*Sally*
Tuż przede mną. Tak blisko..
Czy ja kompletnie zwariowałam?
Czy to naprawdę Lynn?
Gapiłam się na postać, niczym zahipnotyzowana. Po prostu nie mogłam uwierzyć. Mój umysł był chyba zbyt prosty, by pojąć coś takiego. A zawsze uważałam, że nic mnie już nie zszokuje po tym, co widziałam. Wcześniej w to wierzyłam, marzyłam o tym. Ale gdy stało się naprawdę, odebrało mi mowę.
No bo czy to możliwe? Czy nie przesadzam? A może to strach płatał mi figle?
Ale to wszystko zdawało się zbyt realistyczne.. Siostra prezentowała się niemal identycznie, jak za życia. Poza tym, że zdawała się być bardziej przezroczysta..
Ale, kurwa, to nadal jedna i ta sama Lynn.. Jaka by nie była, to jednak moja siostra. Patrzyły na mnie jej oczy. Te same rysy, które miałam ja. Większa górna warga, duże oczy, cienkie brwi. Blada skóra i kontrastujące z nią włosy. I ten sam wyraz twarzy. Niespokojny i wymagający. Ale taki kochałam.. Taki zapamiętałam.
,,Lynn?.."- pytałam w myślach.
Cisza. Ale postać nie zniknęła. Tylko czemu jedynie ja ją widziałam? Carl i reszta kumpli nie reagowała. Czy postać ukazała się tylko dla mnie? Czy to dlatego, że mnie kochała? Może jednak zachowała jakieś wspomnienia ze mną związane?
Nie mogłam się napatrzeć. To było takie piękne i wzruszające. Zupełnie jak cień dawnej, beztroskiej przeszłości. Najchętniej rozpłakałabym się ze szczęścia. Tak bardzo mi jej brakowało.. Tego, jak nosiła mnie na rękach, naszych długich rozmów. Nawet jej sekretów. To była miłość bezwarunkowa, siostrzana. Więź. Wiedziałam, że nikt nigdy jej tak nie kochał. Rodzice jej nie rozumieli. Pozostawała jej mała dziewczynka, która po prostu ofiarowała jej swoje serduszko. Może i była naiwna, ale szczera i wierna.
Chciałabym rzucić się w jej ramiona, płacząc. Ale coś mnie blokowało. Coś niepokoiło. Jednocześnie się radowałam, ale także bałam. Ale to chyba normalne, że miałam wątpliwości? Bo czy ona nadal mnie potrzebowała? A może naruszyliśmy jej spokój i wróciła, by się zemścić? Teraz wszystko zdawało się możliwe.
Mimo wszystko wyciągnęłam rękę. Jeśli się zorientują, to trudno. Nie mogłam powstrzymać ciekawości.
Ale wtedy dziewczyna zniknęła. Zupełnie jak mgła. Nie pozostał po niej żaden ślad. Zaniepokoiłam się. Czyżbym zmarnowała szansę?
Ale gdzieś w swojej podświadomości usłyszałam słowa ,,wrócę".
Przeszył mnie chłód.
,,Cholera, czy ja wariuję, czy to sen?"
*Andy*
Lynn zniknęła. Ale zanim tak się stało.. przeżyłem najdziwniejsze kilka minut swojego życia. I najbardziej nieswoich, trzymających w napięciu, dziwacznych. Nigdy się tak nie bałem. I sam się sobie nie dziwiłem. Przecież czekałem na to latami..
Bo czy to naprawdę się wydarzyło? Czy to ta sama Lynn? Czy to moja królowa? Ta jedyna, taka inteligentna?
I ten jej wygląda.. Naprawdę mnie przerażał, pierwszy raz się tak poczułem. Bo teraz ta urocza dziewczyna, która na co dzień wyglądała dość przeciętnie, przypominała Sally, teraz wyglądem pokazała duszę. Pobladła, jej oczy.. Nie miała tęczówek ani źrenic. Zupełnie, jakby zachorowała na zaćmę. Ta mgła w spojrzeniu sprawiała, że chłód przechodził przez całego mnie. Próbowałem nawet odwrócić wzrok, ale nie mogłem pokazać, jaki tchórzliwy jestem. Bo jeśli to ten znak? Czy to znak, bym pokazał, na co mnie stać? Wszystko bym zaprzepaścił. Więc patrzyłem, mimo ludzkiego przerażenia.
Co jeszcze wprawiało mnie w osłupienie? Na przykład uśmiech. Nie wyglądał jak zwyczajny uśmiech. Bardziej jak tik nerwowy. Właściwie całym duchem wstrząsały takie jakby drgawki. Naprawdę się wystraszyłem.
,,To ty"- usłyszałem w umyśle.- ,,Ty. To ty"
Jej głos.. To był jej głos.. Niezwykle zniekształcony, ale należał do niej. Bardziej przypominał szmer i to od tyłu. Ale zrozumiałem.
,,Nie.. To ty.."- odpowiedziałem. W odpowiedzi parsknęła czymś w stylu potwornego śmiechu.
Ale więcej się nie odezwała. Potem jedynie zniknęła.
Zrobiło mi się niedobrze. Strach wstrząsnął moim ciałem, żołądek podchodził mi do gardła. Pomyślałem, że zaraz się porzygam.
Niespotykany stan jak na mnie. Sam byłem zaskoczony. A niby taki ze mnie twardziel..
