*Sally*
Minął tydzień. A może więcej? Nie wiem, straciłam rachubę. Ale za to wszystko wróciło do normy. No, prawie. Pomijając to, że nie odważyłam się wyjść z domu, to było okej. Nawet trochę lepiej.
Kiedy wróciliśmy z Andy' m do domu po pamiętnej nocy, on dostał opieprz. Ja całe szczęście nie, ale za to musiałam wytrzymać milion morderczych uścisków Sammi i jej gadkę o tym, jaka to biedna jestem. Chłopaki zachowywały się już normalniej, za to starali się ze mnie wyciągnąć szereg informacji. Chcieli nawet zawiadomić policję, ale Biersack się sprzeciwiał. Powiedział, że ,,jebie psy" i nie będzie się im podlizywał. To doprowadziło do kolejnej kłótni, a w rezultacie do anulowania pomysłu. Szczerze to z jednej strony mnie to zmartwiło, bo gang mógł powrócić, a z drugiej strony cieszyło, bo mógłby się zemścić za atak glin. Tak czy siak utknęłam w tym po uszy. Miałam nadzieję, że to wszystko jakaś pomyłka, że nie polowali na mnie. Ale widzieli mnie, rozpoznaliby pomyłkę i zabili od razu. I ile osób jest atakowanych przez morderców w lasach?
Właśnie, jeśli chodzi o las- nie mówiliśmy nikomu z nowym kumplem o naszej kryjówce. Miała pozostać tajemnicą. Nie wybieraliśmy się tam od ostatniego razu, to było miejsce tylko na specjalne okazje. Tak ustaliliśmy. I od tego czasu ze sobą nie rozmawialiśmy. Jedyny nasz kontakt to były jakieś ukradkowe znaczące spojrzenia. Poza tym unikaliśmy się. Wszyscy przypuszczali, że chłopak coś mi zrobił i się pokłóciliśmy. Czasami przytakiwałam, ale tylko po to, by się odwalili. Polubiłam tego skurwiela. Bez tych wszystkich ludzi, którzy robili z niego wariata, był całkiem normalny. I nawet inteligentny. W tej chwili był moją jedyną bratnią duszą. Nawet, jeśli się tego wypierałam.
Przestałam też udawać całkowicie normalną. Potrafiłam warknąć na Jinxxa (choć się tym nie przejmował) lub spędzać cały dzień z laptopem. Tak, znalazłam sobie nowe hobby. Przeglądanie zdjęć, słuchanie muzyki, sprawdzanie nowości związanych chociażby z Fit For Rivals. To wciągało, wszystko działo się tam tak szybko, nie było nudy. Z początku wszyscy pilnowali, bym była w domu, ale przez to uzależnienie usiłowali wyganiać mnie na dwór. Bezskutecznie.
Aż do pewnego dnia.
Zeszłam na dół, w celu przygotowania sobie śniadania. Dziwne, bo nikogo nie zastałam przy stole, co zwykle było tradycją. Zajrzałam do lodówki, bo tak cholernie chciało mi się płatków z mlekiem. Ale mleka nie było. No pewnie. Takie małe utrudnienie, a jak może człowieka wybić z równowagi.
Wywróciłam oczami i zaczęłam łazić po domu w celu odnalezienia całej ekipy. Nagle wpadł na mnie Ashley, który widocznie się śpieszył.
- Po co tak biegniesz? Pali się?- spytałam zaskoczona.
- Andy..- wyrzucił tylko i udał się w stronę kuchni. Tuż po tym znów zjawił się obok mnie, trzymając w ręce jakieś opakowanie. Nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, co to jest. Tabletki na zahamowanie kaszlu.
Zdałam sobie sprawę, że mieliśmy powtórkę z rozrywki- krwioplucie.
Pobiegłam za chłopakiem, cała trzęsąc się z niepokoju. Przecież Andy był już raz u lekarza (skąd mam wiedzieć, czy nie więcej?). To nie było normalne. Co jeśli to było coś poważnego? Jeśli to się dopiero zaczyna, a najgorsze przed nim? Może to zalążek jakiejś większej choroby? Wolałam nawet o tym nie myśleć.. Liczyłam na to, że da się z tym coś zrobić.
W końcu dobiegłam do łazienki, a nad zlewem zastałam zgiętego w pół Biersacka, który krztusił się czerwoną mazią, którą umazana była cała umywalka i resztę zespołu. Jinxx klął na chłopaka, Jake pochylał się nad chorym i kręcił głową z niezadowoleniem, a Christian tylko patrzył na to wszystko z przerażeniem (czyli chyba zachowywał się najnormalniej). Ash drżącymi rękami wyciągnął kilka pigułek z pudełka i podał je kumplowi.
- Masz!- krzyknął.
Tamten wziął najszybciej jak tylko mógł tabletki i popił wodą z kranu. Trzęsły mu się ręce, wyglądał jeszcze żałośniej niż ostatnio. Dziwne, ale miałam wrażenie tej nocy wychudł i zmizerniał jeszcze bardziej. Zupełnie jakby miał zaraz umierać. Zrobiło mi się go żal, brała mnie litość z czego kumpel na pewno nie byłby zadowolony.
W końcu sytuacja była opanowana. Wszystko się uspokoiło. Zmęczony Biersack oparł si plecami i ciężko oddychał. Musiał być wykończony.
- Co się stało?- zapytałam w końcu.
- Cała noc mu tak zeszła - wyjaśnił Pitts.
- Musimy ci w końcu zrobić ten rentgen!- wtrącił Ferguson.
Miałam świadomość, że mój przyjaciel się do tego nie rwie, bo czy ktokolwiek by tego chciał? Spojrzał na mnie błagalnie, jakby oczekując pomocy. Nie wiedziałam, co zrobić. Nie posłuchać dla jego dobra, a potem znosić jego fochy czy posłuchać, narazić jego zdrowie i być dobrą (nienormalną) przyjaciółką?
