wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział 7: ,,Uśmiech w kształcie półksiężyca"


*Sally*
 Minął tydzień. A może więcej? Nie wiem, straciłam rachubę. Ale za to wszystko wróciło do normy. No, prawie. Pomijając to, że nie odważyłam się wyjść z domu, to było okej. Nawet trochę lepiej.
Kiedy wróciliśmy z Andy' m do domu po pamiętnej nocy, on dostał opieprz. Ja całe szczęście nie, ale za to musiałam wytrzymać milion morderczych uścisków Sammi i jej gadkę o tym, jaka to biedna jestem. Chłopaki zachowywały się już normalniej, za to starali się ze mnie wyciągnąć szereg informacji. Chcieli nawet zawiadomić policję, ale Biersack się sprzeciwiał. Powiedział, że ,,jebie psy" i nie będzie się im podlizywał. To doprowadziło do kolejnej kłótni, a w rezultacie do anulowania pomysłu. Szczerze to z jednej strony mnie to zmartwiło, bo gang mógł powrócić, a z drugiej strony cieszyło, bo mógłby się zemścić za atak glin. Tak czy siak utknęłam w tym po uszy. Miałam nadzieję, że to wszystko jakaś pomyłka, że nie polowali na mnie. Ale widzieli mnie, rozpoznaliby pomyłkę i zabili od razu. I ile osób jest atakowanych przez morderców w lasach?
Właśnie, jeśli chodzi o las- nie mówiliśmy nikomu z nowym kumplem o naszej kryjówce. Miała pozostać tajemnicą. Nie wybieraliśmy się tam od ostatniego razu, to było miejsce tylko na specjalne okazje. Tak ustaliliśmy. I od tego czasu ze sobą nie rozmawialiśmy. Jedyny nasz kontakt to były jakieś ukradkowe znaczące spojrzenia. Poza tym unikaliśmy się. Wszyscy przypuszczali, że chłopak coś mi zrobił i się pokłóciliśmy. Czasami przytakiwałam, ale tylko po to, by się odwalili. Polubiłam tego skurwiela. Bez tych wszystkich ludzi, którzy robili z niego wariata, był całkiem normalny. I nawet inteligentny. W tej chwili był moją jedyną bratnią duszą. Nawet, jeśli się tego wypierałam.
Przestałam też udawać całkowicie normalną. Potrafiłam warknąć na Jinxxa (choć się tym nie przejmował) lub spędzać cały dzień z laptopem. Tak, znalazłam sobie nowe hobby. Przeglądanie zdjęć, słuchanie muzyki, sprawdzanie nowości związanych chociażby z Fit For Rivals. To wciągało, wszystko działo się tam tak szybko, nie było nudy. Z początku wszyscy pilnowali, bym była w domu, ale przez to uzależnienie usiłowali wyganiać mnie na dwór. Bezskutecznie.
Aż do pewnego dnia.

Zeszłam na dół, w celu przygotowania sobie śniadania. Dziwne, bo nikogo nie zastałam przy stole, co zwykle było tradycją. Zajrzałam do lodówki, bo tak cholernie chciało mi się płatków z mlekiem. Ale mleka nie było. No pewnie. Takie małe utrudnienie, a jak może człowieka wybić z równowagi.
Wywróciłam oczami i zaczęłam łazić po domu w celu odnalezienia całej ekipy. Nagle wpadł na mnie Ashley, który widocznie się śpieszył.
- Po co tak biegniesz? Pali się?- spytałam zaskoczona.
- Andy..- wyrzucił tylko i udał się w stronę kuchni. Tuż po tym znów zjawił się obok mnie, trzymając w ręce jakieś opakowanie. Nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, co to jest. Tabletki na zahamowanie kaszlu.
Zdałam sobie sprawę, że mieliśmy powtórkę z rozrywki- krwioplucie.
Pobiegłam za chłopakiem, cała trzęsąc się z niepokoju. Przecież Andy był już raz u lekarza (skąd mam wiedzieć, czy nie więcej?). To nie było normalne. Co jeśli to było coś poważnego? Jeśli to się dopiero zaczyna, a najgorsze przed nim? Może to zalążek jakiejś większej choroby? Wolałam nawet o tym nie myśleć.. Liczyłam na to, że da się z tym coś zrobić.
W końcu dobiegłam do łazienki, a nad zlewem zastałam zgiętego w pół Biersacka, który krztusił się czerwoną mazią, którą umazana była cała umywalka i resztę zespołu. Jinxx klął na chłopaka, Jake pochylał się nad chorym i kręcił głową z niezadowoleniem, a Christian tylko patrzył na to wszystko z przerażeniem (czyli chyba zachowywał się najnormalniej). Ash drżącymi rękami wyciągnął kilka pigułek z pudełka i podał je kumplowi.
- Masz!- krzyknął.
Tamten wziął najszybciej jak tylko mógł tabletki i popił wodą z kranu. Trzęsły mu się ręce, wyglądał jeszcze żałośniej niż ostatnio. Dziwne, ale miałam wrażenie tej nocy wychudł i zmizerniał jeszcze bardziej. Zupełnie jakby miał zaraz umierać. Zrobiło mi się go żal, brała mnie litość z czego kumpel na pewno nie byłby zadowolony.
W końcu sytuacja była opanowana. Wszystko się uspokoiło. Zmęczony Biersack oparł si plecami i ciężko oddychał. Musiał być wykończony.
- Co się stało?- zapytałam w końcu.
- Cała noc mu tak zeszła - wyjaśnił Pitts.
- Musimy ci w końcu zrobić ten rentgen!- wtrącił Ferguson.
Miałam świadomość, że mój przyjaciel się do tego nie rwie, bo czy ktokolwiek by tego chciał? Spojrzał na mnie błagalnie, jakby oczekując pomocy. Nie wiedziałam, co zrobić. Nie posłuchać dla jego dobra, a potem znosić jego fochy czy posłuchać, narazić jego zdrowie i być dobrą (nienormalną) przyjaciółką?
Westchnęłam i zaczęłam:
- No co wy? Chyba nie zabierzecie go w takim stanie! Przecież jest wykończony, lepiej niech choć odrobinę odsapnie! Prześpi się czy coś..
Chłopak posłał mi wdzięczne spojrzenie. Udawałam, że go nie widzę.
Najstarszy zmarszczył sceptycznie brwi. Oni wszyscy już rozumieli, co się święci.
- Sally, rozumiem, że chcesz dobrze, ale naprawdę musimy w końcu pójść do tego szpitala i się dowiedzieć. Za długo z tym zwlekamy. To się nie zaczęło niedawno, powinniśmy byli to zrobić pół roku temu.. Co najmniej.
- Ale on się ledwo trzyma na nogach! Nie spał całą noc, jeszcze wam zemdleje!- nie dawałam za wygraną.- Chcecie żeby zaczął wam umierać?
- Sally..- już chciał skomentować, ale przerwał mu Ashley:
- Nie, Jinxx, ona ma rację. Jeśli będzie nam mdlał, to co wtedy? Mamy umówiony wywiad do Kerranga! na wieczór. Jeśli coś się stanie i się nie zjawimy, to będą mieli kolejną sensację.
- Dobra, on ma rację - uznał Jake. No proszę, jak działa strach o sławę! Całe szczęście, że mieli ten wywiad.. Choć Andy i tak wyglądał na niezadowolonego. Ale chyba łatwiej pogadać z jakimś gościem, niż stać w szpitalu przy dziwnym cacku..
Jinxx westchnął, ale przystał na moją propozycję.
- Dobra, ale nie myśl, Andy, że pójdziesz sobie teraz do swojego pokoju i się w nim zamkniesz! Mamy do pogadania!
Chory wywrócił oczami i się wyprostował. Znowu był taki wielki, czułam się przy nim jak mrówka. Ale już nie budził takiego przerażenia jak za pierwszym razem. Szybko go rozpracowałam, już nie był taki twardy. No proszę, a ponoć nie znam się na ludziach!
- I podziękuj Sally, bo w przeciwnym razie stałbyś już przy tym urządzeniu!
Czwórka opuściła pomieszczenie, dziwnie patrząc na naszą dwójkę.
- Dzięki - powiedział w końcu wielkolud. ,,No proszę, podziękował! To już jakiś postęp!"- Choć wiem, że i tak kiedyś mnie tam zaciągną. Ale trudno.. Może do tego nie dotrwam - ,,Że co?"- Jeszcze na dodatek teraz mam z nimi gadkę, a potem wywiad do najbardziej znienawidzonego dla mnie pisma.. Kurwa, jak tu żyć?!
- Ej, nastaw się pozytywnie - poleciłam.- To tylko jeden wywiad!
- Niby tak. Ale, Sally, naprawdę nie wiesz, jakie kłamliwe jest to pismo.. Wyciąga z wszystkich to, co najgorsze. Obyś nie musiała nigdy go czytać..- narzekał.- W ogóle to nie cierpię wywiadów.. Muszę udawać takiego uroczego chłopczyka, żeby dorastające panienki były zadowolone. A potem i tak sypią się hejty, że jestem pedałem! Sama rozumiesz..
Pokiwałam głową.
- Co wy, do cholery, robicie w tej łazience! Andy!- krzyknął pan mama.
- I widzisz, jak tu się z czegokolwiek cieszyć?..
Podążyłam za przyjacielem do kuchni, rozważając znaczenie słów ,,może nie dotrwam".  Co miał na myśli? Zaniepokoiłam się. Może niech lepiej z nim pogadają..
W pomieszczeniu przy stole czekało już całe zgromadzenie. Czarnowłosy usiadł pośród wszystkich i jak zwykle rozwalił nogi na stole. Spiorunowano go wzrokiem. On już się do tego przyzwyczaił, ale ja nadal nie. I choć spotkanie nie dotyczyło mnie, to bałam się. Wyglądało to tak, jakby mężczyźni zastanawiali się, jaki wyrok mu dać. Tak, to przypominało sąd.
Ale mój kumpel wyglądał, jakby się nie przejął. A przynajmniej dobrze udawał. Podejrzewałam to drugie.
- Sally, wyjdź - znów mi rozkazywano. Zaczynałam rozumieć Andy' ego. Ci ludzie robili z siebie naszych panów.
- Dobra, idę do spożywczego..- oznajmiłam.
- Wychodzisz?- zdziwił się Christian, który ostatnio nie przemówił do mnie słowem, choć zapewniałam go, że nic nie jest jego winą.
- A co w tym niezwykłego? Potrafię, mogę, więc idę. To nie jest chyba takie niebezpieczne, no nie?- pytałam sarkastycznym tonem. Może zbyt sarkastycznym.
- Nie naśmiewaj się tak. Pamiętaj, co niedawno cię spotkało..- zdenerwował się ten.. pryk. Przejęłam biersackowe słownictwo.
- Okej, okej, już wam nie przeszkadzam.
- Nie musicie jej udowadniać, że macie rozstrój nerwowy jak nastolatka podczas okresu - dorzuciła ich ,,ofiara".
Dostała mu się obelga, ale tylko uśmiechał się pod nosem. Miał uśmiech godny szatana. Zastanawiałam się, czy istnieje jakiś, który to przebije.
W końcu jednak wyszłam z pomieszczenia i udałam się do łazienki, by się ogarnąć. Wyglądałam jak kupa gówna- moją twarz pokrywało kilka drobnych blizn, do tego byłam rozczochrana, a moje włosy przypominały jednego wielkiego dreda.
,,Oj, chyba czas znaleźć fryzjera.."- powiedziałam swojemu odbiciu w lustrze. Zebrałam włosy w kucyk, darowałam sobie makijaż. Ubrałam się w szary top i czarne jeansy, po czym wciągnęłam na siebie równie ciemną bluzę. Wyglądałam jak jakaś wampirzyca.. Jeszcze tego brakowało! Ale wolałam to stokroć bardziej od zombicznego Biersacka, który dziś prezentował się chyba najgorzej od mojego pojawienia się.

*Andy*
- Wychodzę!- oznajmiła Sally, a drzwi się za nią zamknęły.
Zostałem sam z tym całym idiotycznym ,,posiedzeniem". Trudno to nawet nazwać, bo nie miałem obrońcy, samych oskarżycieli.
Ojej, już się boję. Tak jakbym nie przywykł..
- Zacznijmy od tego, że wiemy, że znowu palisz..- zaczął Jinxx.
Uniosłem brwi. ,,Niby skąd? Wróżka ci powiedziała, czy co?" Przecież dobrze ukryłem papierosy.. Nikt poza mną nie wchodził do mojego pokoju, a już na pewno nie śmiał się dotknąć kosza na bieliznę.
Ale nie mogłem dać po sobie poznać zdezorientowania.
- Aha.. Dobry żart. Macie może jakieś dowody?- udawałem, że nie wiem, o czym mówią.
- Przecież jedzie od ciebie na kilometr!- zdenerwował się starszy.- Cuchniesz jakbyś był jakąś popielniczką! Czy ty się tarzasz w tych szlugach?!
Jak szybko on się wkurwiał.. Przebił nawet mnie, bo na razie nie okazałem rozdrażnienia.
 Nie miałem pomysłu, jak się obronić, ale próbowałem. Niestety nie wychodziło to najlepiej,.
- A masz dowody rzeczowe? Równie dobrze ja mogę powiedzieć, że jeśli cuchniesz gównem, to znaczy, że się w nim tarzasz.. Gdzie tu logika?
Chłopak ukrył twarz w dłoniach. Jak ja uwielbiałem go załamywać. Nie musiałem się nawet starać. Byłem swoją anielską wersją, a oni padali jak muchy. A jakby wiedzieli, co jeszcze szykuję.. Miałem tyle pomysłów. I nie, nie chodzi mi tu tylko o takie drobnostki jak obszczanie kwiatków.
- Czy ty nie możesz zachowywać się poważnie?!- ,,Mogę ci jedynie poważnie dokopać, przykro mi"- Przecież tu idzie o twoje zdrowie, życie! Nie obchodzi cię ono?!
- Ani trochę.. - odparłem obojętnie, co go zmasakrowało. Dwa słowa i tyle wystarczyło? No to zaczekaj! Przygotujcie się wszyscy na piekło! Piekło w dosłownym słowa znaczeniu..
- Czyli, że wszystko jest ci obojętne?!
- Otóż to!- uśmiechnąłem się.- Nareszcie mnie zrozumieliście, brawo, cepy!
- Naprawdę myślisz, że dogorywanie potem w szpitalnym łóżku jest takie przyjemne?- wtrącił się Jake. Próbował mnie zniechęcić do oświecenia jak wszyscy ci idiotyczni lekarze. To też już przestudiowałem i się nie obawiałem.
- Ja wytrzymujący w tym łóżku? Na pewno bym już zwiał!- zaśmiałem się.
- Nie miałbyś szans...
- Niby czemu? Bo zamkniecie mnie w pokoju? Mam swoje sposoby! Z domu jakoś umiem się wyrwać..
- Nie, nie dlatego. Dlatego, że będziesz już tylko roślinką i nie będziesz w stanie chociażby ruszyć palcem!
Ta, na pewno.. Jestem zbyt wyjątkowy na taki los. Nie będę umierał jak zwyczajny, głupi śmiertelnik. Już doznałem oświecenia, ale w takim momencie będę już tak mądry jak Lynn. Ból nie będzie już odczuwalny. Stanę się nieśmiertelny jak ona. Będę panować nad wszystkim, nawet nad bólem. I ci wszyscy, którzy powtarzali, że spotka mnie typowa śmierć, będą przede mną klęczeć i błagać o odrobinę litości. Będą się mnie bać, już się boją, stąd ich zachowanie.
- Nic nie rozumiecie..- zaśmiałem się cicho.
- Co?
- Jesteście głupimi osłami i tyle! Kretyni z was!
- Nie będziesz tak mówił na łożu śmierci!- przestrzegał najstarszy. Jakie to zabawne, aż zebrało mi się na głupawkę. Postanowiłem jedna udawać oburzonego i rozjuszonego:
- A czemu od razu zakładacie, że umrę?! Może to nic poważnego?! Tacy z was przyjaciele, że od razu wysyłacie mnie do grobu! Dzięki!
Tak naprawdę zdawałem sobie sprawę, że to wszystko, co mnie spotkało nie jest normalne. Ale przecież bym się do tego nie przyznał! Tak robią tylko nędzni ludzie. Oni są słabi i muszą się dzielić ze wszystkimi swoimi obawami. Nie potrafią sobie sami z niczym poradzić, muszą paplać i paplać..
Ale ja nie jestem tylko człowiekiem, ja to wiem.
- Andy, wiedzielibyśmy, jakbyś tylko dał się namówić na ten rentgen..- próbował mówić spokojnie Ash.- Przecież to nie zajmuje dużo czasu!
- No właśnie, i może wtedy byśmy mogli temu zaradzić w miarę wcześnie?- dodał Pitts.- Nie musiałbyś się męczyć z kaszlem, krwiopluciem, chrypą, bólami w klatce piersiowej..
Wywróciłem oczami.
- Kurwa, nie potraficie zrozumieć, że ja nie pójdę na ten rentgen? Nigdy nie byliście, to nie wiecie, co tam się wyprawia!
- Ale ty kiedyś byłeś i to przeżyłeś.. I wiesz, że to nie trwa tak długo..
- Nie pójdę i tyle! Koniec tematu, do kurwy nędzy!- krzyknąłem.
Wszyscy zamilkli. Żeby jeszcze bardziej ich rozwścieczyć wyciągnąłem i zapaliłem papierosa.
- W sumie macie rację, faktycznie jestem skurwysynem, którego nic nie obchodzi - stwierdziłem.- I bardzo dobrze!
Wszyscy ukryli twarze w dłoniach. Było oczywiste, że doprowadzam ich do rozpaczy. Ale o to chodziło. Lynn byłaby dumna.
A propos Lynn, nie robiłem dzisiaj pewnej rzeczy, którą jej obiecałem. Oddaliłem się od wykończonych ,,kumpli"-mamusiek i udałem się w stronę swojego pokoju.
- Oby wyszedł przed tym wywiadem..- usłyszałem.