Ale co teraz? Jak będzie wyglądało moje życie? Czy się po tym otrząsnę? A może to oznaka, że jestem gotowy? Sam nie wiedziałem, pytania kłębiły się w mojej głowie. Bo niby na to wszystko czekałem, ale nie brałem tego na poważnie Teraz wszystko runęło i przybrało realny wymiar.
- Wiecie.. Jestem zmęczony. Idę się położyć!- oznajmiłem.
Sally spojrzała na mnie zdziwiona swymi oczami, które przypominały te dawne Lynn. Kurwa, czemu odebrano jej te piękne zielono-niebieskie gałki? Niby tylko śmiertelnicy miłowali takie szczegóły, ale mi ich brakowało.
Nie mogłem patrzeć, zamknąłem oczy. Oddychałem płytko, a serce waliło mi młotem.
- Wszystko w porządku?- spytała dziewczyna drżącym głosem, jakby coś w sobie dusiła.
- Nie przejmuj się nim, Sallem! Po prostu tchórzy!- wyśmiewał mnie Carl.
Miałem ochotę mu wpierdolić. Jakby zobaczył ducha, to najpewniej by się zesrał. Ale teraz wolałem nie zaprzątać sobie nim umysłu. Chciałem pobyć w samotności, o ile to okaże się możliwe. W moim przypadku wątpliwie.
Wyminąłem dostającego głupawki chuja i skierowałem się po schodach na górę. ,,Nie tym razem, pedale.."
Zamknąłem drzwi swojego pokoju.
Usiadłem na podłodze i kilka minut siedziałem w ciszy, wgapiając się w okno naprzeciwko, zbyt szokowany, by coś zrobić. Pod powiekami nadal widziałem dziwną postać. Wiedziałem, że już nigdy nie będę w stanie zapomnieć. Te drgawki, tiki, psychopatyczny wyraz twarzy. Bardziej jak potwór. I o co jej chodziło z tym ,,to ty"?
Za dużo tego.. Potrzebowałem czegoś.. Czegoś ludzkiego.
Udałem się do łazienki, chcąc nalać sobie gorącej wody. Może coś tak banalnego by mnie odprężyło? Wziąłem ze sobą także komiks o Batmanie. Kiedyś to robiłem, miałem nadzieję, że poskutkuje.. Czy ja w ogóle jeszcze pamiętam, jak to jest być zwyczajnym i szczęśliwym?
Ale nawet to nie było mi teraz dane.
Gdy popatrzyłem się w lustro, ona...
Stała tam.
Uciekłem z łazienki, kuląc się jak wystraszone dziecko. Rzuciłem się pod kołdrę i przykryłem głowę poduszką. Zacząłem szlochać, co było do mnie niepodobne.
,,Co teraz? Czy ja naprawdę tego chcę?"
Jako odpowiedź, dostałem skurczu w klatce piersiowej.
,,Tak, chciałem.."- rzuciłem tylko po to, by ból ustał. Potem cały czas się przewalałem, nie mogąc zasnąć. A kiedy mi się udało, dręczyły mnie koszmary.
My w kółku, tabliczka, a potem biała, drgająca postać z mgłą zamiast oczu i uśmiechem osoby niezrównoważonej psychicznie.. Jej obraz ciągle trwał w każdym zakamarku.. Zakamarku duszy.
***
Minęło kilka dni.
Czułam, że cały czas nade mną czuwa. Czyżby postanowiła się mną zaopiekować? Jeśli to prawda, to jestem jej bardzo wdzięczna. Niczego więcej nie chciałam.
Nie mogłam jej co prawda dostrzec, ale czułam jej obecność. Przechodził mnie dreszcz, tak jakby od dotyku czyjejś lodowatej dłoni. Ale to nie zdawało się teraz tak nieprzyjemne jak na początku. Przywykłam. Właściwie to wszystko zdawało się tak przyjemne jak kiedyś. Zupełnie, jakby mój siostra ożyła. Jakbym miała prawdziwą rodzinę. W sumie stałam się szczęśliwsza..
Nigdy bym nie pomyślała, że życie z duchem na karku będzie przyjemne. Właściwie to nawet nie miałam teraz złe Carlowi tej całej zabawy. W sumie dzięki niemu wszystko się ułożyło. Bo czego mogłam chcieć więcej- miałam moją kochaną siostrzyczkę, przyjaciół i chłopaka. Całkiem ja typowa dziewczyna. No.. może nie aż tak typowo. Pomijając istotę paranormalną, była jeszcze jedna rzecz, która nie dawała mi spokoju- Andy. Ostatnio zachowywał się tak.. dziwnie, po prostu dziwnie. Jeszcze dziwniej niż przedtem. I nie dał do siebie dotrzeć. Wydawał się jakiś taki nieobecny. Mało się odzywał, ciągle siedział w swoim pokoju. Praktycznie nie wychodził na dwór. Od wszystkich się odgrodził. Nawet się nie wyżywał, co szczególnie nas dziwiło. To jego można było wziąć za ducha. Do tego wyglądał równie źle. Co prawda minęło tylko kilka dni, ale ja miałam wrażenie, że wychudł. Jego skóra robiła wrażenie przezroczystej i suchej. Cienie pod oczami wskazywały na niewyspanie. Wręcz byłam pewna, że ma jakieś zmartwienie, problem. Ale co to mogło być? To się zaczęło od wizyty Carly'ego. Czyżby znowu zazdrość?
