czwartek, 17 września 2015

Rozdział 13: ,,Kłaczek"


*Sally*
 Tuż przede mną. Tak blisko..
Czy ja kompletnie zwariowałam?
Czy to naprawdę Lynn?
Gapiłam się na postać, niczym zahipnotyzowana. Po prostu nie mogłam uwierzyć. Mój umysł był chyba zbyt prosty, by pojąć coś takiego. A zawsze uważałam, że nic mnie już nie zszokuje po tym, co widziałam. Wcześniej w to wierzyłam, marzyłam o tym. Ale gdy stało się naprawdę, odebrało mi mowę.
No bo czy to możliwe? Czy nie przesadzam? A może to strach płatał mi figle?
Ale to wszystko zdawało się zbyt realistyczne.. Siostra prezentowała się niemal identycznie, jak za życia. Poza tym, że zdawała się być bardziej przezroczysta..
Ale, kurwa, to nadal jedna i ta sama Lynn.. Jaka by nie była, to jednak moja siostra. Patrzyły na mnie jej oczy. Te same rysy, które miałam ja. Większa górna warga, duże oczy, cienkie brwi. Blada skóra i kontrastujące z nią włosy. I ten sam wyraz twarzy. Niespokojny i wymagający. Ale taki kochałam.. Taki zapamiętałam.
,,Lynn?.."- pytałam w myślach.
Cisza. Ale postać nie zniknęła. Tylko czemu jedynie ja ją widziałam? Carl i reszta kumpli nie reagowała. Czy postać ukazała się tylko dla mnie? Czy to dlatego, że mnie kochała? Może jednak zachowała jakieś wspomnienia ze mną związane?
Nie mogłam się napatrzeć. To było takie piękne i wzruszające. Zupełnie jak cień dawnej, beztroskiej przeszłości. Najchętniej rozpłakałabym się ze szczęścia. Tak bardzo mi jej brakowało.. Tego, jak nosiła mnie na rękach, naszych długich rozmów. Nawet jej sekretów. To była miłość bezwarunkowa, siostrzana. Więź. Wiedziałam, że nikt nigdy jej tak nie kochał. Rodzice jej nie rozumieli. Pozostawała jej mała dziewczynka, która po prostu ofiarowała jej swoje serduszko. Może i była naiwna, ale szczera i wierna.
Chciałabym rzucić się w jej ramiona, płacząc. Ale coś mnie blokowało. Coś niepokoiło. Jednocześnie się radowałam, ale także bałam. Ale to chyba normalne, że miałam wątpliwości? Bo czy ona nadal mnie potrzebowała? A może naruszyliśmy jej spokój i wróciła, by się zemścić? Teraz wszystko zdawało się możliwe.
Mimo wszystko wyciągnęłam rękę. Jeśli się zorientują, to trudno. Nie mogłam powstrzymać ciekawości.
Ale wtedy dziewczyna zniknęła. Zupełnie jak mgła. Nie pozostał po niej żaden ślad. Zaniepokoiłam się. Czyżbym zmarnowała szansę?
Ale gdzieś w swojej podświadomości usłyszałam słowa ,,wrócę".
Przeszył mnie chłód.
,,Cholera, czy ja wariuję, czy to sen?"

*Andy*
Lynn zniknęła. Ale zanim tak się stało.. przeżyłem najdziwniejsze kilka minut swojego życia. I najbardziej nieswoich, trzymających w napięciu, dziwacznych. Nigdy się tak nie bałem. I sam się sobie nie dziwiłem. Przecież czekałem na to latami..
Bo czy to naprawdę się wydarzyło? Czy to ta sama Lynn? Czy to moja królowa? Ta jedyna, taka inteligentna?
I ten jej wygląda.. Naprawdę mnie przerażał, pierwszy raz się tak poczułem. Bo teraz ta urocza dziewczyna, która na co dzień wyglądała dość przeciętnie, przypominała Sally, teraz wyglądem pokazała duszę. Pobladła, jej oczy.. Nie miała tęczówek ani źrenic. Zupełnie, jakby zachorowała na zaćmę. Ta mgła w spojrzeniu sprawiała, że chłód przechodził przez całego mnie. Próbowałem nawet odwrócić wzrok, ale nie mogłem pokazać, jaki tchórzliwy jestem. Bo jeśli to ten znak? Czy to znak, bym pokazał, na co mnie stać? Wszystko bym zaprzepaścił. Więc patrzyłem, mimo ludzkiego przerażenia.
Co jeszcze wprawiało mnie w osłupienie? Na przykład uśmiech. Nie wyglądał jak zwyczajny uśmiech. Bardziej jak tik nerwowy. Właściwie całym duchem wstrząsały takie jakby drgawki. Naprawdę się wystraszyłem.
,,To ty"- usłyszałem w umyśle.- ,,Ty. To ty"
Jej głos.. To był jej głos.. Niezwykle zniekształcony, ale należał do niej. Bardziej przypominał szmer i to od tyłu. Ale zrozumiałem.
,,Nie.. To ty.."- odpowiedziałem. W odpowiedzi parsknęła czymś w stylu potwornego śmiechu.
Ale więcej się nie odezwała. Potem jedynie zniknęła.
Zrobiło mi się niedobrze. Strach wstrząsnął moim ciałem, żołądek podchodził mi do gardła. Pomyślałem, że zaraz się porzygam.
Niespotykany stan jak na mnie. Sam byłem zaskoczony. A niby taki ze mnie twardziel..
Ale co teraz? Jak będzie wyglądało moje życie? Czy się po tym otrząsnę? A może to oznaka, że jestem gotowy? Sam nie wiedziałem, pytania kłębiły się w mojej głowie. Bo niby na to wszystko czekałem, ale nie brałem tego na poważnie Teraz wszystko runęło i przybrało realny wymiar.
- Wiecie.. Jestem zmęczony. Idę się położyć!- oznajmiłem.
Sally spojrzała na mnie zdziwiona swymi oczami, które przypominały te dawne Lynn. Kurwa, czemu odebrano jej te piękne zielono-niebieskie gałki? Niby tylko śmiertelnicy miłowali takie szczegóły, ale mi ich brakowało.
Nie mogłem patrzeć, zamknąłem oczy. Oddychałem płytko, a serce waliło mi młotem.
- Wszystko w porządku?- spytała dziewczyna drżącym głosem, jakby coś w sobie dusiła.
- Nie przejmuj się nim, Sallem! Po prostu tchórzy!- wyśmiewał mnie Carl.
Miałem ochotę mu wpierdolić. Jakby zobaczył ducha, to najpewniej by się zesrał. Ale teraz wolałem nie zaprzątać sobie nim umysłu. Chciałem pobyć w samotności, o ile to okaże się możliwe. W moim przypadku wątpliwie.
Wyminąłem dostającego głupawki chuja i skierowałem się po schodach na górę. ,,Nie tym razem, pedale.."
Zamknąłem drzwi swojego pokoju.
Usiadłem na podłodze i kilka minut siedziałem w ciszy, wgapiając się w okno naprzeciwko, zbyt szokowany, by coś zrobić. Pod powiekami nadal widziałem dziwną postać. Wiedziałem, że już nigdy nie będę w stanie zapomnieć. Te drgawki, tiki, psychopatyczny wyraz twarzy. Bardziej jak potwór. I o co jej chodziło z tym ,,to ty"?
Za dużo tego.. Potrzebowałem czegoś.. Czegoś ludzkiego.
Udałem się do łazienki, chcąc nalać sobie gorącej wody. Może coś tak banalnego by mnie odprężyło? Wziąłem ze sobą także komiks o Batmanie. Kiedyś to robiłem, miałem nadzieję, że poskutkuje.. Czy ja w ogóle jeszcze pamiętam, jak to jest być zwyczajnym i szczęśliwym?
Ale nawet to nie było mi teraz dane.
Gdy popatrzyłem się w lustro, ona...
Stała tam.
Uciekłem z łazienki, kuląc się jak wystraszone dziecko. Rzuciłem się pod kołdrę i przykryłem głowę poduszką. Zacząłem szlochać, co było do mnie niepodobne.
,,Co teraz? Czy ja naprawdę tego chcę?"
Jako odpowiedź, dostałem skurczu w klatce piersiowej.
,,Tak, chciałem.."- rzuciłem tylko po to, by ból ustał. Potem cały czas się przewalałem, nie mogąc zasnąć. A kiedy mi się udało, dręczyły mnie koszmary.
My w kółku, tabliczka, a potem biała, drgająca postać z mgłą zamiast oczu i uśmiechem osoby niezrównoważonej psychicznie.. Jej obraz ciągle trwał w każdym zakamarku.. Zakamarku duszy.