Westchnęłam i zaczęłam:
- No co wy? Chyba nie zabierzecie go w takim stanie! Przecież jest wykończony, lepiej niech choć odrobinę odsapnie! Prześpi się czy coś..
Chłopak posłał mi wdzięczne spojrzenie. Udawałam, że go nie widzę.
Najstarszy zmarszczył sceptycznie brwi. Oni wszyscy już rozumieli, co się święci.
- Sally, rozumiem, że chcesz dobrze, ale naprawdę musimy w końcu pójść do tego szpitala i się dowiedzieć. Za długo z tym zwlekamy. To się nie zaczęło niedawno, powinniśmy byli to zrobić pół roku temu.. Co najmniej.
- Ale on się ledwo trzyma na nogach! Nie spał całą noc, jeszcze wam zemdleje!- nie dawałam za wygraną.- Chcecie żeby zaczął wam umierać?
- Sally..- już chciał skomentować, ale przerwał mu Ashley:
- Nie, Jinxx, ona ma rację. Jeśli będzie nam mdlał, to co wtedy? Mamy umówiony wywiad do Kerranga! na wieczór. Jeśli coś się stanie i się nie zjawimy, to będą mieli kolejną sensację.
- Dobra, on ma rację - uznał Jake. No proszę, jak działa strach o sławę! Całe szczęście, że mieli ten wywiad.. Choć Andy i tak wyglądał na niezadowolonego. Ale chyba łatwiej pogadać z jakimś gościem, niż stać w szpitalu przy dziwnym cacku..
Jinxx westchnął, ale przystał na moją propozycję.
- Dobra, ale nie myśl, Andy, że pójdziesz sobie teraz do swojego pokoju i się w nim zamkniesz! Mamy do pogadania!
Chory wywrócił oczami i się wyprostował. Znowu był taki wielki, czułam się przy nim jak mrówka. Ale już nie budził takiego przerażenia jak za pierwszym razem. Szybko go rozpracowałam, już nie był taki twardy. No proszę, a ponoć nie znam się na ludziach!
- I podziękuj Sally, bo w przeciwnym razie stałbyś już przy tym urządzeniu!
Czwórka opuściła pomieszczenie, dziwnie patrząc na naszą dwójkę.
- Dzięki - powiedział w końcu wielkolud. ,,No proszę, podziękował! To już jakiś postęp!"- Choć wiem, że i tak kiedyś mnie tam zaciągną. Ale trudno.. Może do tego nie dotrwam - ,,Że co?"- Jeszcze na dodatek teraz mam z nimi gadkę, a potem wywiad do najbardziej znienawidzonego dla mnie pisma.. Kurwa, jak tu żyć?!
- Ej, nastaw się pozytywnie - poleciłam.- To tylko jeden wywiad!
- Niby tak. Ale, Sally, naprawdę nie wiesz, jakie kłamliwe jest to pismo.. Wyciąga z wszystkich to, co najgorsze. Obyś nie musiała nigdy go czytać..- narzekał.- W ogóle to nie cierpię wywiadów.. Muszę udawać takiego uroczego chłopczyka, żeby dorastające panienki były zadowolone. A potem i tak sypią się hejty, że jestem pedałem! Sama rozumiesz..
Pokiwałam głową.
- Co wy, do cholery, robicie w tej łazience! Andy!- krzyknął pan mama.
- I widzisz, jak tu się z czegokolwiek cieszyć?..
Podążyłam za przyjacielem do kuchni, rozważając znaczenie słów ,,może nie dotrwam". Co miał na myśli? Zaniepokoiłam się. Może niech lepiej z nim pogadają..
W pomieszczeniu przy stole czekało już całe zgromadzenie. Czarnowłosy usiadł pośród wszystkich i jak zwykle rozwalił nogi na stole. Spiorunowano go wzrokiem. On już się do tego przyzwyczaił, ale ja nadal nie. I choć spotkanie nie dotyczyło mnie, to bałam się. Wyglądało to tak, jakby mężczyźni zastanawiali się, jaki wyrok mu dać. Tak, to przypominało sąd.
Ale mój kumpel wyglądał, jakby się nie przejął. A przynajmniej dobrze udawał. Podejrzewałam to drugie.
- Sally, wyjdź - znów mi rozkazywano. Zaczynałam rozumieć Andy' ego. Ci ludzie robili z siebie naszych panów.
- Dobra, idę do spożywczego..- oznajmiłam.
- Wychodzisz?- zdziwił się Christian, który ostatnio nie przemówił do mnie słowem, choć zapewniałam go, że nic nie jest jego winą.
- A co w tym niezwykłego? Potrafię, mogę, więc idę. To nie jest chyba takie niebezpieczne, no nie?- pytałam sarkastycznym tonem. Może zbyt sarkastycznym.
- Nie naśmiewaj się tak. Pamiętaj, co niedawno cię spotkało..- zdenerwował się ten.. pryk. Przejęłam biersackowe słownictwo.
- Okej, okej, już wam nie przeszkadzam.
- Nie musicie jej udowadniać, że macie rozstrój nerwowy jak nastolatka podczas okresu - dorzuciła ich ,,ofiara".
Dostała mu się obelga, ale tylko uśmiechał się pod nosem. Miał uśmiech godny szatana. Zastanawiałam się, czy istnieje jakiś, który to przebije.
W końcu jednak wyszłam z pomieszczenia i udałam się do łazienki, by się ogarnąć. Wyglądałam jak kupa gówna- moją twarz pokrywało kilka drobnych blizn, do tego byłam rozczochrana, a moje włosy przypominały jednego wielkiego dreda.
,,Oj, chyba czas znaleźć fryzjera.."- powiedziałam swojemu odbiciu w lustrze. Zebrałam włosy w kucyk, darowałam sobie makijaż. Ubrałam się w szary top i czarne jeansy, po czym wciągnęłam na siebie równie ciemną bluzę. Wyglądałam jak jakaś wampirzyca.. Jeszcze tego brakowało! Ale wolałam to stokroć bardziej od zombicznego Biersacka, który dziś prezentował się chyba najgorzej od mojego pojawienia się.