*Sally*
W końcu dotarłam do spożywczaka. Właściwie nie był to długi dystans, ale dla mnie dość spory. Przecież ostatnio poruszałam się tylko po domu. A wcześniej chodziłam tylko po psychiatryku.
Czułam się nieswojo wśród tych wszystkich ludzi, którzy chyba się na mnie gapili. Chyba, bo na pewno wyolbrzymiałam. Odzwyczaiłam się od spojrzeń nieznajomych, choć jeszcze niedawno mnie zachwycały. Teraz najchętniej utknęłabym w jakiejś pustce, byle by nie oglądać tego wszystkiego. Chciałam skulić się w kłębek, być w ciszy, ciemności. Skupić się na oddechu, nie ciągle walczyć z przeznaczeniem. Choć może taki był mój życiowy cel?
Dobra, zaczynałam rozmyślać nad sensem egzystencji, mimo że przyszłam tu tylko po mleko do płatków kukurydzianych.
Taki był problem z byciem mną- w każdej chwili swojego życia myślisz, nawet wtedy, gdy siedzisz na kiblu. Jeszcze jakbym myślała nad czymś mądrym, a ja rozmyślałam nad czymś, co jest praktycznie nierealne. Bo czy przykładowo czeka mnie lepsze życie? Raczej nie. Czy wskrzeszę Lynn? Na pewno nie. Czy będę w stanie zabić jej mordercę? Nie sądzę. Czy cofnę się do niemowlęcia siedzącego w brzuchu matki? Nonsens!
,,Stop, Sally! Halo, Ziemia! Mleko!"
Ocknęłam się. Dotarłam do odpowiedniej półki. ,,Tak, mleko.. Ale ile procent? Przecież nie tylko ja z niego skorzystam, inni też.. A jakby Andy chciał go użyć? On na pewno wziąłby 0.. O ile on pije mleko, ale załóżmy, że jednak tak. Ale 0 jest takie wodniste, nie cierpię go. A 3,2 będzie już za tłuste, nawet dla mnie. Więc może 1,5?.. Dla mnie idealne. No ale Andy, on się na ciebie wkurzy! I znów będzie foch.. No to może 0, 5? Taka ugoda?" I znów myślenie! Temat mleka również był niebezpieczny dla mojego umysłu.. Równie niebezpieczny jak temat pogody, bo jeszcze zaraz zacznę porównywać deszcz do łez, słońce do dziecka z Teletubisów, a śnieg do koksu..
Na czym to stanęło?.. ,,Mleko, idiotko!"
Chwyciłam pierwszą lepszą butelkę i zaczęłam kierować się w stronę kasy. Po drodze zgarnęłam też kawę. Nie była mi potrzebna, właściwie to nigdy jej nawet nie piłam, ale pomyślałam (pomyślałam, jak zwykle), że może pomoże na moją przegrzaną mózgownicę.
Zrobiłam kolejne kroki i od sprzedawczyni dzieliły mnie już tylko jakieś cztery metry. Nie spodziewałam się, że nawet to okaże się niezwykłe i zbzikowane.
Na swoją niekorzyść postanowiłam zerknąć w bok. I stanęłam jak wryta. Ten uśmiech.. Te oczy, ten nos.. Ta twarz.. Ale szczególnie ten uśmiech. Niczym półksiężyc. Tam, między półkami! Nie pomyliłam się, to nie była schiza!
Znów, przeleciał mi przed oczami!
Mój umysł znowu się uaktywnił. Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia. Już go kiedyś widziałam. Dawno temu, chyba gdy miałam 12 lat. Tyle, że tamten facet wyglądał inaczej. Bo wyszczerz należał do faceta, takie odniosłam wrażenie. Ten był wyższy, prawie tak wysoki jak Andy, miał czarną grzywkę, ubrany był w bluzę w szachownicę i obcisłe rurki ciemnego koloru. Spod rękawów okrycia wystawały liczne tatuaże, w ustach dostrzegłam dwa kolczyki. Chłopak, którego pamiętałam był wtedy niski, miał góra 165 centymetrów wzrostu, różowe włosy, w ogóle cały był różowy. Raz nawet nałożył spódniczkę. Ale ten uśmiech, wyglądał identycznie jak tamten. Czy to możliwe, że to ten sam pedalski trzynastolatek? Czy to mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa? Czy go odnalazłam? Czy takie przypadki są możliwe? Czy mógł aż tak się zmienić? Stał się nawet przystojny, bardzo przystojny. Jeśli w ogóle to on..
Nagle zdałam sobie sprawę, że stoję w miejscu jak idiotka i cały czas nie odrywam od niego oczu. Usta miałam szeroko otwarte. Myślałam, że facet będzie zdezorientowany, może nawet zdenerwuje, ale on wyszczerzył się jeszcze bardziej i.. posłał mi całusa.
To mnie speszyło i zawstydziło do reszty.
Zagryzłam wargę i uciekłam, by zapłacić. Ale on nie dawał mi spokoju. Stanął w kolejce za mną i gapił się na mnie. Odwróciłam się plecami i wyciągnęłam portfel.
- Ile?- spytałam drżącym głosem sprzedawczyni.
- Proszę chwilę poczekać, muszę policzyć..
I wtedy tajemniczy gostek się odezwał:
- Rozumiem, że denerwujesz się spotkaniem czystego uosobienia zajebistości.. Każda tak robi.
O Boże, jaki on miał głos! Niczym jakiś anioł! Faktycznie, był tym uosobieniem zajebistości, ale nie chciałam przyznawać, że jestem nim oczarowana. Uznałby mnie za łatwą zdobycz, za idiotkę. Wiedziałby, że mnie ma.
Musiałam go zniechęcić.
- A gdzie niby to ,,uosobienie zajebistości"? Chętnie zobaczę.
- Widzę, że jesteś niekumata. Właśnie na nie patrzysz, mała. Obym cię tylko nie oślepił!
Nie wiem, czemu, ale podobało mi się to jego wyniosłe, aroganckie usposobienie. Pasowało do tego wyszczerzu. Chyba mi się spodobał.. Był drugim w moim życiu facetem, który stanowił potencjalnego kandydata na..
Ale nie, Sally! Znowu odleciałaś! Po prostu zobaczyłaś kogoś, kto dobitnie przypomina twojego kumpla z dzieciństwa i cię zaciekawił.
- Cóż, nie skarżę się na problemy ze wzrokiem - odpowiedziałam.
- Gdybyś zechciała poznać mnie bliżej, miałabyś też problemy z sercem. Bo ja bym nim sterował.
Cholera, czemu on tak ze mną flirtował?.. Co było we mnie interesującego? Nie mógł sobie znaleźć jakiejś równie ładnej jak on sam?
- Nie potrzebuję pilota, umiem sobie sama poradzić.
- Gdybyś umiała panować nad swoimi uczuciami, to najpewniej byś ze mną nie rozmawiała.
Kurwa mać, miał rację! Rozmawiałam z nim, bo chciałam go poznać. Czy to miał być kolejny ,,śledczy przyjaciel"? Nie, to mógł być prawdziwy przyjaciel. I to taki, którego już znałam.
- Słaba ta twoja gadka - skłamałam.- Popracuj nad nią, a potem znajdź sobie lepszą ofiarę.
- A jeśli chcę za ofiarę ciebie?- nie dawał za wygraną.
- A co we mnie wyjątkowego?- zdenerwowałam się.
- Wszystko - uniósł brwi.
- Halo! Ziemia!- ktoś krzyknął. Podskoczyłam i się ocknęłam.- Znajdźcie sobie lepsze miejsce do flirtów, za wami jest kolejka!
Obejrzałam się za siebie. Za nami stało co najmniej dziesięć osób. Zapłaciłam i już chciałam uciec, kiedy chłopak krzyknął za mną:
- Odezwij się, mała!
Zmarszczyłam brwi i udałam się prosto przed siebie.
Byłam jednocześnie wkurzona i zaintrygowana. Bo co jeśli on tez mnie poznał? Może to przeznaczenie? Może powinnam teraz do niego wrócić? A może to po prostu istotni uroczy flirciarz, w którym się najzwyczajniej w świecie zadurzyłam? Bo przecież mój kolega z Cincy był gejem od małego..
Ale ja nie dobierałam sobie przypadkowych przyjaciół.. On coś znaczył, wydawał się niemal tak istotny jak Andy.
Postanowiłam go odnaleźć. Tylko w celu zbadania sprawy, nie romansu. I być może w celu znalezienia jakiegokolwiek towarzystwa w moim wieku? Kogoś zabawnego, miłego? Sama się w tym pogubiłam jak to zwykle.
Tylko jak on się nazywał?

- Sally, idziemy na ten wywiad!- krzyknął z dołu Jinxx.
- Jasne, jasne!- odparłam.- Dobrze się bawcie!
- To dopiero zabawa! Udawać kogoś, kim się nie jest i gadać z tępym dziennikarzem o tym samym po raz setny! Ubaw po pachy, no nie?- ironizował Andy.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Jezu, naprawdę go polubiłam, teraz to, co wydawało się oburzające, zwyczajnie mnie bawiło. Oj, niedobrze ze mną.. Już dwóch facetów mnie interesowało..
To znaczy.. nie, tylko.. Usiłowałam zaprzeczać, ale czy można ukryć swoje uczucia? Byłam w końcu dziewczyną, dziewczyny zwykle lubią otaczać się facetami. A widocznie ja już miałam wypracowany swój typ. Szkoda, że nie miałam pojęcia o związkach damsko-męskich.
Boże, ja na serio to rozważałam? Oszalałam do reszty!
Piętro niżej nastąpiła krótka kłótnia, ale w końcu drzwi się zamknęły. Zostałam w domu sama. Nadszedł czas, by działać.
Nie czekając dłużej, włączyłam laptopa i weszłam na facebooka. Szybko założyłam konto i chciałam wyszukać tajemniczego chłopaka.
I akurat wtedy w mojej głowie nastała pustka. Bezskutecznie starałam się wygrzebać ze zniszczonych wspomnień jego imię. Pamiętałam tylko, że było niedługie i zaczynało się na ,,c". A jego nazwisko.. Zawsze się z niego śmiałam, bo miało głupie znaczenie. I też było na ,,c". Celowo je tak dobierano, by dobrze brzmiało.
Dobra, Sally, skup się! Teraz nie możesz zawieść! Przypomnij sobie, jaka była historia tego chłopca. Jego rodzice.. Opowiadali o nim wiele historii. I one były niezwykłe, musiały mi utknąć w pamięci. Nawet jego narodziny były wyjątkowe.. Urodził się na lotnisku, gdy jego rodzice mieli jechać do.. Polski. I chcieli dać mu polskie imię. Jakie.. Karol.. Czy jakieś tak. A angielskie odpowiedniki to Henry, Carol, ciepło, ciepło i.. Carl! Tak, Carl!
Wpisałam Carl, ale wyników było tak wiele. W życiu bym tego nie znalazła w ten sposób. Musiałam sobie przypomnieć nazwisko. Ale z czego my się śmialiśmy?.. Śmieszne znaczenie, które do niego nie pasowało.. Bo on robił wszystko, czego inni nie robili. Robił tyle psikusów, za które obrywał m.in. w szkole.. Kiedyś na religii napisał na tablicy ,,Bóg jest gejem", gdy katechetka nazwała go opętanym demonem. Farbował włosy już w pierwszej gimnazjum, choć inni nie pozwalali. Był buntownikiem, był odważny, czyli przeciwieństwem był..
Tchórz! Coward!
Carl Coward! Coraz mniej wyników. Tylko kilka. Przejrzałam je i..
Znalazłam. To był on, na zdjęciu widniał jego uśmiech w kształcie półksiężyca. Jego kiełki i ten flirciarski wyraz twarzy. Stuprocentowy on. ,,Uosobienie zajebistości". Nie dało się go pomylić z nikim innym.
Przez chwilę bałam się w ogóle otworzyć profil, ale w końcu się odważyłam. W tle jego profilu dostrzegłam jakiś zespół podpisany ,,Bring Me The Horizon". Przejrzałam też kilka fotek. Na tych nowszych wyglądał tak jak dziś rano, na niektórych był z równie przystojnym wytatuowanym facetem, na innych z seksowną blondynką (która raczej nie była jego dziewczyną, choć liczyłam, że nią jest). Na innych był już sam. Gdy dotarłam do starszych.. Uśmiechnęłam się. Tak, to on, byłam pewna. Moim oczom ukazał się słodki mały chłopiec z różowymi włosami ubrany jak postać z anime. Do tego na niektórych był ze swoim dawnym chłopakiem- nieco starszym nastolatkiem z brązową grzywką. Nie znałam nigdy tamtego gościa, ale kojarzyłam go z widzenia. Z każdą fotografią wspomnienia powracały, stawały się coraz wyraźniejsze. W końcu znałam tego człowieka od podstawówki. Byliśmy nierozłączni. Przeżyliśmy razem tyle szczęśliwych chwil. Bawiliśmy się razem. Takie rzeczy trudno zapomnieć. Ja zapomniałam, ale (na szczęście) wszystko wróciło. Znów miałam ochotę być tą małą beztroską dziewczynką. Siedzieć u niego całymi dniami i nie móc opanować śmiechu. Opychać się z nim czekoladą i oglądać babskie magazyny, pleść mu warkoczyki. Być niesioną na jego plecach. To dopiero była zabawa!
Wielką przyjemność sprawiło mi obejrzenie tych fotek, ale to nie wystarczyło. Chciałam z nim porozmawiać. Spotkać się, pogadać na spokojnie bez flirtów. Tak jak dawniej.
Zaprosiłam go do znajomych. Zdziwił mnie, bo natychmiastowo zaakceptował. Kochany no life..
Wzięłam głęboki oddech i napisałam:
,,Hej. Tutaj laska z supermarketu."
Zabrzmiało to głupio, ale zrozumiał.
,,Uuu, widzę, że flirciki poskutkowały. Tak to jest jak jest się takim mraśśśnym ;3"
Wywróciłam oczami. Kiedyś zawsze tak pisał, kochał język pokemonów. Mimo to udałam powagę.
,,Posłuchaj, musimy się spotkać i pogadać. Mam ci coś ważnego do powiedzenia"
,,Jasne, jasne, rozumiem ^^ Dobra, a tak na serio: gdzie się chce nasza księzniczka spotkać ze swoim ksienżniczkiem? Bo knienżniczeq Carly gotowy<3333"
,,Gdziekolwiek. Byle nie u mnie.. Tu jest dość specyficznie."
,,Spoczi oczi, no to u mnie.. Wyślę ci adres, wait, wait, Carlcio wpisuje.. =^.^="
Uśmiechnęłam się pod nosem, a po chwili dostałam adres.
,,No to do zobaczenia."
,,Papatki, loffciam ;*"
Wylogowałam się i zaczęłam szukać miejsca, gdzie mamy się zobaczyć.
Czułam się niesamowicie szczęśliwa, że w końcu znalazłam sobie normalnego kumpla.