***
 
*Sally*
Minęło kilka dni.
Czułam, że cały czas nade mną czuwa. Czyżby postanowiła się mną zaopiekować? Jeśli to prawda, to jestem jej bardzo wdzięczna. Niczego więcej nie chciałam.
Nie mogłam jej co prawda dostrzec, ale czułam jej obecność. Przechodził mnie dreszcz, tak jakby od dotyku czyjejś lodowatej dłoni. Ale to nie zdawało się teraz tak nieprzyjemne jak na początku. Przywykłam. Właściwie to wszystko zdawało się tak przyjemne jak kiedyś. Zupełnie, jakby mój siostra ożyła. Jakbym miała prawdziwą rodzinę. W sumie stałam się szczęśliwsza..
Nigdy bym nie pomyślała, że życie z duchem na karku będzie przyjemne. Właściwie to nawet nie miałam teraz złe Carlowi tej całej zabawy. W sumie dzięki niemu wszystko się ułożyło. Bo czego mogłam chcieć więcej- miałam moją kochaną siostrzyczkę, przyjaciół i chłopaka. Całkiem ja typowa dziewczyna. No.. może nie aż tak typowo. Pomijając istotę paranormalną, była jeszcze jedna rzecz, która nie dawała mi spokoju- Andy. Ostatnio zachowywał się tak.. dziwnie, po prostu dziwnie. Jeszcze dziwniej niż przedtem. I nie dał do siebie dotrzeć. Wydawał się jakiś taki nieobecny. Mało się odzywał, ciągle siedział w swoim pokoju. Praktycznie nie wychodził na dwór. Od wszystkich się odgrodził. Nawet się nie wyżywał, co szczególnie nas dziwiło. To jego można było wziąć za ducha. Do tego wyglądał równie źle. Co prawda minęło tylko kilka dni, ale ja miałam wrażenie, że wychudł. Jego skóra robiła wrażenie przezroczystej i suchej. Cienie pod oczami wskazywały na niewyspanie. Wręcz byłam pewna, że ma jakieś zmartwienie, problem. Ale co to mogło być? To się zaczęło od wizyty Carly'ego. Czyżby znowu zazdrość?
Chciałam z nim porozmawiać. Czyżby zwykła emocja aż tak mu szkodziła? Trudno było mi w to uwierzyć.
Ubrałam się pospiesznie i zeszłam na dół. Tak przy okazji- dzisiaj była środa, więc musiałam się streszczać. W końcu ja musiałam udać się na koncert Train To Wonderland, a mój partner szedł na siłownię (w co teraz naprawdę wątpiłam. Nie wykluczałam, że poruszę także ten temat).
Zeszłam po schodach na dół. Najpierw zajrzałam do salonu, a następnie do innych pomieszczeń. Niestety nic nie wskazywało na to, że Biersack się pofatygował. W końcu dotarłam do kuchni, gdzie reszta zespołu spożywała śniadanie. Przysiadłam się obok i nasypałam sobie płatków do miski. Właściwie było już dość późno, więc się zaniepokoiłam.
- Co z Andy'm?- spytałam w końcu.
- Nie wiemy. Jeszcze nie schodził. Pewnie siedzi w swoim pokoju - odparł Ashley.
- Zachowuje się cholernie dziwnie. Martwię się o niego - przyznałam.
- To fakt. Zachowuje się jak wariat, jakby świrował. Coś na pewno mu dokucza, ale raczej nie uda nam się tego wycisnąć - denerwował się Jinxx.- Trzeba podjąć bardziej zdecydowane metody!
- Jakie?- zaniepokoiłam się. Wiedziałam, że ten facet chce ukarać mojego chłopaka i dlatego się obawiałam. To był istny psychopata..
- Nieważne - odparł po chwili ciszy, wymigując się. Westchnęłam.
- No trudno.. Najwyżej znów pójdę do Carla. Może popatrzę na przygotowania do koncertu..- wzruszyłam ramionami. Zabrałam się do kończenia jedzenia, a gdy już je pochłonęłam, wróciłam do swojego pokoju po ciuchy na zmianę. W końcu nie mogłam iść na rockowe show w zwykłej bluzie i dresowych spodniach..
Otworzyłam szafę. Po namyśle wyciągnęłam z niej podarte rurki i obcisły top, na którym czarnym mazakiem nabazgrałam nazwę zespołu. Na nogi przywdziałam zwykłe ciemne trampki, jako dodatki wybrałam pasek z ćwiekami i bandanę na rękę. Nie zawracałam sobie głowy makijażem, bo wiedziałam, że Carrie z przyjemnością się nim zajmie. Eh, czemu Andy nie mógł być taki towarzyski i przyjacielski? Byłoby nam łatwiej. Tymczasem ja darzyłam go miłością, a nie otrzymywałam kompletnie nic w zamian. Nawet jakiś zwyczajnych gestów.. Czasami mnie to dołowało, normalna dziewczyna już dawno rzuciłaby kogoś takiego. Ale mi było go żal.. I właściwie to coś do niego czułam. Przywiązałam się do niego, w końcu czasami bywał całkiem miły. ,,Po burzy zawsze wychodzi słońce", jak to mówią.
Odpuściłam sobie te przemyślenia. Pochwyciłam torbę i telefon. Wychodząc wyjęłam z kieszeni słuchawki i puściłam sobie nagranie TTW, które zarejestrowałam ostatnio na próbie. Cicho sobie podśpiewywałam, zdążyłam się już nauczyć tekstów. Właściwie to piosenek było tylko pięć, ale wpadły mi w ucho. Nie mogłam się uwolnić od tego brzmienia. Miałam pewność, że show mnie nie rozczaruje. Zobaczyć jednego wieczoru dwie najlepsze kapele na świecie- jakie ja mam szczęście!
Przebyłam odpowiedni dystans i zapukałam do drzwi rezydencji Cowardów. Czekałam dłużej niż zwykle. Dziwne. Zapukałam jeszcze raz. Znów musiałam stać, ale w końcu na dole zjawiła się Alice. Nie wyglądała na zadowoloną z powodu występu. I czemu nasz radża nie otworzył?
- Coś się stało?- zmartwiłam się.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech i powachlowała się dłonią.
- Nie jest dobrze..- wydusiła z siebie w końcu. Uniosłam brwi w pytającym geście.- Chodź, zaraz zobaczysz, o co mi chodzi..

*Andy*
- Andy! Andy, do cholery! Już późno, obudź się w końcu!- byłem zmuszony się obudzić przez czyjeś wrzaski. Przetarłem oczy brzegiem dłoni i się ocknąłem. Podniosłem się do pozycji siedzącej. Z początku nic nie kojarzyłem, dlaczego jestem na podłodze, a kołdra znajduje się po przeciwnej części pokoju, ale potem pamięć wróciła. A wraz z nią przerażający obraz drgającego ducha w lustrze. Tej chodzącej pustki.. Wzdrygnąłem się na to wspomnienie.
Pierwszy raz w życiu się tak bałem. Bałem się osoby, którą kochałem najbardziej na świecie.. Chyba. Bo czy to była ta sama osoba, co kiedyś? Traciłem nadzieję. I nie wiedziałem, czy chcę się z nią bratać.. Czy w ogóle lepiej byłoby o tym wszystkich zapomnieć.
Poczułem ukłucie w klatce piersiowej i splunąłem krwią.
,,Nie, kochasz ją! Kochasz, kochasz, kochasz! Słabeuszu!"- krzyczałem do samego siebie, by zatrzymać ból. W końcu ustał, a ja przetarłem usta kawałkiem pościeli.
- Andy, wyłaź!- znowu ten wrzask.
- Już, kurwa, idę!- odwarknąłem. Ja tutaj cierpię i przechodzę załamanie nerwowe, stoję na rozstaniu dróg, a oni się do mnie dobijają!
Podniosłem się chwiejnie na nogi i otworzyłem drzwi. Potem bezzwłocznie je zatrzasnąłem. Lynn mogła mnie nieco przerażać, ale na pewno nie wyjawiłbym swego sekretu. Bez względu na wszystko byłbym stracony.
- Co jest, do kurwy nędzy?..- spytałem, przecierając oczy.
- Dobra przyznaj się - zaczął protekcjonalnym tonem - co się z tobą dzieje? Czemu nie wychodzisz z pokoju?
Tego się właśnie spodziewałem.
- Nie twój zasrany interes!- syknąłem, wyminąłem go i zacząłem się kierować schodami na dół. W przejściu potrąciłem tego nędznego perkusistę, a zaraz za nim Asha, ale mnie to nie obchodziło. Popatrzyli na mnie pytająco, ale ja jedynie prychnąłem. Nie miałem nastroju na rozmowy. Właściwie nigdy go nie miałem, ale teraz szczególnie. Mój umysł potrzebował teraz spokoju. Musiałem skoncentrować się na tym, co teraz najważniejsze: przestać być tchórzliwą ciotą. Moim obowiązkiem była przecież pomoc duchowi. Nawet jeśli sprawiał, że gacie barwiły mi się na żółto i odchodziłem od zmysłów. Oczywiście nadal cały drżałem. Dlatego też unikałem innych- by zwalczyć to wszystko w samotności. Nie potrzebowałem kazań i natręctw. Potrzebowałem chwili do namysłu.
- Andy!- denerwował się ,,mamuś".- Andy!
- Co, kurwa?!- krzyknąłem w końcu. Odwróciłem się na dole schodów. Twarz mężczyzny przybrała czerwony odcień. Prychnąłem z rozbawienia. Miałem nadzieję, że reszta nauk Lynn również wróci mi do głowy tak jak teraz. A może to był tylko mój charakter? Jeśli tak, to jednak zachowywałem się normalnie..
Reszta wypowiedzi jedynie doprawiała moje uczucia:
- Czemu ciągle tylko siedzisz na górze?! Wszyscy się martwią.. Nie obchodzi cię to - już miałem odpowiedzieć ,,nie", ale dodał:- Nawet Sally?
Cholera. I tu mnie miał. Mój słaby punkt.
Całkowicie o niej zapomniałem.. Na pewno się martwiła, ale.. Ja.. Ja miałem teraz inne zmartwienia. Nagle wszystko znów się popieprzyło. Kiedy już myślałem, że rzeczy wracają do normalnego stanu.
Miałem świadomość, że teraz nie wymiotę sobie dziewczyny z głowy. Szczerze to nawet chciałem z nią porozmawiać. Ale..
Kurwa, musiałem coś palnąć, bo zaczną węszyć. Zwłaszcza, że dziś była chyba środa..
,,Kurwa, tylko tego mi brakowało.."
- Mam problemy ze snem.. Po prostu chciałem odespać - przyznałem.
Oczywiście nawet ta odpowiedź okazała się z mojej strony samobójstwem.
- Wiesz, że bezsenność to jeden z objawów schizofrenii i depresji? Powinieneś wcześniej nam powiedzieć. Może udałoby się temu zaradzić. Kto wie, jak źle już z tobą jest?- miałem ochotę mu przyłożyć. Ja mu mówiłem o swoich problemach, a on od razu brał mnie za wariata! I się dziwił, że nie szukałem drogi porozumienia..
- Bredzisz, skurwielu - syknąłem.- Ty byś się lepiej też kimnął.
- Cóż.. zobaczymy.. I tak idziesz dziś na sesję. No właśnie, ubieraj się. Już niedługo!- ponaglał.
KURWA.
Wyminąłem go i ponownie udałem się do pokoju, tym razem w celu przebrania się. Albo ukrycia się. Jedyne, co przychodziło mi teraz do głowy to ,,spać"..

