środa, 16 grudnia 2015

Rozdział 16: ,,Gąsienica w krzywym zwierciadle"


*Sally*
 ,,Naprawdę niepotrzebnie jej to powiedziałaś.."- to stwierdzenie ciągle mnie prześladowało. Nie tylko wtedy, gdy mijałam ją na korytarzu. W każdej chwili. Choć wtedy szczególnie. Jej niegdyś wesołe oczy teraz wydawały się takie smutne. I wszystko przez garstkę moich słów, które powiedziałam w napadzie złości. Wcale nie myślałam, że jest gruba i głupia. Miałam gorszy dzień.. Jak ciągle ostatnio.
Powinnam się ogarnąć. Przez swoje humorki zaczynałam ranić ludzi.
W ogóle nie poznawałam dawnej siebie. Kilka miesięcy temu bardzo zależało mi na tym, by zdobyć przyjaciół, stać się normalną, szczęśliwą dziewczyną. A jednak wszystko działo się na odwrót, jakby w krzywym zwierciadle.. Stałam się jeszcze bardziej autystyczna. Ignorowałam przyjaciół, chłopaka, wcale nie zależało mi na ustatkowaniu się. Nawet na samej idei życia mi nie zależało. Wszystko stało się.. wyprane, wyblakłe. Jakbym szła przez opuszczone miasto, które tylko od czasu do czasu nawiedza jakiś duch. Niczym w jakimś śnie, ale nie takim zdrowym. Śpiączce lub po narkotykach.
Czułam się jak powoli odpływam. W świat jakiś duchów. Topię się we własnym umyśle.
Biegnę, uciekam przed tymi wszystkimi myślami, potykam się, braknie mi tchu, ale biegnę, znów jestem umazana krwią.
A za mną tajemnicze postacie. Nie potrafię ich rozpoznać, choć mam jakieś przeczucia.
,,Budź się.."- Lynn.
Ocknęłam się i podniosłam głowę.
- Sally, czy na pewno dobrze się czujesz? Może powinnaś pójść do pielęgniarki?- spytała nauczycielka chemii.
- Nie.. Jest w porządku, naprawdę nic mi nie jest.
- Może jednak? Wydajesz się być strasznie blada.. I przysypiasz.
Westchnęłam.
Może jednak pójść? Te lekcje i tak nic mi nie dadzą.. Nie skończę szkoły.
To też mi wisiało. W ogóle normalne życie.. Czy to naprawdę takie fajne? Czy istniała jeszcze jakaś blada szansa, że będę normalna?
Nie.
Znów to rozdzierające uczucie. Białe płótno.. Rozrywane nici. Pękające szwy i lodowata woda. Czemu wcześniej nie przesiąkła? Czy to się zgadza z prawami fizyki?
,,Boże, Lynn, dopomóż! Nie ogarniam tego wszystkiego! Nie ogarniam siebie.. Chcę świętego spokoju, chce być z tobą. Chcę zasnąć i się nie obudzić.."- niemal krzyknęłam do siostry.. i siebie.
- Sally?!- znów nauczycielka.- Idź natychmiast pielęgniarki.. Niech ktoś idzie z tobą.. Vicky!
Jakby przez mgłę zobaczyłam twarz wywołanej osoby. Jakby przez ten głupi kawałek szmatki. I wtedy do mnie dotarło, o kogo chodzi.
Ocknęłam się.
Dziewczyna spuściła głowę i wzięła mnie pod rękę. Poczułam się głupio i nieswojo. Jeszcze niedawno ją zwyzywałam.. Dokładnie jakiś tydzień temu.
Ale może to właśnie była okazja by się odezwać? Może powinnam coś z tym zrobić, by nie zwariować? Może to mogłoby uratować mój umysł? Może miałabym jakiś główny temat?
,,Skleć jakieś słowa.. No błagam, chyba potrafisz.."
,,Niech będzie.."

*Andy*
Było słabo. Kiepsko. Nie podobało mi się to wszystko ani trochę. Całe moje życie zmierzało w kierunku powolnego umierania i męczenia się przy tym. Nie mogło być nic gorszego.
Miałem wrażenie, że poniekąd zachowuję się jak asceta. Sam się umartwiam. Tylko nie w celu zbawienia. W celu czegoś lepszego, wyższego.
Choć powoli traciłem nadzieję, a to wszystko wydawało mi się bezsensowne.
Nawet sprawianie ludziom nieprzyjemności nie dawało już tyle satysfakcji. Brakowało mi na to siły i motywacji. Lynn znów mnie opuściła. Traciłem już nadzieję. Zastanawiałem się, czy jestem nienormalny. Może po prostu popadłem w szaleństwo?
Ale czy wtedy odzywałby się ból za każdym razem, gdy tak stwierdzałem? Nie.
Dlatego to robiłem. Wszystko na raz, by przyśpieszyć procedurę. Narkotyki, głodzenie się, siedzenie całymi dniami w pokoju, nawet to nędzne okaleczanie się.
Nigdy nie czułem się tak źle. Nawet w czasach, gdy wydawało mi się, że rzeczywiście tak jest.
Samotność, wyobcowanie, wątpliwości, głód, pragnienie, brak miłości- to wszystko się to mnie dobierało. Jak jakieś wielkie szpony, które zarysowywały skórę, a krew ściekała.
No właśnie, jakbym się wykrwawiał.
I choroba.. Chyba sam zaczynałem się domyślać, o co chodzi. I jednocześnie chciałem się jej pozbyć, ale wiedziałem z czym to się wiąże. Odsuwałem się od innych tylko dlatego, że nie chciałem się narazić. No, oprócz Jinxxa, tego typa nienawidziłem.
A co do Sally.. Kurwa, kochałem ją, nawet bardzo. Czułem, że teraz by mnie zrozumiała. Bardzo chciałbym z nią być. Robić z nią to, czego nigdy nie zrobiłem z Lynn. Nie zdążyłem jej pokazać, że ją kocham. W ostatniej chwili.
Czy teraz też powinienem się pośpieszyć? Czy miałem wkrótce ją stracić? Czy to ona miała stracić mnie?
Zagubienie. Tyle dróg i żadna słuszna. Fatum.
Cholera, już płakałem. I to bardzo.
Niebo było szare, zresztą tak jak wszystko. Kolory dosłownie zniknęły.
To mnie tylko dołowało.
Chyba upadłem.

*Sally*
Kroczyłam obok niej, a cisza stawała się naprawdę nieznośna. Gdybym jeszcze miała pewność, że ona jest bezmózgą istotą, a ona myślała tak jak ja. Ciekawiło mnie, nad czym może się teraz zastanawiać. Czy jest zła, czy smutna?
,,Tak się nie dowiesz"- podpowiadał umysł. Racja. Ale słowa jakoś tak stanęły mi w gardle..
Szłyśmy dalej, byłyśmy coraz bliżej. Gdy dojdziemy do tego jebanego gabinetu, to już po wszystkim. Nie przeproszę jej.
Nabrałam powietrza w płuca. Kiedyś musiałam się do tego zebrać, no nie? Nie chciałam zostać całkiem sama.
- Już jesteśmy - oświadczyła nieśmiało. Planowała nacisnąć klamkę, ale w ostatniej chwili ją zatrzymałam:
- Nie, zaczekaj!
Zdziwiła się, okulary lekko się jej zsunęły. Poprawiła je.
- Czemu? Nie jesteś chora?
- Ja.. chyba nie - wydukałam.- Ale źle się czuje..
- Więc w czym problem?
Nie mogłam jej pocisnąć jakimś poematem, że sumienie mnie boli i moja dusza cierpi..
- Nie, nie chodzi o to. Źle się czuję, bo..- przełknęłam ślinę.- Ostatnio ci nawrzucałam. Bez powodu..
Jej wyraz twarzy powoli się zmieniał. Wiedziała, o co mi chodzi. Spuściła wzrok, starając się udawać, że jest zła. Ale jej nie wychodziło..
Mi pewnie udawanie teraz poważnej też.
- Co chcesz przez to powiedzieć?..
- No.. Ja wiem, że to mogło cię zaboleć..- dukałam.
Wtedy jakby wybuchła:
- Mogło? Mogło? Oczywiście, że zabolało!- prawie krzyknęła.- A jakby tobie ktoś powiedział, że jesteś grubą parówą? Byłoby ci przyjemnie?!
Dostrzegłam, że jej oczy robią się mokre i zaróżowione. Po raz kolejny zrobiło mi się wstyd.
Po chwili dziewczyna płakała. Ja też prawie się wzruszyłam i..
Sama się rozryczałam. Teraz zachowywałyśmy się jak dwie małe dziewczynki, które pokłóciły się o lalki w piaskownicy.
- Nie.. - wydusiłam z siebie w końcu.- Dlatego chcę cię przeprosić.. Ja tak nie myślę, naprawdę..
- Wszyscy tak myślą. Wiem, że jestem gruba i brzydka..
- Nie mów tak! Chyba masz w domu jakieś krzywe zwierciadło, co?
- Nie żartuj..
- Nie jesteś gruba..
- Jestem. Zawsze byłam i będę..
- Nie jesteś i na pewno nie będziesz! Pomyśl sobie.. o takich gąsienicach.. One się z brzydkich larw zmieniają w piękne motyle!
- Twierdzisz, że jestem brzydką larwą?!
- Nie.. To złe porównanie - przywaliłam facepalm. ,,Brawo ty!"
- Gąsienica w krzywym zwierciadle.. To najbardziej kreatywne, co o swoim wyglądzie słyszałam. Dzięki.
- Posłuchaj. Staram się teraz ciebie pocieszyć.. Po prostu nie umiem normalnie dobierać słów.
- I tu się zgodzę..
- Ale ja mówię poważnie. Naprawdę zależy mi na tym, byś chociaż wiedziała, że nie chcę źle..
Zapanowała cisza. Żadna z nas się nie odzywała. Ale nie chciałam przerywać, jak widocznie, podejmowania decyzji. Czekałam. Gdzieś w podświadomości wyobraziłam sobie zegar, który tyka niczym jakaś bomba. A odpowiedzi nadal nie było.
- No błagam, nie obrażaj się na mnie.. To nie ma sensu. Nie zrobię tego drugi raz!- zapewniałam łamiącym się głosem.
- Obiecujesz?- dopytywała z nieufnością.
Chyba wiedziałam, o co jeszcze może jej chodzić. Ośmieszyłam ją przy innych, a tego jej nie brakowało. Musieli jeszcze bardziej ją prześladować..
Wiedziałam, jak to jest, gdy nikt cię nie lubi. Wszyscy zawsze traktowali mnie jak pokręconą wariatkę. W gruncie rzeczy nią byłam, więc w sumie stwierdzali fakt. Ale miłe to to nie było.. Do tego ona wcale nie wyglądała grubo, nie zasługiwała na to. Ba, nawet, jakby była to by nie zasługiwała!
,,O czym ty znowu pierdzielisz?! Zrób coś!"- kazał mi umysł.
,,Tak, prawda.."
Nie myśląc długo, podeszłam do niej i przytuliłam. Zdziwiła się. Ale nie wzbraniała się, wręcz jej się to podobało.
- Proszę, wybacz!- dodałam.
- Dobrze - stwierdziła po chwili, a po jej policzku spłynęła łza wzruszenia. Odetchnęłam z ulgą.
- Czemu płaczesz?- zadałam pytanie.
- Bo..- pociągnęła nosem - Nikomu nigdy nie zależało na tym, bym poczuła się lepiej. Wszyscy zastanawiali się tylko, jak mi tu dogryźć..
Czyli zgadłam.
- To głupi wiek. Kiedyś będę cię błagać na kolanach - zapewniałam.
- Nie potrzebuję tego.. Wystarczy mi jedna osoba, ale taka, której mogę zaufać.. Zrobiłabyś to dla mnie?- spojrzała mi w oczy. ,,Przynamniej mam nadzieję. Teraz wszystko jest niestabilne, ale.."
- Tak.
Objęłyśmy się mocniej i wróciłyśmy na lekcję. Może jeszcze miałyśmy szansę się zaprzyjaźnić i przebrnąć przez to wszystko razem? Może mogłyśmy ocalić siebie nawzajem?