*Andy*
- Wychodzę!- oznajmiła Sally, a drzwi się za nią zamknęły.
Zostałem sam z tym całym idiotycznym ,,posiedzeniem". Trudno to nawet nazwać, bo nie miałem obrońcy, samych oskarżycieli.
Ojej, już się boję. Tak jakbym nie przywykł..
- Zacznijmy od tego, że wiemy, że znowu palisz..- zaczął Jinxx.
Uniosłem brwi. ,,Niby skąd? Wróżka ci powiedziała, czy co?" Przecież dobrze ukryłem papierosy.. Nikt poza mną nie wchodził do mojego pokoju, a już na pewno nie śmiał się dotknąć kosza na bieliznę.
Ale nie mogłem dać po sobie poznać zdezorientowania.
- Aha.. Dobry żart. Macie może jakieś dowody?- udawałem, że nie wiem, o czym mówią.
- Przecież jedzie od ciebie na kilometr!- zdenerwował się starszy.- Cuchniesz jakbyś był jakąś popielniczką! Czy ty się tarzasz w tych szlugach?!
Jak szybko on się wkurwiał.. Przebił nawet mnie, bo na razie nie okazałem rozdrażnienia.
Nie miałem pomysłu, jak się obronić, ale próbowałem. Niestety nie wychodziło to najlepiej,.
- A masz dowody rzeczowe? Równie dobrze ja mogę powiedzieć, że jeśli cuchniesz gównem, to znaczy, że się w nim tarzasz.. Gdzie tu logika?
Chłopak ukrył twarz w dłoniach. Jak ja uwielbiałem go załamywać. Nie musiałem się nawet starać. Byłem swoją anielską wersją, a oni padali jak muchy. A jakby wiedzieli, co jeszcze szykuję.. Miałem tyle pomysłów. I nie, nie chodzi mi tu tylko o takie drobnostki jak obszczanie kwiatków.
- Czy ty nie możesz zachowywać się poważnie?!- ,,Mogę ci jedynie poważnie dokopać, przykro mi"- Przecież tu idzie o twoje zdrowie, życie! Nie obchodzi cię ono?!
- Ani trochę.. - odparłem obojętnie, co go zmasakrowało. Dwa słowa i tyle wystarczyło? No to zaczekaj! Przygotujcie się wszyscy na piekło! Piekło w dosłownym słowa znaczeniu..
- Czyli, że wszystko jest ci obojętne?!
- Otóż to!- uśmiechnąłem się.- Nareszcie mnie zrozumieliście, brawo, cepy!
- Naprawdę myślisz, że dogorywanie potem w szpitalnym łóżku jest takie przyjemne?- wtrącił się Jake. Próbował mnie zniechęcić do oświecenia jak wszyscy ci idiotyczni lekarze. To też już przestudiowałem i się nie obawiałem.
- Ja wytrzymujący w tym łóżku? Na pewno bym już zwiał!- zaśmiałem się.
- Nie miałbyś szans...
- Niby czemu? Bo zamkniecie mnie w pokoju? Mam swoje sposoby! Z domu jakoś umiem się wyrwać..
- Nie, nie dlatego. Dlatego, że będziesz już tylko roślinką i nie będziesz w stanie chociażby ruszyć palcem!
Ta, na pewno.. Jestem zbyt wyjątkowy na taki los. Nie będę umierał jak zwyczajny, głupi śmiertelnik. Już doznałem oświecenia, ale w takim momencie będę już tak mądry jak Lynn. Ból nie będzie już odczuwalny. Stanę się nieśmiertelny jak ona. Będę panować nad wszystkim, nawet nad bólem. I ci wszyscy, którzy powtarzali, że spotka mnie typowa śmierć, będą przede mną klęczeć i błagać o odrobinę litości. Będą się mnie bać, już się boją, stąd ich zachowanie.
- Nic nie rozumiecie..- zaśmiałem się cicho.
- Co?
- Jesteście głupimi osłami i tyle! Kretyni z was!
- Nie będziesz tak mówił na łożu śmierci!- przestrzegał najstarszy. Jakie to zabawne, aż zebrało mi się na głupawkę. Postanowiłem jedna udawać oburzonego i rozjuszonego:
- A czemu od razu zakładacie, że umrę?! Może to nic poważnego?! Tacy z was przyjaciele, że od razu wysyłacie mnie do grobu! Dzięki!
Tak naprawdę zdawałem sobie sprawę, że to wszystko, co mnie spotkało nie jest normalne. Ale przecież bym się do tego nie przyznał! Tak robią tylko nędzni ludzie. Oni są słabi i muszą się dzielić ze wszystkimi swoimi obawami. Nie potrafią sobie sami z niczym poradzić, muszą paplać i paplać..
Ale ja nie jestem tylko człowiekiem, ja to wiem.
- Andy, wiedzielibyśmy, jakbyś tylko dał się namówić na ten rentgen..- próbował mówić spokojnie Ash.- Przecież to nie zajmuje dużo czasu!
- No właśnie, i może wtedy byśmy mogli temu zaradzić w miarę wcześnie?- dodał Pitts.- Nie musiałbyś się męczyć z kaszlem, krwiopluciem, chrypą, bólami w klatce piersiowej..
Wywróciłem oczami.
- Kurwa, nie potraficie zrozumieć, że ja nie pójdę na ten rentgen? Nigdy nie byliście, to nie wiecie, co tam się wyprawia!
- Ale ty kiedyś byłeś i to przeżyłeś.. I wiesz, że to nie trwa tak długo..
- Nie pójdę i tyle! Koniec tematu, do kurwy nędzy!- krzyknąłem.
Wszyscy zamilkli. Żeby jeszcze bardziej ich rozwścieczyć wyciągnąłem i zapaliłem papierosa.
- W sumie macie rację, faktycznie jestem skurwysynem, którego nic nie obchodzi - stwierdziłem.- I bardzo dobrze!