*Sally*
O co mogło im chodzić? Co mogło iść źle? Przecież trenowali dzień i noc, byli przygotowani.. Chyba że chodziło o coś zupełnie innego. Coś poważniejszego. Bo co jeśli Carriemu lub Robbiemu się coś przytrafiło? Co jeśli był jakiś wypadek?
W mojej głowie zaczęły kiełkować najróżniejsze scenariusze. ,,Dziękuję, kochany umyśle.."
- Naprawdę jest aż tak źle?- wypytywałam.
- Moim zdaniem krytycznie.- ,,Czy oni poumierali?.."- Ale patrz - odparła, gdy dotarłyśmy do pokoju ,,panicza". Stanęłam przed drzwiami, a w momencie największego napięcia dziewczyna je pchnęła. Wkroczyłam do środka.
Nie zauważyłam nic nadzwyczajnego. Robbie obracał pałeczki w palcach, siedząc na średniowiecznej kanapie. Natomiast Carl zajmował miejsce na łóżku, tuląc swe kochane poduszki. Tylko po cholerę mu szalik w taki ciepły dzień?
- Dobra, na czym w końcu polega ta katastrofa?- spytałam.
Najbardziej zdziwiło mnie, że to nie nasz ,,radża" udzielił odpowiedzi. Przecież to on zwykle przejmował pałeczkę, nie dając innym dojść do głosu.. Tymczasem teraz nawet nie próbował. Gdzie jego wyniosłość i przerośnięte go? Zachowywał się za mało bezczelnie jak na siebie..
Już wiedziałam, że to o niego chodzi.
- To istna katastrofa.. Akurat dzisiaj ten debil musi tracić głos!- oburzyła się dziewczyna.
Zamarłam. No tego, to ja się nie spodziewałam.
- A mówiłem mu, że kąpanie się w basenie na dworze w środku nocy, to nie jest dobry pomysł!- dodał Robb.- Tak, jakby nie mógł tego zrobić następnej nocy! Trzeba mieć zerowe IQ!
- A jak ja miałem to przewidzieć?! Może jestem cudowny i błyskotliwy, ale nie jestem proro..- w tym miejscu się zaciął i zakaszlał. Wyglądał, jakby miał się udusić.
Cholera.. Stracić głos tuż przed pierwszym występem przed publicznością w życiu.. Nie spodziewałam się, że to akurat moich przyjaciół spotka taki pech. I to przed występem jako suport Fit For Rivals. Najpewniej występ trzeba będzie odwołać, a ja nie zobaczę w akcji ani jednej kapeli ani drugiej. I nici z dobrej zabawy dla każdej ze stron.
- To co teraz robicie?..
- Nie wiem. Zaczekamy do wieczora, może uda mu się jakoś wykurować. I tak już mu się trochę poprawiło.
- Tymczasem wybaczcie, musicie się obyć bez moich cudownych wypowie..- znów ten kaszel, no prawie jak Andy.
- Siedź cicho i pij herbatkę, kocie - kazałam mu. Pierwszy raz posłuchał. Miałam świadomość jak ważny jest dla niego ten koncert. To mógł być jego fenomen, miał możliwość wybicia się. Tymczasem przez głupie gardło został uziemiony. Przynajmniej na razie. Miałam nadzieję, że mu się polepszy. Choć tak naprawdę nie miałam pojęcia, jakim cudem.
A niby wszystko wina kąpieli w środku nocy na dworze. Takie rzeczy to tylko Carl.. I pierwszy raz dostał nauczkę.

*Andy*
- Ashley..- powtarzałem całą drogę.
- Przegiąłeś pałę, tym razem się nie wymigasz!- denerwował się chłopak i dalej mnie ignorował.
,,Kurwa."
Nie dość, że byłem niewyspany, to jeszcze nie mogłem przestać myśleć. Niestety nic nie wydedukowałem przez swoje zmęczenie. Wpadłem w błędne koło.
I do tego nie mogłem liczyć na pomoc tego kutasa.. Może i przegiąłem pałę, ale.. Ale ten chuj nie miał za grosz współczucia.
Tymczasem niestety zajechaliśmy. Już bym chyba wolał wypadek samochodowy.. Choć nie, wtedy trafiłbym do szpitala, a tam by się mną zajęli i miło by nie było. I na pewno zmusiliby mnie w końcu do tego rentgena.
,,Drugie kurwa.. Nie ma ucieczki"
Samochód się zatrzymał. Spojrzałem na złowieszczy budynek. Najchętniej wymazałbym go z pamięci, ale po roku oglądania go w każdą jebaną środę, ten obraz na dobre zakorzenił się w mojej pamięci. A jeszcze bardziej tej jebanej baby. A wszystko zaczęło się od tego zboczeńca Sykesa.. ,,Jebany chuj..". Możliwe, że gdyby nie on, to jakoś bym się uspokoił i wszystko byłoby dobrze.
Niestety teraz miałem świadomość, że dla moich ,,przyjaciół" nigdy nie będę wystarczająco dobry.
Zacisnąłem pięści. Czułem się jak dzieciak. Odstawiają mnie autem do jakiejś nauczycielki (a przynajmniej z wyglądu i zachowania), pilnują żebym trafił do sali, nie zgadzają się, bym zrezygnował, bo w przeciwnym razie mi grożą i do tego bulą za to wszystko kasę. I jeszcze mnie oceniają, mają czelność to robić! Szczyt skurwysyństwa..
I ta rutyna powtórzyła się po raz kolejny. Że ja się tak dawałem.. Gdybym miał siłę i ni ebył taki beznadziejny, skopałbym wszystkich i uciekł do swojej kryjówki. Ale Ashley szedł za mną jak cień. I tym razem nie zaobserwowałem u niego skruchy jak ostatnio. Wyglądał na zdeterminowanego i wściekłego. Wiedziałem, że już nie uda mi się go złamać. Możliwe, że nigdy.
Szedłem po schodach, jak jakiś grzeczny dzieciak. I czułem się tak jak kiedyś, zanim pojawiła się Sally. Poczułem się.. wolny (w pewnym sensie). W każdym razie wiedziałem, że mogę sobie pozwolić na chamstwo. Nie przejmowałem się zdaniem innych, robiłem na przekór. A nawet Lynn już mnie tak nie przerażała. Chyba się przyzwyczajałem.. Potrzebowałem tylko czasu. Kilka godzin spokoju nieco uspokoiło moje nerwy. Ale chwilami nadal coś mnie blokowało przed dążeniem do celu. Lub ktoś. Ale..
Cholera, wszystko mi się poplątało. Tylko rzeczywistość mogła mnie teraz uratować.
Dotarliśmy pod właściwie drzwi. Purdy zapukał. Po chwili otworzyła nam. Ona. Pani psychiatra.
Wlepiła we mnie swoje zezowate oczy. Oczywiście musiała patrzeć w górę, była niższa od nas obu. No postrach po prostu! Kościsty karzeł i orlim nosem. Do tego miała siwe włosy zebrane w nienaganny kok i niesamowicie stary różowy sweter. Ona się wzięła chyba z poprzedniej epoki.
Spojrzała na mnie protekcjonalne, co jednak w ogóle na mnie nie wpływało. Pewnie myślała, że to strach odbiera mi mowę. Prawda była raczej taka, że zastanawiałem się, jak tu zwiać.
- Wejdź, Andrew - i ten ton, z którym wypowiadała moje pełne imię. Nauczycielka.
Nie miałem ochoty więcej tak sterczeć obok Asha, więc po prostu minąłem kobietę (potrącając ją złośliwie) i stanąłem w gabinecie. Wyglądał bardziej jak gabinet dentystyczny. Przynajmniej wiertła nie były w użyciu. Inaczej miałbym przechlapane.
Dwójka coś między sobą szeptała. Ja w tym czasie zapaliłem papierosa.
,,Wytrzymasz, to tylko godzinka.."- powtarzałem w myślach, by nie zwariować. W końcu jednak ,,kumpel" sobie poszedł, a ja zostałem sam z tym monstrum. Za pierwszym razem chciała, bym się położył na kozetce.. Nigdy jej nie posłuchałem. Tym razem usadowiłem się na parapecie, gapiąc się za okno. Czułem się trochę jak w więzieniu. Za oknem tętniło życie, a ja siedziałem zamknięty i pilnowany.
Babka usiadła za biurkiem.
- Dobrze, Andrew.. Jak zwykle zapytam cię: czy chciałbyś ze mną porozmawiać o czymś konkretnym? Może masz jakiś problem?
,,Oczywiście, kurwa, że mam. Ciebie."
Planowałem milczeć i wzruszyć ramionami, ale w ostatniej chwili się zawahałem. Może by poznać trochę ludzkich opinii?
- Czy wierzy pani w duchy?
Kobieta się zdziwiła.
- Skąd takie pytanie?
- Z dupy.
Zaśmiałem się w duchu. Oczywiście potem kobieta postanowiła odpowiedzieć:
- Nie wierzę, jeśli naprawdę chcesz wiedzieć. Nie uznaję istnienia tego szatańskiego kultu - ,,No to byś się, kurwa, zdziwiła!"- Uważam, że wszystko da się jakoś wyjaśnić. A osoba, która jednak twierdzi, że widziała ducha, ma najpewniej poważne problemy z psychiką..
I już miałem ochotę jej przyłożyć. Ale postanowiłem z nią poobcować. Tak dla zabicia czasu.
- Schizofrenia?
- Dokładnie. Ale chyba wiem, czemu pytasz.. Też masz jej objawy, wiesz o tym.
Kurwa.. No niby wiedziałem i czasami się zastanawiałem, czy to wszystko to nie wytwór wyobraźni, ale innym razem byłem na 100% pewny, że to się dzieje naprawdę.
Pogubiłem się.
- Dlatego się tym zajmijmy.. Dzisiaj..
,,Zegarze, tykaj szybciej.. Albo spadnij na głowę tego babska.."