Chciałam z nim porozmawiać. Czyżby zwykła emocja aż tak mu szkodziła? Trudno było mi w to uwierzyć.
Ubrałam się pospiesznie i zeszłam na dół. Tak przy okazji- dzisiaj była środa, więc musiałam się streszczać. W końcu ja musiałam udać się na koncert Train To Wonderland, a mój partner szedł na siłownię (w co teraz naprawdę wątpiłam. Nie wykluczałam, że poruszę także ten temat).
Zeszłam po schodach na dół. Najpierw zajrzałam do salonu, a następnie do innych pomieszczeń. Niestety nic nie wskazywało na to, że Biersack się pofatygował. W końcu dotarłam do kuchni, gdzie reszta zespołu spożywała śniadanie. Przysiadłam się obok i nasypałam sobie płatków do miski. Właściwie było już dość późno, więc się zaniepokoiłam.
- Co z Andy'm?- spytałam w końcu.
- Nie wiemy. Jeszcze nie schodził. Pewnie siedzi w swoim pokoju - odparł Ashley.
- Zachowuje się cholernie dziwnie. Martwię się o niego - przyznałam.
- To fakt. Zachowuje się jak wariat, jakby świrował. Coś na pewno mu dokucza, ale raczej nie uda nam się tego wycisnąć - denerwował się Jinxx.- Trzeba podjąć bardziej zdecydowane metody!
- Jakie?- zaniepokoiłam się. Wiedziałam, że ten facet chce ukarać mojego chłopaka i dlatego się obawiałam. To był istny psychopata..
- Nieważne - odparł po chwili ciszy, wymigując się. Westchnęłam.
- No trudno.. Najwyżej znów pójdę do Carla. Może popatrzę na przygotowania do koncertu..- wzruszyłam ramionami. Zabrałam się do kończenia jedzenia, a gdy już je pochłonęłam, wróciłam do swojego pokoju po ciuchy na zmianę. W końcu nie mogłam iść na rockowe show w zwykłej bluzie i dresowych spodniach..
Otworzyłam szafę. Po namyśle wyciągnęłam z niej podarte rurki i obcisły top, na którym czarnym mazakiem nabazgrałam nazwę zespołu. Na nogi przywdziałam zwykłe ciemne trampki, jako dodatki wybrałam pasek z ćwiekami i bandanę na rękę. Nie zawracałam sobie głowy makijażem, bo wiedziałam, że Carrie z przyjemnością się nim zajmie. Eh, czemu Andy nie mógł być taki towarzyski i przyjacielski? Byłoby nam łatwiej. Tymczasem ja darzyłam go miłością, a nie otrzymywałam kompletnie nic w zamian. Nawet jakiś zwyczajnych gestów.. Czasami mnie to dołowało, normalna dziewczyna już dawno rzuciłaby kogoś takiego. Ale mi było go żal.. I właściwie to coś do niego czułam. Przywiązałam się do niego, w końcu czasami bywał całkiem miły. ,,Po burzy zawsze wychodzi słońce", jak to mówią.
Odpuściłam sobie te przemyślenia. Pochwyciłam torbę i telefon. Wychodząc wyjęłam z kieszeni słuchawki i puściłam sobie nagranie TTW, które zarejestrowałam ostatnio na próbie. Cicho sobie podśpiewywałam, zdążyłam się już nauczyć tekstów. Właściwie to piosenek było tylko pięć, ale wpadły mi w ucho. Nie mogłam się uwolnić od tego brzmienia. Miałam pewność, że show mnie nie rozczaruje. Zobaczyć jednego wieczoru dwie najlepsze kapele na świecie- jakie ja mam szczęście!
Przebyłam odpowiedni dystans i zapukałam do drzwi rezydencji Cowardów. Czekałam dłużej niż zwykle. Dziwne. Zapukałam jeszcze raz. Znów musiałam stać, ale w końcu na dole zjawiła się Alice. Nie wyglądała na zadowoloną z powodu występu. I czemu nasz radża nie otworzył?
- Coś się stało?- zmartwiłam się.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech i powachlowała się dłonią.
- Nie jest dobrze..- wydusiła z siebie w końcu. Uniosłam brwi w pytającym geście.- Chodź, zaraz zobaczysz, o co mi chodzi..
*Andy*
- Andy! Andy, do cholery! Już późno, obudź się w końcu!- byłem zmuszony się obudzić przez czyjeś wrzaski. Przetarłem oczy brzegiem dłoni i się ocknąłem. Podniosłem się do pozycji siedzącej. Z początku nic nie kojarzyłem, dlaczego jestem na podłodze, a kołdra znajduje się po przeciwnej części pokoju, ale potem pamięć wróciła. A wraz z nią przerażający obraz drgającego ducha w lustrze. Tej chodzącej pustki.. Wzdrygnąłem się na to wspomnienie.
Pierwszy raz w życiu się tak bałem. Bałem się osoby, którą kochałem najbardziej na świecie.. Chyba. Bo czy to była ta sama osoba, co kiedyś? Traciłem nadzieję. I nie wiedziałem, czy chcę się z nią bratać.. Czy w ogóle lepiej byłoby o tym wszystkich zapomnieć.
Poczułem ukłucie w klatce piersiowej i splunąłem krwią.