*Andy*
Czekaliśmy na tego pieprzonego gościa, który znów będzie nas wypytywał o trudną przeszłość, miłość (udawaną) do fanów i plany na przyszłość. Dziwiłem się, że nastolatki wydają kasę na taki chłam. Miały ochotę czytać w kółko to samo? Jakie nudne muszą być ich życia, czy ta rutyna nie powala? No ale cóż, pismo wydawali jebani Anglicy, a oni tylko tak potrafią. Ta ich pierdolona dbałość o szczegóły.. Znałem kiedyś takiego cholernego Anglika i jaki był skutek? Wolę sobie nawet nie przypominać.. Skurwiel niewyżyty.
Nagle ktoś trącił mnie w bok. Ocknąłem się. Dziennikarz już siedział przed nami i był gotowy do rozmowy. Przybrałem więc fałszywy uśmiech i czekałem na pytanie.
- Cóż, temat dzisiejszej rozmowy dotyczy raczej głównie Andy' ego, ale miło, że wszyscy się pofatygowaliście.
Zdziwiłem się. Co tym razem? Będę mnie wypytywać jak sobie radzić z problemami po raz kolejny? Czemu ja musiałem być mentorem życiowym tylu nastolatków? A one jeszcze w to wszystko wierzyły! Nie wiedziały, że to po prostu kłamstwa, za które dostajemy kupę szmalu.
Przesłuchanie się zaczęło, a już pierwsze pytanie wytrąciło mnie z równowagi:
- Andy, jak ostatnio przebiegał twój związek z Juliet Simms? Wszystko wskazuje na to, że wam się nie układało!- ,,No nie pierdol!"
Nigdy nam się nie układało. To nawet nie był prawdziwy związek. To wszystko tylko jakieś przedstawienie, żeby inne laski, między innymi szalone fangirls się mnie nie czepiały. No i potrzebowaliśmy kogoś kto zadba o moje koty i pieprzony ogródek Jinxxa.
Ale tak na serio: nie wiedziałem, że to będzie aż tak odczuwalne, że ,,zerwaliśmy". Co ta Simms znowu wymyśliła?
- Hmm.. Faktycznie, ostatnio się trochę pokłóciliśmy, ale uznaliśmy, że nie będziemy wchodzić sobie w drogę. Bo po co rozdrapywać stare rany?- wyznałem ze sztucznym uśmiechem.
- Juliet mówiła zupełnie co innego! Wspominała dużo o trudnych chwilach w waszym związku. Mówiła też, że..
- Jak to? Jak to ,,mówiła"? Rozmawiała z wami?- spytałem, marszcząc brwi.
- No tak, przecież tego właśnie będzie dotyczył ten artykuł..- dziennikarz zdziwił się, że nic nie rozumiem.- Niedawno Simms przyszła do nas i opowiedziała wszystko o tobie i o waszym związku. Wyjawiła też kilka interesujących szczegółów o twojej przeszłości..- mało nie zemdlałem.- Liczyłem na to, że potwierdzisz niektóre z nich i opowiesz coś o Juliet..
Opadła mi szczęka. Czyli to była ta zemsta! Ta suka postanowiła podzielić się z całym światem moimi największymi sekretami, o których nikt wcześniej nie wiedział! Cholera, jeśli dowiedzą się o śmierci Lynn, o tym, że przez kilka miesięcy byłem główną gwiazdą miasta przez wywołane skandale i zrobiłem ze swojego życia kupę gówna.. Jeśli wszyscy fani dowiedzą się, że wcale nie miałem takiego wielkiego wsparcia w rodzinie i przyjaciołach, że nienawidzę chłopaków z BVB, że publicznością też gardzę i nazywam ich ,,pojebanymi emosami, pedałami"..
Ręce zaczęły mi się trząść, musiałem ukryć je pod stołem. Poczułem kroplę potu spływającą po czole, cała moja pewność siebie zniknęła. Prowadzący wywiad się zaniepokoił, ale widocznie widział, że to prawda. ,,Przyjaciele" też wydawali się być wystraszeni.
- Co mówiła?- zapytałem drżącym głosem.
- Było tego bardzo dużo.. Zaczęła od roku 2006, gdy miałeś 16 lat. Mówiła coś o samobójstwie pewnej dziewczyny, która zachowywała się jak opętana, a ty chciałeś być jak ona, mówiła, że potem ubierałeś się jak twoi fani, których ukradkiem nazywasz ,,pedałami", robiłeś wszystko by wkurzyć rodziców. Potem mówiła o depresji, samookaleczaniu..
Nie dokończył, bo mu przerwałem:
- Co za kłamliwa suka! To wszystko kłamstwo, możecie to sprawdzić! Wcale tak nie było! Uwzięła się na mnie, bo ją zdradziłem!- wrzasnąłem.
Wszyscy spojrzeli na mnie wyraźnie zdziwieni, dziennikarz widocznie dostrzegł w tym sensację. Ja dopiero zdałem sobie sprawę z tego, co powiedziałem. Kurwa, nie zdradziłem do końca Simms.. Ja tylko udawałem. Chciałem wtedy wyciągnąć informacje z Sally. Ona była tylko przyjaciółką, nikim więcej. Nie całowałem jej, nie przytulałem, nie robiłem nic podejrzanego, więc jak mogłem nazwać to zdradą Juliet?
Ale co teraz mam powiedzieć? Nie wycofam się, mówiąc, że się pomyliłem, wtedy faktycznie wyszłoby na jaw, że postradałem zmysły.. Musiałem znów udawać.
- Jak ona się nazywa?- wypytywał podekscytowany redaktor.
Wziąłem głęboki oddech i wycedziłem:
- Sally Rogers.
Wiedziałem, że Rogers nie będzie zadowolona, że jest znana na cały świat jako dziewczyna takiego skurwysyna, ale może dało się to potem odkręcić? Może nie będzie szukała Kerranga!? Przecież ona nawet tego nie czyta, nie ma pojęcia o muzykach!
Trochę mi ulżyło, ale nadal się niepokoiłem.
- Opowiedz nam o niej!
Nie było już wyjścia, zacząłem fantazjować:
- Poznaliśmy się przez przypadek, uznałem, że jest niesamowicie ładna, jej twarz.. Była taka słodka. Więc pogadałem z nią i umówiliśmy się na randkę. Poszło świetnie, a potem samo się rozkręciło! Bardzo się obaj kochamy!
Takiego steku bzdur nigdy nikt chyba jeszcze nie wypowiedział.
- Ja, jak i wszyscy fani mamy nadzieję, że kiedyś będziemy mogli ją zobaczyć!
- Nie sądzę..- rzuciłem pod nosem.
- Dzięki za wywiad, to wszystko!- powiedział dziennikarz.
Potem czekała mnie jeszcze kilkugodzinna sesja zdjęciowa, aż w końcu mogliśmy wyjść. Czułem się jak skazany na pewną śmierć, wszystko spieprzyłem do reszty. Chętnie cofnąłbym czas i poszedł na ten rentgen.
Na ulicy Jinxx się wydarł:
- Kurwa, Andy, co ty im naopowiadałeś?! Nie możesz w końcu wyznać wszystkim prawdy?! Musisz się w to bawić?!
- Zamknij się!- odkrzyknąłem.- Co ty byś zrobił na moim miejscu?! Gdybym tak powiedział, to stracilibyśmy wszystkich fanów, a zespół to nasza praca! Musimy dbać o reputację!
- Ciszej, bo zaraz całe LA będzie wiedzieć!- wtrącił się Jake.
- A ty i Sally na serio.. no wiesz?- zapytał Ashley z uśmiechem.
- Nie, pacanie, w ogóle odwalcie się wszyscy, przecież wy wiecie, że to udawane!- mało nie wybuchnąłem płaczem. Ja tu zmyślam jak tylko mogę, ratuję sytuację, a oni jeszcze się ze mnie śmieją.
- Ale czemu Sally?.. Wiesz jaka ona będzie zła, jak się dowie..
- I chuj mnie to obchodzi! Jestem na skraju załamania nerwowego, zostawcie mnie, w cholerę!- krzyknąłem i wbrew wszystkim zapaliłem szluga. O niebo lepiej..
W milczeniu, choć wszyscy zabójczo wściekli, dotarliśmy do auta i pojechaliśmy do domu. Kiedy przekroczyłem próg nie miałem nawet siły spojrzeć Sally w oczy. Od razu pobiegłem do swojego pokoju i się w nim zamknąłem. Walnąłem się na łóżko i ukryłem przed całym światem pod kołdrą.
- Lynn, pomóż mi.. Nie radzę sobie z tym..- powtarzałem, prawie płacząc. Jednak nie usłyszałem żadnej odpowiedzi.
Bez wahania skierowałem się do łazienki i po prostu zacząłem się ciąć. Czułem się jak żałosny emo-nastolatek, którym właściwie kiedyś byłem. To nie dawało satysfakcji, czułem się coraz bardziej przygnębiony. Musiałem znaleźć coś, po czym będę mógł zapomnieć, poczuć szczęście. Coś, dzięki czemu odlecę. I wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł.. Idealny na listę.

*Sally*
Dziś rano Andy był jeszcze bardziej ponury niż zwykle (co wydawało się wręcz niemożliwe). Po tym wywiadzie cos było nie tak.. Wiedziałam, że muszę znaleźć gazetę, gdy już wyjdzie w środę i ją przeczytać. Może dowiedziałabym się czegoś istotnego?
W każdym razie siedzieliśmy teraz wszyscy w salonie i milczeliśmy. Normanie bylibyśmy już po wielu kłótniach, ale dziś panowało milczenie. Każdy zajmował się sobą. Jinxx czytał książkę, Jake przeglądał prasę, Ashley i Christian bezmyślnie oglądali telewizję, a Andy siedział na dywanie, ukrywając twarz między kolanami. Całe ręce miał w plastrach, nawet nie ukrywał świeżych ran. A ja obserwowałam całe to przedstawienie, choć po pewnym czasie to stało się cholernie nudne. Było jeszcze wcześnie, nie wiedziałam, czy nie za wcześnie, by iść do nowego kumpla. Ale co innego mi pozostało?
- Wiecie.. Chyba gdzieś się przejdę..- oznajmiłam, obawiając się, co powiedzą na nowego męskiego przyjaciela. Ku mojemu zdziwieniu nikt się nawet nie przejął, nagle przestałam być dla nich ważna, co zaczynało mnie trochę denerwować. Potrzebowałam czyjejś uwagi, może wtedy poczułabym się szczęśliwsza. Melancholijna cisza nie była dla mnie.
Wstałam i błyskawicznie się ogarnęłam. Dzisiaj dla odmiany postanowiłam ubrać się w sukienkę, by zrobić dobre wrażenie. Wyglądałam nieco lepiej niż wczoraj, gdy kupowałam mleko..
Po raz ostatni przejrzałam się w lustrze i wyszłam, nawet się nie żegnając. Jak mają mnie w dupie to trudno.

*Andy*
Gdy tylko Sally wyszła, pobiegłem do swojego pokoju. Musiałem znaleźć ten cholerny numer, musiałem. Bez niego pomysł nie miałby sensu.
Zacząłem przewalać wszystko, oszczędzając tylko swoje święte miejsce. Grzebałem wszędzie- pod łóżkiem, w poszewkach, pod stertami brudnych ubrań, w szufladach.
- W cholerę..
Zacząłem się głowić, gdzie ja mogłem wetknąć tę kartkę. Nie wyjmowałem jej od lat, a co najmniej trzech. Obym jej nie wywalił..
Ale jeśli jednak nie wyrzuciłem... Musiała być w jakiś starych gratach. Przewaliłem kartony, które przywiozłem z Cincinnati. Niby nic ważnego, jakieś ciuchy, ale w końcu mi się udało. Wepchnąłem papierzysko do kieszeni za krótkich już na mnie rurek.
Odczytałem numer i wklepałem do telefonu. Zaczekałem aż mnie połączy. Miałem nadzieję, że te jebane gliny jeszcze jej nie dorwały. Jak ona była.. Coś na ,,s".. Shadia, czy jakoś tak. Właściwie to był pseudonim, by nikt jej nie rozpoznał. Nie miałem pojęcia, jakie jest jej prawdziwe nazwisko. W każdym razie, miała to, czego potrzebowałem. Nawet, jeśli zażąda zapłaty w naturze, to się zgodzę.
- Halo?- rozległo się w końcu słuchawce. Tak, to jej niski głos.
Szeptem zacząłem zamawiać.

*Sally*
 Dotarłam w końcu do odpowiednich drzwi. Dom wyglądał bogato, był duży i zadbany. Chyba nawet większy od domu chłopaków. Wahałam się, czy zapukać, ale w końcu to zrobiłam.
Nie musiałam długo czekać. Otworzyła mi niewysoka azjatycka pokojówka. No proszę, nawet służby się dorobił!
- Pani w jakiej sprawie?- zapytała uroczo.
- Czy to dom państwa Cowardów?
- Tak.
- Jestem przyjaciółką Carla..
Dziewczyna uśmiechnęła się i poprosiła bym weszła.
- Proszę usiąść, zaraz zawołam panicza!
Panicza? Oj, Carl, coś ty znowu wykombinował? Jakim cudem stałeś się taki nadziany? Skąd to wszystko? Przecież mieszkałeś w zwyczajnym domku w Cincy, równie przeciętnym jak ja.. A tu nagle taka różnica.
Chociaż z tego co pamiętałam jego ojciec miał firmę, matka nawet nie pracowała. Może właśnie na ojcowskim fachu zdobyli kasę?
Nagle na schodach pojawiła się postać. Wysoki, chudy chłopak z czarną, rozczochraną grzywką, ubrany w kawaii piżamkę w króliczki.
- Witaj, Sally Rogers - powiedział z flirciarskim wyrazem twarzy.
- Witaj, Carlu Cowardzie - odparłam parodiując jego ton.
Zaśmiał się, a potem.. A potem znowu uśmiech. Uśmiech w kształcie półksiężyca.