***
 
*Sally*
- I jak się czujesz?- spytałam Carla podając mu kolejną herbatę z miodem, a także jakąś pigułkę.- Bo powinniśmy się zbierać.
- Oczywiście jeśli źle się czujesz, odwołamy. Zdrowie najważniejsze - dodała Alice. Jednak chłopak pokręcił głową oburzony.
- Nie ma mowy o odwołaniu! Wystąpimy i tyle!- powiedział stanowczo. Widziałam determinację w jego oczach.
- Ale jak się czujesz?- wypytywała dziewczyna.
- Już lepiej. Zaraz mi przejdzie - zapewniał, choć jego głos brzmiał dziwnie, inaczej niż zwykle. Wydawał się też jeszcze bledszy niż na początku. I zastanawiałam się, czemu nie mówi w swój typowy, wyniosły sposób. Domyślałam się, że po prostu nie ma siły.
Teraz prezentował się prawie tak żałośnie jak Andy. Do tego wyglądał podobnie- miał rozczochrane włosy, nadal siedział w piżamie, a pod jego oczami rysowały się wory. Naprawdę się o niego martwiłam. Szczerze to chyba nawet wolałam, by został w domu.. Ale wtedy by strzelił focha (może i pięciominutowego, ale i tak nie cierpiałam, gdy się obrażał). Więc co innego mi pozostało? Siedziałam cicho.
- Dobra.. Ja idę zapakować sprzęt, a wy się szykujcie - oznajmił Robbie.
Carrie podniósł się, widziałam, że najchętniej leżałby w łóżku wśród swoich maskotek i poduszek. Ale się nie odzywałam.
Chłopak i dziewczyna wzięli kosmetyki i zaczęli robić sobie makijaż i fryzury. Nawet zza czarnych kresek i zasłaniającej pół twarzy grzywki można było dostrzec zmęczenie. Chory udał się do łazienki, a po chwili wrócił ubrany. Zeszliśmy na dół.
To wszystko wydawało się takie dziwne.. Cisza, milczenie i brak entuzjazmu. To nie tak miało wyglądać..
- Powodzenia, syneczku!- pani Coward chciała przytulić syna, ale on jej przeszkodził. Zaniepokoiła się wyraźnie, ale minęliśmy ją zbyt szybko, by mogła to jakoś skomentować.
Wsiedliśmy do furgonetki i zaczęliśmy jechać. Czekała nas niedługa droga, ale nie mogłam znieść tej atmosfery. Założyłam słuchawki i puściłam sobie Train To Wonderland sprzed kilku dni- można powiedzieć, że z czasów świetności. Marzyłam, by usłyszeć te brzmienie. Wiedziałam jednak, że bez radości ich muzyka zabrzmi płasko i nudno. I bez przezabawnego wokalisty..


Weszliśmy za kulisy. Fit For Rivals jeszcze nie dojechało, szczerze to poczułam ulgę. Nie tylko dlatego, że entuzjazmowałam się jak dzieciak, ale dlatego, że moi kumple mieli jeszcze czas wszystko przećwiczyć i upewnić się, czy to na pewno ma sens.
- I jak?- spytałam Carla.
- Nie wiem.. zaraz zobaczę - jego głos brzmiał jeszcze słabiej.
Próbował krzyczeć, ale gwałtownie przestał i zaczął kasłać. Nie prezentowało się to najlepiej.
- Kurza stopka!- krzyknął.
- Aż tak źle?
- To istna katastrofa!- po tych słowach ukrył twarz w dłoniach.
Objęłam go pocieszająco.
- Przykro mi, naprawdę..- powiedziałam.
- Nie no, nie mogę zawalić - i zabrał się do kolejnych bezsensownych prób, choć to wszystko i tak było skazane na porażkę. Nie chciałam by się tak męczył..- Mamy jeszcze czas.. Może stanie się cud?..
Ale cud się nie stał, za to czas uciekał coraz szybciej..


- Carl, trzeba już wchodzić. Na pewno chcesz wystąpić?- spytała Alice, praktycznie płacząc.
Carl znowu stracił głos. Teraz to już naprawdę nie mógł krzyczeć. Ledwie wymawiał podstawowe słowa.
- Ja.. ja..
- Kocie! Nie możesz w tym stanie wystąpić! To nie jest zwykły kłaczek!- zdenerwowałam się.
- Ona ma rację - poparła mnie basistka.- No niestety.. Wystąpimy kiedy indziej..
- Nie!- przerwał jej chłopak.- Mam pomysł!
Spojrzałyśmy po sobie niepewne. Co w takiej sytuacji można jeszcze zrobić?
- Sally..- zwrócił się do mnie. ,,Ale czemu ja? Kocie, co ja mogę dla ciebie jeszcze zrobić?"- Sallem.. Musisz mnie zastąpić!
- CO?!- krzyknęłam.
Jak ja do cholery miałam go zastąpić?! Nie umiałam śpiewać, wstydziłam się, nie miałam żadnego doświadczenia.. Nigdy nie myślałam o zajęciu się muzyką. Więc czemu niby miałabym teraz zastąpić wokalistę tak zajebistego zespołu?!..
Nie wierzyłam w to, co słyszę.
- To żart?- spytałam.
- Nie.. Ale nie bój się. Po prostu musimy wystąpić, inaczej FFR się na nas obrażą..- to mnie nadal nie przekonywało, chociaż kochałam zespół.
- Nie no.. Nie mogę tego zrobić, Carrie.. Wszystko spieprzę!
Złapałam się za głowę i zaczęłam chodzić w kółko.
- Sallem, błagam! Znasz teksty, melodie.. Zrezygnujemy z krzyczanych partii. Będziemy tam z tobą..
- Nie, nie mogę..- powtarzałam w kółko.
- Sallem.. Złamiesz mi serce, jeśli tego nie zrobisz. I dobrze o tym wiesz..- ,,Tak, dobrze o tym wiem, mały skurwysynu! Ale nie muszę się słuchać!"
Mimo to poczułam się rozdarta. Bo tak bardzo nie chciałam, by chłopak się mną zawiódł. Nie chciałam widzieć go smutnego. Kochałam jego uśmiech, chciałam by się uśmiechnął.
,,I zrobisz to, głupku.."
- Zgoda..- powiedziałam.
- Dzięki!- pisnął i rzucił mi się na szyję.- Kocham cię, Sallem! Uda nam się!
- Już nas zapowiedzieli. Wchodzimy na scenę!- krzyknął Robbie.
Poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
,,O kurwa.."- tylko to przychodziło mi teraz do głowy. Myślałam, że zaraz rozpłaczę się z bezradności i zemdleję. Ale nic takiego się nie stało. Widocznie naprawdę musiałam stawić czoła czemuś, na co sama się zgodziłam. A miałam wybór..
I niby ten wieczór miał być tak przyjemny i wyluzowany. Tymczasem spięłam się do tego stopnia, że chyba nie byłam w stanie wydusić słowa.
Mimo to sztywna wyszłam na scenę. Zrobiłam to nienaturalnie mechanicznie. Wlepiło się we mnie kilkaset par oczu. Światła mnie oślepiły. Poczułam się jak ofiara. W panice popatrzyłam na Carla. ,,Czy ja się na serio na to zgodziłam?"
Jednak on tylko rzucił do mnie:
- Nie bój się! Ja poprowadzę show, ty jedynie śpiewaj!
Coś tam zaczął mówić, ale było głośno, a ja czułam się zdezorientowana i z tego powodu nic nie usłyszałam.
W końcu ryknęły gitary. Kurwa, i jak ja miałam to przekrzyczeć?! Do tego nie wiedziałam kompletnie, jak obsługiwać mikrofon..
,,Skup się! Skup się!"- krzyczałam do umysłu.- ,,Teledyski, koncertówki.. Przypomnij sobie.. To się trzyma, tak. I się do tego śpiewa. No to zapierdalaj!"
,,Zrób to.. Zrób to dla nich, dla siebie, dla FFR, dla Andy'ego.. dla Lynn'
Uniosłam na chwilę powieki i ujrzałam przed sobą twarz siostry. W jej zielono-niebieskich oczach widziałam wsparcie. Troskę. Trochę się wystraszyłam, bo nie widziałam jej od wieczoru w naszym domu. Mimo to doprowadziła mnie do przyzwoitego stanu. Poczułam, że nie jestem sama.
Chwyciłam nagłaśniający przedmiot i przystawiłam do swoich ust.
,,Pomysł sobie, że jesteś sama, że tu nikogo nie ma. Idź do Krainy Czarów.."
Zamknęłam oczy i.. odezwałam się. Najpierw mnie to przeraziło, przecież ludzie to słyszeli! Ale natychmiast powróciłam do poprzedniej postawy. Jeśli się zestresuję, to dobrze nie wyjdzie. Musiałam wrzucić na luz.
Przestałam stać na baczność i zaczęłam.. śpiewać. Chyba nie brzmiało to aż tak źle. Na pewno nie tak jak moja idolka, ale jednak. Nie ochryple i rockowo. Bardziej dziewczęco, dziecinnie i delikatnie.
A potem wszystko potoczyło się szybciej. Odstawiałam piosenkę za piosenką, a ja poczułam się nieco lepiej, gdy usłyszałam zadowolone krzyki. Spodziewałam się raczej, że zaczną we mnie rzucać butelkami z sikami czy coś..
W końcu dokończyłam ostatnią piosenkę. Może to i były cztery kawałki, ale dla mnie to zdawało się próbą charakteru. Ale przetrwałam..
Otworzyłam oczy. Pożegnano nas entuzjastycznie.
Gdy znaleźliśmy się z powrotem w garderobie ledwie trzymałam się na nogach. Czułam się jak po ostrym treningu.
- Widzisz?! Mówiłem, że wyjdzie zajebiście!- krzyknął Carl, któremu już trochę się polepszyło.
Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Cieszyłam się jedynie, że kumple.. my odnieśliśmy jakiś sukces, a chłopak jest szczęśliwy. No i byłam pełna podziwu dla samej siebie. Od dzisiaj nigdy niskiej samooceny!
,,Dziękuję, Lynn.."- podziękowałam w myślach.- ,,Bądź ze mną częściej.. Kocham cię."
Już chciałam walnąć się na kanapę stojącą nieopodal, ale wtedy zauważyłam, że ktoś na niej siedzi. I to była..
,,O Boże.."
- Renee?!- bezgłośnie poruszyłam wargami.
- Cześć..- odparła nieśmiało.- Świetny występ daliście..
I poklepała mnie po ramieniu. Cholera.. Sama Renee Phoenix, moja idolka mnie chwali! Co powinnam odpowiedzieć?..
Starałam się nie grać typowej faneczki dupeczki, więc rzuciłam tylko:
- Dzięki. Wy też genialnie gracie, uwielbiam was.. Ty.. Ty jesteś moją inspiracją.
Może wyszło nieco niezręcznie. Dziewczyna pokręciła głową wyraźnie rozbawiona.
- Super. Fajnie, że mogę inspirować taki dobry zespół. Wiele przed wami.
Naprawdę chciałam powiedzieć więcej, ale głos uwiązł mi w gardle i jedynie się uśmiechałam. Całe szczęście, a może i nieszczęście, wokalistka też nie miała zbyt wiele czasu. Po chwili bezsensownej ciszy przeprosiła:
- Sorki, ale musimy dać występ. Lecę..
I mnie wyminęła. Ale tak czy siak sama jej pochwała mi wystarczyła. Okazało się, że ten wieczór był naprawdę udany.
W pewnej chwili podszedł do mnie Carl.
- Od dziś jesteś w TTW!- oznajmił.
- Jasne - odpowiedziałam ku swojemu zdziwieniu.- Ale najpierw idę się wyszaleć!
I resztę nocy spędziłam słuchając ulubionego zespołu. Tej nocy niewątpliwie spełniły się moje marzenia.
 