Wszyscy ukryli twarze w dłoniach. Było oczywiste, że doprowadzam ich do rozpaczy. Ale o to chodziło. Lynn byłaby dumna.
A propos Lynn, nie robiłem dzisiaj pewnej rzeczy, którą jej obiecałem. Oddaliłem się od wykończonych ,,kumpli"-mamusiek i udałem się w stronę swojego pokoju.
- Oby wyszedł przed tym wywiadem..- usłyszałem.
*Sally*
W końcu dotarłam do spożywczaka. Właściwie nie był to długi dystans, ale dla mnie dość spory. Przecież ostatnio poruszałam się tylko po domu. A wcześniej chodziłam tylko po psychiatryku.
Czułam się nieswojo wśród tych wszystkich ludzi, którzy chyba się na mnie gapili. Chyba, bo na pewno wyolbrzymiałam. Odzwyczaiłam się od spojrzeń nieznajomych, choć jeszcze niedawno mnie zachwycały. Teraz najchętniej utknęłabym w jakiejś pustce, byle by nie oglądać tego wszystkiego. Chciałam skulić się w kłębek, być w ciszy, ciemności. Skupić się na oddechu, nie ciągle walczyć z przeznaczeniem. Choć może taki był mój życiowy cel?
Dobra, zaczynałam rozmyślać nad sensem egzystencji, mimo że przyszłam tu tylko po mleko do płatków kukurydzianych.
Taki był problem z byciem mną- w każdej chwili swojego życia myślisz, nawet wtedy, gdy siedzisz na kiblu. Jeszcze jakbym myślała nad czymś mądrym, a ja rozmyślałam nad czymś, co jest praktycznie nierealne. Bo czy przykładowo czeka mnie lepsze życie? Raczej nie. Czy wskrzeszę Lynn? Na pewno nie. Czy będę w stanie zabić jej mordercę? Nie sądzę. Czy cofnę się do niemowlęcia siedzącego w brzuchu matki? Nonsens!
,,Stop, Sally! Halo, Ziemia! Mleko!"
Ocknęłam się. Dotarłam do odpowiedniej półki. ,,Tak, mleko.. Ale ile procent? Przecież nie tylko ja z niego skorzystam, inni też.. A jakby Andy chciał go użyć? On na pewno wziąłby 0.. O ile on pije mleko, ale załóżmy, że jednak tak. Ale 0 jest takie wodniste, nie cierpię go. A 3,2 będzie już za tłuste, nawet dla mnie. Więc może 1,5?.. Dla mnie idealne. No ale Andy, on się na ciebie wkurzy! I znów będzie foch.. No to może 0, 5? Taka ugoda?" I znów myślenie! Temat mleka również był niebezpieczny dla mojego umysłu.. Równie niebezpieczny jak temat pogody, bo jeszcze zaraz zacznę porównywać deszcz do łez, słońce do dziecka z Teletubisów, a śnieg do koksu..
Na czym to stanęło?.. ,,Mleko, idiotko!"
Chwyciłam pierwszą lepszą butelkę i zaczęłam kierować się w stronę kasy. Po drodze zgarnęłam też kawę. Nie była mi potrzebna, właściwie to nigdy jej nawet nie piłam, ale pomyślałam (pomyślałam, jak zwykle), że może pomoże na moją przegrzaną mózgownicę.
Zrobiłam kolejne kroki i od sprzedawczyni dzieliły mnie już tylko jakieś cztery metry. Nie spodziewałam się, że nawet to okaże się niezwykłe i zbzikowane.
Na swoją niekorzyść postanowiłam zerknąć w bok. I stanęłam jak wryta. Ten uśmiech.. Te oczy, ten nos.. Ta twarz.. Ale szczególnie ten uśmiech. Niczym półksiężyc. Tam, między półkami! Nie pomyliłam się, to nie była schiza!
Znów, przeleciał mi przed oczami!
Mój umysł znowu się uaktywnił. Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia. Już go kiedyś widziałam. Dawno temu, chyba gdy miałam 12 lat. Tyle, że tamten facet wyglądał inaczej. Bo wyszczerz należał do faceta, takie odniosłam wrażenie. Ten był wyższy, prawie tak wysoki jak Andy, miał czarną grzywkę, ubrany był w bluzę w szachownicę i obcisłe rurki ciemnego koloru. Spod rękawów okrycia wystawały liczne tatuaże, w ustach dostrzegłam dwa kolczyki. Chłopak, którego pamiętałam był wtedy niski, miał góra 165 centymetrów wzrostu, różowe włosy, w ogóle cały był różowy. Raz nawet nałożył spódniczkę. Ale ten uśmiech, wyglądał identycznie jak tamten. Czy to możliwe, że to ten sam pedalski trzynastolatek? Czy to mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa? Czy go odnalazłam? Czy takie przypadki są możliwe? Czy mógł aż tak się zmienić? Stał się nawet przystojny, bardzo przystojny. Jeśli w ogóle to on..
Nagle zdałam sobie sprawę, że stoję w miejscu jak idiotka i cały czas nie odrywam od niego oczu. Usta miałam szeroko otwarte. Myślałam, że facet będzie zdezorientowany, może nawet zdenerwuje, ale on wyszczerzył się jeszcze bardziej i.. posłał mi całusa.
To mnie speszyło i zawstydziło do reszty.
Zagryzłam wargę i uciekłam, by zapłacić. Ale on nie dawał mi spokoju. Stanął w kolejce za mną i gapił się na mnie. Odwróciłam się plecami i wyciągnęłam portfel.
- Ile?- spytałam drżącym głosem sprzedawczyni.
- Proszę chwilę poczekać, muszę policzyć..
I wtedy tajemniczy gostek się odezwał:
- Rozumiem, że denerwujesz się spotkaniem czystego uosobienia zajebistości.. Każda tak robi.
O Boże, jaki on miał głos! Niczym jakiś anioł! Faktycznie, był tym uosobieniem zajebistości, ale nie chciałam przyznawać, że jestem nim oczarowana. Uznałby mnie za łatwą zdobycz, za idiotkę. Wiedziałby, że mnie ma.