***
 
Ok. Jakoś się udało. Przez ostatni tydzień nawiązałyśmy jako taki kontakt. Trochę ze sobą rozmawiałyśmy. Chyba obie nie czułyśmy się do końca pewne, ale powoli się do siebie przekonywałyśmy. Przynajmniej nie palnęłam nic głupiego. Niczego się nie czepiałam, byłam potulna niczym baranek. Vicky (bo teraz zaczęłam tak na nią mówić) trochę się rozluźniła. Może nie poruszałyśmy jakiś głębszych tematów, ale chociaż miałyśmy towarzystwo. Dziwnym zbiegiem okoliczności obie byłyśmy omijane szerokim łukiem. No i co innego nam pozostało, jak tylko trzymać się razem?
Zaczęłyśmy planować spotkania po szkole. Miałyśmy ochotę poznać się bliżej. Dlatego dzisiaj, w sobotę, gdy miałam jedyną okazję, zaprosiłam ją do siebie. Nie byłam pewna, czy to wypali, obawiałam się, że Jinxx coś spieprzy, albo, że Andy dostanie nagle jakiegoś ataku choroby. Ale nie chciałam się do niej wpychać.. W razie czego zawsze mogłyśmy się wyrwać na miasto.
Siedziałam na swoim łóżku i przeglądałam sieć. Nagle mój telefon zawibrował. Dostałam SMS-a. Carl..
Poczułam ugryzienie sumienia.
,,Musisz mu kiedyś to wyjaśnić.."- przekonywał rozsądek.
Martwił się.. Zaczęłam czytać:
,,Sallem, moja ksienżniczko z ksienżyca, dzie ty siem podzieffasz? :< Carrrrlocioo tenksi dzionek i noczkem</3333 Jak niem odpoffierz to siem obraffem >.<"
Boże.. Miałam ochotę walnąć się w twarz. Chyba za bardzo odwykłam od tej specyficznej osobowości. A może to tylko mój wymysł?
Nie byłam pewna, więc wstukałam odpowiedź:
,,Przepraszam, to wszystko wina szkoły. Mamy nawał nauki. Ale jak będzie okazja, to wpadnę. Przepraszam.."
Serio nie miałam ochoty na to spotkanie. Prawdopodobnie do niego nie dojdzie. Straszny zrobił się ze mnie odludek. Powinnam pielęgnować przyjaźnie, gdy tak bardzo ich potrzebowałam. Tymczasem ja ograniczałam się do kilku osób, których grono mogło się wkrótce pomniejszyć. Przeze mnie.
Chyba stawałam się niebezpieczna dla samej siebie. Mogłam wkrótce skończyć jak Andy- zamknięta w pokoju, robiąca tam chyba niemiłe rzeczy, od czasu do czasu schodząca tylko po leki na jakieś męczące schorzenia. Choć w sumie mogłabym umrzeć. Oszczędziłabym sobie nudy. Bo czy mój żywot miał jeszcze jakiś sens? Ostatnio go zgubiłam. Nie wydawało mi się, że znajdę zabójcę Lynn. Nawet jeśli, to jak miałabym się zemścić? Pobić go? Zamordować? Jak mogłam to zrobić?
Chyba wpadłam w jakiś dół. Albo sama go sobie wykopałam..
Wtedy zabrzmiał mój dzwonek. ,,Damage".. I gdzie się podziała ta dziewczyna, która słuchając Fit For Rivals marzyła by iść na ich koncert? Dzisiaj moje myśli odnosiły się bardziej do tekstu.
,,Odbierz, a nie rozkminiasz!"- wkurzałam się.
Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Czekam przed drzwiami - usłyszałam nieśmiały głos.
Podskoczyłam.
- Już schodzę!- zapewniłam i się rozłączyłam.
Wypadłam na korytarz. Swoim niezdarnym chodem zaczęłam demolować wszystko, co stanęło mi na drodze.
- A dokąd tak biegniesz?- zapytał Jake, na którego wpadłam.
- Koleżanka przyszła. Ze szkoły..
Zmarszczył brwi.
- Czyżby? Nic mi o tym nie wiadomo? Czemu nic nie powiedziałaś?- zaczął wypytywać.
Westchnęłam.
- Nie muszę wam o wszystkim mówić. Jestem pełnoletnia.
- Jakbyś nie zauważyła, to jesteś w naszym domu. Tu panują pewne zasady.
- Boże, przecież ona nic nie zrobi! Jest naprawdę miła i spokojna!- zapewniałam.
- Tak jak Carl?- uniósł brew.
- Nawet jej nie znasz!
Zacisnęłam pięści. Gdyby nie był taki napakowany, przyłożyłabym mu bez wahania. Czego on chciał od tej dziewczyny? Nie widział jej na oczy, a już ją oceniał!
- Cóż, zobaczymy.. Ale będę was miał na oku.
- O, dziękuję za łaskę, naprawdę! Dzięki ci!- wysyczałam sarkastycznym tonem.- Przecież spotykamy się, by podpalić chałupę i was obrabować, a potem się naćpać i zabić! Lepiej miej Andy'ego na oku, a nie czepiasz się zupełnie normalnych rzeczy!
- Nie bądź taka pyskata, powinnaś być wdzięczna.. Ale Andy'm też się zajmę, nie pouczaj mnie.
- Yhy.
Minęłam go najszybciej jak mogłam. Zdecydowanie nie miałam ochoty na kłótnie. Gdy dotarłam do drzwi, otworzyłam je. Przed sobą ujrzałam nową znajomą.
- Uff, czyli dobrze trafiłam..- uśmiechnęła się bardzo nieśmiało. Wręcz niezauważalnie.
- Spokojnie. W razie czego bym cię przecież znalazła - odparłam równie niepewnie.- Em.. Może wejdź?
- O! O-OK..
Przekroczyła próg i zlustrowała pomieszczenie wzrokiem.
- Bardzo.. Ładnie - stwierdziła. Zachowywała się dosłownie jakby przyszła do domu przyszłych teściów. Choć ,,pani domu" (Ferguson) byłaby wniebowzięta.
- Dzięki.. To.. Może pokażę ci mój pokój?
- No.. dobra.
Ta rozmowa musiała wyglądać komicznie. Obie się jąkałyśmy i udawało nam się wydusić z siebie same krótkie sformułowania. Chyba obie odzwyczaiłyśmy się od ludzi..
Na szczęście i nieszczęście, gdy już miałyśmy zmierzać ku górze, zatrzymał nas Jinxx.
,,O wilku mowa.."
Raczej na nieszczęście. Spotkanie z nim mogło oznaczać tylko kolejną kłótnię. I tak naprawdę o pierdoły. Powinien się cieszyć, że z kimś w ogóle się kontaktuję.
- Co?- spytałam oschle.- Co ci znowu nie pasuje?
Ten wręcz wwiercił się w Vicky tym swoim zimnym wzrokiem. Skuliła się i tym samym zmniejszyła prawie do mojego wzrostu. A normalnie wydawała mi się z 10 centymetrów wyższa.
- Nie powiedziałaś, że ktoś do ciebie przychodzi - wysyczał zadowolony z siebie.
- I co z tego? Jestem pełnoletnia!
- A ja jestem starszy - rzucił sarkastycznie.
Zmrużyłam oczy, czułam jak moja pięść już się szykuje, by mu wpierdolić. Wtedy dowalił czymś jeszcze gorszym, co zupełnie nie pasowało do całej sytuacji:
- Trzeba zrobić zakupy. Akurat dziś twoja kolej.
Czy on naprawdę nie miał wyczucia chwili?

- Żartujesz?- zwróciłam się do niego.
- Nie. Dam wam kasę, listę zakupów i pójdziecie do sklepu.
,,Ja pierdolę. Chyba nadchodzi czas, by się stąd zabrać.."
,,Dokładnie. Wiej stąd, bo on i tak wszystko rozwali.."
,,No ale może nie w tej chwili, bo w końcu mam gościa.."
,,To chociaż idź do tego marketu, mniej jego ryja będziesz oglądać."
- Vicky, to jak, idziemy?- spytałam jak najnormalniejsza w świecie dziewczyna.
Nieco się skrzywiła, ale ona chyba też nie wydawała się przyjaźnie nastawiona do mężczyzny.
- Jasne. Chodźmy tam zaraz.
Po tych słowach odwróciła się i podeszła do wieszaka, gdzie zostawiła kurtkę. Z kolei staruch zbliżył swoją twarz to mojej i swym protekcjonalnym tonem rzekł:
- I tak ma być! Posłuszeństwo i dyscyplina!
Odwróciłam się na pięcie i narzuciłam na plecy skórzany ciuch.
- Nie za zimno ci będzie?- usłyszałam za plecami. Nie czekałam dłużej. Chwyciłam koleżankę za rękę, wyciągnęłam ją na zewnątrz i zatrzasnęłam temu skurwielowi drzwi przed nosem.
,,Dobrze ci tak."
Tymczasem Summers (bo tak miała na nazwisko) wydawała się zmieszana.
- Co on do mnie ma?- zaniepokoiła się.
- Nic. On ma coś do mnie. Lubi sobie pozrzędzić, a ja jestem idealnym pretekstem.
- A kim on jest? Chodzi mi o.. ojca, wuja?
- Kumpel chłopaka.
- O, masz chłopaka?- zdziwiła się.
- Eh.. Mam. Obiecuję ci, że kiedyś go poznasz - westchnęłam, choć wolałam, by nawet nie oglądała go na oczy. Przeraził by ją.
- Ok..
Znów zapadła cisza, zaczęłyśmy iść w milczeniu.
- Przepraszam cię za niego. To chuj - to słowo chyba ją poruszyło, ale w sposób pozytywny. Zaśmiała się.- Co jest?
- A nic, nic.. U nas w domu nie można używać przekleństw.. Tam nic nie wolno..
- Czemu?
- ,,Bo co sąsiedzi powiedzą?!".. Taka jest moja matka, ojciec w sumie też. No i jest jeszcze ta larwa, Molly Jo..
- Kto to? I co ci zrobiła?
- To moja siostra, choć wolę się do niej nie przyznawać. To mała.. pizda. Taka najśliczniejsza, najmądrzejsza, najsłodsza, najmodniejsza, najlepsza, kurwa, na świecie. Ja to się już nie liczę. Najlepiej, żeby mówili, że jestem służącą.. A ona tak naprawdę jest tylko małą kurwą..- aż poczerwieniała.
- To przecież głupie.. Założę się, że jesteś o wiele ładniejsza, mądrzejsza i w ogóle lepsza od tej zołzy!- uznałam.
- Ta jasne.. Wszyscy zawsze ją chwalą, jak tylko ją zobaczą, padają jej do stóp. A ja jestem według nich grubą okularnicą i do tego zbzikowaną. A w sumie.. Nie widziałaś jej. Pewnie stwierdziłabyś tak samo jak reszta.
- Nie mów tak. Moim zdaniem nie jesteś taka zła. Ba! Jesteś genialna! Ale jeśli jesteśmy w temacie, to witaj w klubie. O mnie też wszyscy myślą, że mi odbiło. I też ciągle coś do mnie mają. Co bym nie zrobiło, dla nich będzie źle!
- To czemu spełniasz ich zachcianki?
Zatrzymałam się.
- Cholera, masz rację.. Po chuj my idziemy do tego sklepu?
Ona również stanęła. Obie się zaśmiałyśmy.
- Chodź, zmyjemy się gdzieś na cały dzień!- zaproponowałam.
- Ok.. Choć raz trochę wolności - uśmiechnęła się tamta.
Może i to głupie, ale poczułyśmy się strasznie samodzielne i dorosłe. Aż żałośnie to brzmiało..
- Kupimy coś do żarcia? Nie wiem, żelki, ciastka, chipsy?- dodałam. Tym chyba trochę ją speszyłam.
- Nie dzięki.. Wiesz..- wlepiła oczy w ziemię.
- Spokojnie, nie jesteś gruba. Ale jeśli nie.. to nie! Zmieńmy temat!- zaproponowałam.
Zaczęłyśmy się włóczyć. Właściwie nie miałyśmy pomysłu, gdzie iść. Ja nie znałam miasta zbyt dobrze, a ona chyba niezbyt często była puszczana wolno, więc nie wiedziała jak się zachować. W tej chwili po prostu kroczyłyśmy przed siebie bez jakiegoś głębszego celu.
Aż nagle do głowy przyszedł mi pomysł. Może nie najlepszy, ale jakiś. I mógłby ująć mi trochę ciężaru na ramionach.
- Słuchaj.. A może pójdziemy tak do takiego mojego znajomego, Carla?- zapytałam.
Skrzywiła się. Chyba nie przepadała za nawiązywaniem znajomości (jak ja). Trochę pożałowałam.
- Jest naprawdę śmieszny i szalony. Taki krejzol jak my!
,,Czy to jest sarkazm, Rogers?"- zwróciłam się do siebie.- ,,Jesteś obłąkaną wariatką, nie krejzolką!"
,,Oj, daj spokój!"
- No.. No ok - zgodziła się z wyraźną niechęcią. Miałam nadzieję, że Coward nie przesadzi, bo przecież, mimo że wesoły, czasami mógł bywać chamski.
- Jaki on jeszcze jest?- zainteresowała się dziewczyna. Jej ton był niepewny.
- Jest cholernie śmieszny, zawsze pozytywny, miły, nigdy się nie kłóci, trochę za dużo gada, ale ogólnie jest bardzo uroczy.
- Lubisz go?
- Tak. Bardzo.
,,A przynajmniej tak mi się wydaje."
- No dobra.. Jeśli ty go lubisz to nie może być zły.
 