***
Dobra. Nie mam nerwów, czasu i baterii, by poprawić do końca. Trudnp. Mam nadzieję, że źle nie jest ;-;
Ogólnie po małej przerwie fajnie się pisze TTW. Dobrze mi to Mangy robi.
No niestety muszę kończyć, bo się nie wyrobię. Kocham ♥
Nuty:
Hole- Someone Else's Bed
Miałam coś jeszcze, ale zapomniałam :/
Tradycyjnie XD

piątek, 4 września 2015

Rozdział 12: ,,Pociąg do Krainy Czarów"


*Andy*
 Kurwa, ostatnie dni były koszmarem. Zaczęło się od tego masakrycznego wyjazdu, po którym nadal nie doszedłem do siebie. Czułem się jak flak. Nie chciało mi się nawet opuścić łóżka. Co prawda ten pedał ostatnimi czasy do nas nie przychodził, ale.. Ale i tak było źle. Wszystko mnie bolało, czułem się, jakbym miał wieczną grypę i kolce w klatce piersiowej, a z ust, a teraz także z nosa, lało mi się coś gorszego niż pomidorowa Jake'a. Oczywiście nadal wszystkich okłamywałem.
Czułem się jak na polu minowym. Każdy najmniejszy ruch mógłby wszystko zepsuć. Zupełnie jak w pokoju pełnym porcelany. Dlatego wolałem nie wykonywać żadnych ruchów, czułem się bezpieczniejszy. Po prostu byłem miły dla Sally, a resztę ignorowałem. Chyba nic nie podejrzewali.

*Sally*
- Już 12..- zwróciłam uwagę.- On nadal śpi? Bo coś mi się nie wydaje..
Ash położył mi rękę na ramieniu.
- Nie martw się, na pewno niedługo wyjdzie - starał się mnie pocieszyć.
- Ale nawet, jeśli wyjdzie. Zrobił się taki cichy i ospały. Nie mogę się o niego nie martwić..
Zagryzłam wargę, by powstrzymać łzy troski. Może i trochę wyolbrzymiałam? ,,Nie, przecież wiesz, że coś jest nie tak"
Jake wtrącił się do rozmowy:
- Sally ma rację, źle wygląda. Jest blady jak trup, ciągle pluje..- tu przerwał i na mnie spojrzał. Robiło mi się niedobrze, gdy o tym myślałam, ale przecież taka prawda - No, wiemy, czym pluje. Do tego kaszle bez przerwy i chyba trochę wychudł. To nie może być nic błahego.
- Tak.. Trzeba go w końcu zaciągnąć do lekarza. Może uda się go jakoś wyleczyć. Mam nadzieję..- złowieszczo wyszeptał Jinxx.
- Błagam, nie mów tak!- krzyknęłam. Ash przyciągnął mnie bliżej siebie, pozwalając mi smarkać w swój t-shirt. Jak miło.
Trwałam tak przez dobre piętnaście minut, ale nagle Purdy stwierdził:
- Wiesz.. Może lepiej nie siedź tu tak. Dostaniesz depresji. Idź do Carla, pogadajcie, powydurniajcie się. Możesz go nawet zaprosić.
Zawahałam się.
- A co z...?
Nie dokończyłam, bo mi przerwano:
- Dziewczyno, nie przejmuj się nim aż tak! Może w końcu zejdzie, zafochany emos!
Oj, Andy by go zabił, gdyby to usłyszał. Ale taka prawda, on sam o tym wiedział..
Otarłam łzy wierzchem dłoni i wymusiłam uśmiech. Wiedziałam, że gdy pójdę do swojego Kota, od razu poczuję się lepiej. Tylko on potrafił tak dobrze rozśmieszać.
- No dobrze, przekonałeś mnie. Pójdę. Tylko może..
Przeszkodził mi mój dzwonek. Damage rozległo się w całym domu. Chwyciłam telefon i spojrzałam na wyświetlacz. O wilku mowa..
Odebrałam.
- Sallem, Sallem, przychodź tu natychmiast! O matko naturo, szybciej, kobieto, bo się posikam, a żółty to nie jest mój ulubiony kolor! No szybciej!- darł się do słuchawki.
,,Co ty znowu wymyśliłeś, szaleńcu?"
- No okej, okej, nie sikaj. Już idę.
Rozłączyłam się.
- No, to chyba tak czy siak muszę wyjść - stwierdziłam.
- To rozumiem!- zaśmiał się Pitts. Właściwie, gdy Andy ich nie drażnił, byli całkiem mili..
- Baw się dobrze - dodał zwykle naburmuszony Ferguson.
Chwyciłam czarną torbę i szybko wciągnęłam na nogi trampki. Wkrótce opuściłam dom.

***
 
- No dobra, co takiego niezwykłego chciałeś mi powiedzieć? Pali się, czy co?- spytałam.
Carly podskakiwał się i wiercił, jakby miał w gatkach robaki. Do tego oczy, które zwykle zakrywała grzywka, były teraz tak szeroko otwarte, że widziałam każdy ich szczegół. Do tego ten głupek ślinił się jak szczeniak, który chce się bawić. Cudem powstrzymałam śmiech.
- Choć do pokoju, musisz to zobaczyć na własne śliczne oczy!- pisnął i złapał mnie pomalowanymi pazurami za rękę. Nawet ja nie malowałam paznokci! Cóż, przynajmniej na razie. Wiedziałam, że niedługo najpewniej zagości na nich róż lub czerń.
Tymczasem Carrie ciągnął mnie do swojego pokoju. Mało nie zabiliśmy się na schodach. Już w drzwiach ujrzałam równie jarających się Alice i Robbiego.
- Boże, tyle wygrać, rozumiesz to?!- krzyknęła Ali.
- Na razie nic nie rozumiem..- przyznałam.
- Zaraz zrozumiesz! A więc..- Coward wziął głęboki oddech i posadził mnie na swojej średniowiecznej kanapie. Zaraz miał się rozpocząć niesamowity monolog.- Pamiętasz jak pierwszego dnia mówiłem ci, że mamy tak jakby zespół?
- Tak..
- A więc.. Damy pierwszy koncert!- wybuchnął w końcu i zaczął się rzucać po ścianach jak opętany. Do tego śmiał się jak psychol. Nie mogłam się nie uśmiechnąć.
- Wow, super - przyznałam. Naprawdę cieszyłam się, że w końcu ktoś dał im szansę. Na pewno zagrają świetnie i staną się sławni jak ich idole. Byłam dumna.
- Ale wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze?- wtrąciła się Tisdale.
- No co? Bo nie zniosę tego napięcia!
- Będziemy grali jako support.. No zgadnij, kogo!
- No kogo?!- wkurzyłam się.
- Fit For Rivals, kruszynko!- zawył Cheshire, wskakując na łóżko.
Oniemiałam. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa, bezdźwięcznie poruszałam ustami. Oni jako.. support mojego ulubionego zespołu?!
- Kurwa, tak się, kurwa, cieszę!- wrzasnęłam, przyłączając się do najlepszego kumpla. Rzuciłam się w jego objęcia.
- Ja wiem, ja wiem.. Spełniamy marzenia!- zachichotał.
- Ale.. naprawdę? Tam będzie Renee? Będą grali Damage? Będą tak skakać na scenie? A przed nimi wy tak samo..?- nie mogłam uwierzyć. ,,Czy to sen?"
- Tak, tak samo, Sally..- śmiała się blondynka, rzucając we mnie pluszakiem.- Napisali do nas w nocy. Koncert już w środę.
,,Uff.. Może będę mogła tam iść bez Andy'ego. Ale spotkać Renee? Posłuchać ulubionego zespołu na żywo? Śpiewać z nimi? I to jeszcze moi kumple są supportem.. Cholera, lepiej być nie może!"
- Kocham was, kocham was - powtarzałam w kółko.
- I jak tu się dziwić? Jesteśmy zajebistą kapelą!
Po raz kolejny wysmarkałam się dziś w czyiś ciuch. Tym razem padło na t-shirt Carla z Bring Me The Horizon.
- Nie płacz tak, panno Rogers! Musimy zaraz jechać na próbę! Musisz nas usłyszeć!- entuzjazmował się wokalista.
Tym oto sposobem wylądowałam w garażu Rabbita. Nie mogłam się doczekać, by usłyszeć, co grają kumple.