,,Nie, kochasz ją! Kochasz, kochasz, kochasz! Słabeuszu!"- krzyczałem do samego siebie, by zatrzymać ból. W końcu ustał, a ja przetarłem usta kawałkiem pościeli.
- Andy, wyłaź!- znowu ten wrzask.
- Już, kurwa, idę!- odwarknąłem. Ja tutaj cierpię i przechodzę załamanie nerwowe, stoję na rozstaniu dróg, a oni się do mnie dobijają!
Podniosłem się chwiejnie na nogi i otworzyłem drzwi. Potem bezzwłocznie je zatrzasnąłem. Lynn mogła mnie nieco przerażać, ale na pewno nie wyjawiłbym swego sekretu. Bez względu na wszystko byłbym stracony.
- Co jest, do kurwy nędzy?..- spytałem, przecierając oczy.
- Dobra przyznaj się - zaczął protekcjonalnym tonem - co się z tobą dzieje? Czemu nie wychodzisz z pokoju?
Tego się właśnie spodziewałem.
- Nie twój zasrany interes!- syknąłem, wyminąłem go i zacząłem się kierować schodami na dół. W przejściu potrąciłem tego nędznego perkusistę, a zaraz za nim Asha, ale mnie to nie obchodziło. Popatrzyli na mnie pytająco, ale ja jedynie prychnąłem. Nie miałem nastroju na rozmowy. Właściwie nigdy go nie miałem, ale teraz szczególnie. Mój umysł potrzebował teraz spokoju. Musiałem skoncentrować się na tym, co teraz najważniejsze: przestać być tchórzliwą ciotą. Moim obowiązkiem była przecież pomoc duchowi. Nawet jeśli sprawiał, że gacie barwiły mi się na żółto i odchodziłem od zmysłów. Oczywiście nadal cały drżałem. Dlatego też unikałem innych- by zwalczyć to wszystko w samotności. Nie potrzebowałem kazań i natręctw. Potrzebowałem chwili do namysłu.
- Andy!- denerwował się ,,mamuś".- Andy!
- Co, kurwa?!- krzyknąłem w końcu. Odwróciłem się na dole schodów. Twarz mężczyzny przybrała czerwony odcień. Prychnąłem z rozbawienia. Miałem nadzieję, że reszta nauk Lynn również wróci mi do głowy tak jak teraz. A może to był tylko mój charakter? Jeśli tak, to jednak zachowywałem się normalnie..
Reszta wypowiedzi jedynie doprawiała moje uczucia:
- Czemu ciągle tylko siedzisz na górze?! Wszyscy się martwią.. Nie obchodzi cię to - już miałem odpowiedzieć ,,nie", ale dodał:- Nawet Sally?
Cholera. I tu mnie miał. Mój słaby punkt.
Całkowicie o niej zapomniałem.. Na pewno się martwiła, ale.. Ja.. Ja miałem teraz inne zmartwienia. Nagle wszystko znów się popieprzyło. Kiedy już myślałem, że rzeczy wracają do normalnego stanu.
Miałem świadomość, że teraz nie wymiotę sobie dziewczyny z głowy. Szczerze to nawet chciałem z nią porozmawiać. Ale..
Kurwa, musiałem coś palnąć, bo zaczną węszyć. Zwłaszcza, że dziś była chyba środa..
,,Kurwa, tylko tego mi brakowało.."
- Mam problemy ze snem.. Po prostu chciałem odespać - przyznałem.
Oczywiście nawet ta odpowiedź okazała się z mojej strony samobójstwem.
- Wiesz, że bezsenność to jeden z objawów schizofrenii i depresji? Powinieneś wcześniej nam powiedzieć. Może udałoby się temu zaradzić. Kto wie, jak źle już z tobą jest?- miałem ochotę mu przyłożyć. Ja mu mówiłem o swoich problemach, a on od razu brał mnie za wariata! I się dziwił, że nie szukałem drogi porozumienia..
- Bredzisz, skurwielu - syknąłem.- Ty byś się lepiej też kimnął.
- Cóż.. zobaczymy.. I tak idziesz dziś na sesję. No właśnie, ubieraj się. Już niedługo!- ponaglał.
KURWA.
Wyminąłem go i ponownie udałem się do pokoju, tym razem w celu przebrania się. Albo ukrycia się. Jedyne, co przychodziło mi teraz do głowy to ,,spać"..
*Sally*
O co mogło im chodzić? Co mogło iść źle? Przecież trenowali dzień i noc, byli przygotowani.. Chyba że chodziło o coś zupełnie innego. Coś poważniejszego. Bo co jeśli Carriemu lub Robbiemu się coś przytrafiło? Co jeśli był jakiś wypadek?
W mojej głowie zaczęły kiełkować najróżniejsze scenariusze. ,,Dziękuję, kochany umyśle.."
- Naprawdę jest aż tak źle?- wypytywałam.
- Moim zdaniem krytycznie.- ,,Czy oni poumierali?.."- Ale patrz - odparła, gdy dotarłyśmy do pokoju ,,panicza". Stanęłam przed drzwiami, a w momencie największego napięcia dziewczyna je pchnęła. Wkroczyłam do środka.
Nie zauważyłam nic nadzwyczajnego. Robbie obracał pałeczki w palcach, siedząc na średniowiecznej kanapie. Natomiast Carl zajmował miejsce na łóżku, tuląc swe kochane poduszki. Tylko po cholerę mu szalik w taki ciepły dzień?