***
 
Stanęłyśmy przed posiadłością Cowardów. Zadzwoniłyśmy. Od razu usłyszałam głośne kroki. Carly zwykle łaził jak najbardziej kobieca kobieta, ale czasami runął przed siebie jak jaskiniowiec. Tym razem wybrał to drugie, co musiał oznaczać, że się czymś podniecił.
,,Czemu kombinujesz akurat teraz?"
Po chwili otworzył nam sam ,,panicz". Miał rozczochrane włosy, mocny makijaż, nałożył biały t-shirt z logo jakiegoś zespołu i obcisłe biodrówki. Do tego przy pasku miał peryliard ,,dzyndzolków". Ale przynajmniej się uśmiechał, ba, on miał istnego banana na twarzy. Zresztą jak zwykle. Chyba zgadłam, że coś wymyślił.
- A co to za dama?- spytał, przybierając swą flirciarską minę.- Całuję rączki!
Po tych słowach chwycił dłoń Vicky i zaczął ją obśliniać. Spojrzała na mnie zmieszana. Wyglądali jak księżniczka i buldog. Zachichotałam, by dodać jej otuchy.
- To Vicky. Chodzimy razem do szkoły..
- Rozumiem.. Takie high school girls. Takie śliczne, mądre i cool. No prawie jak ja!
Nowa chyba po raz pierwszy się roześmiała.
,,Punkt dla ciebie, Karol, czasem masz jednak dobre pomysły!"
- A teraz chodźcie, mam wam coś zajebistego do pokazania! Ali i Parkan też są!
Victoria nie protestowała. Wręcz przeciwnie. Chyba Carl przekonał ją do siebie już na starcie. On to dopiero miał talent do zdobywania przyjaźni! Potrafił oczarować ludzi jednym spojrzeniem, słowem lub gestem. Zazdrościłam mu tego. Był zajebistym gostkiem. Miałam nadzieję, że przyjaciółka polubi też pozostałych. Tymczasem rozglądała się po tej wielkiej chałupie. Chyba ją zaskakiwaliśmy.
W końcu pokonaliśmy wysokie schody i dotarliśmy do przesłodzonego pokoju. Reakcja była oczywista. Mnóstwo śmiechu i zaskoczenie.
- Zarąbisty pokój.. Carl - stwierdził gość.
- Ma się rozumieć, tak samo jak jego właściciel!
Parsknęliśmy.
- O, hej!- odezwała się Alice, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Razem z Robbie'm coś ustawiali. Na przeciw łóżka kładli pudła, ustawiali jedno na drugim aż tworzyły całkiem sporą wierzę. Nic z tego nie rozumiałam. Ta rupieciarnia i bez tego była zagracona..
- A więc.. Ci dwaj poddani to wcale nie Taylor Momsen i gościu, który chce ci wpierdolić na blokowisku. To tylko Alice i Robbie, choć może być i Parkan!
Kolejna dawka głupawki, tego było potrzeba nam wszystkim obecnym. Powinnam była tu przyjść już dawniej, a nie gnić w swoim jadzie.
- Cóż robicie, nędzni wieśniacy?- zwróciłam się do ,,poddanych".
- Ustawiamy pudła dla naszego pana - ukłonił się ,,Parkan".
- Po co?- zaciekawiła się Summers.
- Otóż wasz najinteligentniejszy na świecie król Carlcio ma cudny plan! To statyw na kamerę! Nagrywamy film!
Obie poczułyśmy się niezwykle zaskoczone.
- Niby jaki?- nie rozumiałam.
- Jeszcze dokładnie nie wiemy, ale coś durnego. Będziemy z siebie robić idiotów. A potem wstawimy na YouTube.
Znów, jakby podczas synchronizacji, miałyśmy mieszane uczucia.
- Chcesz zacząć vlogować?.. Wiesz, nie mam nic przeciwko, ale każdy to może obejrzeć..
- O to właśnie chodzi!
- Gotowe!- oświadczyła blondynka.
- Jestem wzruszony - wydurniał się Carl, ocierając udawane łzy.- Nasze mini-studio!
- Z twoim usposobieniem to na pewno się uda - zachęciła go Victoria. Chyba bardzo go polubiła.
- Ma się rozumieć! Carrrrlcio gwiazdą internetów!- zachwycał się.- Już widzę jak odbieramy nagrodę za milion subskrypcji! Ale teraz trzeba zacząć..
Nie wiedzieliśmy za bardzo, jak mamy wystartować. Usiedliśmy wszyscy przed kamerą.
- Ok. Dzisiaj się zapoznajemy. Trzeba zrobić wykurwiste pierwsze wrażenie, choć u mnie wystarczy jedno spojrzenie! Ale dobra, ,,doprawimy" to jeszcze!
I poszedł start.
Nie wiem, jakim cudem, ale Coward od razu się zaklimatyzował. Zaczął się zachowywać jak prawdziwy youtuber. Chyba musiał ich dużo oglądać. Był pewny siebie, śmieszny, charyzmatyczny i dobrze wyglądał. W ślad za nim poszła Alice. Można by powiedzieć, że pod względem charakteru była do niego podobna. Robbie zachował się bardziej nieśmiało, ale też nieźle. Wszyscy opowiadali, o czym będą prezentowane przez nich filmy. Carlcio chciał zostać komikiem, Ali planowała jakieś outfity i makijaże, Robb- tematykę tatuażu. Wtedy odezwała się nowa. Może niepewnie, ale chociaż z pomysłem- chciała oceniać książki. I na końcu przyszedł czas na mnie. Nie miałam pojęcia.. Nie miałam chyba żadnych zainteresowań.
Na chwilę zapanowała cisza, ale potem zaczęłam łamiącym się głosem:
- A ja będę robiła dziwne rzeczy - wydukałam.- Pokręcone, ześwirowane.
Improwizka. Ale nie taka trudna do realizacji. W końcu pojęcie ,,dziwne" może oznaczać naprawdę wiele. Właściwie to na dobre wyszło, miałam szersze pole do popisu. Choć przed kim się tu popisywać? Byłam prawie pewna, że obejrzy to kilka osób. Takich jak my było w końcu wiele.
Carl coś tam tłukł językiem, inni mu wtórowali, a ja siedziałam cicho i jedynie głupio się szczerzyłam. Zaczynałam wątpić, czy nowa przyjaciółka przyniesie aż taką odmianę. Ale może miałam gorszą chwilę.
 
***
Blogger się spieprzył.
Weny nie mam, a gitara zajmuje mi godziny (i dobrze).
niechciane komentarze będę usuwać, bo mam prawo :) Jakby ktoś nie zauważył, to jego blogi są prywatne (a przynajmniej większość), więc też w pewnym sensie nie umie przyjąć krytyki.
I to tyle.
 
 
 
 


poniedziałek, 9 listopada 2015

Rozdział 15: ,,Sypiący się domek z kart"


*Sally*
 No i poszłam do szkoły. A właściwie miałam iść dzisiaj. Bardzo tego nie chciałam, ale w końcu dla świętego spokoju uległam. Po prostu miałam już dość skarg Jinxxa, że jestem nierobem i jełopem. Do tego mówił, że jeśli nie będę się uczyć tutaj, to wyśle mnie do internatu.
No i ja, strachliwa i niepotrafiąca bronić swojego zdania, się zgodziłam. Mimo pełnoletności. Możliwe, że chciałam dochować spokoju. Na krótkotrwały okres zapanował w moim życiu. Nie byłam do końca zadowolona. Znów musiałam powtarzać rutynę. Ale przynajmniej teraz nie musiałam tyle czasu siedzieć w domu lub u Carla. Miałam jakieś schronienie. O ile szkołę można było tak nazwać.. Już nie pamiętałam, ale ostatnio byłam młodsza. Teraz byłam skazana na samych dryblasów. I pomimo swojej przynależności do najstarszej klasy, martwiłam się. Nie wyglądałam na osiemnaście lat. Bardziej na dwanaście. ,,Stratują cię tam, karle.."
,,Nastaw się pozytywnie!"- mówiłam do siebie w myślach.- ,,Ale pamiętaj o swojej nowej zasadzie- uważaj!"
Starałam się przygotować psychicznie. Moje główne cechy: nieśmiałość, niepewność, tchórzliwość, łatwowierność i nieumiejętność kłócenia się praktycznie od razu skazywały mnie na porażkę. Chciałam się zmienić.
Właśnie zapinałam guziki swojej białej koszuli, gdy Jinxx zaczął się drzeć z dołu:
- Sally, pospiesz się! Ash i Andy chcą cię odwieźć po drodze, a im się spieszy!
Czemu im się spieszyło na siłownię? Czy oni mieli tam jakiś ustalony grafik? Przecież pięć minut by ich nie zbawiło..
Robiłam się coraz bardziej podejrzliwa. Ale nie chciałam taka być w stosunku do swojego chłopaka. Ostatnio się wykazał. Nasza więzy się zacieśniły, mocno to odczuwałam. Mimo milczenia. Nasz związek miał bardziej charakter.. telepatyczny? Wiedzieliśmy, że się kochamy, znaliśmy uczucie i to nam wystarczyło. Nikt tego nie rozumiał. Ale przynajmniej media przycichły pod względem związku. Myśleli, że zerwaliśmy po ostatniej aferze. A propos niej.. Wolałam nawet o tym nie myśleć. Chłopców łapało coraz więcej paparazzich. Przeze mnie..
,,Przestań! Skup się na tym, co robisz!"- skarciłam samą siebie.
- Sally!- znów ten krzyk.
- Już idę!- po tych słowach skończyłam się ubierać. Postawiłam na bardziej naturalny look. Właściwie taka byłam bez Cowarda. To on tapirował mi włosy, obrysowywał oczy czarną kredką i dawał emo ciuchy. Na co dzień nie nosiłam makijażu, ewentualnie coś bardzo delikatnego, włosy miałam płaskie i gładkie, nosiłam grzeczne stroje. I to chyba wyrażało moją osobowość.. Szara myszka.
- SALLY, LICZĘ DO TRZECH!
Pośpiesznie zbiegłam po schodach na dół.
Biersack i Purdy stali przy drzwiach, ale widocznie tylko Ferguson się denerwował. Co on, okres miał?
Wolałam się z nim nie kłócić, jedynie go wyminęłam.
- No nareszcie, zrobiłaś nam łaskę! A teraz wkładaj buty i jedźcie w końcu!
Westchnęłam zażenowana jego dydaktycznym tonem, ale wykonałam polecenie. Wciągnęłam ciemne baletki i stanęłam w drzwiach.
- No.. Wyglądasz porządnie.. Jak na ciebie.
- Zabieramy się stąd - szepnął do mnie Andy.- Jeszcze zdążysz dziś posłuchać nauczycieli!
,,Nauczyciel" już chciał to skomentować, ale nie zdążył, bo szybko się ulotniliśmy.
- Jezu..- rzuciłam tylko z ponurą miną.- Cudowny początek dnia.. On się mnie ciągle czepia..
- Nie jesteś jedyna - pocieszył mnie Biersack i wiedziałam, że mówi prawdę. Chociaż teraz dawał wsparcie.. W sumie nie był najgorszym partnerem.
- Wsiadajcie do auta - zarządził Purdy. Wsiedliśmy do maszyny. Zajęłam miejsce z tyłu. Gdy ruszyliśmy, zapanowała całkowita cisza. Poczułam się nieswojo. Widziałam, że Ash obserwuje mnie w lusterku. Celowo odwróciłam się w bok i wlepiłam wzrok w obiekty za oknem. Skojarzyło mi się to z pamiętną jazdą taksówką. Było niemal tak samo. Zastanawiałam się, jak to szybko czas leci. Już prawie rok od tamtego dnia. Od tego strasznego dnia, gdy uciekałam przed czasem. Teraz było praktycznie tak samo. Marzyłam, by wszystko zatrzymało się w miejscu. Nie musiałabym iść do tej strasznej placówki na rozpoczęcie. No i mogłabym wszystko rozkminić. O ile starczyłoby mi na to życia..
Przejechaliśmy kilka ulic i dojechaliśmy do odpowiedniego budynku. Nie podobał mi się już, kiedy widziałam go pierwszy raz. Wyglądał jak jeden wielki stary kloc, pomalowany na wypłowiałe kolory. Jak sypiący się domek z kart. Ludzi jeszcze nie znałam. Korytarzy, nauczycieli- nikogo.
,,To tylko rok, przeżyjesz"- mówiłam sobie.
- Baw się dobrze - powiedział Ashley.
- Dzięki.. To.. Pa..- wydukałam i wysiadłam z pojazdu. Po chwili odjechał, a ja zostałam sama. Jedna szara jednostka i jej wielkie rozterki.
Jacyś ludzie dziwnie na mnie spojrzeli. Oczywiście mój mózg zaczął produkować różne głupie myśli:
,,Wyśmieją cię"
,,Nikt nie zagada"
,,To będą dziennikarze.."
,,CISZA!"- krzyknęłam.
Zrobiłam kilka kroków, czując mdłości strachu. W brzuchu znać dawały o sobie skurcze. Brakowało jeszcze bym się na wszystkich zrzygała..
Przekroczyłam bramę i udałam się na salę gimnastyczną. Korytarze również pomalowano na smutne barwy, które ani trochę nie poprawiały mi nastroju.
Na moje szczęście hala znajdowała się niedaleko wejścia, trafiłam, nie gubiąc się po drodze. Otworzyłam drzwi drżącą rękę i.. zamarłam. Setki oczu się we mnie wlepiły. A przynajmniej takie miałam wrażenie. Zlustrowałam ich. Tacy.. inni. Wypindrzone dziewczyny, wszystkie zadbane, idealnie ubrane, uczesane, umalowane. Chłopaki niemal tak wysokie jak Andy, wszyscy bardziej kobiecy od kobiet. No dobra, były jakieś wyjątki. Grupa dresów i jakaś gruba okularnica.. No cóż, chyba raczej nie pasowałam do żadnej grupy.
Nie miałam pojęcia, do kogo dołączyć, ale na szczęście dostrzegła to jakaś nauczycielka. Ocknęłam się i spojrzałam na nią zdezorientowana.
- Ty musisz być Sarah Rogers, nasza nowa uczennica..- powiedziała ochrypłym głosem. Nieco mnie tym wystraszyła. Do tego jej wygląd.. Miała strasznie ostre rysy, spiczasty nos i włosy mocno ściągnięte do tyłu. Do tego wydawała się jeszcze chudsza ode mnie. I o wiele wyższa. W pierwszej chwili skojarzyła mi się z damską wersją starego Andy'ego.
- Tak - wydukałam nieco wystraszona.
- Choć za mną. Zaprowadzę cię do twojej klasy.
Ruszyłam za wiedźmowatą kobietą, mijając uczniów, którzy zbyt mili się nie wydawali.
,,Nie przesadzaj"- mówił mój umysł.
W końcu stanęłyśmy. Przyjrzałam się wszystkim. Wspomniana przedtem okularnica, dziewczyny ubrane o wiele modniej ode mnie i w większości dresy. Znacznie się skuliłam.
- Wytrzymaj tu jeszcze chwilę. Zaraz powinno się zacząć - uspokajała mnie. A potem po prostu sobie poszło..
Miałam ochotę rzucić się za nią w pogoni, ale to by było chyba głupie..
,,No jasne, że głupie. Poradzisz sobie przez pięć minut!"
Ale te wszystkie nieprzychylne spojrzenia mnie denerwowały. Zaczęli coś szeptać.. Gdy wybuchali śmiechem, odwracali się, jakby nie chcieli bym to widziała. Chcieli mi dokopać już na wstępie?..
Zmartwiłam się. Przecież miałam z nimi spędzić jeszcze rok..
Może powinnam zagadać? Odezwać się?
Mój umysł twierdził, że tak, ale ja sama czułam się zbyt onieśmielona. Poza tym.. Co miałam powiedzieć?
,,Hej, jestem Sally. Zabili mi siostrę i siedziałam w psychiatryku, a ty?"
Mało nie zapadłam się pod ziemię. Do tego ta ostatnia sprawa z dziennikarzami.. Co jeśli tu się kryje jeden z nich?
Właśnie! Może dlatego szeptali?
Zmarszczyła brwi i spuściłam wzrok. Udawałam skupioną i zamyśloną. Może by mnie nie poznali? A może jednak?
Wodziłam wzrokiem po niezbyt czystej podłodze. Głosy stały się głośniejsze. I wtedy usłyszałam kroki. Odeszłam kawałek.
Uratował mnie dźwięk hymnu.
- Stawać na baczność!- krzyknęła inna nauczycielka.  Wykonałam polecenie. Chyba jedyna.. Wszyscy dookoła mnie się zaśmiali. Czyżby takie zasady panowały w szkołach?
Miałam wrażenie, że teraz stanę się jeszcze niższa niż zwykle.
Znów skupiłam się na lustrowaniu ścian i innych mebli, by tylko nie zwracać na siebie zbytniej uwagi.
,,Nie słuchaj ich.. Posłuchaj dyrektorki, nauczycieli.."
,,Racja"
Starałam się wsłuchać w przemówienie, ale mózg nie dawał mi spokoju. Cały czas słyszałam chichot i parsknięcia.
Już nienawidziłam szkoły..