*Andy*
Sally nie było w domu. Mogłem wyjść z pokoju i trochę pozrzędzić. Całe szczęście..
Drżącymi jak cholera rękami otworzyłem drzwi i wyślizgnąłem się na korytarz. Mógłbym się założyć, że kolejny dzień spędzę w piżamie, przewalając się na kanapie.
A więc pofatygowałem się i dowlokłem do salonu swoje dupsko. Tak mnie to zmęczyło, że od razu upadłem na poduszki. Kurwa, jak mi było słabo..
Nie zauważyłem, że moja noga wylądowała na tym nędznym perkusiście. Pisnął jak baba i podniósł się jak oparzony, tym samym zrzucając mnie na podłogę. Uderzyłem kościstym ciałem o posadzkę i syknąłem z bólu.
- Ty głupi chuju, rozpieprz sobie ten pusty łeb o werbel. Albo wepchnij sobie pałkę w dupę!- zakląłem. Perkman mało się nie rozryczał. Uciekł pośpiesznie, a już po chwili przylazł do mnie Jinxx i reszta ekipy.
- Nic ci nie jest?- zapytał Ashley, podnosząc mnie jak jakieś dziecko.
- Nie - warknąłem.- Spierdalać.
Już miałem się zmyć, bo widocznie przebywanie tutaj było wyjątkowo niebezpieczne, ale zatrzymały mnie grube łapska Pittsa.
- Puszczaj, kutafonie!- wysyczałem naprawdę wkurzony.
- Pokaż się no tu - Ferguson zmarszczył brwi. ,,Błagam, tylko nie ręce, tylko nie ręce!..". Akurat tam skierował swój parszywy wzrok.- Czy ja dobrze widzę?
,,Nałóż okulary, stary śmieciu!"
Jego protekcjonalny ton nie wróżył nic dobrego.
- Nie mów, że jeszcze to..- pokazał paluchem na siniak w zgięciu. Cholera, czemu nie nałożyłem długiego rękawa.- Ty już całkowicie oszalałeś! Obłąkany ćpun!
- Co?!- oburzyli się pozostali.
- Jesteś już poważnie chory, a dodatkowo pogarszasz swój stan narkotykami! Kretyn!- wrzeszczał ten stary pryk.- Dosyć tego, miarka się przebrała! Jedziemy do szpitala, w tej chwili!
- W życiu, parszywy psie - splunąłem mu w twarz. Kopnąłem też Jake'a najmocniej jak mogłem w jaja. Zagryzł wargi, ale mnie nie puścił. Usiłowałem się szarpać, ale kompletnie nie miałem siły. Ten skurwiel jedynie wykręcił mi ręce do tyłu.
- Idę wyprowadzić auto. Pilnujcie go.
Spojrzałem na wszystkich z nienawiścią spod rozczochranych włosów.
- Skurwiele..- rzuciłem. Spuściłem głowę i zwaliłem się na kolana.

*Sally*
Przez jakieś kolejne pół godziny muzycy rozstawiali, podłączali i sprawdzali swój sprzęt. Składały się na niego czarna gitara elektryczna Carla, ciemnoczerwony bas Alice, duża perkusja Robbiego i oczywiście mikrofon. Dziwne, bo od samego początku znajomości, nigdy w życiu nie słyszałam gry ani śpiewu przyjaciół. Dlatego teraz byłam niezwykle podekscytowana. Może okaże się, że przyjaźnię się z przyszłymi gwiazdami?
W końcu jednak próby i przygotowania dobiegły końca. Stanęłam pod ścianą na przeciwko zespołu. Wstrzymałam oddech, gdy rozległy się nuty pierwszej piosenki.
Moja reakcja? Wow. Nie wiedziałam, że są aż tak dobrzy.
Najpierw dominowały równomierne uderzenia w bębny. Potem doszła ciężka gitara i bas. Wszystko się nagle zaostrzyło. To było coś w rodzaju wybuchu. Ale najlepsze było przede mną. Nagle głośne partie nieco przycichły, a Carly zbliżył twarz do mikrofonu. Rozległ się jego wokal.
Wow po raz drugi. Nie miałam pojęcia, że on tak ładnie śpiewa. Gdy kumplowaliśmy się w dzieciństwie, raczej się tym nie interesował, jego upodobania muzyczne ograniczały się do słuchania wersji nightcore praktycznie każdej lepszej piosenki.
Gdybym znała więcej zespołów z pewnością mogłabym określić, do kogo podobnie śpiewa. Niestety teraz nie mogłam tego stwierdzić. Był jakiś taki zespół, który Carrie mi pokazywał. Jakiś taki Live Like* coś tam i drugi- coś tam z Alexandrią** (,,Twoja znajomość muzyki jest powalająca, Sally!"). Można by uznać, że Coward posiadał mieszankę głosów dwóch wokalistów.
Ale partia w najbardziej jego stylu miała dopiero nadejść. W pewnej chwili rozległ się głośny krzyk. Mało się nie przewróciłam ze strachu, za to gwałtownie podskoczyłam. Wyraźnie słyszałam wpływ Bring Me The Horizon. Nie tylko w brzmieniu, ale także w tekście. Co chwila słyszałam tylko jakieś ,,kurwa", ,,pierdol się", ,,jebię cię". Właściwie to był zlepek tych wyrazów. Ale poza tym wszystko do siebie pasowało, brzmiało fajnie. Gdy zespół skończył, zaczęłam klaskać. Wokalista wyszczerzył się z dumą.
- I jak, muzyczna analfabetko? Pod wrażeniem naszych talentów?- spytał, odgarniając grzywkę.
- Super! Naprawdę super! Będziecie świetnym supportem!
Robb ukłonił się teatralnie, odchodząc od perkusji.
- Och, nie musisz nas aż tak wychwalać. Mamy świadomość, że jesteśmy wirtuozami!
Zaśmiałam się.
- A jak się nazywacie?- zapytałam po chwili. Nie zdziwiłam się, jakby nazwa brzmiała mniej więcej jak ,,Jebane Kutasy" lub ,,Popierdolone Kurwy". Jednak odpowiedź mnie zaskoczyła:
- Właściwie.. Nie mamy jeszcze nazwy.. - odparła Alice.
- To jak się przedstawicie na koncercie?
- Sally ma rację. Trzeba wymyślić nazwę - przyznała.- Jakieś pomysły?
- ,,Zgrabne Dupy"! ,,Najprzystojniejszy Wokalista i Reszta"! ,,Band Najcudowniejszego Carla Cowarda"!- wydurniał się wokalista.
- Pytam na serio..
- Oj, nie spinaj kwiatuszka, Alicjo - ,,Jak on to wymawia, nie łamiąc sobie języka?"- Zaraz się pomyśli. To nie może być takie trudne!

***

Wszyscy dumali przez dobrą godzinę, ale nikt nic nie wymyślił. W końcu zabrałam głos:
- Dobra.. Trzeba pomyśleć o tym, jacy jesteście. Jesteście.. fajni, mili, szaleni, walnięci - wymieniałam.
- Mam!- klasnął w ręce Carl.
- I co tam wydumałeś?- zapytała Alice.
- Szaleni, właśnie, my jesteśmy wręcz popierdoleni! Przy tym mamy ksywki jak z Krainy Czarów! Ja- Cheshire, Robbie- Rabbit, a ty jesteś Alice!
Wszystkim spodobał się pomysł.
- Ale czy ,,Wonderland" nie będzie za krótkie?
- Fakt.. - nasz ,,geniusz" podrapał się po głowie.- Mam pomysł. Trzeba coś oryginalnego, więc.. Sally, ty mówiłaś, że LA to twoja Kraina Czarów. I przyjechałaś pociągiem. Więc może ,,Train To Wonderland"?
- Wow..- powiedziałam tylko. Nazwa zespołu nawiązuje do mnie! Jaki fart!
- No to zatwierdzone, jak mam rozumieć!- wyszczerzył się frontman.- A teraz wracamy do grania!