Musiałam go zniechęcić.
- A gdzie niby to ,,uosobienie zajebistości"? Chętnie zobaczę.
- Widzę, że jesteś niekumata. Właśnie na nie patrzysz, mała. Obym cię tylko nie oślepił!
Nie wiem, czemu, ale podobało mi się to jego wyniosłe, aroganckie usposobienie. Pasowało do tego wyszczerzu. Chyba mi się spodobał.. Był drugim w moim życiu facetem, który stanowił potencjalnego kandydata na..
Ale nie, Sally! Znowu odleciałaś! Po prostu zobaczyłaś kogoś, kto dobitnie przypomina twojego kumpla z dzieciństwa i cię zaciekawił.
- Cóż, nie skarżę się na problemy ze wzrokiem - odpowiedziałam.
- Gdybyś zechciała poznać mnie bliżej, miałabyś też problemy z sercem. Bo ja bym nim sterował.
Cholera, czemu on tak ze mną flirtował?.. Co było we mnie interesującego? Nie mógł sobie znaleźć jakiejś równie ładnej jak on sam?
- Nie potrzebuję pilota, umiem sobie sama poradzić.
- Gdybyś umiała panować nad swoimi uczuciami, to najpewniej byś ze mną nie rozmawiała.
Kurwa mać, miał rację! Rozmawiałam z nim, bo chciałam go poznać. Czy to miał być kolejny ,,śledczy przyjaciel"? Nie, to mógł być prawdziwy przyjaciel. I to taki, którego już znałam.
- Słaba ta twoja gadka - skłamałam.- Popracuj nad nią, a potem znajdź sobie lepszą ofiarę.
- A jeśli chcę za ofiarę ciebie?- nie dawał za wygraną.
- A co we mnie wyjątkowego?- zdenerwowałam się.
- Wszystko - uniósł brwi.
- Halo! Ziemia!- ktoś krzyknął. Podskoczyłam i się ocknęłam.- Znajdźcie sobie lepsze miejsce do flirtów, za wami jest kolejka!
Obejrzałam się za siebie. Za nami stało co najmniej dziesięć osób. Zapłaciłam i już chciałam uciec, kiedy chłopak krzyknął za mną:
- Odezwij się, mała!
Zmarszczyłam brwi i udałam się prosto przed siebie.
Byłam jednocześnie wkurzona i zaintrygowana. Bo co jeśli on tez mnie poznał? Może to przeznaczenie? Może powinnam teraz do niego wrócić? A może to po prostu istotni uroczy flirciarz, w którym się najzwyczajniej w świecie zadurzyłam? Bo przecież mój kolega z Cincy był gejem od małego..
Ale ja nie dobierałam sobie przypadkowych przyjaciół.. On coś znaczył, wydawał się niemal tak istotny jak Andy.
Postanowiłam go odnaleźć. Tylko w celu zbadania sprawy, nie romansu. I być może w celu znalezienia jakiegokolwiek towarzystwa w moim wieku? Kogoś zabawnego, miłego? Sama się w tym pogubiłam jak to zwykle.
Tylko jak on się nazywał?
- Sally, idziemy na ten wywiad!- krzyknął z dołu Jinxx.
- Jasne, jasne!- odparłam.- Dobrze się bawcie!
- To dopiero zabawa! Udawać kogoś, kim się nie jest i gadać z tępym dziennikarzem o tym samym po raz setny! Ubaw po pachy, no nie?- ironizował Andy.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Jezu, naprawdę go polubiłam, teraz to, co wydawało się oburzające, zwyczajnie mnie bawiło. Oj, niedobrze ze mną.. Już dwóch facetów mnie interesowało..
To znaczy.. nie, tylko.. Usiłowałam zaprzeczać, ale czy można ukryć swoje uczucia? Byłam w końcu dziewczyną, dziewczyny zwykle lubią otaczać się facetami. A widocznie ja już miałam wypracowany swój typ. Szkoda, że nie miałam pojęcia o związkach damsko-męskich.
Boże, ja na serio to rozważałam? Oszalałam do reszty!
Piętro niżej nastąpiła krótka kłótnia, ale w końcu drzwi się zamknęły. Zostałam w domu sama. Nadszedł czas, by działać.
Nie czekając dłużej, włączyłam laptopa i weszłam na facebooka. Szybko założyłam konto i chciałam wyszukać tajemniczego chłopaka.
I akurat wtedy w mojej głowie nastała pustka. Bezskutecznie starałam się wygrzebać ze zniszczonych wspomnień jego imię. Pamiętałam tylko, że było niedługie i zaczynało się na ,,c". A jego nazwisko.. Zawsze się z niego śmiałam, bo miało głupie znaczenie. I też było na ,,c". Celowo je tak dobierano, by dobrze brzmiało.
Dobra, Sally, skup się! Teraz nie możesz zawieść! Przypomnij sobie, jaka była historia tego chłopca. Jego rodzice.. Opowiadali o nim wiele historii. I one były niezwykłe, musiały mi utknąć w pamięci. Nawet jego narodziny były wyjątkowe.. Urodził się na lotnisku, gdy jego rodzice mieli jechać do.. Polski. I chcieli dać mu polskie imię. Jakie.. Karol.. Czy jakieś tak. A angielskie odpowiedniki to Henry, Carol, ciepło, ciepło i.. Carl! Tak, Carl!
Wpisałam Carl, ale wyników było tak wiele. W życiu bym tego nie znalazła w ten sposób. Musiałam sobie przypomnieć nazwisko. Ale z czego my się śmialiśmy?.. Śmieszne znaczenie, które do niego nie pasowało.. Bo on robił wszystko, czego inni nie robili. Robił tyle psikusów, za które obrywał m.in. w szkole.. Kiedyś na religii napisał na tablicy ,,Bóg jest gejem", gdy katechetka nazwała go opętanym demonem. Farbował włosy już w pierwszej gimnazjum, choć inni nie pozwalali. Był buntownikiem, był odważny, czyli przeciwieństwem był..