***

 Te pół godziny stało się naprawdę trudne dla mojej psychiki. Jakbym stąpała po cienkiej lince, a oni usiłowali ją przeciąć.
W oczach zbierały mi się łzy bezradności, ale wtedy się skończyło. Mogliśmy opuścić salę.
- Za mną, Sarah'o. Twoja nowa klasa ma numer 22 - syknęła nauczycielka. Wolałam się nie sprzeciwiać, choć najchętniej bym teraz zwiała. Przeszłyśmy do schodów. To dopiero było piekło! Wszystkie dzieciaki chciały jak najszybciej przejść na wyższe piętra. Wszyscy przepychali się jak szaleni, jeden wpadał na drugiego. A ja i 155 centymetrów wzrostu miałam najgorzej.
- Spieprzaj dzieciaku!- rzucił do mnie jakiś dryblas, popychając mnie gwałtownie w bok. Wpadałam na jakąś laskę.
- Uważaj jak łazisz! Zepsujesz mi fryzurę, debilko!- pisnęła.
- Sorry..- powiedziałam bezgłośnie. Stres odebrał mi mowę.
W końcu jednak udało mi się przepchać na górę. Jak to dobrze było mieć salę dość nisko.. Przekroczyłam próg pomieszczenia. Na moje oko znajdowałam się w sali historycznej. To dobrze, lubiłam ten przedmiot. Ścisłe w ogóle mi nie szły. Choć literatura i historia sztuki zawsze wydawały mi się najciekawsze.
- Graciarnia, no nie?- rzuciła do mnie dziewczyna w pasiastej sukience.
- Chyba tak..
Uniosła brew.
- Serio?- spytała.
Jednak ja już ją wyminęłam. Dostrzegłam, że na końcu od okna jest wolna ławka. ,,Idealnie, w razie czego będziesz miała się, na co gapić!"- stwierdziłam.
Już na dobre się tam zadomowiłam, kiedy do pokoju wmaszerował jakiś koleś. Naprawdę.. stary. Starszy od nas o wiele lat. Zdziwiłam się. Jak on mógł mieć zaledwie 18 lat? Wyglądał na co najmniej 25 lub więcej..
Co dziwniejsze maiłam wrażenie, jakbym już go gdzieś widziała. Miał włosy koloru ciemny blond i brązowe oczy. Do tego dziwnie pachniał, jakby się nie umył i wylał na siebie wiadro wody kolońskiej.
Powinnam go zidentyfikować, ale teraz nie o to chodziło. Facet zatrzymał się przy mnie i warknął oschle:
- Sory, dziunia, to moja miejscówa!
W takiej sytuacji chyba nie powinnam pyskować.. Wręcz mnie przeraził. Wydawał się groźny, jakby miał odwagę zrobić mi krzywdę..
Tym razem, gdy pośpiesznie się przenosiłam, nikt się nie śmiał. Wszyscy udawali, że nie widzą.
Rozejrzałam się dookoła. Nigdzie wolnego miejsca..
Pot zaczął mi spływać po czole. Wtedy nasza wychowawczyni, którą miałam już okazję dziś poznać, zadecydowała:
- Sarah'o, usiądź z Victorią!- po czym wskazała na okularnicę. Ta uśmiechnęła się przyjaźnie. Nie odwzajemniłam. Teraz nikomu już nie ufałam. W tej chwili wszyscy zdawali się być przestępcami lub paparazzi.
Wykonałam polecenie, ale odsunęłam się na sam brzeg ławki. W sumie mogło być gorzej.. Lepsza, jak widocznie, aspołeczna niż zadufana lalunia. Może i mówiłam zbyt ostro, ale lepsze to niż bycie byt delikatną. Już raz (albo i więcej) się tym popisałam.
,,Victoria" popatrzyła na mnie zdziwiona. Jedynie odwróciłam głowę i wpatrzyłam się w dorosłą. Właśnie zaczynała swoje przemówienie:
- Cóż, wszyscy mnie znają. Poza naszą nową uczennicą, Sarah'ą. Dlatego też przedstawię się po raz kolejny. Nazywam się Elizabeth Kay. Nauczam historii i języka francuskiego. W szkole pracuję przeszło 30 lat. W tym roku to ja będę waszą wychowawczynią.. Dobrze, to może teraz powinnam wam przedstawić właśnie Sarah'ę.
- Sally - poprawiłam. Co prawda poprawna forma brzmiała Sarah, ale to brzmiało zbyt oficjalnie. Poza tym Sarah oznaczała księżniczkę, a ja księżniczką nie byłam. Tylko bachorem z psychiatryka..
- Sarah'o - i tak wszystko zignorowała..- Wyjdź na środek i powiedz nam coś o sobie.
Przełknęłam ślinę. ,,Co ja mam o sobie powiedzieć?"
Zalały mnie zimne poty, ale wyszłam przed ławki. Znów słyszałam szepty. Skuliłam się w sobie.
W końcu stanęłam i odwróciłam się twarzą do klasy. Czułam jak moja grzywka skleja się od wilgoci.
- Co ja mogę o sobie powiedzieć?- zwróciłam się do pani Kay z zakłopotaniem.
- No.. Na przykład skąd pochodzisz, dlaczego znalazłaś się w naszej szkole. Co cię interesuje, jakieś przedmioty..
Wgapiłam się w jakiś niewidzialny punkt na podłodze i zaczęłam kłamać:
- Ja jestem z Cincinnati.. Znalazłam się tu.. Bo.. Bo musiałam się tu przeprowadzić. I tak jakoś wyszło..
Czułam się jak bezradny głupek.
- A.. A przedmioty to.. Ja.. Lubię czytać?- gadałam jak walnięta. Wszyscy chichotali pod nosami.
,,Pokaż im!"- głos Lynn. Zamarłam. Zobaczyłam jej twarz odbijającą się od szyby. Cofnęłam się o krok.
- Wszystko w porządku, Sarah'o?- zaniepokoiła się historyczka.
- Tak.. Tak..- powtarzałam nienaturalnie.
,,Pokaż"- znowu.
,,No dobra.."- pomyślałam.
Zebrałam się na odwagę i pewniej niż wcześniej powiedziałam:
- I umiem trochę śpiewać. W zespole..
- Jakim?- zaciekawiła się ,,Victoria".
- Train To Wonderland - wycedziłam.
- No wow, dużo nam to mówi!- stwierdziła jakaś dziewczyna.
- Czekaj.. To chyba ten emo-band, co grał przed tym emo-zespołem Vic!- wybuchnął śmiechem jakiś chłystek.
- Emo..- przeszły szepty.
,,Ratuj sytuację!"- mówiłam sobie.
- No.. To to chyba wszystko - oświadczyłam.
- Dobrze, Sarah'o.. Usiądź. Rozdam wam teraz plany lekcji.
Mimowolnie wyjęłam chusteczkę z torby i otarłam czoło. Spotkało się to z reakcją kilku osób. Niemiłych osób.
Po chwili miałam przed nosem kartkę. 9,8,7 godzin dziennie.. Cudnie.
Choć może Carl nie byłby taki uciążliwy? Może nie musiałabym znosić Jinxxa?
Westchnęłam. Znów czułam się beznadziejnie.

***
 
Mój budzik zaczął dzwonić jakby mu odwaliło. Spojrzałam na wyświetlacz.
,,6:00?! Co się tu, kurwa, dzieje?!"
Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że dziś mój pierwszy prawdziwy dzień w szkole. Na pierwszy ogień jedynie 8 lekcji..
Zasłoniłam się poduszką i jęknęłam z niezadowolenia. Jak chętnie zostałabym teraz w łóżku.. Chciało mi się ryczeć. Gdy tylko pomyślałam, że codziennie będę musiała wstawać i iść do tej znienawidzonej placówki z okropnymi ludźmi i siedzieć tam pół dnia..
,,Ogarnij się. Nie będzie aż tak źle.. Rok da się przetrwać. Zresztą nie oceniaj już pierwszego dnia. Może nie będzie najgorzej?"- powtarzałam w myślach.
,,Wstań.."
Westchnęłam i z całych sił podciągnęłam się na rękach. Nadal było dość ciemno.. A przynajmniej takie miałam wrażenie. Nie wyspałam się, przez całą noc się przewalałam. Myśli o tym, jak to okropnie będzie, mnie zadręczały.
,,Zbyt się przejmujesz, wrażliwcu.."
Podniosłam się z posłania. Zrobiło mi się tak cholernie zimno, nieprzyjemnie..
Kurwa, niby nic wielkiego, a ja czułam się jak w największej depresji.
Nie dumając nad tym więcej przeszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro. Może by tak dzisiaj odważyć się na makijaż? Wczoraj wzięli mnie pewnie za nieśmiałą dziewczynkę ubierającą się jak pierwsi osadnicy. 
Wzięłam w rękę kredkę i zbliżyłam ją do powieki. Narysowałam kreskę, całkiem przyzwoitą. Nie aż tak grubą, nie chciałam wyglądać jak Kleopatra. Zmierzwiłam też włosy dłonią, by nie były takie przylizane. No cóż.. Efekt był lepszy niż wczoraj. Nie wyglądałam na 12 lat, tylko na 14..
Wyszłam z pomieszczenia i zaczęłam się rozglądać za ciuchami. Niechętnie spojrzałam na wczorajszy zestaw. ,,Nie, to zbyt odświętne.."
Zajrzałam do szafy. Wyciągnęłam jeden z T-shirtów od Sammi i podarte czarne rurki. ,,Odważniej."
Spakowałam książki do torby i zeszłam na dół.
,,Czy oni nigdy nie śpią?"
Cała ekipa siedziała już na dole. CC oglądał telewizję, Purdy przeglądał jakieś.. pornosy. Jake krzątał się, szykując jedzenie, rozmawiając przy tym z Jinxxem.
- Hmm.. Nie zbyt wulgarnie, panno Rogers?- skrzywił się ten ostatni. ,,Teraz chcesz mnie jeszcze nazywać ,,panną Rogers"? W szkole i tak już jestem Sarah'ą.."
- Nie, nie zbyt wulgarnie. Może nie wiesz, ale dzieckiem już nie jestem. Mam 18 lat - rzuciłam tonem pozbawionym emocji.
- Eh.. Mam nadzieję, że w tej szkole cię czegoś nauczą!- załamał ręce. Wściekłam się i miałam ochotę się pokłócić, ale powstrzymał mnie schodzący po schodach Andy. Żeby odwrócić swoją uwagę od naszego ,,nauczyciela", podbiegłam do swojego chłopaka. Zdziwił się, gdy rzuciłam mu się w ramiona. Wtedy zbliżyłam swoje usta do jego ust, pragnęłam jego pocałunku, ale..
Obrzydził mnie okropny fetor. Odsunęłam się.
- Andy..- rzuciłam, zatykając nos - Jebie ci z ust, delikatnie ujmując.
Inni momentalnie się zainteresowali, a sam Biersack gniewnie na mnie spojrzał. ,,Chyba zrobiłaś coś źle, panno Rogers.."
- Pokaż się no tu!- zbliżył się do nas Pitts.
- A w życiu!- wkurzył się drugi.
Wtedy znów zaatakował nas smród.
- Jebiesz rzygami i krwią..- stwierdził Jeremy. Wtedy zorientował się, że stoję obok. W pierwszej chwili się zaniepokoił. Wzbudziło to we mnie jeszcze większe podejrzenia. Do tego Andy.. Tak się teraz o niego zmartwiłam.
- Andy, wszystko oke..- nie dokończyłam.
- Sally, bo się spóźnisz!- krzyknął ten piernik.
- Ale mam jeszcze godzinę!- zdenerwowałam się.
- Co mnie to?! Idź do szkoły!
- Ale..
- Idź!
Zrobiłam się cała czerwona, pięści mnie świerzbiły.
- A wiesz co?! Pójdę sobie, bez ciebie mi będzie o niebo lepiej, stary skurwielu!- wrzasnęłam.
Chwyciłam torbę, popchnęłam drzwi i wypadłam na ulicę. Czułam się, jakby ktoś dosłownie poszarpał mi nerwy. Jeszcze chwilę stałam w miejscu, by się uspokoić. Musiałam odetchnąć.
Kilka miesięcy temu naprawdę miałam ochotę udusić wszystkich, że mnie ,,przygarnęli". Ale teraz najchętniej bym się wyniosła. Zamieszkałabym chyba nawet na ulicy.
No dobra.. Może nie na ulicy. Ale na przykład u..
Nie, z Carlem chyba też bym nie wytrzymała. Poza tym Andy..
Ale co to w ogóle był za związek? Co mnie obchodziło, że popisał się kilka marnych razy?!
Czułam jak łza złości spływa po moim policzku. Momentalnie ją otarłam.
,,Lynn, nie powinno się płakać, prawda? To dla słabych!"- przemówiłam do siostry.
,,Tak, dokładnie.."- udzieliła odpowiedzi.
,,Dzięki.. I tego się trzymajmy.. A teraz szkoła.."
,,Obojętność"- podpowiedziała.
,,Okej."
Ruszyłam przed siebie. Trzęsłam się, jakby było mi zimno. A właściwie to dobrze. Miałam zamarznąć, tylko od środka.