- Dobra, na czym w końcu polega ta katastrofa?- spytałam.
Najbardziej zdziwiło mnie, że to nie nasz ,,radża" udzielił odpowiedzi. Przecież to on zwykle przejmował pałeczkę, nie dając innym dojść do głosu.. Tymczasem teraz nawet nie próbował. Gdzie jego wyniosłość i przerośnięte go? Zachowywał się za mało bezczelnie jak na siebie..
Już wiedziałam, że to o niego chodzi.
- To istna katastrofa.. Akurat dzisiaj ten debil musi tracić głos!- oburzyła się dziewczyna.
Zamarłam. No tego, to ja się nie spodziewałam.
- A mówiłem mu, że kąpanie się w basenie na dworze w środku nocy, to nie jest dobry pomysł!- dodał Robb.- Tak, jakby nie mógł tego zrobić następnej nocy! Trzeba mieć zerowe IQ!
- A jak ja miałem to przewidzieć?! Może jestem cudowny i błyskotliwy, ale nie jestem proro..- w tym miejscu się zaciął i zakaszlał. Wyglądał, jakby miał się udusić.
Cholera.. Stracić głos tuż przed pierwszym występem przed publicznością w życiu.. Nie spodziewałam się, że to akurat moich przyjaciół spotka taki pech. I to przed występem jako suport Fit For Rivals. Najpewniej występ trzeba będzie odwołać, a ja nie zobaczę w akcji ani jednej kapeli ani drugiej. I nici z dobrej zabawy dla każdej ze stron.
- To co teraz robicie?..
- Nie wiem. Zaczekamy do wieczora, może uda mu się jakoś wykurować. I tak już mu się trochę poprawiło.
- Tymczasem wybaczcie, musicie się obyć bez moich cudownych wypowie..- znów ten kaszel, no prawie jak Andy.
- Siedź cicho i pij herbatkę, kocie - kazałam mu. Pierwszy raz posłuchał. Miałam świadomość jak ważny jest dla niego ten koncert. To mógł być jego fenomen, miał możliwość wybicia się. Tymczasem przez głupie gardło został uziemiony. Przynajmniej na razie. Miałam nadzieję, że mu się polepszy. Choć tak naprawdę nie miałam pojęcia, jakim cudem.
A niby wszystko wina kąpieli w środku nocy na dworze. Takie rzeczy to tylko Carl.. I pierwszy raz dostał nauczkę.
*Andy*
- Ashley..- powtarzałem całą drogę.
- Przegiąłeś pałę, tym razem się nie wymigasz!- denerwował się chłopak i dalej mnie ignorował.
,,Kurwa."
Nie dość, że byłem niewyspany, to jeszcze nie mogłem przestać myśleć. Niestety nic nie wydedukowałem przez swoje zmęczenie. Wpadłem w błędne koło.
I do tego nie mogłem liczyć na pomoc tego kutasa.. Może i przegiąłem pałę, ale.. Ale ten chuj nie miał za grosz współczucia.
Tymczasem niestety zajechaliśmy. Już bym chyba wolał wypadek samochodowy.. Choć nie, wtedy trafiłbym do szpitala, a tam by się mną zajęli i miło by nie było. I na pewno zmusiliby mnie w końcu do tego rentgena.
,,Drugie kurwa.. Nie ma ucieczki"
Samochód się zatrzymał. Spojrzałem na złowieszczy budynek. Najchętniej wymazałbym go z pamięci, ale po roku oglądania go w każdą jebaną środę, ten obraz na dobre zakorzenił się w mojej pamięci. A jeszcze bardziej tej jebanej baby. A wszystko zaczęło się od tego zboczeńca Sykesa.. ,,Jebany chuj..". Możliwe, że gdyby nie on, to jakoś bym się uspokoił i wszystko byłoby dobrze.
Niestety teraz miałem świadomość, że dla moich ,,przyjaciół" nigdy nie będę wystarczająco dobry.
Zacisnąłem pięści. Czułem się jak dzieciak. Odstawiają mnie autem do jakiejś nauczycielki (a przynajmniej z wyglądu i zachowania), pilnują żebym trafił do sali, nie zgadzają się, bym zrezygnował, bo w przeciwnym razie mi grożą i do tego bulą za to wszystko kasę. I jeszcze mnie oceniają, mają czelność to robić! Szczyt skurwysyństwa..
I ta rutyna powtórzyła się po raz kolejny. Że ja się tak dawałem.. Gdybym miał siłę i ni ebył taki beznadziejny, skopałbym wszystkich i uciekł do swojej kryjówki. Ale Ashley szedł za mną jak cień. I tym razem nie zaobserwowałem u niego skruchy jak ostatnio. Wyglądał na zdeterminowanego i wściekłego. Wiedziałem, że już nie uda mi się go złamać. Możliwe, że nigdy.
Szedłem po schodach, jak jakiś grzeczny dzieciak. I czułem się tak jak kiedyś, zanim pojawiła się Sally. Poczułem się.. wolny (w pewnym sensie). W każdym razie wiedziałem, że mogę sobie pozwolić na chamstwo. Nie przejmowałem się zdaniem innych, robiłem na przekór. A nawet Lynn już mnie tak nie przerażała. Chyba się przyzwyczajałem.. Potrzebowałem tylko czasu. Kilka godzin spokoju nieco uspokoiło moje nerwy. Ale chwilami nadal coś mnie blokowało przed dążeniem do celu. Lub ktoś. Ale..
