.- Zaraz będzie w porządku..
Ona ryczała nie mniej ode mnie, więc mój stan musiał być jeszcze gorszy niż sobie wyobrażałem. Chciałem, by do mnie mówiła, to mnie uspokajało.
- Oli już poszedł po lekarzy, jakoś sobie poradzimy - drżał jej cienki głosik.- Już idą!
Po chwili do moich uszu doszło sporo nieznajomych wrzasków, które zlewały się w jedną całość o pomocy, jakiś operacjach i tak dalej. Ktoś znowu mnie dotknął, ale nie miałam pojęcia, jak i kiedy, bo urwał mi się film.
Mimo to chyba nie umarłem, a jedynie straciłem przytomność.
*Sally*
Ocknęłam się ze snu. Miałam jakiś koszmar. Nie mogłam stwierdzić jednoznacznie, co mi się przyśniło, ale wprawiło mnie w nastrój niepokoju.
Miałam cholernie złe przeczucia. Coś już się stało, coś cholernie złego.
Był środek nocy. Co mogło się teraz dziać?
***