Tchórz! Coward!
Carl Coward! Coraz mniej wyników. Tylko kilka. Przejrzałam je i..
Znalazłam. To był on, na zdjęciu widniał jego uśmiech w kształcie półksiężyca. Jego kiełki i ten flirciarski wyraz twarzy. Stuprocentowy on. ,,Uosobienie zajebistości". Nie dało się go pomylić z nikim innym.
Przez chwilę bałam się w ogóle otworzyć profil, ale w końcu się odważyłam. W tle jego profilu dostrzegłam jakiś zespół podpisany ,,Bring Me The Horizon". Przejrzałam też kilka fotek. Na tych nowszych wyglądał tak jak dziś rano, na niektórych był z równie przystojnym wytatuowanym facetem, na innych z seksowną blondynką (która raczej nie była jego dziewczyną, choć liczyłam, że nią jest). Na innych był już sam. Gdy dotarłam do starszych.. Uśmiechnęłam się. Tak, to on, byłam pewna. Moim oczom ukazał się słodki mały chłopiec z różowymi włosami ubrany jak postać z anime. Do tego na niektórych był ze swoim dawnym chłopakiem- nieco starszym nastolatkiem z brązową grzywką. Nie znałam nigdy tamtego gościa, ale kojarzyłam go z widzenia. Z każdą fotografią wspomnienia powracały, stawały się coraz wyraźniejsze. W końcu znałam tego człowieka od podstawówki. Byliśmy nierozłączni. Przeżyliśmy razem tyle szczęśliwych chwil. Bawiliśmy się razem. Takie rzeczy trudno zapomnieć. Ja zapomniałam, ale (na szczęście) wszystko wróciło. Znów miałam ochotę być tą małą beztroską dziewczynką. Siedzieć u niego całymi dniami i nie móc opanować śmiechu. Opychać się z nim czekoladą i oglądać babskie magazyny, pleść mu warkoczyki. Być niesioną na jego plecach. To dopiero była zabawa!
Wielką przyjemność sprawiło mi obejrzenie tych fotek, ale to nie wystarczyło. Chciałam z nim porozmawiać. Spotkać się, pogadać na spokojnie bez flirtów. Tak jak dawniej.
Zaprosiłam go do znajomych. Zdziwił mnie, bo natychmiastowo zaakceptował. Kochany no life..
Wzięłam głęboki oddech i napisałam:
,,Hej. Tutaj laska z supermarketu."
Zabrzmiało to głupio, ale zrozumiał.
,,Uuu, widzę, że flirciki poskutkowały. Tak to jest jak jest się takim mraśśśnym ;3"
Wywróciłam oczami. Kiedyś zawsze tak pisał, kochał język pokemonów. Mimo to udałam powagę.
,,Posłuchaj, musimy się spotkać i pogadać. Mam ci coś ważnego do powiedzenia"
,,Jasne, jasne, rozumiem ^^ Dobra, a tak na serio: gdzie się chce nasza księzniczka spotkać ze swoim ksienżniczkiem? Bo knienżniczeq Carly gotowy<3333"
,,Gdziekolwiek. Byle nie u mnie.. Tu jest dość specyficznie."
,,Spoczi oczi, no to u mnie.. Wyślę ci adres, wait, wait, Carlcio wpisuje.. =^.^="
Uśmiechnęłam się pod nosem, a po chwili dostałam adres.
,,No to do zobaczenia."
,,Papatki, loffciam ;*"
Wylogowałam się i zaczęłam szukać miejsca, gdzie mamy się zobaczyć.
Czułam się niesamowicie szczęśliwa, że w końcu znalazłam sobie normalnego kumpla.
*Andy*
Czekaliśmy na tego pieprzonego gościa, który znów będzie nas wypytywał o trudną przeszłość, miłość (udawaną) do fanów i plany na przyszłość. Dziwiłem się, że nastolatki wydają kasę na taki chłam. Miały ochotę czytać w kółko to samo? Jakie nudne muszą być ich życia, czy ta rutyna nie powala? No ale cóż, pismo wydawali jebani Anglicy, a oni tylko tak potrafią. Ta ich pierdolona dbałość o szczegóły.. Znałem kiedyś takiego cholernego Anglika i jaki był skutek? Wolę sobie nawet nie przypominać.. Skurwiel niewyżyty.
Nagle ktoś trącił mnie w bok. Ocknąłem się. Dziennikarz już siedział przed nami i był gotowy do rozmowy. Przybrałem więc fałszywy uśmiech i czekałem na pytanie.
- Cóż, temat dzisiejszej rozmowy dotyczy raczej głównie Andy' ego, ale miło, że wszyscy się pofatygowaliście.
Zdziwiłem się. Co tym razem? Będę mnie wypytywać jak sobie radzić z problemami po raz kolejny? Czemu ja musiałem być mentorem życiowym tylu nastolatków? A one jeszcze w to wszystko wierzyły! Nie wiedziały, że to po prostu kłamstwa, za które dostajemy kupę szmalu.
Przesłuchanie się zaczęło, a już pierwsze pytanie wytrąciło mnie z równowagi:
- Andy, jak ostatnio przebiegał twój związek z Juliet Simms? Wszystko wskazuje na to, że wam się nie układało!- ,,No nie pierdol!"
Nigdy nam się nie układało. To nawet nie był prawdziwy związek. To wszystko tylko jakieś przedstawienie, żeby inne laski, między innymi szalone fangirls się mnie nie czepiały. No i potrzebowaliśmy kogoś kto zadba o moje koty i pieprzony ogródek Jinxxa.
Ale tak na serio: nie wiedziałem, że to będzie aż tak odczuwalne, że ,,zerwaliśmy". Co ta Simms znowu wymyśliła?
- Hmm.. Faktycznie, ostatnio się trochę pokłóciliśmy, ale uznaliśmy, że nie będziemy wchodzić sobie w drogę. Bo po co rozdrapywać stare rany?- wyznałem ze sztucznym uśmiechem.