Cholera, wszystko mi się poplątało. Tylko rzeczywistość mogła mnie teraz uratować.
Dotarliśmy pod właściwie drzwi. Purdy zapukał. Po chwili otworzyła nam. Ona. Pani psychiatra.
Wlepiła we mnie swoje zezowate oczy. Oczywiście musiała patrzeć w górę, była niższa od nas obu. No postrach po prostu! Kościsty karzeł i orlim nosem. Do tego miała siwe włosy zebrane w nienaganny kok i niesamowicie stary różowy sweter. Ona się wzięła chyba z poprzedniej epoki.
Spojrzała na mnie protekcjonalne, co jednak w ogóle na mnie nie wpływało. Pewnie myślała, że to strach odbiera mi mowę. Prawda była raczej taka, że zastanawiałem się, jak tu zwiać.
- Wejdź, Andrew - i ten ton, z którym wypowiadała moje pełne imię. Nauczycielka.
Nie miałem ochoty więcej tak sterczeć obok Asha, więc po prostu minąłem kobietę (potrącając ją złośliwie) i stanąłem w gabinecie. Wyglądał bardziej jak gabinet dentystyczny. Przynajmniej wiertła nie były w użyciu. Inaczej miałbym przechlapane.
Dwójka coś między sobą szeptała. Ja w tym czasie zapaliłem papierosa.
,,Wytrzymasz, to tylko godzinka.."- powtarzałem w myślach, by nie zwariować. W końcu jednak ,,kumpel" sobie poszedł, a ja zostałem sam z tym monstrum. Za pierwszym razem chciała, bym się położył na kozetce.. Nigdy jej nie posłuchałem. Tym razem usadowiłem się na parapecie, gapiąc się za okno. Czułem się trochę jak w więzieniu. Za oknem tętniło życie, a ja siedziałem zamknięty i pilnowany.
Babka usiadła za biurkiem.
- Dobrze, Andrew.. Jak zwykle zapytam cię: czy chciałbyś ze mną porozmawiać o czymś konkretnym? Może masz jakiś problem?
,,Oczywiście, kurwa, że mam. Ciebie."
Planowałem milczeć i wzruszyć ramionami, ale w ostatniej chwili się zawahałem. Może by poznać trochę ludzkich opinii?
- Czy wierzy pani w duchy?
Kobieta się zdziwiła.
- Skąd takie pytanie?
- Z dupy.
Zaśmiałem się w duchu. Oczywiście potem kobieta postanowiła odpowiedzieć:
- Nie wierzę, jeśli naprawdę chcesz wiedzieć. Nie uznaję istnienia tego szatańskiego kultu - ,,No to byś się, kurwa, zdziwiła!"- Uważam, że wszystko da się jakoś wyjaśnić. A osoba, która jednak twierdzi, że widziała ducha, ma najpewniej poważne problemy z psychiką..
I już miałem ochotę jej przyłożyć. Ale postanowiłem z nią poobcować. Tak dla zabicia czasu.
- Schizofrenia?
- Dokładnie. Ale chyba wiem, czemu pytasz.. Też masz jej objawy, wiesz o tym.
Kurwa.. No niby wiedziałem i czasami się zastanawiałem, czy to wszystko to nie wytwór wyobraźni, ale innym razem byłem na 100% pewny, że to się dzieje naprawdę.
Pogubiłem się.
- Dlatego się tym zajmijmy.. Dzisiaj..
,,Zegarze, tykaj szybciej.. Albo spadnij na głowę tego babska.."
***
*Sally*
- I jak się czujesz?- spytałam Carla podając mu kolejną herbatę z miodem, a także jakąś pigułkę.- Bo powinniśmy się zbierać.
- Oczywiście jeśli źle się czujesz, odwołamy. Zdrowie najważniejsze - dodała Alice. Jednak chłopak pokręcił głową oburzony.
- Nie ma mowy o odwołaniu! Wystąpimy i tyle!- powiedział stanowczo. Widziałam determinację w jego oczach.
- Ale jak się czujesz?- wypytywała dziewczyna.
- Już lepiej. Zaraz mi przejdzie - zapewniał, choć jego głos brzmiał dziwnie, inaczej niż zwykle. Wydawał się też jeszcze bledszy niż na początku. I zastanawiałam się, czemu nie mówi w swój typowy, wyniosły sposób. Domyślałam się, że po prostu nie ma siły.
Teraz prezentował się prawie tak żałośnie jak Andy. Do tego wyglądał podobnie- miał rozczochrane włosy, nadal siedział w piżamie, a pod jego oczami rysowały się wory. Naprawdę się o niego martwiłam. Szczerze to chyba nawet wolałam, by został w domu.. Ale wtedy by strzelił focha (może i pięciominutowego, ale i tak nie cierpiałam, gdy się obrażał). Więc co innego mi pozostało? Siedziałam cicho.
- Dobra.. Ja idę zapakować sprzęt, a wy się szykujcie - oznajmił Robbie.
Carrie podniósł się, widziałam, że najchętniej leżałby w łóżku wśród swoich maskotek i poduszek. Ale się nie odzywałam.