*Andy*
- Andy, błagam, uspokój się wreszcie!- błagał mnie Ash, gdy kopnąłem go po raz setny. To się powtarzało od kiedy wyjechaliśmy z domu. Ale nie mogłem iść do szpitala, nienawidziłem go. Zrobiłbym wszystko, by się wyrwać. A w tej chwili było mnie stać tylko na to.
Znów wierzgnąłem, ale przekroczyliśmy już drzwi.
- Kurwa, nie! Nie wyrażam zgody!- darłem się.- Jestem dorosły, mogę sam decydować!
- Niedługo nie będziesz mógł..- szepnął złowrogo Jinxx. Często to powtarzał, bałem się, że coś knuje. Tym bardziej musiałem się wyrwać.
Przeciągnęli mnie przez długi korytarz, moje nogi musiały dotykać tej obrzydliwie czystej podłogi. Wszędzie panowała biel. Ohyda. Nic gorszego nie istniało. Do tego ci wszyscy ludzie..
Właśnie, akurat teraz musieli się na mnie gapić. Wszyscy wytrzeszczali oczy, jakbym był jakąś sensacją. No dobra, może niewiele gwiazd rocka się tarza się po szpitalnej podłodze, ale te stare pryki chyba mnie nie kojarzyły.
Tak, stare pryki. Gdy byłem tu ostatnio prawie w ogóle nie widywałem nikogo młodego. Właściwie to powinno być dla mnie bez znaczenia, bo i tak siedziałbym naburmuszony i obrażony, że mnie tak uziemiono, ale wolałbym mieć przed sobą jakieś ładne twarze. Jeśli teraz tu utknę to na pewno lepiej nie będzie.
Co jeszcze? Kurwa, jebany personel. Te pokurwione piguły zachowywały się, jakby były nauczycielkami. Ten ich protekcjonalny ton, grożenie palcem i przemowy o ,,zasadach kultury osobistej". Nie moja wina, że robiły ze mnie wariata i atakowały strzykawkami ze środkiem uspokajającym! Nie zapisywałem się do psychiatryka!
W końcu jednak się zatrzymaliśmy.
- Dobra, a teraz posłuchaj - zwrócił się do mnie ten zgrzybiały sztywniak.- Ja pójdę wypełnić papierkową robotę i wszystko pozałatwiać, a ty tu grzecznie posiedzisz, jasne?
Nic nie odpowiedziałem. W końcu Jake mnie puścił i jak przystało na wzorowego przydupasa, podążył za swym ,,panem". Tymczasem ja zostałem z Ashley'em. ,,No to będzie łatwo.."
Już miałem przygotowany plan. Prosty i trochę oczywisty, ale skuteczny.
Odczekałem kilka minut, zachowując się w miarę normalnie. Tymczasem kumpel oglądał siniaki, które dziś mu zrobiłem.
- Ashley..- spytałem w końcu niewinnym tonem.
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Co?
- Mogę do toalety?- spytałem. Tak, to był ten genialny plan.
Chłopak westchnął.
- Naprawdę musisz? Nie robisz mnie w konia?..
- Jak się zleję w majtki, to będziesz miał odpowiedź. No błagam..- udawałem, że bardzo mi się chce.
- Cholera, jestem dla ciebie za dobry. A obiecałem sobie, że więcej ci nie pomogę, mały oszuście - żalił się. ,,No dalej, powiedz tylko ,,tak"!"- Dobra. Idź, ale jeśli to będzie przekręt, to następnym razem każę ci założyć cewnik moczowy!
Wzdrygnąłem się i podniosłem na słabe nogi.
- Dzięki, kochanie - ,,podziękowałem" ironicznie.
Ruszyłem szybko przed siebie. Dobrze, że w miarę znałem to miejsce. Zszedłem po schodach, mijając wszystkich, jakby nigdy nic. Mało spektakularna ucieczka, ale Ash dał się nabrać. Cep.
Byłem co prawda w samej piżamie, ale teraz mnie to nie obchodziło. Temperatura ostatnio wzrosła, więc nie powinienem zmarznąć. Może jedynie czułem się głupio, bo szedłem na bosaka niczym Cejrowski. Miałem nadzieję, że nie przyłapie mnie żaden tępy paparazzi i nie pstryknie foty. Bo jeśli tak zrobi, to wszyscy się dowiedzą. Nawet Sally, a tego bym nie chciał. Wolałbym, żeby nie wiedziała, że mój stan zdrowia się pogarsza. Najpewniej ,,z troski o mnie", wysłałaby mnie z powrotem do tego więzienia.
Przeszedłem kolejną przecznicę. Oczywiście zebrały się już tłumy gapiów. Przyspieszyłem i mimo ogromnego wysiłku i kłucia, w końcu dotarłem na naszą ulicę. Sall chyba nie było w domu. Teren wydawał się czysty.
Drzwi zamknięto, ale okno zostało otwarte, więc to właśnie przez nie dostałem się do środka. Powiedzmy, że miałem już doświadczenie w takich sprawach.
W domu nikogo nie zastałem, więc jedynie pochwyciłem kawałek mięsa (bo dawno nie jadłem) i pobiegłem do swojego pokoju. Akurat miałem ochotę ponarzekać dla Lynn.
 
*Sally*
- No dobra, muszę już iść. Andy się pewnie denerwuje, bo mu nie powiedziałam.
- On aż tak spina dupcię?- zdziwił się Kot.
- Daj spokój! Nie masz dziewczyny, nie zrozumiesz.. To miłe jak ktoś się o ciebie troszczy - zwróciła uwagę Alice, wtulając się w Robbiego. Objął ją ramieniem. Och, nie mogłam się doczekać, by zrobić tak z Andy'm.
- Laski lecą na mnie i bez tego - prychnął chłopak, odrzucając na bok swa grzywę.- To jak, Sallem, kiedy się spotkamy znowu? Jakby coś to może trochę później, bo nasz cudowny Pociąg musi trenować..
- Nie wiem.. Może.. Może jutro wieczorem u mnie?- spytałam niepewnie.- Ali i Robb jeszcze nie byli.. Andy się chyba nie obrazi.
- Supi dupi!- uradował się mój najlepszy kumpel.- Takie piżama party!
- O tak!- poparłam pomysł. W dzieciństwie zawsze marzyliśmy o piżama party. Żeby obaj nałożyć różowe piżamki, rzucać się poduszkami, wcinać popcorn, czytać magazyny, oglądać filmy i gadać całą noc! ,,Kolejna okazja na bycie normalną.. Super!"- cieszyłam się w myślach.- Genialny pomysł! Przychodźcie jutro po 20. Będzie świetnie!
- Ze mną zawsze jest świetnie. Będzie jeszcze świetniej! Wow, to już jakaś skrajność!
Zachichotałam.
- Dobra. Do jutra!
 
***
 
Gdy tylko przekroczyłam próg domu, usłyszałam jakieś wrzaski. Zaniepokoiłam się. Dochodziły one z góry, więc tam też się udałam. Po drodze nasłuchiwałam. To Jinxx prawił Andy'emu kazania przez drzwi jego ,,twierdzy". Wsłuchałam się, by wyłowić sens jego wypowiedzi.
- Ja ci dam takie akcje! Tobie Ash też się oberwie! Zaraz wymyślę jakąś karę..
Zmarszczyłam brwi. Co jest, do cholery?
Czemu on się tak na nich wyżywa? Czy on jest jakąś niańką? Przecież to są dorośli faceci, a on ich traktuje jak pięciolatków! To aż głupie! Na miejscu tej grupy, zamieszkałabym w oddzielnych domach. Co jak co, ale pięć facetów pod jednym dachem to już za dużo.
Do moich uszu dobiegły wykrzykiwane wyzwiska. Miałam tego dojść. Postanowiłam przerwać te dziecinne sprzeczki. Przeszłam kolejne stopnie i stanęłam na końcu korytarza.
- O co znowu wam poszło?- zapytałam, krzyżując ręce. Wszyscy podskoczyli jak oparzeni. Uśmiechnęli się krzywo.
- A, to nic takiego - powiedział Jake.
- Z tym, że Andy znowu się mnie nie słucha!- wkurzył się najstarszy.
Wywróciłam oczami.
- Jest pełnoletni, nie musi cię słuchać.
Westchnął.
- I tak nie zrozumiesz!- ,,Kurwa, wyjaśnij, o co chodzi, zanim postawisz tezę!"
Pod naszą nieuwagę drzwi się otworzyły, a obok nas pojawił się Biersack w samej osobie. Nadal nosił piżamę, wyglądał w niej dość mizernie. Wisiała na nim niczym worek na śmieci. Aż się trochę zaniepokoiłam, bo zdrowo nie wyglądał.
- Co tam, kochanie?- starałam się, by mój ton brzmiał naturalnie, ale średnio mi to wychodziło.
- Wszystko w porządku - powiedział, całując mnie w usta.
Przytuliłam go, ale zaraz się odsunęłam.
- Wiesz..- zaczęłam.- Bo..
- O co chodzi, Sall?
- Carl jutro wpadnie.
Powieka mu zadrgała. Miał chyba ochotę mnie rozszarpać, ale się powstrzymał. Na wszelki wypadek wycofałam się i zeszłam na dół.
- No to masz karę - usłyszałam jedynie.

*Andy*
No brakowało mi już tylko tego pedała.. Czułem się przytłoczony tym wszystkim. Jinxx stał mi nad głową i prawił jakieś kazania. Robił to od co najmniej godziny. Zwyzywał mnie od żałosnych ćpunów, obłąkanych wariatów i rasowych skurwieli. Szczerze tym to się akurat nie przejąłem. Bardziej martwiło mnie, że zaciągną mnie w końcu do tego szpitala i tym razem nie będzie ucieczki. Jeśli wszyscy się dowiedzą, będę miał przechlapane. Wszyscy zaczną plotkować, faneczki wypisywać mi jebane kondolencje i mówić, jak to bardzo będzie mnie im brakować. I dowie się też Sally.. Ugrzęzłem w tym bagnie po uszy, a i tak zapadałem się coraz głębiej. Czekałem aż utonę. I najpewniej nie będzie to przyjemne. Najpewniej dostanę kolejne kazanie, skończę w jakimś opętanym przez dziwne zwyczaje miejscu i zostanę całkowicie sam, bezbronny. Wszystko do tego zmierzało. Chyba że wcześniej zwyczajnie umrę.. Zupełnie jak każdy śmiertelnik. Nie, to obrzydliwe. Najpierw musi się dopełnić przeznaczenie, a wszystko się ze sobą kłóciło.
Musiałem w końcu wybrać: Lynn czy Sally?
Na razie nie miałem pojęcia, jak, do cholery, mam odpowiedzieć. To musiało zaczekać.
Tymczasem szykowała się konfrontacja z tym gówniarzem, który tylko przeszkadzał. Szykowała się kolejna lekcja przetrwania.

***
 
*Sally*
,,Oki doki, szykuję sobie właśnie piżamkę ^^ Którą- w truskawki czy w Teletubisie?"- pytał w SMS-ie ten słodki głupek.
,,W Teletubisie"
Szczerze? Nie mogłam się doczekać. Party zapowiadało się naprawdę zabawnie i normalnie. A ja jak zawsze potrzebowałam normalnej rozrywki. Swój limit nienormalności wykorzystałam już dawno.
Zdjęłam normalne ciuchy- tym razem niebieski top, krótkie czarne spodenki i rajstopy w biało czarne paski. Zastąpiłam je słodką piżamką z wizerunkiem główki lalki. Zeszłam na dół, by zobaczyć jak idą przygotowania. Jinxx i Jake stwierdzili, że są za starzy na takie ,,dziecinne" zabawy i zmyli się do swoich pokojów. Ash postanowił, że zostanie, przekonał też CC'ego. Tak, miałam nadzieję, że mój chłopak poczuje się raźniej w ich towarzystwie. W razie czego będzie się miał na kim wyżyć.
Christian właśnie przygotowywał popcorn, Ashley robił drinki. Wyglądali na zadowolonych.
- Gdzie Andy?- spytałam ich.
Purdy wskazał ruchem głowy na kanapę.
Zbliżyłam się do niego i szeptem spytałam;
- Ma focha?
- A kto by go zrozumiał!- rzucił cicho.
Westchnęłam. ,,Nie przejmuj się, on już taki jest. To ci nie zepsuje imprezki.."
 