- Juliet mówiła zupełnie co innego! Wspominała dużo o trudnych chwilach w waszym związku. Mówiła też, że..
- Jak to? Jak to ,,mówiła"? Rozmawiała z wami?- spytałem, marszcząc brwi.
- No tak, przecież tego właśnie będzie dotyczył ten artykuł..- dziennikarz zdziwił się, że nic nie rozumiem.- Niedawno Simms przyszła do nas i opowiedziała wszystko o tobie i o waszym związku. Wyjawiła też kilka interesujących szczegółów o twojej przeszłości..- mało nie zemdlałem.- Liczyłem na to, że potwierdzisz niektóre z nich i opowiesz coś o Juliet..
Opadła mi szczęka. Czyli to była ta zemsta! Ta suka postanowiła podzielić się z całym światem moimi największymi sekretami, o których nikt wcześniej nie wiedział! Cholera, jeśli dowiedzą się o śmierci Lynn, o tym, że przez kilka miesięcy byłem główną gwiazdą miasta przez wywołane skandale i zrobiłem ze swojego życia kupę gówna.. Jeśli wszyscy fani dowiedzą się, że wcale nie miałem takiego wielkiego wsparcia w rodzinie i przyjaciołach, że nienawidzę chłopaków z BVB, że publicznością też gardzę i nazywam ich ,,pojebanymi emosami, pedałami"..
Ręce zaczęły mi się trząść, musiałem ukryć je pod stołem. Poczułem kroplę potu spływającą po czole, cała moja pewność siebie zniknęła. Prowadzący wywiad się zaniepokoił, ale widocznie widział, że to prawda. ,,Przyjaciele" też wydawali się być wystraszeni.
- Co mówiła?- zapytałem drżącym głosem.
- Było tego bardzo dużo.. Zaczęła od roku 2006, gdy miałeś 16 lat. Mówiła coś o samobójstwie pewnej dziewczyny, która zachowywała się jak opętana, a ty chciałeś być jak ona, mówiła, że potem ubierałeś się jak twoi fani, których ukradkiem nazywasz ,,pedałami", robiłeś wszystko by wkurzyć rodziców. Potem mówiła o depresji, samookaleczaniu..
Nie dokończył, bo mu przerwałem:
- Co za kłamliwa suka! To wszystko kłamstwo, możecie to sprawdzić! Wcale tak nie było! Uwzięła się na mnie, bo ją zdradziłem!- wrzasnąłem.
Wszyscy spojrzeli na mnie wyraźnie zdziwieni, dziennikarz widocznie dostrzegł w tym sensację. Ja dopiero zdałem sobie sprawę z tego, co powiedziałem. Kurwa, nie zdradziłem do końca Simms.. Ja tylko udawałem. Chciałem wtedy wyciągnąć informacje z Sally. Ona była tylko przyjaciółką, nikim więcej. Nie całowałem jej, nie przytulałem, nie robiłem nic podejrzanego, więc jak mogłem nazwać to zdradą Juliet?
Ale co teraz mam powiedzieć? Nie wycofam się, mówiąc, że się pomyliłem, wtedy faktycznie wyszłoby na jaw, że postradałem zmysły.. Musiałem znów udawać.
- Jak ona się nazywa?- wypytywał podekscytowany redaktor.
Wziąłem głęboki oddech i wycedziłem:
- Sally Rogers.
Wiedziałem, że Rogers nie będzie zadowolona, że jest znana na cały świat jako dziewczyna takiego skurwysyna, ale może dało się to potem odkręcić? Może nie będzie szukała Kerranga!? Przecież ona nawet tego nie czyta, nie ma pojęcia o muzykach!
Trochę mi ulżyło, ale nadal się niepokoiłem.
- Opowiedz nam o niej!
Nie było już wyjścia, zacząłem fantazjować:
- Poznaliśmy się przez przypadek, uznałem, że jest niesamowicie ładna, jej twarz.. Była taka słodka. Więc pogadałem z nią i umówiliśmy się na randkę. Poszło świetnie, a potem samo się rozkręciło! Bardzo się obaj kochamy!
Takiego steku bzdur nigdy nikt chyba jeszcze nie wypowiedział.
- Ja, jak i wszyscy fani mamy nadzieję, że kiedyś będziemy mogli ją zobaczyć!
- Nie sądzę..- rzuciłem pod nosem.
- Dzięki za wywiad, to wszystko!- powiedział dziennikarz.
Potem czekała mnie jeszcze kilkugodzinna sesja zdjęciowa, aż w końcu mogliśmy wyjść. Czułem się jak skazany na pewną śmierć, wszystko spieprzyłem do reszty. Chętnie cofnąłbym czas i poszedł na ten rentgen.
Na ulicy Jinxx się wydarł:
- Kurwa, Andy, co ty im naopowiadałeś?! Nie możesz w końcu wyznać wszystkim prawdy?! Musisz się w to bawić?!
- Zamknij się!- odkrzyknąłem.- Co ty byś zrobił na moim miejscu?! Gdybym tak powiedział, to stracilibyśmy wszystkich fanów, a zespół to nasza praca! Musimy dbać o reputację!
- Ciszej, bo zaraz całe LA będzie wiedzieć!- wtrącił się Jake.
- A ty i Sally na serio.. no wiesz?- zapytał Ashley z uśmiechem.
- Nie, pacanie, w ogóle odwalcie się wszyscy, przecież wy wiecie, że to udawane!- mało nie wybuchnąłem płaczem. Ja tu zmyślam jak tylko mogę, ratuję sytuację, a oni jeszcze się ze mnie śmieją.
- Ale czemu Sally?.. Wiesz jaka ona będzie zła, jak się dowie..
- I chuj mnie to obchodzi! Jestem na skraju załamania nerwowego, zostawcie mnie, w cholerę!- krzyknąłem i wbrew wszystkim zapaliłem szluga. O niebo lepiej..