 Dotarłam do swojej szafki. Zostawiłam w niej kurtkę i spojrzałam na plan. Pierwsza- matma. No idealny start.. Przedmiot, na którym trzeba się skupiać. Do tego numer sali. Skąd ja miałam wiedzieć, która to 37?
Rozejrzałam się. Obok mnie stała.. Cholera, znów ona. Okularnica. No ale jakie miałam wyjście?
- Emm, Victoria?- wydukałam.
- Tak?- momentalnie podniosła się z podłogi, zostawiając buty niezawiązane. Przyjrzałam się jej dokładniej. Była trochę wyższa i grubsza ode mnie. Miała brązowe oczy i długie, proste włosy z grzywką do brwi tego samego koloru. Grube czarne oprawki. Do tego chodziła opatulona, jakby nadeszła jakaś mroźna zima. Chyba kochała wszystko, co wełniane, bo tonęła w wielkim swetrze, a szalik naciągnęła prawie pod uszy. Wydawała się sympatyczna, ale..
,,Bądź ostrożna."
- Gdzie jest sala 37?
- Zaraz cię zaprowadzę! Mamy przecież razem lekcje! O, a potem pokażę ci resztę szkoły, ok?- odparła wysokim, radosnym głosem.
,,Chętnie.. Ale.."
- Yhy - rzuciłam tylko.- O, już 55! Chodźmy..
Podążyłam za dziewczyną, która wspinała się po schodach. Nagle wpadła na, o zgrozo, tego upiornego typa.
- Uważaj jak łazisz, parówo. Albo ci zapierdolę - warknął niskim głosem.
- Tak.. Brian..
O co chodziło z tym Brianem? Czemu mu się nie odgryzła? To znaczy.. Ja też bym się wahała, ale ona już go chyba znała przez jakiś czas. A on nie był jej bossem. I czemu nazwał ją parówą? Przecież nie była otyła..
Ale znajoma cała zrobiła się czerwona i jedynie spuściła głowę. Nie odzywała się, widocznie się speszyła. Aż zrobiło mi się żal.
,,Nie!"- Lynn. Czemu?..
Za dużo pytań na początek. Musiałam się skupić na tym, jak się tu odgrodzić.
- A ty co się gapisz, emosie?- zwrócił się do mnie. Zadrżałam.
- Nie jestem emosem!- pisnęłam prawie bezgłośnie.
Zaśmiał się jedynie i odszedł do pokaźnej paczki swoich ziomków.
- Ale chuj - stwierdziłam cicho. Odwrócił się.
Chyba obie wiedziałyśmy, co robić, bo natychmiast zwiałyśmy pod salę. Akurat dzwonił dzwonek. Czułyśmy się uratowane. A przynajmniej ja.. Nie powinno być ,,my"..
Już się plątałam.
- Masz rację..- z rozmyślań wyrwał mnie głos ów dziewczyny.- Jest chujem. Od zawsze.
Zgadzałam się, już miałam ochotę zrobić całe przesłuchanie na temat tego typa, ale nie powinnam się też spoufalać. Nikt nie wydawał się godny ufności. A niby to był pierwszy dzień.
Albo przesadzałam i popadałam w paranoję albo trafiłam w wir swojego koszmaru.
W końcu przyszła nauczycielka. Niewiele wyższa ode mnie, grubsza, ale jakby nadęta.. Wyminęłam ją, jedynie cicho mówiąc ,,dzień dobry". Weszłam do sali. Podobna do naszej, nieduża zmiana. Nie wiedziałam, gdzie mam usiąść, więc zaczekałam aż reszta zajmie miejsca. Szukałam wzrokiem pustej ławki, ale mi się nie udało.
- Sally, usiądź ze mną!- nalegała Victoria. Udawałam, że jej nie słyszę.
- Ach, ty musisz być Sally! Usiądź z Victorią!- poleciła nauczycielka.
,,No to pięknie.."
Rzuciłam swoją torbę na ławkę i z niechęcią wyjęłam książki. Udawałam, że coś zapisuję w zeszycie.
- Podoba ci się szkoła?- spytała szeptem ta obok. Jak mi się bardzo nie chciało odpowiadać.
- Może być - odpowiedziałam, nawet na nią nie patrząc.
- No tak, zawsze mogło być lepiej! Na przykład Hogwart..- rozmarzyła się.- Czytałaś Harry'ego Pottera?
- Ojej, niestety nie..- udawałam przejęcie.
- Serio?! Musisz przeczytać! Serio! Nie wiesz, ile tracisz! A co czytałaś?
- Nie pamiętam tytułów..
- Co? Jak można nie pamiętać tytułów?! Masz jakąś amnezję, czy coś?!- zaśmiała się.
Wywróciłam oczami. ,,Nie zrozumiesz. Niektórych rzeczy wolałabyś nie pamiętać.."
- A propos, to uwielbiam tą grę, znaczy się ,,Amnesię"! Choć sama słabo gram. Ogólnie jeśli chodzi o książki, gry i filmy lub seriale to jestem psychofanką! A ty?- nie dawała za wygraną. Myślałam, że się załamię, ale matematyczka nam przerwała:
- Dziewczęta, proszę nie rozmawiajcie! W tym roku zdajecie maturę, musicie się przygotować!
Skinęłam głową. Na szczęście ,,psychofanka" chyba ceniła sobie oceny i tym podobne, bo posłuchała. Miałam spokój..

 OKEJ, TO JUŻ SIĘ ROBIŁO DENERWUJĄCE.
Każda lekcja to samo. Ciągle paplanina, to o jakimś Syriuszu, to o jakimś innym, jacy to oni cudowni, a ja w ogóle nie miałam o tym wszystkim pojęcia.. I to wypytywanie mnie. Po pewnym czasie zaczęłam udawać, że nic nie słyszę. Ale naprawdę, 8 lekcji w ten sposób nie było przyjemne. Miałam pewne wyrzuty sumienia, ale też nie dziwiłam się samej sobie. Po tej kłótni rano potrzebowałam spokoju, odreagowania, a nie ,,psychofanki" zwalającej mi się na głowę..
Wręcz zaczęła mnie boleć.
Chciałam tylko znaleźć się gdzieś sama i pobyć ze swoimi myślami. Uciec od wszystkich. Nikt nie był taki, jaki chciałam.. Denerwowali mnie. Może i wymagałam zbyt dużo, ale teraz przeżywałam ostry rozstrój nerwowy. Jeśli to miało się powtarzać częściej.. Chyba wolałabym się zabić. Właściwie teraz to już wszystko mi wisiało. Gdybym tylko mogła pomścić Lynn.. Na razie sprawa tkwiła w miejscu, więc czekałam.
W końcu dotarłam do szafki. W pośpiesznym tempie zaczęłam zmieniać buty i wciągać kurtkę, ale Victoria oczywiście do mnie podeszła.
- Może chciałabyś..?- nie dałam jej dokończyć. Ruszyłam przed siebie, udając, że nic nie słyszę. Pobiegłam przed siebie.
- Sally!- krzyknęła.
- PARÓWA BĘDZIE BIEGŁA!- usłyszałam.
I rzeczywiście, kroki stawały się coraz głośniejsze. Nie miałam już siły sprintować, nawet mi się nie chciało, więc jedynie szybko szłam. Dla ,,parówy" i to było wystarczające, by zostać w tyle. Przynajmniej miałam takie wrażenie, do pewnego momentu.
Niestety chyba się pomyliłam. Może i ja byłam szybsza, ale ona lepiej znała szkołę. Nie wiem, pewnie istniał jakiś korytarz, który przeoczyłam, ale dziewczyna złapała mnie przy wyjściu.
- Zaczekaj, Sally!- poprosiła, dysząc.
Wahałam się chwilę, ale w końcu przystanęłam. ,,Jeśli już jej coś mieć za złe, to chociaż wyjaśnić, co.. Może zrozumie.. A może.."
- Czemu mnie unikasz?- spytała ze zmartwioną miną. Milczałam.- Chciałam się tylko spytać, czy możemy się gdzieś spotkać.. Jeśli nie chcesz u mnie, to możemy u ciebie..
Udawałam oburzenie. Naprawdę chciałam się jej pozbyć. Ale potem.. Potem mnie olśniło..
U mnie? U mnie?! To pachniało tak samo jak ostatnio!
Naprawdę, paparazzi okazali się prawdziwą udręką.. Że też posuwali się do takich rzeczy! Miałam dość, nie chciałam już nikogo, chciałam samotności, a nie natręctw!
- Co, może jeszcze powiesz, że jesteś jebaną dziennikarką?! Nie dzięki, ode mnie nie ma żadnych newsów! Zostaw mnie ty.. Ty gruba parówo!- krzyknęłam jej w twarz. Byłam dumna z siebie, że w reszcie się odważyłam.. Nie byłam ofiarą.
Oniemiała. Spojrzała na mnie, poruszając niemo ustami. Ktoś zaczął się śmiać. Zorientowałam się, że obok nas stoi cała gromada ludzi. Obserwowali całe przedstawienie, jak A.L. dała wpierdol.
Tymczasem ,,gruba" się skrzywiła. Mogłam zobaczyć, że po jej policzku spływa łza. A potem kolejna..
O kurwa.. Serio? To jak to w końcu, kurwa, jest?!
,,I coś ty narobiła?"
- Victoria, ja..- planowałam przeprosić, ale dziewczyna pognała w przeciwną stronę. Zrobiło mi się tak cholernie głupio.. Poczułam się jak brutal.. Zrobiłam coś bezwzględnego.. Okropnego..
,,Zjebałaś na całego.."
A jeszcze chwilę temu się tym pyszniłam.
,,Przegięłaś pałę."
Za dużo myśli.. Znów się skłębiły.. W rekordowym tempie..
Byłam bliska płaczu, więc opuściłam szkołę..
 