***
Yay, a więc mamy wejście Carla! Nie mogę się doczekać następnego z jego udziałem, bo to jedna z moich ulubionych postaci :3 I ten uśmiech.. meow, te kiełki.. =^.^=
W następnym- możliwe, że pojawią się też inne postacie (na pewno się domyślacie jakie), Andy zrobi coś niegrzecznego jak zwykle i ogólnie będzie dziwnie, jak to u mnie ;p
Pozostawiam was z przemyśleniami, w przyszłym tygodniu znów planuje 2 przed wyjazdem :)
Takie niepasujące nuty:
Hole- Northern Star
Foo Fighters- Walk
Pixies- Monkey Gone To Heaven
 


poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział 6: Ucieczka przed kartami.


*Andy*
- Kurwa, to gdzie w końcu jest Sally?!- wydarłem się na tego nędznego perkusistę.
- No ja nie wiem..- ryczał jak baba. Co za ciota!
- Nie wrzeszcz tak na niego, bo się nic nie dowiemy. I gardło oszczędzaj - zwrócił uwagę Ashley.
- Będę, kurwa, wrzeszczał, bo ją zgubił, pieprzona pierdoła! A gardło mnie teraz chuj obchodzi!
- Uspokój się, dzieciaku! Rozumiem, że masz swoje humorki, ale nie teraz!- wtrącił się Jinxx.- Ty, Christian, też! Opowiedz nam na spokojnie, co się stało.
Chłopak spojrzał z przestrachem najpierw na mnie, potem na drugiego. Pewnie tchórz się spodziewał, że się na niego rzucimy. No cóż, ja chętnie bym tak zrobił, ale musiałem się czegokolwiek dowiedzieć. Musiałem ją odnaleźć. Była cholernie ważna w tej chwili. Może i potraktowałem ją nieco za ostro, ale teraz uznałem to za głupie. Chciałem wyciągnąć z niej wszystkie informacje, zanim umrze lub ucieknie na dobre. No właśnie..
- Może uciekła?- spytałem.
- Jeśli tak, to przez twoje humorki, idioto!- wkurzył się nasz pan mama.
- Moje?! Ty bez mojej zgody zabrałeś mnie do tego obłąkanego starca!
- Sam jesteś obłąkany i to na poważnie! Ale nie nawrzeszczałem na Sally, że jest głupią suką i może się wynosić! Jesteś obłąkany kretyn!
- Co?!
Już byłem gotowy urwać mu ten przerośnięty łeb, ale w ostatniej chwili Jake nas rozdzielił.
- Ty też jesteś skurwysyn, suń się!- rozkazałem.
- Uspokójcie się obaj! Dajcie dojść do głosu CC' emu!
Niezadowolony odszedłem od tego starego piernika i podszedłem do kulącego się strachajły.
- Dobra, nędzny perkusisto, a teraz gadaj!- rozkazałem.
- Andy!- skarcił mnie Ash.
- No co?!
- Christian, opowiedz..
W końcu jednak ,,Christian" opanował płacz i do pewnego stopnia nad sobą zapanował. Zaczął swoim cienkim głosikiem:
- Jak wy wyszliście to Sally powiedziała, że pójdzie na spacer. Mówiłem jej, że nie wiem, czy mogę jej pozwolić, ale ona zapewniała, że pójdzie niedaleko i w razie czego zadzwoni. Ale nie dzwoniła..
- Kurwa, puściłeś ją samą po całym LA?! Oszalałeś?! Może ona już nie żyje, do kurwy nędzy!- zdenerwowałem się.
Tak to było zostawić kogoś z tym idiotą. Nie potrafił odmówić, był tak cholernie delikatny i kobiecy. Bardziej niż kobieta. Byłem tak kurewsko wściekły, chętnie bym mu przywalił. Już wyciągałem pięść, kiedy kolejny skurwiel, Pitts, mnie złapał.
- Nie za dużo na dziś tych demonstracji dla ciebie?! Boże, jesteś okropny!
Uśmiechnąłem się diabelsko pod nosem.
- To moja specjalność - pochwaliłem się.
- Dlatego teraz grzecznie pójdziesz do siebie i tam zostaniesz, kiedy my pojedziemy poszukać twojej przyjaciółeczki.
- Co, kurwa?!
Teraz jeszcze chcieli mnie tu zamknąć, kiedy sami najpewniej wszystko popierdolą?! Nie dam się, nie jestem ich jebanym więźniem. Nie mają prawa tak mną pomiatać..
- Tak - powtórzył Jinxx.- Chyba, że mamy to zrobić za ciebie, na siłę.. Z pomocą pewnych akcesoriów.
Zastanawiałem się, czy po prostu ich wszystkich teraz nie zabić i zmyć się z miejsca zbrodni. To byłoby niezłe na moją listę, w sumie najlepsze i ułatwiłoby mi dalsze działania. Ale wtedy złapałyby mnie psy i miałbym powtórkę z przeszłości. To musiało poczekać, co nie oznaczało, że z tego rezygnowałem. Po prostu czekałem.
Wpadłem za to na lepszy pomysł. Zostanę, udając, że się słucham, zniosę to upokorzenie, a potem poszukam Sally na własną rękę. Po prostu dam nogę.
Bo naprawdę nie miałem teraz ochoty na ich wszystkich bawiących się w psychiatrów.
Zrobiłem naburmuszoną minę i udałem się po schodach na górę.
- No, mamy go z głowy..- usłyszałem przez te wyjątkowo cienkie ściany.
Potem zaczęto ustalać ,,cudowny" plan. A ja tylko czekałem, aż się ulotnią.

*Sally*
Mój oddech gwałtownie przyspieszył. Powoli zaczynało mi go brakować. Nie miałam pojęcia, co dokładnie za mną biegło, ale wydawało się dziwnie znajome. Tak , jakbym już kiedyś widziała tę postać. Ten kształt, ten sposób chodu..
Ale czemu była tylko cieniem? Przynajmniej tak mi się zdawało. To nie mógł być człowiek. To było coś groźniejszego. Chciało mnie dopaść, inaczej by za mną nie goniło. Mogło przecież równie dobrze wykorzystać kogoś innego, znaleźć inną ofiarę. To coś miało swój cel i na pewno nie uczynny.
Nie chciałam podzielić losu Lynn. Obiecałam jej po śmierci, że zemszczę się na jej zabójcy.  I na wszystkich z nim powiązanych. Że będę dzielna, silna. To będzie wykroczenie prawne, przestępstwo, ale on na to zasługiwał. Oszukiwał ją przez połowę jej krótkiego życia, zwodził ją. Sprawił, że stała się jak potwór. Nie wiedziałam, w co do końca ona się bawi, ale to nie zachwycało nikogo. Mi nie chcieli tego wyznać, byłam za mała. Nie chcieli bym ja się w to wplątała. Ale poza tym ona była dobrą siostrą. Złą duszą, ale dobrym człowiekiem. Pomogłaby mi teraz, musiała wiele razy coś takiego przeżyć. Ale jej nie było, a ja byłam skazana na coś przerażającego. Bo co jeśli to już koniec?
Potknęłam się i runęłam twarzą w mech, ale jak najszybciej się podniosłam i znów mijałam wysokie świerki. Niestety to bardzo przybliżyło do mnie tego.. kogoś, coś. Gdybym tylko miała latarkę.. Ale nie miałam. Oszczędziłaby mi ona tylu potknięć i bólu i w końcu wiedziałabym, co się dookoła mnie dzieje. I z kim mam do czynienia.
Przebiegłam kolejne dziesięć metrów, a moje serce pracowało chyba z rekordową prędkością i z każdą chwilą przyspieszało. Słyszałam jego dudnienie, wypełniało je strach i adrenalina, z przeważaniem tego pierwszego. Żołądek podchodził mi do gardła, chętnie bym zwymiotowała. Skręcało mnie w nim do tego stopnia, że nie mogłam się do końca wyprostować. Trzymałam się za niego, ale nic nie pomagało. Wkrótce poczułam też uścisk w klatce piersiowej. Nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. A on ciągle za mną podążał, szeleściły pod nim gałązki i liście. Ale i tak poruszał się zgrabniej ode mnie, ja biegłam teraz bez opamiętania. On był niezmordowany.
Ostrzejsze przedmioty cięły moją twarz, gdy o nie zahaczałam, rozrywało mi też ubrania, czułam piekące rany na całym ciele. Krew spływała mi po skórze, czułam się jak ranna gazela.
Łup! Upadłam po raz kolejny. Chciałam się już podnieść, ale złapał mnie za kostkę. Szarpałam się, ale był zbyt silny, wytrenowany. Jego ręka była taka zimna, jakby to był trup. A może to był jakiś truposz? Nie wierzyłam w zombie, ale kto wie? Na pewno nie był zjawą.
Wydarłam się najgłośniej jak mogłam, ale zasłonił mi usta dłonią. Zaczął przyciągać mnie do siebie. Chciałam się wyswobodzić z jego uścisku, ale mój wysiłek był na nic. ,,Ktoś" chwycił mnie tylko mocniej, a wkrótce.. przystawił mi nóż do gardła. Dech zaparło mi w piersi. Pierwsza łza spłynęła po moim policzku. O co mu do cholery chodziło?
- Jeśli się ruszysz, to cię zabiję, rozumiemy się?!- syknął szeptem, co nie pozwoliło mi zidentyfikować głosu. Ale pachniał znajomo.. Niestety nie mogłam skojarzyć tego zapachu. Taki miedziany, zupełnie jak jakaś.. krew. Do tego wyjątkowo stara woda kolońska.
,,Rusz głową, Sally, tylko jedna osoba na świecie tak pachnie!"
Jednak mój mózg odmawiał posłuszeństwa. Strach sparaliżował mnie całą. W efekcie trwałam bez ruchu. Zastanawiałam się tylko, jak mnie zabije i czy to będzie aż tak bolesne.
Tymczasem nieznajomy wyciągnął z kieszeni jakiś nadajnik i oznajmił:
- Mamy ją.
Jego głos zabrzmiał, jakby był zmodyfikowany. Nie miałam szansy go poznać.
Tymczasem byłam bezlitośnie ciągnięta w jakąś stronę.
- Pojedziesz sobie z nami, maleńka..- śmiał się złowieszczo.
Łzy płynęły po moich policzku jedna po drugiej. Nie miałam już pojęcia, co robić. Poczułam się przegrana. To wszystko działo się za szybko.
Nagle reflektor samochodu rozświetlił moją twarz. Jeśli teraz mnie zabiorą, to będzie po wszystkim.
,,Wymyśl coś!"
Nie zastanawiałam się dłużej. Bez dłuższego namysłu, kopnęłam faceta w jaja. Zgiął się w pół jak ja przed chwilą i runął na ziemię.
Jego ludzie nie czekali długo i wypadli z auta. Ale chwila wystarczyła mi, by znów zacząć biec. Byłam naprawdę wykończona, do tego targał mną szloch, który tylko wszystko utrudniał. Krew mieszała się z łzami. Mimo wszystko to było lepsze od łapsk tego mordercy.
Ale jeszcze bardziej przeraziło mnie, gdy usłyszałam huk. Pocisk przeleciał tuż nad moją głową.
,,No pięknie, zabiją mnie!"
Zagryzłam wargę, by nie dostać jakiejś histerii. Kolejne naboje pojawiały się tuż obok mnie. Jeden nawet musnął moje ramię. Czułam się, jakbym była sarną, na którą polują jacyś myśliwi. Czułam się jak ich zwierzyna, ofiara. Byłam pewna, że jeśli wrócę, zostanę wegetarianką. Jeśli wrócę.
Stanęłam chwilowo za jakimś drzewem liściastym, by mnie nie trafili. Nabrałam powietrza w płuca.
A potem ruszyłam dalej.
Las robił się coraz gęstszy i ciemniejszy, nie wiem jak daleko od domu już byłam. W każdym razie coraz mniej mi się to podobało. Słabłam, a ich zdawało się być coraz więcej. Ich światła latarek były jak lasery, wypalały mnie od tyłu.
Do tego wpadłam w jakieś gęste zarośla i zanim się z nich wyplątałam, byli już bardzo blisko. I znów wszystko się powtarzało: szaleńcza pogoń, mój błąd, ich błąd, strzały. Upiorne koło się zataczało. Nie chciałam się w to bawić, najchętniej dałabym sobie spokój. Ale kto wtedy będzie walczył za moją Lynn?
Nie poddawałam się.
I nagle zapadła cisza. Błagałam w myślach, by skończyły im się naboje. Ale nie, teraz było kompletnie cicho. Nie słyszałam nawet kroków. Dziwne. Nie było też głosów. Latarki zgasły. Ten brak czegokolwiek w pierwszej chwili wydawał się nieco upiorny, podejrzany, al. nic się nie działo. Odetchnęłam z ulgą. Poczułam, że jestem wolna, uratowana.
Przysiadłam zmęczona na ziemi i po raz pierwszy od kilku godzin, zaczerpnęłam powietrza. Jaka to była ulga. Przetarłam oczy bokiem dłoni i uspokoiłam się. Musiałam znaleźć drogę. Ale było tak ciemno.. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Ale nie mogłam też czekać. Bo co, jeśli by wrócili? Musiałam się ruszyć, teraz miałam szansę.
Nie szłam zbyt pośpiesznie, całe ciało dawało o sobie znać. Bolało, nawet bardzo. Chętnie poszłabym do lekarza, wymieniając Andy' ego. Naprawdę, szpital, którego nienawidziłam, byłby teraz zbawieniem. Białe łóżko i możliwość snu. To o niebo lepsze od życia w strachu i napięciu, które od niedawna powróciło.
Szłam, ale z roztargnienia wpadłam na drzewo. Rozmasowałam skroń i chciałam je minąć, ale.. drzewo poruszyło się i znów mnie złapało. Latarki padły na mnie, dręcząc moje zmęczone oczy. Byłam otoczona. Zasadzka.

*Andy*
Jacy z nich idioci.. Bez problemu wylazłem przez okno w salonie. Skoczyć z półtora metra to nie był żaden problem. A może i mniej? Na przyszłość musieli się bardziej wysilić. Łatwo było pokonać ich małe móżdżki. Oni nigdy nie doświadczą takiej mądrości jak ja..
Ale dość o mnie, teraz ważniejsza była Sally.
Ruszyłem ulicami Los Angeles. Najpewniej reszta grupy szukała w najbardziej oczywistych miejscach. Tam jej nie znajdą, gdyby się zgubiła, ludzie by jej pomogli. A gdyby coś jej się stało, zadzwoniliby po pomoc. Chyba że ta niepozorna dziewczyna wykazała się mózgiem i zwiała. Na jej miejscu już dawno bym to zrobił. Ale była mi teraz potrzebna, wiedziałem, że ją odnajdę. Może i miała chwilową przewagę, ale za to ja znałem najciemniejsze zakątki LA, w których niegdyś sam spędzałem czas. Nikt o nich nie wiedział. Ale jeśli ona były taka niezwykła, to może jednak?
Chodziłem od miejscówki do miejscówki, ale nigdzie jej nie było. Cholera. Została tylko jedna, ale zbyt daleko. Nie zdążyłaby chyba tak dotrzeć na piechotę.
Zaczynałem się martwić. Może faktycznie stało się coś bardzo złego?
Zapaliłem kolejnego szluga, by pozbierać myśli.