Chłopak i dziewczyna wzięli kosmetyki i zaczęli robić sobie makijaż i fryzury. Nawet zza czarnych kresek i zasłaniającej pół twarzy grzywki można było dostrzec zmęczenie. Chory udał się do łazienki, a po chwili wrócił ubrany. Zeszliśmy na dół.
To wszystko wydawało się takie dziwne.. Cisza, milczenie i brak entuzjazmu. To nie tak miało wyglądać..
- Powodzenia, syneczku!- pani Coward chciała przytulić syna, ale on jej przeszkodził. Zaniepokoiła się wyraźnie, ale minęliśmy ją zbyt szybko, by mogła to jakoś skomentować.
Wsiedliśmy do furgonetki i zaczęliśmy jechać. Czekała nas niedługa droga, ale nie mogłam znieść tej atmosfery. Założyłam słuchawki i puściłam sobie Train To Wonderland sprzed kilku dni- można powiedzieć, że z czasów świetności. Marzyłam, by usłyszeć te brzmienie. Wiedziałam jednak, że bez radości ich muzyka zabrzmi płasko i nudno. I bez przezabawnego wokalisty..
Weszliśmy za kulisy. Fit For Rivals jeszcze nie dojechało, szczerze to poczułam ulgę. Nie tylko dlatego, że entuzjazmowałam się jak dzieciak, ale dlatego, że moi kumple mieli jeszcze czas wszystko przećwiczyć i upewnić się, czy to na pewno ma sens.
- I jak?- spytałam Carla.
- Nie wiem.. zaraz zobaczę - jego głos brzmiał jeszcze słabiej.
Próbował krzyczeć, ale gwałtownie przestał i zaczął kasłać. Nie prezentowało się to najlepiej.
- Kurza stopka!- krzyknął.
- Aż tak źle?
- To istna katastrofa!- po tych słowach ukrył twarz w dłoniach.
Objęłam go pocieszająco.
- Przykro mi, naprawdę..- powiedziałam.
- Nie no, nie mogę zawalić - i zabrał się do kolejnych bezsensownych prób, choć to wszystko i tak było skazane na porażkę. Nie chciałam by się tak męczył..- Mamy jeszcze czas.. Może stanie się cud?..
Ale cud się nie stał, za to czas uciekał coraz szybciej..
- Carl, trzeba już wchodzić. Na pewno chcesz wystąpić?- spytała Alice, praktycznie płacząc.
Carl znowu stracił głos. Teraz to już naprawdę nie mógł krzyczeć. Ledwie wymawiał podstawowe słowa.
- Ja.. ja..
- Kocie! Nie możesz w tym stanie wystąpić! To nie jest zwykły kłaczek!- zdenerwowałam się.
- Ona ma rację - poparła mnie basistka.- No niestety.. Wystąpimy kiedy indziej..
- Nie!- przerwał jej chłopak.- Mam pomysł!
Spojrzałyśmy po sobie niepewne. Co w takiej sytuacji można jeszcze zrobić?
- Sally..- zwrócił się do mnie. ,,Ale czemu ja? Kocie, co ja mogę dla ciebie jeszcze zrobić?"- Sallem.. Musisz mnie zastąpić!
- CO?!- krzyknęłam.
Jak ja do cholery miałam go zastąpić?! Nie umiałam śpiewać, wstydziłam się, nie miałam żadnego doświadczenia.. Nigdy nie myślałam o zajęciu się muzyką. Więc czemu niby miałabym teraz zastąpić wokalistę tak zajebistego zespołu?!..
Nie wierzyłam w to, co słyszę.
- To żart?- spytałam.
- Nie.. Ale nie bój się. Po prostu musimy wystąpić, inaczej FFR się na nas obrażą..- to mnie nadal nie przekonywało, chociaż kochałam zespół.
- Nie no.. Nie mogę tego zrobić, Carrie.. Wszystko spieprzę!
Złapałam się za głowę i zaczęłam chodzić w kółko.
- Sallem, błagam! Znasz teksty, melodie.. Zrezygnujemy z krzyczanych partii. Będziemy tam z tobą..
- Nie, nie mogę..- powtarzałam w kółko.
- Sallem.. Złamiesz mi serce, jeśli tego nie zrobisz. I dobrze o tym wiesz..- ,,Tak, dobrze o tym wiem, mały skurwysynu! Ale nie muszę się słuchać!"
Mimo to poczułam się rozdarta. Bo tak bardzo nie chciałam, by chłopak się mną zawiódł. Nie chciałam widzieć go smutnego. Kochałam jego uśmiech, chciałam by się uśmiechnął.
,,I zrobisz to, głupku.."
- Zgoda..- powiedziałam.
- Dzięki!- pisnął i rzucił mi się na szyję.- Kocham cię, Sallem! Uda nam się!
- Już nas zapowiedzieli. Wchodzimy na scenę!- krzyknął Robbie.
Poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
,,O kurwa.."- tylko to przychodziło mi teraz do głowy. Myślałam, że zaraz rozpłaczę się z bezradności i zemdleję. Ale nic takiego się nie stało. Widocznie naprawdę musiałam stawić czoła czemuś, na co sama się zgodziłam. A miałam wybór..
I niby ten wieczór miał być tak przyjemny i wyluzowany. Tymczasem spięłam się do tego stopnia, że chyba nie byłam w stanie wydusić słowa.