***
Tak, wiem, dawno nie było.. Czasu nie miałam, miałam ,,gorsze dni" ;-; Ale jakoś to wynagrodzę- kontynuacją FAS ^^ czyta mnie jedna osoba, ale jebać to! To daje pewną swobodę!
Wszystko zatajnię na razie...
Aha, i nie chciało mi się poprawiać ;/ Sory, ale już miałam dość tego rozdziału. Zjebałam..
Dobra..
Dawida jednak będzie zawsze XD
 


czwartek, 15 października 2015

Rozdział 14: ,,Dziwniejsza w dziwnym świecie"


*Sally*
 Cholera, i znów wszystko się zmieniło. I to nie troszeczkę. Niemal całkowicie. Od tego całego występu zaproszeń do znajomych przybyło, napisali o nas nawet w jakimś piśmie muzycznym. Może to nie była wielka sława, ale mnie przerażała. Sam fakt, że na Facebooku ludzie mi piszą, że jestem świetną wokalistką mnie dziwił. Przecież ja nigdy nie śpiewałam, robiłam to na wyczucie. Nie miałam pojęcia o muzyce, o nutach, o tym wszystkim.. Do tego nie byłam już taka pewna, czy chcę być w zespole. Spowodowane było to tym, że Carl raz wyskoczył z jakąś propozycją nagrania albumu. Nic wtedy nie odpowiedziałam i jedynie liczyłam na to, że zapomni. On cały czas chodził podjarany tym, jacy to ,,niesamowici" jesteśmy i przeglądał w internecie informacje o wytwórniach. W każdym razie ja nie czułam się gotowa, a mimo to i tak wiedziałam, że nie odmówię. Choć może to by była dobra zabawa?
,,Nie.. Z twoim strachliwym charakterem? Zesrasz się w majtki już na progu!"- mówił mi rozsądek.
No cóż.. Musiałam to jeszcze przemyśleć.
Teraz kiedy członkowie Train To Wonderland nie widzieli świata poza swoją muzyką, czułam się nieco dziwnie. Nie podniecało mnie to aż tak bardzo (właściwie w ogóle, strachałam się), więc rozmowy zwyczajnie mnie nudziły lub krępowały. Jasne, nadal lubiłam dawne towarzystwo, ale czułam, że chciałabym się kumplować jeszcze z kimś, z kimś innym. Kimś ,,nie z TTW". Kimś bardziej podobnym do mnie. A nie miałam za bardzo na kogo liczyć. Na pewno nie na Andy'ego. Robił się coraz dziwniejszy. Naprawdę go nie poznawałam. Zachowywał się jeszcze gorzej niż na początku. Traktował mnie tak chłodno.. Nie całował, nie przytulał, nie odzywał się.. Miałam ochotę płakać i wykrzyczeć mu wszystko prosto w twarz, ale.. coś mi nie pozwalało. Miałam wrażenie, że Lynn też odwodzi mnie od tego pomysłu. Za każdym razem, gdy miałam w głowie rozstanie, przechodziły mnie ciarki.
No właśnie, taki był kontakt z siostrą.
Miałam do wyboru jeszcze resztę BVB i Sammi. Z facetami na 100% bym nie wytrzymała. Jinxx i Jake ciągle się darli, nawet Ashley zdziwaczał, a CC podlizywał się innym. Z kolei dziewczyna była jak dla mnie zbyt głośna i pobudliwa. I tępa. Nie wytrzymałabym z nią dłużej niż godzinę. Ona chyba też miała mi trochę za złe. W ogóle całe towarzystwo się na mnie wypięło. Gdybym zerwała z Andy'm, najpewniej wywaliliby mnie na zbity pysk bez wahania..
Ogarniał mnie smutek. Czułam się wyobcowana. Jak jakaś dziwniejsza w dziwnym świecie..
Jednego byłam teraz pewna: muszę sobie znaleźć kogoś jeszcze. Choć jedną osobę. Bo przebywanie w tym samym towarzystwie bez żadnej odmiany nie prezentowało się najciekawiej..
Do tego każdy dzień wydawał się taki nudny. Mimo że nie siedziałam na tyłku, to zaczynałam popadać w rutynę. Mój każdy dzień wyglądał identycznie: wstawałam, ubierałam się, jadłam śniadanie, martwiłam się o nieobecnego Andy'ego, szłam do Carla, spędzałam tam cały dzień, wracałam, jadłam kolację, myłam się, mówiłam coś do ducha siostry, a na koniec szłam spać. I tak codziennie. To zaczynało mnie dobijać, bo w moim życiu nic się nie działo. Choć może i trochę z mojej winy.
Mogłam mówić, że nie mam okazji, ale tak naprawdę się bałam. Bałam się, że ludzie mnie nie zaakceptują. W ogóle się ich bałam. Wydawali mi się tacy obcy. Nie miałam z nimi wiele kontaktu nawet w przeszłości, a przez tyle lat w samotności całkowicie się odzwyczaiłam. Stałam się cichym odludkiem. I czy ktoś by polubił mnie w takim stanie?
Więc nie miałam motywacji, by zacząć garnąć się do ludzi.
Do dzisiaj.
Jak to w zwyczaju zeszłam na dół. Oczywiście powitało mnie klasyczne zgromadzenie: Ferguson, Pitts, Purdy i Coma. Niechętnie zajęłam miejsce obok nich. Już na powitanie spojrzeli na mnie spode łba. Żadnego ,,cześć". Tylko pomrukiwania. Chyba ponownie zaczynałam rozumieć Andy'ego..
Zaczęłam robić sobie kanapkę drżącymi rękami, kiedy nagle Jinxx się do mnie zwrócił:
- Sally, musimy porozmawiać..
Przez jego ton mało się nie zachłysnęłam. Był tak dydaktyczny, że aż śmieszny. Co jak co, ale nie miałam pięciu lat. A on mówił do mnie jak zirytowany rodzic. To nie wskazywało na nic dobrego. Ale co ja niby zrobiłam? A może chcieli się mnie pozbyć?
Oj, będzie kara..
Żołądek podszedł mi do gardła, gdy o tym pomyślałam.
- Tak?- spytałam niepewnie.
- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale kończą się wakacje- ,,Nie, według ciebie nawet na to jestem zbyt tępa"- Postanowiliśmy wszyscy, że powinnaś skończyć szkołę.
Upuściłam kromkę chleba, którą trzymałam w dłoni. Szczęka mi opadła, zapanowała niezręczna cisza.
Ogarnął mnie strach i coś w rodzaju złości.
Moja pierwsza myśl- ,,Naprawdę chcą się mnie pozbyć. Jestem w szkole, czyli problem z głowy!"
W pierwszej chwili chciałam im przyłożyć, załatwić wszystkich naraz i na nich nawrzeszczeć. Ale gniew błyskawicznie minął.
Bo przecież w szkole są ludzie. Ba! Jest ich na pęczki. Można wybierać do woli. A ja tego właśnie chciałam. Chciałam znaleźć sobie kilku przyjaciół.
Pomimo tego pomysł mnie przerażał. Przecież szkoła jest okropnym miejscem.. Typowe bagno. To tam zwykle ludzie są gnębieni, siedzą nad pracą domową do nocy i są stresowani przez takich nauczycieli, jak te typy w domu.. Już miałam dość. Tym bardziej, że pewnie ja stałabym się obiektem kpin.
Poczułam się rozdarta.
- Wiecie.. Muszę to jeszcze przemyśleć..- przyznałam. Oczywiście nie obyło się bez komentarza Pana Najmądrzejszego.
- Tu nie ma o czym myśleć. Musisz skończyć edukację, by potem dostać się na dobrą uczelnię i znaleźć sobie źródło utrzymania.
,,Czyli jednak chcą mnie wyjebać. No to pięknie.. Dziękuję, prze pana.."
- Ja.. Ja idę się przejść - wyszłam, nie kończąc śniadania.- Będę u Carla.
- Pamiętaj o szkole. Przemyśl to sobie - ,,Kurwa, nie mów mi jak mam żyć.. Nie jestem twoją córką!"- Nie będzie nas w domu. Mamy dziś wywiad dla Alternative Press. Wrócimy później. Nie zapominaj tylko o naszej rozmowie! I nie szalej!
,,To nie była, kurwa, rozmowa! To był jebany wykład!"
Wstałam od stołu i wybiegłam przez frontowe drzwi. ,,Nie będę z wami dyskutować!"
Zaczęłam biec ulicą, byle by jak najdalej od tego przeklętego domu. Nie zamierzałam iść do Carla. Nie zamierzałam iść do nikogo. Chciałam być sama. Chciałam odetchnąć z dala od tych wszystkich problemów. Nagle ci wszyscy, których niby kochałam, zaczynali się robić męczący. Carrie z wiecznym ADHD, jego kumple gadający tylko o zespole, milczący, niemiły Andy i reszta tej komedii. I duch Lynn, który pojawił się widocznie tylko po to, by się pojawić.
Opadłam na ławkę na pobliskiej ulicy. Nie przejmując się opinią przechodniów, zaczęłam roić łzy. Jak bardzo bym chciała, by wraz z tą wodą wypłynęły wszystkie smutki.. Chciałabym być znowu czysta, wyprana z tych wszystkich emocji. Jak biała, niezapisana kartka. Szczerze to chciałabym cofnąć całe swoje życie do startu. Ułożyłabym to zupełnie inaczej. Mogłabym być szczęśliwa.. Tymczasem siedziałam z twarzą między kolanami i unikałam swoich przyjaciół. Czy to więc byli przyjaciele?
Już sama się pogubiłam, a umysł podsuwał coraz to nowsze pytania.
Wpatrzyłam się w dom przede mną. Może mieszkała w nim jakaś szczęśliwa rodzina? Nie taka jak moja.. Może nie ma problemów, może wszyscy są szczęśliwi? Tego im życzyłam. Nawet nie zdawali sobie sprawy jakie trudności spotykają niektórych. U nich pewnie wszyscy żyli, nikt nie bawił się w niezrozumiałe gry, nikt nie miał takich głupich zmartwień. Nikt nie pozbywał się swoich dzieci..
Załkałam po raz kolejny.
Albo nawet to drzewo przed budynkiem. Ono o nic nie musiało się martwić. Miało taki spokojny żywot. Wiele bym dała, by się z nim zamienić.. Szumiałabym sobie i niczym się nie przejmowała. Ale nie, to akurat mnie, osobie tak słabej psychicznie trafił się najbardziej spierdolony żywot na świecie..
Skuliłam się w kłębek, nie chcąc oglądać już niczego. Wszystko wydawało się lepsze ode mnie. Nawet powietrze. I nikt by tego nie zrozumiał..
Byłam zbyt dziwna. ,,Dziwniejsza w dziwnym świecie".
Aż nagle usłyszałam szmer. Zastygłam w bezruchu. ,,Ktoś obok ciebie usiadł.."
Nie byłam pewna, jak reagować, ale tajemnicza osoba mnie wyręczyła.
- Co się stało?- dobiegł mnie uroczy, delikatny kobiecy głos. Nie mogłam się oprzeć uniosłam głowę.
Patrzyła na mnie śliczna dziewczyna, nieco starsza ode mnie. Miała falowane brązowe włosy i zielone oczy. Do tego mnóstwo tatuaży. A co najmilsze- na jej twarzy kwitł taki przyjazny uśmiech. Prawie ja słoneczko z Teletubisiów. Po prostu nie mogłam się jej oprzeć. Zauroczyła mnie momentalnie.
Postanowiłam odpowiedzieć tak, by wyjść na normalną:
- To nic.. Naprawdę nic - zaczęłam kombinować.- Po prostu się walnęłam. Ale to nic wielkiego..
- To dobrze - odparła. Myślałam, że na tym zakończymy rozmowę i szczerze było mi przykro z tego powodu, ale zaskoczono mnie. Dziewczyna postanowiła ciągnąć konwersację. Przysiadła się nawet. Potem się przedstawiła:- Jestem Cath, a ty?
- Sally - rzuciłam podając jej rękę.- Emmm..
Nie wiedziałam, co mówić dalej. Nie znałam tej dziewczyny, więc nie mogłam wiedzieć, o czym z nią pogawędzić. Do tego miałam trudności z nawiązywaniem przyjaźni. Po chwili namysłu zaczęłam od czegoś nietoksycznego:
- Co tutaj porabiasz?
- Biegałam - pokazała na sportowy strój. No tak..- Lubię tak czasem pobiegać i posłuchać muzyki. Dbanie o zdrowie i rozrywka jednocześnie.
- Ja też lubię muzykę - wtrąciłam.
- O, świetnie!- rozpromieniła się nowa znajoma.- Ja też uwielbiam muzykę! Czego słuchasz?- wypytywała.
Rozmowa naprawdę poprawiła mi humor. Potrzebowałam kogoś takiego. W tej chwili padałam dziewczynie do stóp. No bo byłam taka anonimowa dla niej.. Mogłam znów wykreować kolejną wersję siebie. Tego mi było trzeba. Kolejnej tożsamości. Nowej Sally. Trzeciej A.L.
Do tego to pytanie. Miałam nadzieję, że nasze gusta okażą się zbliżone.
- No cóż.. Specem nie jestem. Ale głównie coś w stylu Fit For Rivals. Są wielcy!
A tu kolejna niespodzianka..
- Ojej! No to super! Fit For Rivals to i mój ulubiony zespół. Byłam na ostatnim koncercie!
,,O kurwa."
- Szkoda tylko, że trochę się spóźniłam, ponoć support był fajny. Wszystko wina tego, że musiałam dłużej posiedzieć w pracy - żaliła się. Ale to dobrze, bo byłam uratowana. Na wszelki wypadek wolałam nie wspominać, że ja też tam byłam.- Mam nawet fotkę z Renee i jej autograf.. Pokazałabym ci, gdybym tylko nie wyczerpała neta w telefonie.. No i mieszkam dość daleko. A miałam na Facebooku. No, ale trudno się mówi..- stwierdziła z rezygnacją, załamując ręce.
- Nie! Poczekaj!- przerwałam. Dostrzegłam w tym świetną okazję na zawiązanie nowej przyjaźni. Gdybym tylko ją zaprosiła.. Gadałybyśmy do wieczora, ja bym miała jej facebooka, mogłybyśmy przynajmniej rozmawiać mobilnie. Do tego BVB nie było.. Chata wolna, robimy, co chcemy. To brzmiało niezwykle kusząco. ,,No pierwszy raz masz dobry pomysł!"- Ja mam w domu laptopa, mieszkam dwie ulice stąd!
Brązowowłosa klasnęła w ręce.
- Super! No to.. A, oczywiście, jeśli można..
- Jasne!- nie wahałam się dłużej. Chwyciłam Cath za rękę.- Nie ma dyskusji, idziemy!
Zaśmiałyśmy się jednocześnie.
- Co ty taka podniecona?
- Nie codziennie spotyka się zajebistych ludzi!
- Dzięki.. Ty też jesteś zajebista!
I poszłyśmy tak razem jak papużki nierozłączki. A ja znalazłam w sobie jeszcze iskrę nadziei. Czyli nie byłam aż tak aspołeczna. ,,Punkt dla ciebie!"