*Sally*
Chcieli mnie omamić, bym już myślała, że wszystko jest okej. Ale nie było. Moja ekscytacja była przedwczesna. W którą stronę bym nie poszła, otaczali mnie jacyś faceci. Tak jak w życiu- ono całe było tylko pułapką. Zawsze znalazł się ktoś, kto chciał spieprzyć moją wizję szczęścia. Byłam skazana na wieczną porażkę, wypełnioną próbami upolowania mnie.
A wracając do tych terrorystów. Nie znałam ich do końca. Wiedziałam, że coś się kiedyś stało, z czym mieli związek, ale nie miałam pojęcia z czym. Teraz mój umysł nie pracował normalnie, wypełniły go obawy.
Facet najbliżej mnie wyciągnął broń, pistolet. Skierował go prosto na mnie.
Zaraz zginę. Zaczynałam rozumieć, co czuła Lynn. Przerażenie i tylko chęć, by to się skończyło. Cierpienie nie było takie poetyckie, jak niektórzy myśleli. Było tylko śmierdzącą kupą gówna, od którego czasami nie można uciec.
- Do widzenia, księżniczko. Chcieliśmy cię ubić inaczej, ale po co tracić czas? Prawie nam się wyrwałaś!- powiedział szeptem ściskający mnie facet.
Już zamierzałam się poddać, ale wtedy w mojej głowie odezwała się obietnica złożona przed laty Lynn. Nie mogłam, po prostu nie mogłam.
Nie czekałam ani chwili dłużej. Nie chciałam jeszcze umierać, nie wypełniłam przeznaczenia. Obiecałam zemstę i dopnę swego.
Chwyciłam broń, której pocisk musnął moją dłoń, ale nie wyrządził większych szkód. Nacisnęłam niezdarnie spust i strzeliłam facetowi w nogę. Upadł, a ja go wyminęłam i zaczęłam biec, ile sił w nogach.
Mimo to miałam świadomość, że długo tak nie pociągnę. Przydałaby mi się pomoc. Ale teraz uciekałam.
Odwróciłam się i posłałam jeszcze kilka średnich strzałów. Może i umiałam jako tako strzelać z bliska, ale na pewno nie z daleka.
W końcu jednak zarośla stały się tak gęste, że krzyki robiły się coraz cichsze, a prześladowcy chyba się oddalali.
Uklękłam za jakimiś krzakami i wyjęłam telefon. Teoretycznie powinnam zadzwonić na policję, ale serce podpowiedziało mi, bym wykręciła numer do.. Andy' ego.
Wstukałam numer i w napięciu czekałam.
Dzięki Bogu, odebrał.

*Andy*
Sally? Nareszcie! Może w końcu wyjaśni tę głupią sprawę.
Nacisnąłem zieloną słuchawkę i powiedziałem:
- Halo?
Cisza. Zbyt głucha cisza. Zmarszczyłem brwi. Szczerze zaczynałem się bać. Już teraz zrozumiałam, że to jest powalone ponad wszelką miarę.
- Halo?!- powtórzyłem głośniej.
- Andy..- odezwał się w końcu cichy głos.
Odetchnąłem z ulgą. Przynajmniej żyła. Ale skąd miałem wiedzieć, że nie jest śmiertelnie ranna, czy coś?
Zdenerwowałem się.
- Gdzie ty jesteś, do cholery?!- wydarłem się.- Wiesz jak my wszyscy, zwłaszcza ja, się..
Nie dokończyłem, bo przerwała:
- Mów ciszej. Ścigają mnie..
Zamarłem.
- Jak to? Kto?..
- Nie wiem.. Nie wiem, czego ode mnie chcą. Mają broń..
Rozpłakała się. Ja też miałem mokro w majtkach. Co jeśli to jacyś gwałciciele? A może mordercy? Może jeden z tych gangów? A co jeśli zrobią jej krzywdę?
- Jesteś cała?- dopytywałem już łagodniej, jednak ona nadal się nie uspokoiła.- Nie płacz. Nie zrobili ci nic? Nie jesteś ranna?
- Nie.. To tylko kilka zadrapań, ale nic poważnego - wyrzuciła z siebie.
- Całe szczęście..- odetchnąłem z ulgą.- Gdzie teraz jesteś?
Na chwilę znów zapadła cisza.
- Nie mam pojęcia.. W jakimś lesie.. Gęsty.
Dużo mi to powiedziało..
- No dobra.. Może inaczej.. Mijałaś coś szczególnego? Którędy szłaś?
Zastanawiała się chwilę, a potem zaczęła opowiadać. Całe szczęście, że jej pamięć nie szwankowała.
- Najpierw szłam w prawo, bardzo długo, a potem przeszłam obok jakiegoś spożywczaka. Potem doszłam do parku i szłam do końca, aż zaczęło się robić pusto. Potem szłam chodnikiem, dookoła były tylko drzewa. A potem zobaczyłam komis samochodowy i chciałam, by mi pokazali, jak wrócić. Ale był już zamknięty. Potem odeszłam kilka kroków w las i dostrzegłam kogoś obcego. Jakiś cień. Zbliżał się do mnie. To było upiorne. A potem rzuciłam się przed siebie i było zbyt ciemno, by coś widzieć.. Ale las zrobił się gęstszy.
Zaczynałem kojarzyć, gdzie poszła. Zdziwiłem się, że zaszła aż tak daleko na piechotę, przeszła prawie połowę lasu. Chyba, że zapierdalała przez cały czas, to by nawet pasowało.
- Co masz dookoła siebie?- spytałem.
- Krzaki, krzewy.. Siedzę w nich.
Już rozumiałem, gdzie jest.
- Są blisko ciebie?
- Nie, chyba mnie zgubili.
- W takim razie idź cały czas w lewo. W końcu krzaki się przerzedzą, a ty dojdziesz do jezdni. Czekaj tam na mnie, przyjadę samochodem!- rozkazałem i się rozłączyłem.
Ruszyłem biegiem po auto.

*Sally*
 Nie miałam pojęcia, jakim cudem facet, który praktycznie nie wychodzi z domu, zna jakiś zadupiasty las. Nie wnikałam, po prostu cieszyłam się, że mi pomógł. A niby taki skurwiel bez serca..
Za jego radą ruszyłam w lewo. Wszystko się sprawdziło, zupełnie, jakby był jasnowidzem. Gdy przeszłam już jakiś spory dystans, zarośla się przerzedziły i mimo ciemności ujrzałam asfalt.
Już myślałam, że jestem zbawiona.
Wyskoczyłam z krzaków i rzuciłam się na drogę. Łzy napłynęły mi do oczu, tym razem łzy ulgi. Miałam ochotę pocałować nawierzchnię, ale tego nie zrobiłam. Po prostu położyłam się tuż obok niej. Nie mogłam biec już dalej. I tak zbyt się zmęczyłam.
Prawie zasnęłam (a może zemdlałam?) kiedy dobiegł mnie jakiś niewyraźny krzyk. Otrząsnęłam się z transu. Myślałam już, że to Andy i leniwie się podniosłam, nawet pomachałam. Ale ponownie się zawiodłam. To był znajomy samochód. Terenówka, w którą chciano mnie dziś zapakować. Zbliżała się w zastraszającym tempie. Byłam zgubiona.
Znów miałam ochotę się rozpłakać. Ale nie mogłam się poddać, jeśli to zrobię, czeka mnie śmierć.
Moje nogi znów zaczęły pracować. Ledwie nimi powłóczyłam. Nie widziałam sensu w biegnięciu drogą, bo i tak ci ludzie by mnie dopadli. Wskoczyłam w las, tym razem po przeciwnej stronie. Zanim mężczyźni opuścili pojazd, ja byłam już dość daleko. Ale uczyłam się na swoich błędach- zdawałam sobie sprawę, że nie mogę przebyć już zbyt wielkiego dystansu. Zwolniłam nieco kroku i wyciągnęłam telefon. Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że tylko pogarszam sprawę. Nie mają latarek, ale są tuż za mną.
Mimo trzęsących się palców, udało mi się wykręcić numer.
- Już jadę!- ryknął Andy do słuchawki.
- Andy, nie mogłam zostać przy drodze! Znów mnie gonią! Jestem w lesie po drugiej stronie!
- Cholera..- zaklął.
- Powiedz mi lepiej, co mam robić?!- darłam się.
- Przede wszystkim się zamknij, tylko pogarszasz sprawę! Schowaj się w jakimś niespodziewanym miejscu! W takim, gdzie nie wejdą!
- Dobrze..- powiedziałam szeptem.- Jak dojedziesz zadzwoń..
- Obiecuję.
Rozłączyłam się i zaczęłam szukać jakiegoś mało dostępnego miejsca. Nie myśląc wiele runęłam w krzaki. Ale już tam docierali.
I wtedy dostrzegłam jedyną drogę ucieczki. Była co prawda zima, ale.. To była moja jedyna szansa.
Powoli zaczęłam zsuwać się do małej rzeczki. Woda niemal całkiem zmroziła moje mięśnie, cała zesztywniałam. Ale byli już tak blisko.. Musiałam.
Zanurzyłam całą swoją głowę, zatykając nos i zamykając powieki. Nastał chłód i ciemność. I odrobina ulgi.
- Pobiegła dalej!- usłyszałam niewyraźnie.
Poczułam się o niebo lepiej, gdy mogłam w końcu się wynurzyć. Widocznie moja walka o życie na dziś dobiegła końca. Wylazłam z lodowatej cieszy i usiadłam na brzegu. Cała byłam przemoczona, cholernie marzłam. Ściągnęłam wilgotną kurtkę i odgarnęłam całkowicie zniszczone włosy do tyłu. Na nieszczęście moja komórka też przemokła i nie zamierzała się włączyć.
Po raz setny tego dnia (a w sumie nocy) straciłam nadzieję.
No pięknie, teraz to nawet Andy mnie nie znajdzie..
Skuliłam się i zaczęłam cicho pochlipywać.
Nie było dla mnie ratunku.
Może znajdą moje zwłoki gdzieś za kilka tygodni? Ale wtedy nic już mi nie pomoże.. Równie dobrze mogłam dać się zastrzelić, byłoby nawet łatwiej.
Czemu nie wyjęłam tej cegły? Czemu nie zostawiłam jej na brzegu?
No trudno, nie było już odwrotu.
Pozostawało mi czekać na pewną śmierć.

*Andy*
Jechałem jak pirat drogowy (jak Sammi) i mało nie zabiłem kilku osób. Zastanawiałem się, kiedy policja zapuka do moich drzwi i zabierze mi prawo jazdy. Wtedy to już będę całkowicie ugotowany.
Ale nie bez przyczyny- nie odbierała, bałem się, że już po niej.
Straciłem już rachubę, ile na godzinę jadę, kiedy wskazówka przekroczyła 120 kilometrów na godzinę. Ale nie miałem wyboru, jeśli zabili Sally to nigdy nic już się od niej nie dowiem. Gdyby nie to, że była taka dziwna, na pewno nie ruszyłbym dupska z domu. Bo po co miałbym ryzykować życie dla pierwszej lepszej laski?
W końcu wjechałem na właściwą drogę, która znajdowała się na obrzeżach Los Angeles. Rogers nawet nie zdawała sobie sprawy, w jak ważne dla mnie miejsce trafiła. Choć i tak by nie zrozumiała. A może jednak? W każdym razie jeśli znajdę tu jej trupa, to będę zmuszony ją tam zakopać..
Na trasie panowała cisza, było pusto. Żywego ducha, mało kto jeździł kiedykolwiek tym szlakiem. Przecież wybudowano tyle autostrad, po cholerę tłuc się wyboistą leśną drogą?
Zahamowałem, gdy dotarłem do mniej więcej połowy. Przeczuwałem, że dziewczyna musi być gdzieś tutaj. No może niedokładnie, ale znałem to miejsce jak własną kieszeń- jak mógłbym się pomylić?
Zostawiłem auto pełny nadziei, że mi go nie ukradną. Wysiadłem i od razu rzuciłem się w krzaki. Tutaj były nieco przerzedzone, nietrudno było się przez nie przedostać. Szukałem wszędzie: pod każdym liściem, za każdym pniem, patrzyłem nawet w górę.
- Sally!- wołałem.
I nic.
Zacząłem się martwić, że może naprawdę ją zastrzelili. Albo przynajmniej porwali. Tylko kto? W jakim celu? Czy byłby jakiś sens w porywaniu obcej dziewczyny bez celu? Tylko idiota by się naraził. W ogóle to nie słyszałem o żadnym gangu, który kręciłby się po lasach i szukał ofiar. No chyba, że to jakiś pedofil, Sally wyglądała dość młodo, ale wątpię. Doszedłem do wniosku, że ona coś dla nich znaczy, musieli ją obserwować od dłuższego czasu. Czyli widzieli, gdzie dokładnie idzie, może w naszym domu były jakieś pułapki? No nie wiem, kamery, podsłuchy.. Może nawet w moim pokoju? Ale kiedy niby ktoś miał to wszystko zamontować? Nawet, gdy byliśmy w trasie Juliet tam siedziała.. Chyba, że to była jej forma zemsty. Ale jaki szanujący się gang uganiałby się za zagubioną panienką? Żadna z tych rzeczy nie trzymała się kupy.. Chyba że.. Ale nie, to niemożliwe.. To zbyt głupie. Oni nie zajmują się takimi bzdetami, są równie oświeceni, co ja. Właściwie nawet bardziej, oni są szanowani w całej naszej grupie. Przynajmniej byli, bo nie natknąłem się na nich od 6 lat.
Nie chciałem o tym myśleć, bo od razu do mojej głowy wkradały się najgorsze wspomnienia. Zmieniłem temat.
To zdumiewające, jak wiele kroków zrobiły dzisiaj te małe nóżki. Zagłębiałem się coraz dalej, coraz bliżej swojej własnej miejscówki, a nie było po niej śladu. Chyba, że już ją znalazła.. Choć pewnie by się tylko wystraszyła i nie odważyłaby się tam siedzieć. Mnie samego czasem przeszywał chłód, ale go lubiłem. Kochałem wszystko, czego inni się bali.
Całkiem się zamyśliłem, aż nagle z rozmyślania wyrwał mnie cieniutki głosik. Znajomy głosik.
- Sally?- zapytałem.
Płacz ustał.

*Sally*
- Andy?- wydusiłam z siebie w końcu.
- Sally?- powtórzył.- Gdzie jesteś?
- Tutaj..- powiedziałam.
W końcu coś poruszyło się między liśćmi, a przy mnie znalazł się mój ,,wybawiciel".
Chciałam zapanować nad emocjami, ale nie mogłam się powstrzymać. Z płaczem wpadłam w jego ramiona. Trochę się zdziwił.
- Żyjesz? Jesteś cała mokra! Przemókł ci telefon?
Jedynie kiwałam głową. Nie mogłam tak rozmawiać. Chciałam zapomnieć o tym wszystkim, co mnie dziś spotkało. Tylko więcej strachu mi brakowało do kompletu..
Uścisk się zacieśnił, ale nie protestowałam. Chciałam ciepła.
- Poczekaj..- oznajmił Andy. Zdjął swoją skórzaną kurtkę i mnie nią otulił. To wszystko wydawało się takie głupie- ja, jako dama w opresji i on, jako superbohater. Nic takiego nie miało miejsca. Ja byłam tylko zmokłą kurą, a on jakimś Buszmenem, który widocznie spędzał wiele czasu w zaroślach.
Właśnie.. Jakim sposobem on mnie odnalazł w tym lesie? Przecież nie znałam swojego dokładnego położenia, powiedziałam mu tylko o krzakach, drodze i kolejnych krzakach.. To za mało, by zidentyfikować miejsce, przecież ten las to głównie krzaki i drzewa, a droga jest bardzo długa.
- Jak mnie znalazłeś?- odważyłam się spytać.
Przez chwilę jakby zastanawiał się, czy mi to wyjawić, ale w końcu się odezwał:
- Musisz to sama zobaczyć.. Tu bardzo niedaleko jest takie ważne miejsce. Pamiętasz historię o tej dziewczynie? To zaraz ci coś pokażę..
Uniosłam pytająco brew. Co chciał mi pokazać? Co w tym lesie mogło być zdumiewającego?
Powinnam odmówić, bo nogi wręcz mi odpadały. Ale mimo to się zgodziłam. Przecież to mogło tyle wnieść do mojej sprawy.
Chłopak pomógł mi wstać, a potem ruszyliśmy w jakimś nieznanym mi kierunku.