Mimo to sztywna wyszłam na scenę. Zrobiłam to nienaturalnie mechanicznie. Wlepiło się we mnie kilkaset par oczu. Światła mnie oślepiły. Poczułam się jak ofiara. W panice popatrzyłam na Carla. ,,Czy ja się na serio na to zgodziłam?"
Jednak on tylko rzucił do mnie:
- Nie bój się! Ja poprowadzę show, ty jedynie śpiewaj!
Coś tam zaczął mówić, ale było głośno, a ja czułam się zdezorientowana i z tego powodu nic nie usłyszałam.
W końcu ryknęły gitary. Kurwa, i jak ja miałam to przekrzyczeć?! Do tego nie wiedziałam kompletnie, jak obsługiwać mikrofon..
,,Skup się! Skup się!"- krzyczałam do umysłu.- ,,Teledyski, koncertówki.. Przypomnij sobie.. To się trzyma, tak. I się do tego śpiewa. No to zapierdalaj!"
,,Zrób to.. Zrób to dla nich, dla siebie, dla FFR, dla Andy'ego.. dla Lynn'
Uniosłam na chwilę powieki i ujrzałam przed sobą twarz siostry. W jej zielono-niebieskich oczach widziałam wsparcie. Troskę. Trochę się wystraszyłam, bo nie widziałam jej od wieczoru w naszym domu. Mimo to doprowadziła mnie do przyzwoitego stanu. Poczułam, że nie jestem sama.
Chwyciłam nagłaśniający przedmiot i przystawiłam do swoich ust.
,,Pomysł sobie, że jesteś sama, że tu nikogo nie ma. Idź do Krainy Czarów.."
Zamknęłam oczy i.. odezwałam się. Najpierw mnie to przeraziło, przecież ludzie to słyszeli! Ale natychmiast powróciłam do poprzedniej postawy. Jeśli się zestresuję, to dobrze nie wyjdzie. Musiałam wrzucić na luz.
Przestałam stać na baczność i zaczęłam.. śpiewać. Chyba nie brzmiało to aż tak źle. Na pewno nie tak jak moja idolka, ale jednak. Nie ochryple i rockowo. Bardziej dziewczęco, dziecinnie i delikatnie.
A potem wszystko potoczyło się szybciej. Odstawiałam piosenkę za piosenką, a ja poczułam się nieco lepiej, gdy usłyszałam zadowolone krzyki. Spodziewałam się raczej, że zaczną we mnie rzucać butelkami z sikami czy coś..
W końcu dokończyłam ostatnią piosenkę. Może to i były cztery kawałki, ale dla mnie to zdawało się próbą charakteru. Ale przetrwałam..
Otworzyłam oczy. Pożegnano nas entuzjastycznie.
Gdy znaleźliśmy się z powrotem w garderobie ledwie trzymałam się na nogach. Czułam się jak po ostrym treningu.
- Widzisz?! Mówiłem, że wyjdzie zajebiście!- krzyknął Carl, któremu już trochę się polepszyło.
Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Cieszyłam się jedynie, że kumple.. my odnieśliśmy jakiś sukces, a chłopak jest szczęśliwy. No i byłam pełna podziwu dla samej siebie. Od dzisiaj nigdy niskiej samooceny!
,,Dziękuję, Lynn.."- podziękowałam w myślach.- ,,Bądź ze mną częściej.. Kocham cię."
Już chciałam walnąć się na kanapę stojącą nieopodal, ale wtedy zauważyłam, że ktoś na niej siedzi. I to była..
,,O Boże.."
- Renee?!- bezgłośnie poruszyłam wargami.
- Cześć..- odparła nieśmiało.- Świetny występ daliście..
I poklepała mnie po ramieniu. Cholera.. Sama Renee Phoenix, moja idolka mnie chwali! Co powinnam odpowiedzieć?..
Starałam się nie grać typowej faneczki dupeczki, więc rzuciłam tylko:
- Dzięki. Wy też genialnie gracie, uwielbiam was.. Ty.. Ty jesteś moją inspiracją.
Może wyszło nieco niezręcznie. Dziewczyna pokręciła głową wyraźnie rozbawiona.
- Super. Fajnie, że mogę inspirować taki dobry zespół. Wiele przed wami.
Naprawdę chciałam powiedzieć więcej, ale głos uwiązł mi w gardle i jedynie się uśmiechałam. Całe szczęście, a może i nieszczęście, wokalistka też nie miała zbyt wiele czasu. Po chwili bezsensownej ciszy przeprosiła:
- Sorki, ale musimy dać występ. Lecę..
I mnie wyminęła. Ale tak czy siak sama jej pochwała mi wystarczyła. Okazało się, że ten wieczór był naprawdę udany.
W pewnej chwili podszedł do mnie Carl.
- Od dziś jesteś w TTW!- oznajmił.
- Jasne - odpowiedziałam ku swojemu zdziwieniu.- Ale najpierw idę się wyszaleć!
I resztę nocy spędziłam słuchając ulubionego zespołu. Tej nocy niewątpliwie spełniły się moje marzenia.
***
Dobra. Nie mam nerwów, czasu i baterii, by poprawić do końca. Trudnp. Mam nadzieję, że źle nie jest ;-;
Ogólnie po małej przerwie fajnie się pisze TTW. Dobrze mi to Mangy robi.
No niestety muszę kończyć, bo się nie wyrobię. Kocham ♥
Nuty:
Hole- Someone Else's Bed
Miałam coś jeszcze, ale zapomniałam :/
Tradycyjnie XD