*Andy*
- Kurwa, czy ja na serio muszę tam iść?! Cały wysiadam!- darłem się z zza drzwi.
- Możemy się też wybrać do szpitala, jeśli chcesz! Więc wybieraj!- krzyczał Jinxx. No jebany chuj, no..
Ukryłem twarz w dłoniach. Z dnia na dzień czułem, jak mój stan się pogarsza. O niczym innym nie myślałem, nie mogłem się skupić. Ciągle było mi słabo, rzygałem, plułem krwią, miałem jakieś stany podgorączkowe. Cały drżałem. Do tego wychudłem jak cholera, byłem blady jak ściana. Bo prostu zdychałem. Wiedziałem, że nie jest dobrze. Ale postać Lynn cały czas pojawiała się, gdy tylko okazywałem skruchę. Przestałem już nawet brać leki, bo nie chciałem jej zemsty. Wiedziałem, że oczekuje ode mnie działania. No ale jak w takim stanie miałbym wypełniać swe przeznaczenie? Nasze przeznaczenie.
,,Weź się w garść, jebany leniu.."- mówił mój umysł. Był bezwzględny. A może to ona? Sam już nie miałem pojęcia.
- I pośpiesz się!- dodał Jake, wyrywając mnie z rozmyślania.
Ocknąłem się.
No dobra.. Teraz miałem inny problem. Na przykład, gdzie są moje spodnie.. Spodnie, które zapewne zaraz zsuną mi się z jeszcze bardziej kościstej dupy.

***
Szłyśmy dość wolno, ale tylko z tego powodu, że musiałyśmy wszystko obgadać. Zdążyłam się dowiedzieć, że Cath interesuje się nie tylko sportem, ale także fotografią. Wzięła ze sobą nawet swój aparat fotograficzny. Nowiutką lustrzankę. Powiedziała, że jeśli chcę, możemy porobić sobie fotki razem. Oczywiście się zgodziłam. Zdążyłam też opowiedzieć większość swojego życia (co prawda zakłamaną wersję, ale trudno). Doszłam nawet do momentu o Andy'm. Miło z jej strony, bo bardzo się nim zainteresowała, chciała wysłuchać prawdy o naszym związku. Cóż, tutaj również nie powiedziałam wszystkiego, ale chociaż połowę. Nawet Carly'emu i reszcie nie mówiłam o tym, jak to okropnie jest ostatnio z naszą miłością. W końcu lepiej się wygadać drugiej dziewczynie. Faceci nie rozumieją.
Właśnie, panicz Coward w międzyczasie przysyłał mi peryliard SMS-ów. Ale nie zamierzałam mu odpisywać. Powinien się o mnie martwić. Niech odpokutuje. W końcu był moim przyjacielem. Może jak trochę pomilczę, to w końcu zwróci na mnie uwagę? Bo ostatnio liczył się tylko on. Zaczynało mi to działać na nerwy. Już nawet mnie nie śmieszył. I to chyba było dość zrozumiałe.
- Andy i reszta jego zespołu są w domu?- spytała nowa przyjaciółka. Ocknęłam się. To gniewanie się na Carriego w myślach całkowicie mnie pochłaniało.
- Nie. Wyszli chyba na jakiś wywiad..- odparłam.- I dobrze. Będzie cały dom dla nas. Nikt nam się nie będzie plątać pod nogami.
- Wyjęłaś mi to z ust - zaśmiała się.
Jednak ja się zmartwiłam. Czy BVB już wyszło? Bo co jeśli nadal jest w domu?
,,Jebać to. Nie mogą nic do ciebie mieć. To twoja przyjaciółka, jesteś pełnoletnia. Pierdolić ich zasady.. Nie zrobią z ciebie odludka.. Bez powtórek!"
Przeszłyśmy ulicę i dotarłyśmy do domu. Brązowowłosa uśmiechnęła się.
- Wow, wygląda świetnie.. Jest idealny. Mogłabym mu pstryknąć fotkę?
Zdziwiłam się.
- Po co ci fotka domu? Przecież wygląda jak wszystkie na tej ulicy.. No, może jest troszkę większy, ale niczym się nie wyróżnia - stwierdziłam.
- Nie, nie.. On coś w sobie ma - zapewniała.- Bardzo chciałabym mieć jego zdjęcie. Lubię fotografować budynki. Mają swoją duszę..
- No.. Okej. Jeśli tak bardzo ci na tym zależy..- odpowiedziałam tylko, dlatego, że nie chciałam się pokłócić z tak głupiego powodu. Bo co za problem to dla mnie? Przecież to tylko zdjęcie! A jeśli uszczęśliwię tak fajną osobę, to na pewno nasze więzy zaczną się zacieśniać.
Przestałam marszczyć brwi i uspokoiłam się. Nic nie mogło mi zepsuć tego dnia.
- Zrób to zdjęcie - zachęcałam.
- Dzięki, jesteś super!
Uśmiechnęłam się szeroko. Lubiłam komplementy, dostawałam ich tak mało.
Już należałam do nowej.
Fotografka uklękła i przyłożyła aparat do oka. Kadrowała chwilę i w końcu zaczęła pstrykać. Co chwilę zmieniała miejsce, zdjęć było sporo.
- Po co ci aż tyle tych zdjęć?- dopytywałam.
- Chcę potem wybrać najlepsze. Pokażę ci jak wywołam.. Będą świetne!- zapewniała.
Skakała jeszcze trochę, aż przestała.
Podeszłyśmy do drzwi frontowych. Zawahałam się jeszcze na chwilę, ale zwalczyłam w sobie to uczucie.
,,Nie jesteś ich podwładną! Nie będą ci rozkazywać!"
Przekręciłam klamkę i weszłam do środka. Całe szczęście nie napotkałam śladów czyjejś obecności. Panowała głucha cisza, wszystko było nieuporządkowane. Czyli wychodzili w pośpiechu..
,,Teren czysty.."
- Okej. Cały dom będzie tylko nasz. Cieszysz się?- zwróciłam się do dziewczyny, ale ją gdzieś wcięło. Rozejrzałam się. Tym razem fotografowała salon.
- Po co ci zdjęcia salonu?- wyraziłam niepewność. To się zaczynało robić dziwne.
- A.. tak po prostu - rzuciła obojętnie, nie rozstając się z aparatem.
Coś mi tu nie pasowało.. Przyszła żeby spędzić ze mną dzień, a ciągle tylko robiła zdjęcia. Zdjęcia najzwyklejszych w świecie mebli. Tak, jakby nie miała niczego ciekawszego do fotografowania. Do tego wydawała się taka towarzyska, pytała mnie o moje życie, o BVB, o..
Chyba że..
,,Cholera."
Poczułam się oszukana. Naprawdę oszukana. I głupia. Mało nie zemdlałam.
A co podejrzewałam?
- Ty jesteś dziennikarką, prawda?- spytałam.
Dobiegł mnie parszywy chichot.
- No nareszcie się skapnęłaś. Już myślałam, że jesteś całkowitą idiotką - zaśmiała się ironicznie. To zabolało.- No trudno! A teraz pozwól mi dalej robić zdjęcia i zaraz mnie nie będzie!
Oburzyłam się.
- Ale przecież powiedziałaś mi, że jestem super! Że mnie lubisz! Naprawdę, wzięłam to na serio! Nie masz wstydu?!- podniosłam głos.
- A skąd! W tym fachu tak trzeba! Myślisz, że jesteś pierwsza?
Mój gniew wymieszany ze smutkiem wzrastał. Że ja się dałam tak oszukać!
- I naprawdę to wszystko były kłamstwa?!
Poczułam jak łzy napływały mi do oczu. Teraz jej śmiech, który wcześniej wydawał się słodki, był okrucieństwem.
- Tak, były. Ale teraz nie kłamię- jesteś idiotką! I beksą!
Chciałam się na nią rzucić i przez łzy ją zlać, ale uciekła do kuchni.
Nie mogłam zapanować nad szlochem. Nie mogłam go powstrzymać. Po prostu miałam wrażenie, że w życiu mi się nic nie udaje, a to wszystko przez moją naiwność.
Chciałam się wykrzyczeć, ale nie miałam czasu. Musiałam powstrzymać dziennikarkę.
Wpadłam do pomieszczenia i zaczęłam się zastanawiać, jak tu ją powstrzymać. Rozejrzałam się. ,,Nóż to chyba przesada.. Patelnia? Czy trzasnąć ją talerzem?"
W pośpiechu chwyciłam pierwszą lepszą rzecz. Okazał się nią wałek. Podeszłam do kobiety i zebrałam w sobie siły. Trzeba było zachować zimną krew.
Wycelowałam, ale okazało się, że przeciwniczka była całkiem sprytna i zadziałała, zanim ja zdążyłam chociażby się zamachnąć. Nie wiem, co to było, ale coś, co odczułam niemal jak dezodorant. A ,,to coś" wylądowało w moich oczach. Krzyknęłam, upuszczając ciężki przedmiot prosto na swoje stopy. Poczułam pulsowanie bólu i ogień pod powiekami.
- Kurwa!- wydarłam się.
,,Weź się w garść, ciamajdo!"
Słyszałam głośne kroki, które zdawały się cichnąć.
,,Błagam no, tylko nie na górę! Sally, kretynko, nie pozwól jej!"
Chciałam unieść powieki, ale natychmiast pożałowałam. Przyniosło to nieopisany cierpienie. No trudno, musiałam coś zrobić.. ,,Woda, woda!"
Po omacku trafiłam do zlewu i wodą przemyłam swoje oczy. Odetchnęłam z ulgą, gdy mogłam ujrzeć świat. Nadal piekło, ale przynajmniej nie oślepłam. W moim przypadku wtedy już do niczego bym się nie nadawała.
Zaczęłam nasłuchiwać. ,,Poszła na górę"- stwierdziłam. Szybko pobiegłam na wyższe piętro. Korytarz był pusty. Zaczęłam kolejno zaglądać do różnych pokoi. Ale za każdymi drzwiami kryło się rozczarowanie. Wkroczyłam do swojego lokum. Wszystko zdawało się porozwalane. Czyli tutaj już była. Chciałam sprawdzić w łazience, ale wtedy usłyszałam za sobą przekleństwa. Odwróciłam się. Dziewczyna pojawiła się tuż przy drzwiach pokoju Andy'ego. Przeraziłam się. Bo co jeśli go nie zamknął w pośpiechu? Co on tam ukrywa? Przecież sama nie miałam pewność, co się tam znajduje. Tym bardziej nie musiał się dowiedzieć cały świat.
- Kurwa, otwórz mi to, mała dziwko, jeśli już tu jesteś!- wrzasnęła w moją stronę dziennikarka.
- Chyba śnisz! Nie wejdziesz tam!- odkrzyknęłam, płonąc z gniewu. Włosy opadały mi teraz na twarz. Musiałam wyglądać teraz jak Samara Morgan, ale widocznie nie przerażałam. Już myślałam, jak tu odciągnąć kobietę, ale wykorzystała moją fryzurę. Chwyciła mnie za grzywkę i zaczęła tarmosić. Pisnęłam z bólu. Myślałam, że wyrwie mi wszystkie kudły. Trzeba było coś zdziałać, bo drugą ręką zaczynała majstrować. ,,Posuń się do najgorszego, tu idzie o honor. No dobra poza zabójstwem.."
Nie zastanawiając się więcej, kopnęłam dziewczynę w czułe miejsce. Zgięła się i puściła.
Ale ja nie miałam pojęcia, co jeszcze robić.
,,Zabierz jej aparat!"- podpowiadał rozum. A może Lynn?
Zbliżyłam dłoń do urządzenia. Moje palce już go dotknęły. Ale wtedy poczułam mocny cios i zwaliłam się na ziemię. Zamroczyło mnie.