*Andy*
Kompletnie nie wiedziałem, dlaczego chcę jej to pokazać. Nikt nigdy tu nie bywał. To była moja kryjówka, a teraz ktoś niewtajemniczony miał tak po prostu ją ujrzeć. Postępowałem lekkomyślnie, ale coś urzekło mnie w tej dziewczynie. Może coś ukrywała? Może miała jakiś związek z tym wszystkim? Może coś jej przypomnę, zmuszę do jakiejś refleksji? Może czegoś się od niej dowiem? Jeśli odpowiednio to rozegram, to może coś z niej wyciągnę i wyjdzie na moją korzyść?
,,Przepraszam, Lynn.. Wybacz"- zwróciłem się do dziewczyny w myślach.
Tymczasem Sally robiła się coraz bardziej podejrzliwa. No w sumie słusznie, ciągnąłem ją przez pół lasu, żeby pokazać jej.. cmentarz. Nawet nie cmentarz, a jeden grób. Grób obcej dla niej osoby. Teraz to na pewno uzna mnie za wariata.. Choć po tym, co ją niedawno spotkało, nikt jej nie przebije pod względem zbzikowania.
Poczułem, że się zbliżamy i nawet zastanawiałem się nad wycofaniem się. Jednak teraz nie było wyjścia. Musiałem być pewny siebie. Może akurat będzie zachwycona? Czysty sarkazm.
Nagle się zatrzymałem. Dotarliśmy. Niepewnie postawiłem kilka kroków i przystanąłem. Spojrzałem na zaskoczoną twarz dziewczyny.
- To chciałeś mi pokazać?- zdziwiła się.
- Tak.. Ale dokładniej to..- podszedłem do nagrobka i zgarnąłem część liści.- Tu ją pochowano.
Towarzyszka stanęła jak wryta.
- Och.. Nie wiedziałam..- speszyła się.- Ale czemu pochowano ją w środku lasu?
Westchnąłem.
- O to chodzi.. Sam do końca nie wiem. Ale znalazłem jej grób. Wiedziałem, że muszę to dla niej zrobić. Nikt by tu nie przyszedł. Tylka ja tu bywam. Jesteś najpewniej drugą osobą, która kiedykolwiek tu przyszła.
- To w pewnym sensie zaszczyt - stwierdziła.- Ale czemu nikt tu nie bywa? Chcieli zataić jej śmierć?
Chyba źle jednak postąpiłem.. Za dużo pytań, A ja musiałem na nie odpowiedzieć, bo inaczej zrobiłoby się dziwnie.
- Chyba tak. To było brutalne samobójstwo. Sam wolałbym wymazać ten obraz z wyobraźni..
- Byłeś przy nim?- spytała ponownie. Zaczynała działać mi na nerwy.
- Nie do końca. Tuż po nim.. W każdym razie teraz nikt o niej nie pamięta. Wszyscy ją olali. Tylko ja tu przychodzę. Czasem się tu ukrywam przed tymi skurwielami. Tu jest milej. Ona była prawdziwą przyjaciółką, wręcz czuję jej bliskość. Ale nie zrozumiesz..
- Czemu? Przecież ja też straciłam.. Bardzo bliską osobę. Z tym, że ją zamordowali. Byłam tego świadkiem.
- Bliską osobę?- dopytywałem. Musiałem w końcu ją rozpracować. Ja jej powiedziałem.
Westchnęła, tłumiąc łzy.
- Nie mówny o niej. To za trudne.
No cóż.. Może innym razem. Ale nie dawałem za wygraną.
- A myślisz, że dla mnie łatwo jest mówić o niej?- wskazałem palcem porośnięty mchem nagrobek.- Była moją jedyną przyjaciółką. O mały włos nie została moją dziewczyną. Tyle mnie nauczyła.. Nikt nie jest w stanie jej zastąpić. Bez niej życie jest takie puste.. Praktycznie niemożliwe. Nikt mnie bez niej nie rozumie.. Ja też czuję się czasem samotny.
- No proszę - przerwała.- A myślałam, że jesteś takim zimnym skurwielem. Wręcz skurwielem do kwadratu.
- Może i jestem. Ale ty też nie jesteś normalna. Jesteś cholernie dziwna, zbzikowana. Jesteś wręcz pojebana.

*Sally*
- Aż tak ze mną źle?- spytałam. Było mi smutno, że przez wszystkie swoje starania wychodzę na jeszcze bardziej szurniętą.
- A jak sama myślisz? Od samego początku jesteś dziwna.. Od twojego pojawienia się, poprzez randkę, aż do dzisiejszego pościgu. I ty się nazywasz normalną? Ile jeszcze masz w zanadrzu?- zaśmiał się, ale mi nie było do śmiechu.
Miał rację, byłam pojebaną wariatką. Może i nie bez powodu byłam w tym psychiatryku? Choć tam chyba tylko bardziej zdziwaczałam..
- Bardzo chciałabym w końcu znormalnieć.. Być taka jak wszystkie dziewczyny. W końcu się nie wyróżniać, móc żyć w spokoju. Być szczęśliwa - westchnęłam.
- Co? Naprawdę jesteś aż tak głupia?!- niemal krzyknął.
Zmarszczyłam brwi. I on niby nie był skurwielem? Ja wyznaję mu, o czym marzę, a on nazywa mnie głupią? Chuj do kwadratu.
- Niby czemu?
- Naprawdę myślisz, że bycie ,,normalną" da ci szczęście? No to proszę- popatrz na Juliet, na Jinxxa, na wszystkich dookoła. Czy oni są twoim zdaniem szczęśliwi?!
Przywołałam wspomnienie wiecznie niezadowolonego Jinxxa karcącego Andy' ego i Juliet- płaczącą, bo zaprzestała walki o swoje. Nie, oni na pewno nie byli szczęśliwi. Wręcz przeciwnie. Każdy z nich miał problemy, z którymi sobie nie radził. Każdy z nich się mścił. To nie tak była moja wizja szczęścia.
- No nie..- przyznałam po chwili.
- Właśnie. Nie sądzę byś chciała mieć na co dzień do czynienia z takim dupkiem jak ja - uśmiechnął się pod nosem.- Choć na razie jesteś na to skazana. Przynajmniej nie musisz się ze mną użerać.
Zaśmiałam się. Poczułam się raźniej.
- Powiem ci jedną rzecz: nie ma ludzi normalnych. Ludzie dzielą się po prostu na bardziej jebniętych i mniej jebniętych. I pewnie oczami nędznego śmiertelnika jesteśmy bardziej jebnięci. Nie da się więc znormalnieć. Możesz sobie dać z tym spokój.
Właściwie mi ulżyło. Mój plan w niczym nie pomógł. Nie znormalniałam, a przez niego miałam same problemy. Właściwie tylko wszystko skomplikowałam.
Panie Skurwysynie, dziękuję ci.
- Teraz nie jesteś aż takim skurwielem. Czemu na co dzień nim jesteś?- dopytałam.
- Hmm.. No wiesz.. Nie, nie zrozumiesz. To jakby mój sposób na życie. Na przetrwanie.. czy coś - wytłumaczył.
- Skutecznie dajesz innym w kość.
- To moja specjalność. Choć wytrącasz mnie z równowagi. Zbyt mnie intrygujesz.
- Co?
Nie wiem, czemu, ale odebrałam to trochę jak komplement. ,,Wytrącasz mnie z równowagi"? ,,Zbyt mnie intrygujesz?" To brzmiało odrobinę jak flirt. Skuteczny.
Biersack chyba zrozumiał, o co mi chodzi, bo natychmiastowo się speszył.
- Nie o to mi chodziło.. Po prostu jesteś jedna wielką zagadką. To tylko przyjaźń.
- Ale niedawno nie nazwałbyś tego nawet przyjaźnią..
- Cholera, Rogers, torturujesz mnie! Przestań być taka dociekliwa, mały detektywie!
Starał się udawać irytację, ale nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Właściwie był nawet przystojny, gdy się nie krzywił. Miał ładny uśmiech. Nie mogłam go nie odwzajemnić. Zaczynał mi się podobać.
O Boże, Sally, o czym ty myślisz?! Nie, nie, nie- to tylko przyjaźń!
Zaczynało się robić niebezpiecznie, widocznie ,,przyjaciel" też to zauważył. Już miał coś powiedzieć, kiedy nagle zaczął dzwonić jego telefon. Całe szczęście. Niezręczna chwila została przerwana, a w słuchawce buchnął wkurzony głos Jinxxa:
- Andy, skurwysynie, gdzie ty jesteś?! Mam po ciebie policję wysyłać?!
,,Skurwysyn" wywrócił oczami i odparł:
- Dobrze, mamusiu zaraz będę w domu. A potem solidnie ci wpierdolę!- dodał i się rozłączył.
- Musimy się zmywać?- zapytałam.
- Na to wygląda.. Ale najpewniej teraz będziemy tu wracać.
Uśmiechnęłam się, a potem ruszyliśmy do auta.

*Andy*
I znów wyszedłem na tego dobrego, miłego, grzecznego.. Mój plan zaczynał się sypać. Potrzebowałem jakiegoś zdecydowanego kroku, ciągle to sobie powtarzałem. A tymczasem robiłem wszystko na odwrót. Oddalałem się od celu.
Czułem na sobie jej wściekłe spojrzenie. Czułem dziurę wypalaną w sercu.
Obiecywałem jej.
Okłamałem ją? Nie..
Musiałem się opamiętać i zatrzymać to wszystko. Musiałem nad sobą zapanować.
Bo co mnie czeka, gdy tego nie zrobię?
Wolę nie myśleć.

*Sally*
I czy kiedyś mu powiem o Lynn, mojej kochanej, słodkiej siostrzyczce? Najpewniej tak. Byłam łatwa do złamania. Ale teraz miałam pewność, że mogę mu zaufać.
***
Tak, czekałam z ujawnieniem tożsamości Lynn, aż ktoś odgadnie! :D Brawo Abbey, wygrywasz gumowe jebadło!
I oto jest kolejny! Nie wiem, czy ten klimat mi się udał, ale uważam, że rozdział wyszedł całkiem nieźle ;) Jak widać wszystko powoli (albo i szybko) ulega zmianie..
A w następnym? Oj, czekałam na ten rozdział, prawdopodobnie będzie pojebany! Planuję zrobić wejście nowej postaci. I zapewne wiecie, o kogo mi tu chodzi ;)
Nuty na dziś tylko to potwierdzą:
Bring Me The Horizon- Throne
Bring Me The Horizon- Happy Song
Gif tradycyjnie ;p
 
P.S. Tytuł może sporo powiedzieć, jeśli znacie fabułę ,,Alicji..".


czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 5: ,,Tu wszyscy jesteśmy szaleni"


*Sally*
 Minęło kilka dni, przez które całkowicie straciłam poczucie czasu. Wkrótce nadeszły Święta, a zaraz po nich, jak się dowiedziałam, urodziny Andy' ego. Ale nie kupiłam mu prezentu. Było wiele powodów, które to wykluczały. Po pierwsze: niemal całkowicie go nie znałam, nie miałam pojęcia, z czego by się cieszył. Po drugie: od naszej randki nie wychodziłam z domu, zwyczajnie nie miałam żadnego celu. Po trzecie: chłopak mnie ignorował. Nie miałam pojęcia, dlaczego. Po prostu się nie odzywał, może nie chciał by uznawano nas za parę? Może to był tylko kamuflaż? A może po prostu mnie nie lubił? Było tyle pytań, na które nie znałam odpowiedzi. Ale nie tylko ja byłam niezadowolona. Przez całą aferę z Juliet, w wyniku której Jinxx stracił ulubioną wazę, atmosfera w domu stała się gęsta i nieprzyjemna. Nie wiedziałam, ile jeszcze tu wytrzymam. Njachętniej bym się ulotniła. Chyba.. Praktycznie każdy był zły, wszyscy byli w konflikcie. Mi pozostawało jedynie towarzystwo trajkoczącej Sammi, dlatego teraz siedziałam w jej sypialni. Jak to zwykle paplała mi coś o celebrytach, najnowszej kolekcji w jakiś sklepach, premierze nowego filmu (tytuł mówił mi, że to komedia romantyczna).
Miałam już dość i w końcu przerwałam:
- Sammi.. Jak wy obchodzicie Święta? Czy w ogóle obchodzicie, jesteście z tego co mówiłaś ateistami?
Dziewczyna się podekscytowała i zaczęła opowiadać:
- Teoretycznie jesteśmy, ale Święta to dla nas raczej spotkanie z rodziną. Wiesz, jest dużo jedzenia, choinka, prezenty. Do kościoła raczej się nie fatygujemy. W tym roku jako pierwsi przyjadą rodzice Andy' ego, potem dojedzie tata Jake' a, bo matka jest chora, a reszta nie może. Ja moich rodziców odwiedzę za tydzień!
- Rodzice Andy' ego?- zainteresował mnie ten szczegół.
- Tak, Chris i Amy, przyjadą jutro rano! Ale nie przejmuj się, są bardzo mili, będą tobą zachwyceni!
Zdziwiłam się. Co we mnie takiego zachwycającego? Jestem zwykłą przybłędą po przejściach, zbyt mądra ani urodziwa też nie jestem.. Do tego ciągle popełniam jakieś błędy, a moje towarzystwo przynosi raczej pecha, nie szczęście. Dobrze, że nie wiedzieli, co się działo w przeszłości, wtedy od razu by mnie wywalili. Bo kto chciałby mieć pod swoim dachem wariatkę?
- Czemu?- spytałam więc.
- Wiesz..- zaczęła niepewnie.- Andy jest dość niemiły, jakbyś nie zauważyła - ,,Przekonałam się na własnej skórze.."- i z rodzicami też ma na pieńku. Ma im coś za złe -,,Co?"- ale nie znam szczegółów. Wiem tylko, że liczą na to, że w końcu znajdzie się ktoś, kto będzie miał zbawienny wpływ na ich syna.
- Czyli, że mm go ,,wyleczyć" z bycia niemiłym?
- Coś w tym stylu.
Zmarszczyłam brwi. Sama miałam problemy, więc jak miałam pomóc komuś innemu? Na terapeutkę się nie nadawałam. Nawet, jakby prosił mnie o to ktoś naprawdę czarujący.
Ale teraz pozostawało mi czekać. Naprawdę byłam ciekawa, jaka musi być rodzina, która wychowała takiego dupka. Najpewniej coś spieprzyła, nie mogą być uroczy. A może jednak? Nie mogłam się doczekać.