W milczeniu, choć wszyscy zabójczo wściekli, dotarliśmy do auta i pojechaliśmy do domu. Kiedy przekroczyłem próg nie miałem nawet siły spojrzeć Sally w oczy. Od razu pobiegłem do swojego pokoju i się w nim zamknąłem. Walnąłem się na łóżko i ukryłem przed całym światem pod kołdrą.
- Lynn, pomóż mi.. Nie radzę sobie z tym..- powtarzałem, prawie płacząc. Jednak nie usłyszałem żadnej odpowiedzi.
Bez wahania skierowałem się do łazienki i po prostu zacząłem się ciąć. Czułem się jak żałosny emo-nastolatek, którym właściwie kiedyś byłem. To nie dawało satysfakcji, czułem się coraz bardziej przygnębiony. Musiałem znaleźć coś, po czym będę mógł zapomnieć, poczuć szczęście. Coś, dzięki czemu odlecę. I wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł.. Idealny na listę.
*Sally*
Dziś rano Andy był jeszcze bardziej ponury niż zwykle (co wydawało się wręcz niemożliwe). Po tym wywiadzie cos było nie tak.. Wiedziałam, że muszę znaleźć gazetę, gdy już wyjdzie w środę i ją przeczytać. Może dowiedziałabym się czegoś istotnego?
W każdym razie siedzieliśmy teraz wszyscy w salonie i milczeliśmy. Normanie bylibyśmy już po wielu kłótniach, ale dziś panowało milczenie. Każdy zajmował się sobą. Jinxx czytał książkę, Jake przeglądał prasę, Ashley i Christian bezmyślnie oglądali telewizję, a Andy siedział na dywanie, ukrywając twarz między kolanami. Całe ręce miał w plastrach, nawet nie ukrywał świeżych ran. A ja obserwowałam całe to przedstawienie, choć po pewnym czasie to stało się cholernie nudne. Było jeszcze wcześnie, nie wiedziałam, czy nie za wcześnie, by iść do nowego kumpla. Ale co innego mi pozostało?
- Wiecie.. Chyba gdzieś się przejdę..- oznajmiłam, obawiając się, co powiedzą na nowego męskiego przyjaciela. Ku mojemu zdziwieniu nikt się nawet nie przejął, nagle przestałam być dla nich ważna, co zaczynało mnie trochę denerwować. Potrzebowałam czyjejś uwagi, może wtedy poczułabym się szczęśliwsza. Melancholijna cisza nie była dla mnie.
Wstałam i błyskawicznie się ogarnęłam. Dzisiaj dla odmiany postanowiłam ubrać się w sukienkę, by zrobić dobre wrażenie. Wyglądałam nieco lepiej niż wczoraj, gdy kupowałam mleko..
Po raz ostatni przejrzałam się w lustrze i wyszłam, nawet się nie żegnając. Jak mają mnie w dupie to trudno.
*Andy*
Gdy tylko Sally wyszła, pobiegłem do swojego pokoju. Musiałem znaleźć ten cholerny numer, musiałem. Bez niego pomysł nie miałby sensu.
Zacząłem przewalać wszystko, oszczędzając tylko swoje święte miejsce. Grzebałem wszędzie- pod łóżkiem, w poszewkach, pod stertami brudnych ubrań, w szufladach.
- W cholerę..
Zacząłem się głowić, gdzie ja mogłem wetknąć tę kartkę. Nie wyjmowałem jej od lat, a co najmniej trzech. Obym jej nie wywalił..
Ale jeśli jednak nie wyrzuciłem... Musiała być w jakiś starych gratach. Przewaliłem kartony, które przywiozłem z Cincinnati. Niby nic ważnego, jakieś ciuchy, ale w końcu mi się udało. Wepchnąłem papierzysko do kieszeni za krótkich już na mnie rurek.
Odczytałem numer i wklepałem do telefonu. Zaczekałem aż mnie połączy. Miałem nadzieję, że te jebane gliny jeszcze jej nie dorwały. Jak ona była.. Coś na ,,s".. Shadia, czy jakoś tak. Właściwie to był pseudonim, by nikt jej nie rozpoznał. Nie miałem pojęcia, jakie jest jej prawdziwe nazwisko. W każdym razie, miała to, czego potrzebowałem. Nawet, jeśli zażąda zapłaty w naturze, to się zgodzę.
- Halo?- rozległo się w końcu słuchawce. Tak, to jej niski głos.
Szeptem zacząłem zamawiać.
*Sally*
Dotarłam w końcu do odpowiednich drzwi. Dom wyglądał bogato, był duży i zadbany. Chyba nawet większy od domu chłopaków. Wahałam się, czy zapukać, ale w końcu to zrobiłam.
Nie musiałam długo czekać. Otworzyła mi niewysoka azjatycka pokojówka. No proszę, nawet służby się dorobił!
- Pani w jakiej sprawie?- zapytała uroczo.
- Czy to dom państwa Cowardów?
- Tak.
- Jestem przyjaciółką Carla..
Dziewczyna uśmiechnęła się i poprosiła bym weszła.
- Proszę usiąść, zaraz zawołam panicza!
Panicza? Oj, Carl, coś ty znowu wykombinował? Jakim cudem stałeś się taki nadziany? Skąd to wszystko? Przecież mieszkałeś w zwyczajnym domku w Cincy, równie przeciętnym jak ja.. A tu nagle taka różnica.
Chociaż z tego co pamiętałam jego ojciec miał firmę, matka nawet nie pracowała. Może właśnie na ojcowskim fachu zdobyli kasę?
Nagle na schodach pojawiła się postać. Wysoki, chudy chłopak z czarną, rozczochraną grzywką, ubrany w kawaii piżamkę w króliczki.
- Witaj, Sally Rogers - powiedział z flirciarskim wyrazem twarzy.
- Witaj, Carlu Cowardzie - odparłam parodiując jego ton.
Zaśmiał się, a potem.. A potem znowu uśmiech. Uśmiech w kształcie półksiężyca.