Uniosłam powieki. Z początku nie miałam pojęcia, co się stało. Widziałam tylko ciemność i chyba czułam obecność Lynn.
,,Gdzie ja jestem, siostrzyczko?"- spytałam ją.
Nie odpowiedziała bezpośrednio, ale mój umysł podpowiedział:
,,Jesteś w zamknięciu.."
Wystraszyłam się. Oprzytomniałam i zaczęłam szukać wyjścia. Niestety nigdzie go nie napotkałam. Czułam, że coś jest nie tak. Delikatnie pchnęłam coś, co znajdywało się przede mną. Drgnęło, ale nie chciało otworzyć się całkowicie. Wyjrzałam za szczelinę.
Chyba znajdowałam się w holu na górze. Nie widziałam Cath, do tego panowała cisza. Chyba już uciekła, zamykając mnie w jakimś dziwnym miejscu, I miałam wrażenie, że jest to schowek na szczotki.
Z początku się wystraszyłam. Przyszły do mnie duszności, których nie wywołał stan zdrowia, a raczej panika. Miałam wrażenie, że zaraz umrę.
,,Uspokój się. Już raz dzisiaj zawaliłaś!"
Mimo to łzy pociekły po moich policzkach. Usiadłam na ziemi i się skuliłam.
Cholera..
I znów pokazałam jak naiwna i łatwowierna jestem i jak potrafię wszystko spieprzyć przez swoje dobre serduszko. A wszystko przez to, że po prostu chciałam się z kimś zaprzyjaźnić. I tutaj sprawdzała się jedna z klasycznych uwag, że nie ufa się obcym. I może nic złego by się nie stało, gdybym poznała Cath nieco bliżej. Może udałoby się wszystkiemu zapobiec? Może ona by mnie nawet polubiła? A ja już pierwszego dnia traktowałam ją jak siostrę.. Dałam plamę.
Chyba nie nadawałam się do kontaktów ze społecznością. Potrafiłam się odnaleźć tylko w grupie kompletnych dziwadeł. A w sumie ostatnio nawet oni mi nie wystarczali. Byłam jeszcze dziwniejsza.
Skuliłam się i ukryłam twarz między kolanami. Teraz chciałam tylko uciec. DO jakiegoś innego świata, któremu sprostam. Czy ja naprawdę byłam kosmitką?
Jedyne, co teraz słyszałam to wyzwiska i szloch w swojej głowie. W końcu rozryczałam się na dobre na głos. Szloch rozniósł się po całym domu, odbijając się od ścian. Tego potrzebowałam. Samotności. Gdybym była tu tylko jedna, to nikomu bym nie szkodziła. Byłam jak niebezpieczna broń, lepiej było mnie nie dotykać. Najlepiej, jakbym została w tym zamknięciu na zawsze i nikt mnie nie znalazł. Przy odrobinie szczęścia dołączyłabym do Lynn i wtedy już chyba nikomu bym nie przeszkadzała. Nikt i tak by po mnie nie płakał. Wszyscy mieli mnie gdzieś. A ja tak naprawdę sama też nic nie osiągnęłam. Moja samoocena spadła do zera.
Zrobiłam się cholernie nieszczęśliwa. Naprawdę chciałabym kogoś teraz przytulić i mu się wypłakać. Ale tak, by mnie zrozumiał i pocieszał. Nie mogłam na nic takiego liczyć.
Pogrążałam się w rozpaczy, gdy usłyszałam szczęk drzwi.
- Sally?!- rozległ się głos Jake'a.
,,O kurwa.. Tylko ich tu brakowało"- pomyślałam. Zaraz się na mnie wydrą i będzie jeszcze gorzej. Wtedy to chyba odejdę na zawsze lub się zabiję.
Starałam się powstrzymać łzy, ale w efekcie uroniłam ich jeszcze więcej. Cudem byłoby nie usłyszeć mojego donośnego płaczu.
,,Nie chcę ich tu.. Lynn, nie chcę by byli na mnie źli. Pomóż mi.."- błagałam siostrę.
- Sally!- wydarł się Jinxx.- Sally, jesteś tu?! Sally, co tu się działo?!
No tak.. Musiał panować niezły syf po naszej bójce. Ale co miałam robić? Przyznać się, czy siedzieć tu w nieskończoność? I tak mnie kiedyś znajdą..
Wzięłam głęboki oddech, jednocześnie niemal dusząc się łzami. Zagryzłam wargę. Podeszłam do drzwi i mocno w nie walnęłam.
- Tu jestem!- odkrzyknęłam najgłośniej jak w tej chwili mogłam.- Na górze!
Nie brzmiało to pewnie, ale usłyszałam kroki na schodach.
- Tak, jakbyś nie mogła się sama pofatygować! Absolutny brak kultury!
- Ale ja nie mogę się pofatygować.. Mam problem..
- Dziewczyno, ty w ogóle masz ze sobą jakiś problem!
To zabolało.. Poczułam się, jakby ktoś dźgnął mnie nożem. Nie byłam już taka pewna swej decyzji.
Jednak wszyscy byli już na górze.
- No i gdzie jesteś?! Nie chowaj się, do cholery! Już mamy dość tych twoich wygłupów!
Zastukałam w drzwi, po czym przełykając łzy, odpowiedziałam:
- Tutaj jestem.. Zaraz wyjaśnię..
- Co ty tam robisz?!- zdziwił się staruch.- Odbiło ci do reszty?
Po chwili drzwi się otworzyły. Przed sobą ujrzałam niemal czerwonego Fergusona, obok niego Pittsa krzyżującego ręce na piersi. Purdy wydawał się niezainteresowany, zresztą tak jak CC. A Andy stał daleko za nimi, zginając się w pół przy balustradzie schodów. Zmartwiłam się, ale nie było na to czasu. Teraz miałam przed sobą kłótnię, która zapowiadała się katastroficznie. Nie wiedziałam, czy obawiać się o własne życie.
- A teraz tłumacz się, no słucham!..
- To nie takie proste..- zaczęłam, odwracając wzrok.- Nie wiem, jak wam to powiedzieć..
- Ty nie wiesz?! Nie wiesz?! Opowiadaj mi tu zaraz, jak powstał ten burdel?! Znowu ściągnęłaś tu swojego kolegę?!
Mało nie wybuchnęłam po raz kolejny. Ale zdobyłam się na coś..
- To.. to było tak, że poznałam taką dziewczynę.. Ona wydawała się fajna i ją zaprosiłam..
- Zapraszasz obcych pod naszą nieobecność?!- aż podskoczył.- Ja pierdolę, kobieto.. I co, to wy narobiłyście tego bajzlu?!
- Nie.. To coś gorszego..- wydusiłam z siebie.
- Co jeszcze może być gorsze?!
- Wtedy ona okazała się..- przekrzyczałam go w końcu i załkałam. Mężczyzna poczerwieniał jeszcze bardziej. Nawet niezainteresowani odwrócili głowy w moją stronę. No ale musiałam to z siebie wydusić..- Zrobiła zdjęcia domu. To wszystko..
I odwróciłam się. Ale tym razem nikt nie zamierzał mnie oszczędzać. Facet złapał mnie za ramię i przyciągnął na siebie.
- To wszystko?! To wszystko?! Może dla ciebie i tak, głupia kretynko!- i przyłożył mi w twarz.
Krzyknęłam z bólu. Wyrwałam się z jego uścisku i runęłam na podłogę, szlochając głośniej niż kiedykolwiek.

*Andy*
Cholera, poczułem się naprawdę rozdarty.. Niby byłem zły na Sally, ale jednocześnie było mi jej żal. No bo czy mogła to wszystko przewidzieć? Do tego Jinxx tak nią poniewierał, jakby nie wiedział, że jest krucha. Ja unikałem jej ostatnio głównie po to, by jej nie skrzywdzić.. Najpewniej się nie domyślała. Więc czy teraz nie był dobry moment, by poświęcić własnej dziewczynie choć chwilkę uwagi?..
Postępowałem wbrew zasadom, ale ona tego potrzebowała.. Odezwała się we mnie stara empatia, cholera..
Ale nie pozwolę temu staremu piernikowi-skurwielowi nikogo poniżać, bić i krzywdzić.
Ruszyłem przed siebie, choć jeszcze przed chwilą skręcałem się z bólu, przez który sporo wywiadu się zmarnowało. Usprawiedliwiliśmy to jako śmieciowe żarcie.
Gdy dotarłem do mężczyzny chwyciłem go za kurtkę i mocno odepchnąłem na ścianę.
- Spierdalaj od niej, skurwielu.
Już chciał coś powiedzieć, ale mu przerwałem:
- I stul pysk. Chodź, Sall - powiedziałem, pomagając mojej drugiej połówce się podnieść. Usłyszałem za sobą jakiś szept, najpewniej groźbę. Potraktowałem ją środkowym palcem.
Objąłem uderzoną ramieniem i zacząłem prowadzić do jej sypialni. Gdy weszliśmy do pomieszczenia, zamknąłem za nami drzwi i poprosiłem najgrzeczniej jak umiałem:
- Może się połóż..
Choć raz postanowiłem się jakoś zachować. Rozumiałem..
Może dziewczyna i przyczyniła się do tego, że będziemy mieć kłopoty, ale nie powinniśmy jej aż tak tego wypominać. Nie mogła nic przewidzieć, do tego Jinxx potraktował ją gorzej niż mnie na co dzień. Skurwysyn. Ciekawe, co on by czuł na jej miejscu?
Poszkodowana upadła na materac i ukryła twarz w poduszce. Nie mogłem słuchać jej głośnego szlochu..
- Ej no, nie płacz.. Nic się nie stało..- powtarzałem, ale ona nie przestawała. Przytuliłem ją, co zmusiło mnie do dobrowolnego położenia się obok. No cóż.. Jej ciepło było całkiem przyjemne. Chyba jej się podobało, bo uścisnąłem ją mocniej. Wtuliła się we mnie i kontynuowała szlochanie. Pogładziłem ją po włosach.
- No już.. Spokojnie. Przecież to nie twoja wina..- uspokajałem. Ton mojego głosu wydawał się dziwny. Taki łagodny..
- Nie moja?!- krzyknęła nagle, zalewając się łzami.- Przecież to ja ją tu sprowadziłam.. Zrobiła zdjęcia całego domu. Pół świata je zobaczy! A ja chciałam dobrze..
- Nie mów tak. Wcale mnie nie obchodzi, co pomyśli świat. W naszym domu nie ma nic nadzwyczajnego..- jednak wypowiadając te słowa, czułem się bardzo niepewnie. Bo co jeśli suka zobaczyła mój pokój? Co prawda był zamknięty, ale kto wie? Paparazzi bywali przebiegli.
Rogers chyba czytała mi w myślach:
- Do twojego pokoju chyba nie wchodziła.. Przynajmniej tak myślę. Starałam się robić, co mogę.. Ale jestem taka beznadziejna i słaba..- po tych słowach znów załkała i praktycznie wysmarkała się w mój t-shirt. Cmoknąłem ją w czoło.
- Spokojnie.. Powtarzam: nic się nie stało. Nie zrobiłaś tego celowo.
- Ale co mam mówić, gdy wszyscy pozostali znów zaczną się czepiać? Jeśli Jinxx znów mnie uderzy? A co jeśli wywali mnie na zbity pysk?..
- Wtedy będzie miał ze mną do czynienia. Ja mu nie pozwolę. Sam mu wtedy przyłożę i to tak, że się nie pozbiera - stwierdziłem. Bo to była w sumie prawda. Zrobiłbym wszystko, by zniszczyć tego starego pryka. Dziwiłem się, że jeszcze tego nie zrobiłem. Może nie byłbym w stanie?
,,Dałbyś. Już wiele razy mu dokopałeś"- odezwał się głos w głowie.
,,Ale czy mógłbym go całkowicie zniszczyć? Zabić?.."
,,Jeśli nadal jesteś po mojej stronie, tak.."
Westchnąłem, starając się odgonić tę trudną kwestię na bok. Nie to teraz wydawało się istotne.
Nagle Sall ucichła.
- Andy?- zaczęła już bardziej opanowanym tonem.
- Tak?
- Kochasz mnie jeszcze?..- po tej kwestii coś we mnie jakby pękło. Po prostu jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności okazałem empatię. Smutek dziewczyny przeszył mnie całego. Aż zrobiło mi się zimno. Objąłem dziewczynę mocniej, próbując dać jej poczucie bezpieczeństwa.
,,Nie poznaję cię.."
,,To ostatni raz.."
- Oczywiście, że.. kocham cię - wydukałem w końcu. Faktycznie, sam siebie też nie poznawałem..
- To dlaczego się nie odzywasz i mnie unikasz?
- Jak się kogoś naprawdę kocha, nie potrzeba słów..
To chyba usatysfakcjonowało dziewczynę, bo po raz pierwszy od dawna na jej twarzy zagościł uśmiech. Odwzajemniłem go.
- Ja ciebie bardzo kocham - powiedziała moja partnerka. Pocałowaliśmy się.
,,No proszę, jakie mądrości życiowe! Co za poeta! I tak romantycznie, ojejciu! Słodkie jak gówno.."
,,Lynn.. Zamknij się choć na chwilę.. To w końcu twoja.."- nie zdążyłem dokończyć.
Wtedy zaatakowało mnie ostre ukłucie gdzieś w klatce piersiowej. Nagle poczułem też coś wilgotnego.. w nosie. Przyłożyłem rękę do jednej z dziurek. Na palcach zagościła rudoczerwona krew. Wzdrygnąłem się. Teraz z nosa?
,,Jeśli nie chcesz czegoś jeszcze gorszego, to na siebie uważaj!"- usłyszałem, a duch opuścił mój umysł.
Nie, nie chciałem więcej. Zasłoniłem twarz dłonią.
- Wiesz, Sally.. Chyba muszę skoczyć do łazienki..
- Ale..
Nie dałem dziewczynie skończyć, szybko pobiegłem do siebie. Może to było mało stosowane, ale pomidorowa lała mi się z nosa strumieniami.
Już sam nie wiedziałem, czy układ z Lynn był takim dobrym pomysłem..
 
*Sally*
,,Jak się kogoś naprawdę kocha, nie potrzeba słów.."- widocznie musiałam sobie zapamiętać te słowa. Bo związek z Andy'm do łatwych nie należał. Choć dziś zachował się cudownie. Dlatego wszystko mu wybaczyłam. Bo go kochałam.. A on kochał mnie.
 
***
Nareszcie po tygodniach jest TTW :') Cud jakiś. Jakoś czasu mi brakło na pisanie ostatnio. Ale teraz postaram się wyrabiać.
W następnym wchodzi nam nowa postać. Domyślacie się kto? ;) W sumie łatwe
No, nie mam pomysłu, co pisać.
Davida Groch na pocieszenie