Następnego ranka starałam się w miarę ogarnąć. Oczywiście nie odstawić się tak jak to wyszło na randce, tylko jakoś normalnie. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale nadal nie wybrałam się do fryzjera, dlatego włosy spięłam z tyłu głowy, zostawiając kilka mniej splątanych pasm. Nie robiłam mocnego makijażu, teraz miałam do niego urazę. Wytuszowałam rzęsy i na tym skończyłam. Czułam się o niebo lepiej niż pod grubą warstwą tapety, która wręcz mnie przytłaczała. Ubrałam się w jedną z nowych rzeczy- śliczną czarną sukienkę z białym kołnierzykiem. Właściwie wyglądałam chyba najlepiej od mojego pojawienia się, czyli.. od jakiegoś tygodnia? Ten strój zdecydowanie lepiej podkreślał urodę niż kaftan bezpieczeństwa. Nieważne.
Zeszłam na dół. Wszyscy już czekali, widziałam podarunki pod ozdobionym drzewkiem. Oczarowała mnie ta atmosfera, światełka, bombki. Brakowało tylko jednej osoby, jak się można domyślić- Andy' ego. Byłam ciekawa, czy w ogóle zejdzie.
- Gdzie Andy?- spytałam Asha, który jako jedyny zachowywał się w miarę normalnie.
- Na razie siedzi u siebie, ale podejrzewam, że zejdzie. Nie przegapiłby takiej okazji do popisów - po tych słowach wywrócił oczami.- Przy okazji ładnie wyglądasz.
- Dziękuję. Wy też się odstawiliście - zlustrowałam wszystkich wzrokiem.
- W końcu Święta są raz na rok - po tych słowach się uśmiechnął i powrócił do poprzednich zajęć.
Wszyscy krzątali się, poprawiając każdy szczegół. Cały dom lśnił, postarali się. Naprawdę panował świąteczny nastrój. Podobało mi się to, nareszcie poczułam w sobie choć odrobinę ciepła. Nie zaznałam czegoś takiego od 6 lat.
Podziwiałam wszystkie akcesoria, gwiazdki, śnieżynki, sztuczny śnieg..  Naprawdę magicznie. Ponieważ miałam czas na swoje ulubione bujanie w obłokach, spędziłam tak pół godziny, wdychając woń cynamonu i kakao.
W końcu jednak nadszedł czas, by zacząć oczekiwać odwiedzin.
Usiadłam na kanapie i nadal przyglądałam się wszystkiemu, lekko już zaniepokojona. Rodzice Andy' ego mieli zjawić się około 10, aktualnie była 9:48, więc nie miałam wyboru, siedziałam i czekałam na jakiś znak. Byłam ciekawa reakcji na mnie. Liczyłam na to, że Sammi miała rację i okażą się mili, nie tacy jak ich potomek. Bo co, jeśli on się wywodzi z jakiejś patologicznej rodziny? ,,Ale ty głupi myślisz!"- skarciłam się.
Minęło jeszcze jakieś dwadzieścia niezwykle długich minut. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
Poderwałam się na równe nogi. Nie wiedziałam, czy to ja powinnam otworzyć, czy nie, przecież byłam praktycznie obcą osobą. Jednak wszyscy byli zajęci, nikt się nie zjawił. Wzięłam więc głęboki oddech i ruszyłam do drzwi. Policzyłam do trzech i z uśmiechem je otworzyłam.
I przeżyłam miłą niespodziankę.
- Państwo Biersack?- spytałam.
- Tak!- od razu uderzył mnie ciepły głos.- Ja jestem Amy, matka Andy' ego, a to mój mąż Chris, jego ojciec. A ty na pewno jesteś Sally, o której mówili nam chłopcy!- odpowiedziała kobieta, wyciągając do mnie rękę.
- Tak, to ja..
Wydawali się bardzo mili, przynajmniej na takich wyglądali. Nie zawiodłam się, przeszli moje oczekiwania. Amy była niską kobietą o blond włosach, zachowywała się jak typowa urocza mamusia. Chris miał nieco więcej szczęścia ze wzrostem, choć jego włosy trochę już posiwiały. Był też pulchniejszy od swojej żony. Ale co mi się w nich najbardziej podobało? Uśmiechali się, i to tak szczerze, co ostatnimi czasy rzadko widywałam.
- O Boże jaka jesteś śliczna! Jaka cudowna sukienka!- zachwycała się mama, a ja ciągle tylko powtarzałam ,,dziękuję".- Zapewne jesteś nową dziewczyną Andy' ego!
- Nie!- zaprzeczyłam może trochę zbyt głośno.- Jestem tylko.. przyjaciółką.
Właściwie nawet to nie było do końca prawdą, a przynajmniej nie byłam pewna. Bo przyjaciele się nie ignorują, prawda? Ale na pewno byłam bardziej przyjaciółką niż dziewczyną. Bo jak mogłabym się zakochać w takim palancie? A on w takim dziwolągu?
- Och, rozumiem! Przepraszam!- rzuciła ze śmiechem. Podobała mi się.
- Proszę wejść do środka - zaprosiłam.- Jest zimno..
- Dziękujemy! Chris, bierz prezenty i torby! Rozumiesz, Sally, przywiozłam trochę jedzenia, Andy jest taki chudziutki, martwimy się o niego..
Faktycznie, Andy był nieco chudy, może nawet za bardzo. Ale nie sądziłam by tknął cokolwiek. Przecież taki z niego buntownik.. Nie wiedziałam praktycznie jak on żyje, bo nie widziałam by cokolwiek ostatnio zjadł. Może opychał się po kryjomu, w pokoju? Ale co jest wstydliwego w jedzeniu?
W każdym razie wpuściłam gości do środka, a zrezygnowany ojciec chwycił wszystkie ciężary. Andy powinien mu pomóc, jako dobry dzieciak. Ale gdzie tam! On był zajęty strzelaniem fochów!
- Może pomogę?- zaproponowałam. Starałam się zachowywać jak typowa, miła dziewczyna i zdobyć zaufanie pary. Może mogłam się czegoś dowiedzieć o przeszłości ich syna?
- Nie, to za ciężkie dla ciebie, dziękuję - odpowiedział, a ja zamknęłam za nim drzwi.
Wszyscy zaczęli się witać, ale młodego Biersacka nadal brakowało.
- Gdzie nasz syn?- zapytał mężczyzna Jinxxa.
- Siedzi w pokoju. Na pewno zaraz zejdzie, choć..- już miał mówić dalej, ale przerwał i zwrócił się do mnie:- Sally, zostaw nas na chwilę samych.
,,Dziwne.."
Nie zamierzałam być posłuszna. Jeśli Jinxx chciał gadać o Andy' m z jego rodzicami na osobności, to wiadomo, że szykowało się jakieś super ważne, tajne info. To było oczywiste. Nie mogłam zaprzepaścić takiej szansy.
Może i to niegrzeczne, ale udałam się do łazienki i zaczęłam podsłuchiwać przez ścianę, która była dość cienka:
- Jak jego stan?- spytała matka już mniej wesołym tonem. Zdawała się być zatroskana.
- Kiepsko z nim. Staje się coraz bardziej nieznośny, ciągle to wymyśla coś nowego. Stare problemy nadal nie znikają, spotkania i rozmowy nie pomagają. Widocznie wierzy, że ona nadal żyje..- zapewne tu chodziło o chodziło o dziewczynę, która popełniła samobójstwo - dlatego często do niej gada, choć wcale jej niema. To nienormalne. Ponadto jest bardzo agresywny, wredny i praktycznie nas wszystkich okropnie traktuje.. Siebie też. Na wszystkich poza Sally się wyżywa, ją tylko ignoruje.
- Ona jest naszą szansą, by go z tego wyciągnąć, Chris! Oby ona go wytrzymała, nie zna go jeszcze za dobrze.. O niczym nie ma pojęcia, oby jej nie skrzywdził..
A czego jeszcze mogłam nie wiedzieć? Co jeszcze się wydarzyło? Czego jeszcze mogłam się spodziewać? I czy to wytrzymam?
Zaczynałam się martwić o swoje bezpieczeństwo. Miałam do czynienia z destrukcyjną maszyną.
- A poza tym?
- Praktycznie nic nie je, chudnie z dnia na dzień, jest słaby, kilka razy nam mdlał, jak wspominałem, ale najgorsze jest to, że ciągle kaszle i w ogóle nie zwraca na to uwagi. To najpewniej od papierosów, pali jednego za drugim od rana do północy. To najbardziej niepokojące. Chyba nawet śpiewanie jest teraz dla niego trudne.. Poza tym nie wiem, czy nie ukrywa czegoś jeszcze..
- Ah.. Już nie wiem, co mamy z nim zrobić.. Dziękujemy, że się nim opiekujecie, ale widocznie to go nie powstrzymuje. Ale co jeszcze możemy zrobić?
- Szczerze.. Mam pewien pomysł..- wtedy urwał zdanie, a ja usłyszałam kroki. Nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, kto się zbliża. Andy. Dla niepoznaki spuściłam wodę i wyszłam z pomieszczenia.
Jak się można było domyślić, chłopak nie zawracał sobie głowy uroczystym charakterem wydarzenia. Nadal był w piżamie, która wisiała na nim jak na wieszaku. No i oczywiście palił. Nawet nie spojrzał na swoją rodzinę, co wydawało mi się aż nieludzkie. Czy on nie miał serca?
- Kochanie, przyjechaliśmy - powiedziała smutno mama.
- Przecież widzę, nie jestem ślepy..- odparł jej syn bez emocji w głosie.
- Nie przywitasz się? Tęskniliśmy za tobą - wyciągnęła do niego ręce, ale on tylko wzruszył ramionami i rozwalił się na krześle.
- A ja nie, mogliście się nie fatygować.
Kobieta mało się nie rozpłakała, zrobiło mi się jej żal. Chris objął ją pocieszająco. Nie mogłam patrzeć jak jej własne dziecko łamie jej serce. Nie zasługiwała na to bez względu na wszystko.
Na szczęście burczenie w brzuchu Christiana przerwało okropną rozmowę.
W końcu wszyscy udali się do kuchni, by przynieść jedzenie. Zjawił się też tata Jake' a, Mark. On był miły i widocznie zadowolony, bo młody Pitts cieszył się z jego towarzystwa. To właśnie tak powinna wyglądać prawdziwa rodzina..
Zajęłam miejsce obok Biersacka, ale nawet nie zwrócił uwagi. Denerwowało mnie to, że w ogóle mnie nie dostrzega. A może miał jeden ze swoich humorków? Dobrze. W takim razie ja też będę go unikać.
Wlepiłam wzrok w obrus i nawet nie próbowałam nawiązać kontaktu.
Nareszcie jednak wszyscy zasiedli przy stole. Miałam nadzieję, że nie będzie aż tak źle.
- Wiem, że wszyscy jesteście ateistami, ale chciałabym pomodlić się o wasze dobro - oświadczyła Amy.- Choć nie wiem, czy ty Sally?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, teoretycznie chyba wierzyłam, skoro uważałam, że Lynn żyje.. jest aniołkiem i mi pomaga..
- Nie wiem..- powiedziałam. Jednak przez grzeczność nie mogłam się nie zgodzić i chwyciłam dłoń kobiety. Od razu zostałam spiorunowana wzrokiem przez chłopaka po mojej prawej. Kobieta zauważyła to i nie ośmieliła modlić się na głos.
- Amen - powiedziała tylko pod koniec.
Wszyscy zabrali się do jedzenia. Rozmowa jakoś się nie kleiła, wszyscy skupili się na posiłku. Szczególną uwagę przykuwał indyk z kartoflami na środku stołu, który zresztą był wyśmienity, ale Andy nawet go nie tknął. Nie dziwiłam się. Oczywiście zachowywał się okropnie jak zwykle, ciągle nalewał sobie tylko alkoholu i pił go, jakby to była woda, palił bez przerwy, mało nie rozwalił stóp na stole i ciągle narzekał, że się nudzi. Wszystko psuł. Miałam ochotę go zganić, ale tylko go ignorowałam. W końcu atmosfera tak zgęstniała, że Chris przerwał ciszę pytaniem skierowanym do mnie:
- Twoja rodzina, Sally, nie chciała przyjechać?
Cholera, kompletnie ugrzęzłam. Nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. W końcu jednak wymyśliłam historię, która nie była aż tak zła, jak ta prawdziwa:
- Moi rodzice się rozwiedli, nie układało im się, dlatego chciałam pojechać do ciotki. Ale przez przypadek znalazłam się tu.
Wtedy wtrąciła się Sammi ze swoim długim monologiem, w którym zawarła całą tę idiotyczną historię.
- Jejciu, co za przygoda!- zaśmiała się pani Biersack.- Czy tu zostajesz? Masz jakieś plany na przyszłość?
Wiedziałam, że chce bym została z jej dzieckiem, ale czy ono samo tego chciało? Nie byłam pewna.
- Bardzo bym chciała tu zostać, ale nie wiem, czy tak wypada. Powinnam się sama jakoś urządzić..
- Zostajesz tutaj, bez dwóch zdań!- przerwała Doll.- Jesteś moją przyjaciółką!
- Sammi - uspokajał ją Jinxx.
- No co? Chyba nas lubisz Sally, prawda?
- Tak - powiedziałam całkiem szczerze.- Bardzo mi się tu podoba. I bardzo chciałabym tu być jak najdłużej. Przynajmniej dopóki sama się nie pozbieram..
- To świetnie - zachwycili się rodzice.- Sammi opowiadała nam też, że ostatnio mieliście jakiś wypad z Andy' m. Jak wam się udał?
Poczułam się niezręcznie. Nie mogłam powiedzieć, że wyszło to koszmarnie. Choć właściwie potem zmieniło się w całkiem miłą rozmowę.. Oszczędziłam sobie pewnych szczegółów. Nie sądzę,  by fragment o udawaniu kurwy i waleniu mnie w mordę komuś zaimponował.
- Mi się podobało, było bardzo.. miło - stwierdziłam.
- A tobie, synku, się podobało? Lubisz Sally?- wypytywała jego matka. Może trochę przesadzała, poczułam się głupio. Pytany na pewno był wściekły, nie chciał gadać o uczuciach. Poza tym my nie byliśmy parką zakochanych, czy tak trudno było to zrozumieć? Nie byliśmy nawet przyjaciółmi, nawet nie staraliśmy się tego okazać. Określiłabym to jako ,,związek śledczy".. Czy coś w tym stylu.
Tak jak się spodziewałam, mój ,,przyjaciel śledczy" nie odpowiedział. Wymyślił sobie za to wymówkę:
- Muszę do kibla!- rzucił tylko i wybiegł z pomieszczenia.
- Oburzające!- uznał Jinxx.

*Andy*
Na pewno pomyśleli, że zmyślam, ale to nie była do końca prawda. Od samego rana kiepsko się czułem. Kaszel nie dawał spokoju, gardło drapało jak cholera. Wolałem się nie odzywać, to sprawiało ból. A taka sytuacja, jak ta przy stole, była idealną wymówką, by wyjść.
Zamknąłem się w toalecie i zacząłem kasłać głośniej niż zwykle. Niestety nadal nie mogłem nic zaradzić. Czułem się, jakbym miał coś tam w środku. Jakąś maź, czy coś.. Pochyliłem się nad zlewem, nadal kaszląc. Poczułem jak to coś płynie, to było naprawdę nieprzyjemne. I obrzydliwe w smaku. W końcu jednak nie mogłem się już powstrzymać i zacząłem pluć. I to jak! Nigdy tyle śliny nie wyszło z moich ust, nawet, gdy byłem niemowlakiem. Już myślałem, że nie jest aż tak źle, ale wtedy przyjrzałem się wydzielinie. Cała była czerwona, w nielicznych miejscach żółta. Próbowałem sobie wmówić, że to wino, ale wiedziałem, że się okłamuję. Nie trudno było zgadnąć, co to jest..
Nie spodziewałem się, że akurat w Święta dostanę krwioplucia.. Czemu teraz?
Nie miałem pojęcia, co w takich przypadkach powinno się robić, więc jedynie plułem dalej i co jakiś czas płukałem usta. Niestety nadal nad tym nie zapanowałem. Usiłowałem nawet wepchnąć sobie papier toaletowy do ust i to przetrzeć, ale wtedy rozpętałem burzę. Czułem się, jakbym miał zaraz zwymiotować.
Zaczynałem się już dusić, kiedy w końcu wyszedłem i wziąłem jakieś tabletki hamujące kaszel. Zaczekałem chwilę aż w końcu przeszło. Przynajmniej w pewnym stopniu. Czemu nie wpadłem na to wcześniej?
- Andy, co ty tam robisz?!- wydarł się Jake.
Ruszyłem z powrotem do jadalni, choć nie byłem taki pewny swojego stanu.
Może powinienem powiedzieć?

*Sally*
Ściany w tym domu były zaskakująco cienkie, słyszałam każdy dźwięk. Wszyscy się zaniepokoiliśmy, gdy do naszych uszu dobiegło cholernie głośne, nieprzerywane kasłanie. Teraz to już nawet ja przejmowałam się stanem zdrowia Andy' ego. Kiedy wrócił do stołu wyglądał okropnie. Ale co najgorsze- wyciągnął kolejnego szluga. To było niedorzeczne i dziecinne. Czy on postradał zmysły? Odpowiedź: nie, chciał się popisać.
- Mówię ci, chłopie, nie powinieneś tyle palić. To wszystko przez te papierosy!- uznał pan Pitts.
Rozmowa zboczyła na niebezpieczny temat, czyli zdrowie Andy' ego. Byłam nieco przerażona, gdy zaczęli gadać, jakich chorób chłopak może się nabawić w najbliższym czasie. Wzdrygałam się co chwila. Nazwy tych schorzeń były mi znane, wiedziałam, że są bardzo niebezpieczne, niektóre mogą nawet doprowadzić do śmierci. Nie mogłam już tego znieść, atmosfera zrobiła się wręcz żałobna, jakby Biersack był już jedną nogą w grobie. Obawiałam się, że zaraz zaczną wybierać trumnę i planować pogrzeb.
Pierwszy byłam wdzięczna Sammi, że komuś przerwała:
- To są Święta, nie powinniśmy gadać o chorobach!
Wszyscy umilkli.
- Może dla rozluźnienia rozpakujemy prezenty?- dodała.
- Popieram - uznał Ashley.
CC się nie odezwał, ale też wyglądał na zadowolonego.
W końcu wstaliśmy od stołu i usiedliśmy dookoła choinki. Rozpoczęło się chyba najprzyjemniejsze w Bożym Narodzeniu.
Kolejne paczki były otwierane, wszędzie latały kolorowe papiery i wstążki. Purdy założył nawet czapkę Mikołaja, a Coma rogi renifera. Nawet ja się śmiałam. Czułam się jak to dawne beztroskie dziecko, którym kiedyś byłam.
Dorośli jak to dorośli- dostawali jakieś ładne gadżety do domu, coś wspólnego, choć Amy dostała też perfumy od Chrisa, chłopaki- jakieś gadżety do instrumentów, rockowe płyty, merch, Sammi- ciuchy, biżuterię i inne akcesoria. Nawet ja dostałam kilka drobnych podarunków, jednak bardzo mnie one wzruszyły, bo w końcu byłam tu od tygodnia. Najbardziej podobała mi się ramka z napisem ,,Witaj w domu!". To był chyba najlepszy wieczór mojego życia. Ale coś lub ktoś go psuł.
Wszyscy byli zachwycenia. Wszyscy oprócz Andy' ego. Jak zwykle, to robiło się nudne jak moje rozstargnienie. Nie wykazywał żadnego entuzjazmu, jakby nic go nie cieszyło. Nie wydusił z siebie słowa, nawet żadnej obelgi. To akurat wydawało się podejrzane.
Wkrótce się zmył i udał się do siebie na górę. Byłam na niego po części zła, bo rujnował całą atmosferę. Bez niego bawiłabym się o niebo lepiej. Ale też trochę było mi go żal, od dzisiaj wiedziałam o chociaż części jego problemów.
Reszta siedziała jeszcze długo przy ogniu kominka, zrobiło się już nieco weselej. Jedynie Amy nadal się niepokoiła. Nie mogłam znieść jej smutnej miny, więc podeszłam i zaoferowałam:
- Pójdę na górę i z nim pogadam..
Uśmiechnęła się ponuro.
- Dziękuję, Sally, jesteś prawdziwym skarbem.
Właściwie sama nie miałam ochoty iść i gadać z wiecznie wściekłym chłopakiem. Ale czy miałam wybór? Obiecałam. Może jednak mogłam mu pomóc, niedawno normalnie z nim rozmawiałam.
Pełna obaw ruszyłam na górę i dotarłam do drzwi szukanego pokoju. Powitał mnie napis ,,Nie wchodzić, skurwysyny!". Jak miło.. Typowy nastolatek, tylko 22- letni.
Przystawiłam ucho do ściany i zaczęłam nasłuchiwać. Zamieniłam się chyba w małego szpiega, ale to co usłyszałam lekko mnie zszokowało.
Do moich uszu dochodził odgłos wody. Nie wiedziałam, że ,,przyjaciel śledczy" miał swoją własną łazienkę. Zaraz potem nastąpiło jakby krztuszenie się i.. płacz.
Z zaskoczenia zasłoniłam usta ręką. Nie sądziłam, że on kiedykolwiek płacze.. Nie był wrażliwy. A może jednak? Może właśnie dlatego tak się zachowywał?
Zaniepokoiłam się.
- Andy, wszystko gra?- spytałam.
- Wy.. wypierdalaj!- wyrzucił z siebie z trudem, potem usłyszałam więcej szlochu i kasłania.
Nie wiedziałam już co robić. To wszystko było nienormalne.

Andy wyszedł z pokoju dopiero wtedy, gdy jego rodzice pojechali do domu. Wcześniej planowali zostać dłużej, ale stracili nadzieję, że ich syn okaże im uczucia. Poddali się.
Czułam się po części winna, że nie pomogłam ich dziecku, ale nikt się na mnie nie gniewał. Wiedzieli, że nie jestem boginią, nie zaczaruję ich diabła i nie zmienię go w aniołka.
Ów chłopak, gdy pojawił się na dole, wyglądał strasznie. Był nieziemsko blady, miał podkrążone oczy i rozczochrane włosy. Wyglądał na okropnie zmęczonego. Zresztą nie dziwiłam mu się, słyszałam jak krząta się po pokoju całą noc. Krztuszenie się nie dawało mu spokoju. Powoli zaczynałam rozumieć, dlaczego się nie odzywał. To nie była ignorancja, tylko cierpienie.
Usiadł przy stole i ukrył twarz w dłoniach. Wszyscy popatrzyli na niego zaniepokojeni, tylko ja wiedziałam, co się działo. A przynajmniej w jakim natężeniu. Nikt nie składał mu życzeń urodzinowych, wszyscy myśleli tylko o tym, jak on się teraz czuje i czy to jest niebezpieczne. Ale sam chyba też nie był podniecony swoją dwudziestką dwójką. Teraz chętniej by hyba zdechł.
- Andy, dobrze się czujesz?- zapytał nieśmiało Ashley.
- A jak myślisz?- zapytałam.
- Wyglądasz okropnie - wtrącił się Jake.- Coś jest nie tak.. Powiedz nam tylko, co? Może możemy pomóc?
- Nie możecie - warknął w końcu chłopak, bardzo wyraźną chrypą.- Zostawcie mnie w spoko..- urwał, kaszląc. Zasłonił usta dłonią i już chciał zapalić, kiedy złapałam go za rękę. Zdziwił się i spiorunował mnie wzrokiem.
- Dosyć tego. Przesadziłeś.
Już chciał wyrwać rękę z mojego uścisku, kiedy Mark (który został na jeszcze jeden dzień) powiedział:
- Sally ma rację. To wszystko przez te papierosy.
Biersack popatrzył na mnie gniewnie.
- Patrz, co narobiłaś! Znalazła się nauczycielka!- wycedził.
Powoli mnie wkurwiał..
- Po prostu chcę dla ciebie jak najlepiej. Sam powinieneś to zrozumieć. Chcesz powtórki dzisiejszej nocy?!
- A może i chcę i nic ci do tego?!
- A może i tak, bo zdrowie jest ważne?! Przecież nie robię ci krzywdy!
- Robisz, głupia suko! Jesteś tu tylko od tygodnia, nie masz prawa mną rządzić! W każdej chwili mogę cię wywalić!
- I dobrze, nie będę tu tkwić z takim dupkiem jak ty!
- Kurwa! Zaraz ci..
Chyba przesadnie podniósł głos, bo zaczął się krztusić tak jak ostatnio. I szczerze? Cieszyłam się. Miałam nadzieję, że wszyscy zobaczą to na własne oczy i coś poradzą.
Przy tym przestałam go lubić, teraz to zamieniało się w zwykłą nienawiść. Jak można być takim zimnym skurwielem?
W końcu na białym obrusie wylądowało kilka czerwono- żółtych plam. Wszyscy wytrzeszczali oczy. To ich chyba przekonało.
- To dlatego wczoraj chowałeś się w łazience!- krzyknął Jinxx.- Boże, teraz jeszcze plujesz krwią?
Podszedł do niego i usiłował zajrzeć mu do gardła, ale drugi jedynie walnął go w policzek. Już chciał zwiać, ale Jake chwycił go od tyłu i nie pozwalał odejść. Palacz szarpał się, ale zbyt silny nie był, więc nic nie zdziałał. Patrzył jedynie na wszystkich z wyrzutem, w szczególności na mnie.
- Nienawidzę was, głupie kutasy, pizdy, kurwy, skurwiele..- zaczął wymieniać, ale krew spływała mu po brodzie.
- Idziemy do lekarza, natychmiast.. Za dużo już tych wygłupów ze zdrowiem!- rozkazał Jinxx.
Starałam się nie wybuchnąć, gdy chory pokazywał mi środkowy palec. Jedynie się odwróciłam, choć kątem oka widziałam kolejną głupawą scenę. Skończyła się ona tym, że musieli załadować chłopaka do samochodu w piżamie.
W końcu jednak krzyki ucichły, a ja zostałam w domu sama z CC' m. Cieszyłam się, że wybrano akurat niego, bo był jedyną spokojną osobą w tej grupie. Mimo to rozmowa jakoś nam się nie kleiła. Bez wględu na moją wściekłość, martwiłam się o Andy' ego. Bo przecież to mógł być objaw czegoś bardzo złego.. Jakiejś poważniejszej choroby.
Łaziłam po domu, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Wszędzie było mi niedobrze. W końcu stwierdziłam, że nie mogę ciągle siedzieć w jednym miejscu, bo zwariuję. Postanowiłam wyjść na spacer, obejrzeć Los Angeles.
Zeszłam na dół, by powiedzieć o tym Christianowi.
- Christian, idę się przejść!
Chłopak błyskawicznie zjawił się w holu. Jak zawsze wyraz jego twarzy wskazywał na panikę.
- Nie wiem, czy mogę ci pozwolić..- niepokoił się.
- Daj spokój, jestem pełnoletnia, poradzę sobie.
- No nie wiem..
- Posłuchaj.. Mam telefon, w razie czego zadzwonię. Poza tym i tak nie idę daleko, chcę zobaczyć tylko okolicę, okej?
Wypuścił powietrze z rezygnacją, ale w końcu przystał na moje warunki.
- No dobra, ale jak coś ci się stanie, to będzie na mnie. I wszyscy znowu się na mnie wydrą, zwłaszcza Andy i Jinxx.
Poklepałam go po ramieniu.
- Nie martw się, nie dam im do tego powodu.
A potem wyszłam i zaczęłam iść, gdzie mnie nogi poniosą.

*Andy*
Siedziałem właśnie na kozetce lekarskiej w gabinecie jakiegoś starucha, czyli w ostatnim miejscu, w jakim chciałbym się teraz znajdować. Jedyną rzeczą, która sprawiała, że jeszcze się nie załamałem, był jakiś niesamowity środek, który zahamował krwioplucie. Co prawda gardło nadal drapało, ale nie było aż tak źle. Mimo że lekarz ciągle do niego zaglądał, co było dość.. nieprzyjemne, niekomfortowe. Czułem się jak ostatni debil.
- Dobrze to nie wygląda - powtarzał co chwilę. ,,No nie pierdol!".- Czy palisz?- zwrócił się do mnie.
,,Nie, trzymam te szlugi dla ciebie w prezencie! Ja pierdolę.."
Ale ja nie zamierzałem odpowiadać. Wbiłem wzrok w podłogę i milczałem. Jinxx wysłowił się za mnie:
- Pali, cholernie dużo, za dużo. Od kiedy jest na nogach, do zaśnięcia, jeden po drugim. Od sześciu lat.
- Tak jak myślałem..- ,,Co ty, kurwa, jasnowidz?".- To jest główny powód. Czy występowały jeszcze jakieś niepokojące objawy?
Czemu ja utknąłem na tym przesłuchaniu?.. Zaraz się wyda..
- Hm.. Zaczęło się od chrypy, która z czasem nabierała na sile, potem pojawił się kaszel. Potem miał dwa razy z rzędu zapalenie płuc, choć nie była zima. Daje też o sobie znać ogólne osłabienie i brak apetytu. No i teraz jeszcze to..
- To wydaje się bardzo poważne. Ale nie mogę tego teraz zdiagnozować. Radziłbym zrobić rentgen płuc.
O nie, nie, tylko nie to..  Znów będę musiał stać bez koszulki przy tym dziwnym czymś.. Kurwa. A w nagrodę do stanę niewyraźną fotkę ze swoimi flakami. Za takie coś powinni chociaż dawać naklejkę ,,Dzielny pacjent" czy coś takiego, a mi najpiewniej dadzą wpierdol słowny.
Potem lekarz snów podszedł do mnie.
- Na razie dostałeś leki, ale nie myśl, że długo z nimi pociągniesz. I od dzisiaj żadnego palenia!
Opadła mi szczęka, kiedy zabierał mi moją ostatnią paczkę. Wkurwiłem się na poważnie, ale..
Chyba nie myślał, że to mnie powstrzyma? Zaśmiałem się w duchu.
Miałem bliżej do Lynn niż dalej. Wreszcie znalazłem sposób.

*Sally*
Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Chyba zaszłam już za daleko..
Usiłowałam przypomnieć sobie, skąd przyszłam, ale nie mogłam, po prostu nie mogłam. Zaczynałam się bać, robiło się coraz ciemniej.
Godziny mijały, a ja szłam dalej i dalej, licząc, że znajdę pomoc. Jakiś ludzi, sklep, stację benzynową.. Ale nic takiego się nie pojawiło.
Ale mój strach sięgnął zenitu, gdy coś usłyszałam. Jakiś trzask.
Odwróciłam się.
Cień.. Znajomy cień.
Zaczęłam biec, a on za mną podążył.
                                ***
Creepypastę przełożyłam na nexta, teraz improwizowałam ^^ Gere, proszę ;* ale następny -klimaty Slendera itp. ;p
Co podejrzewacie u Andsa?
Bez gifów, bo siedzę na phonie :c