*Andy*
Ta kanapa stała się ostatnio jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w domu. Właśnie teraz się na niej wylegiwałem. Choć trudno to tak nazwać, skręcałem się z bólu i starałem się go jakoś przetrwać. Wśród poduszek na pewno było to przyjemniejsze. Nawet chętnie bym się zdrzemnął. Ale musiałem pilnować tego pedała. Jeśli zrobi coś mojej dziewczynie- zabiję, obiecuję.
- Co jest?- usłyszałem nad sobą głos Sally. Wyglądała na zmartwioną. No cóż, przykro mi. Musiałem ją okłamać.
- Nic, nic. Widzisz?- podniosłem się, choć cały czas łamało mnie w kościach jak przy ostrej grypie.
Rogers uśmiechnęła się i zajęła miejsce obok mnie. Objąłem ją ramieniem i dałem całusa. Tak, to mi się podobało. Sam na sam, bez żadnych gejuchów i strych zgredów. Dopiero teraz tego zaznałem, a szkoda. Mógłbym tak ją tulić cały czas. W ciszy, w spokoju. To ciepło uspokajało. Było kojące. Trochę nawet leczyło.. W każdym razie było całkiem przyjemnie. ,,Przepraszam, Lynn, tylko ten jeden raz"
Ale nawet to nie mogło trwać długo. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Obaj podskoczyliśmy.
- Pewnie już są!- ucieszyła się Sall. Gdybym tak mógł się cieszyć razem z nią..
,,Mógłbyś, ale jesteś zazdrosnym dupkiem"
,,Zamknij się! Robię to dla jej dobra!"
Wstała, a ja usłyszałem jakieś radosne śmiechy i chichy. Odwróciłem się.
,,Kurwa, bardziej pedalsko i drażniąco się już nie dało?!"
 
*Sally*
- Super, że jesteście!- witałam wszystkich po kolei. Carl miał na sobie piżamę z wizerunkiem wszystkich bohaterów Teletubisiów. Reszta wyglądała już mniej oryginalnie, ale w końcu oni nie byli aż takimi zjebami. Rola błazna należała do naszego Kota.
- Mam tyle pomysłów! Wiem, jestem genialny - O wilku mowa..- Naprawdę, będziesz zachwycona. To będzie niezapomniana noc! Ostre, słitaśne party party już się zaczyna!
Zaśmiałam się. Podejrzewam, że nawet siedząc w pokoju bez klamek, studiując ściany z tymi ludźmi, bym się nie nudziła. Z prawdziwymi przyjaciółmi nigdy się nie nudzi.
- Chodźcie. Wszystko gotowe- popcorn, magazyny, TV, podusie..- wyliczyłam.
- O, supi dupi, ale jak już to wszystko zrobimy, to mam dla ciebie niespodziankę. Coś jeszcze ciekawszego. Założę się, że nigdy tego nie robiłaś, bo nawet ja, choć jestem niezwykle obytą osobą, nigdy tego nie próbowałem. Może być zabawnie!
- Super. Ale najpierw lecimy z programem!
Tak naprawdę byłam naprawdę ciekawa, co Carly znowu wymyślił. Bo co jeszcze mógł zmajstrować? Jedno było pewne: na pewno okaże się świetne.
- O, i jest nasz Andrzej!- zawołał, gdy zobaczył Andy'ego. Biersack nie wyglądał na zachwyconego, ale przynajmniej milczał i darował sobie niemiłe komentarze. Więcej od niego nie wymagałam.
- A teraz, czas start!- Ali klasnęła w ręce.
 
 
***
 
Imprezka trwała w najlepsze. Obejrzeliśmy jakieś debilne komedie, które nie miały większego sensu, ale ryliśmy z nich jak głupi, obżarliśmy się popcornem i słodyczami, stoczyliśmy bitwę na poduszki (Carl nieźle wytłukł Robbiego, drąc się co chwilę ,,prosto w Parkan!", co było naprawdę przekomiczne) i poprzerabialiśmy zdjęcia w muzycznych magazynach (nie skomentuję tych, które wykonał Ash w gazetach porno). Tańczyliśmy też trochę do muzyki BMTH i FFR. Carrie wykrzykiwał teksty, które składały się głównie z wulgaryzmów. Wszyscy bawili się świetnie.
 Wszyscy poza Andy'm. On siedział cały czas spięty i jedynie obserwował. Nie wiem, czy był zmęczony czy spięty, ale starałam się nie wchodzić mu w drogę. Nie dawałam się też nikomu przytulać, by nie wzbudzać jego podejrzeń. Pilnowałam się, ale to mi nie psuło zabawy. Wszystko wypadło zarąbiście.
Aż w końcu nadeszła chwila, by wypróbować nową ,,zabawę" Carla. Nie miałam pojęcia, o co może mu chodzić, więc spytałam:
- To co chcesz nam pokazać?
Minęła chwila ciszy, aż w końcu Cheshire wyszczerzył się w psychopatycznym uśmiechu.
- Wywoływanie duchów.
Zamarłam.
 
*Andy*
,,JA CI, KURWA, SKURWIELU, POKAŻĘ WYWOŁYWANIE DUCHÓW!"- wydarłem się w myślach. Najchętniej zajebałbym tego dziecinnego idiotę. Czy on w ogóle wiedział, jakie mogą być konsekwencje?! Nie wydaje mi się. Podejrzewałem, że wygrzebał to po prostu w necie i wpadł na taki ,,jakże zabawny" pomysł. Co za dzieciak.. Właściwie to nie była nawet zabawa. To był poważny rytuał. Mimo że nie wyglądałem na kogoś, kto ma doświadczenia z takimi rzeczami, ale byłem. Tylko ja mogłem ratować sytuację. Ale jak?..
Nie było czasu by się zastanawiać! Zaraz zrobią coś niesamowicie głupiego. Jeśli jakiś dziadek Coward zacząłby nękać swojego wnuka, to miałby przynajmniej nauczkę. Może to by mu wybiło z głowy takie durnoty.
Ale teraz zależało mi na tym, by ocalić innych. Między innymi Sally. Nigdy nie wiadomo, do kogo zjawa się przyczepi. Może paść na Sally. Nie chciałem tego. Gdybym mógł, uciekłbym z nią teraz i zastrzelił Carla. Jeśli nie zwali mi się na głowę jego natrętna dusza.
- Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. To dość niebezpieczne - powiedziałem.
Ten głupek jedynie zachichotał. Wszyscy mu zawtórowali, nawet Ashley i CC. Spiorunowałem ich wzrokiem. Purdy parsknął, po czym wygłosił swoją durną opinię:
- Daj spokój, nie jesteś dzieckiem. Chyba nie wierzysz w te brednie? Przecież duchy nie istnieją!
- Ktoś tu sra w majteczki - szydził pedał.
,,Oj zdziwilibyście się.. Bardzo"
Mimo to spuściłem głowę. Sam nie wiem czemu. ,,Uległeś, słabeuszu"
- No dalej, obłąkany paranoiku, duchy dla ciebie nie straszne!- zachęcał. Chyba był lekko pijany..- Bo naskarżę dla Jinxxa, że znowu byłeś gburem!
Co miałem powiedzieć? Spojrzałem błagalnie na Sally.
- Sall..- zacząłem, ale nawet nie podniosła wzroku. Wymusiła tylko uśmiech.
- Jasne, duchy nie istnieją.. Nie istnieją..- mówiła, ale jakby bez przekonania. ,,Czyżby?.." Może miała jakiś związek z duchami? Może przeżywała to, co ja?
Zaciekawiłem się. Bardzo chciałbym wiedzieć, jak to się wszystko stało..
Dlatego nic nie powiedziałem. Zamknąłem się. ,,Głupsze!"- krzyczał mój rozsądek, ale serce podpowiadało, że dzięki temu czegoś się dowiem. To tak jak doświadczenie- potrzeba jest obserwacja. Właściwie obserwowałem Sall od początku, chciałem ją rozgryźć. Głównie dlatego z nią chodziłem. Więc czemu miałbym ominąć tak ważną lekcję?
- No dobra - zgodziłem się w końcu.
 
*Sally*
Nie wiem, czemu się nie sprzeciwiłam. Może nie chciałam wyjść na taką, za jaką mnie uważano? Nie chciałam pokazywać, co wywołała u mnie śmierć siostry? Co spowodowało, że zraziłam się do wszystkich rytuałów? Może bałam się, że mnie wyśmieją jak Andy'ego. On też się bał. Już na pierwszy rzut oka można było to stwierdzić. Może posiadał taka wiedzę jak Lynn i wiedział jak to się zwykle kończy? I teraz on również to zrobi.. Powinnam go odwieść od tego pomysłu. Bo co, jeśli to się skończy tak jak u mojej siostry?
Ale uległam. Carl, który teraz wydawał mi się teraz bezmózgim idiotą bez żadnego szacunku dla zmarłych, szturchnął mnie w ramię.
- Zgaś światło, Sallem. Zaczynamy pokaz Kociego Magika! Kot Behemot, haha!
- Czytałeś ,,Mistrza i Małgorzatę"?- zdziwił się Andy. Z tego, co się orientowałam, to była to jakaś książka o Szatanie i Jezusie, w której ten pierwszy przyjechał do Rosji.. Takie rzeczy się kojarzyło, ale odpowiedź Carla brzmiała oczywiście idiotycznie, a mianowicie:
- Nie.. Co to?
Biersack miał chyba ochotę walnąć facepalm. Wiedziałam jak męczy się w towarzystwie mojego irytującego kumpla. Nawet ja miałam już dość. Pożałowałam, że zaprosiłam do nas Cowarda. Pierwszy raz stałam po tej samej stronie, co mój chłopak. Ale teraz nie było odwrotu..
Choć.. był. Ale ja znów sama nie wiedziałam, czego chce. Stara Sally powracała.
Dlatego też wykonałam polecenie Carriego i pstryknęłam światło. Zapanowała ciemność, ale Robbie zapalił świecę.
- Siadamy teraz dookoło.. Tego!- oznajmił pomysłodawca wyciągając jakąś tabliczkę.- To specjalna tabliczka. Wykosztowałem się, więc nie macie wyjścia!
Westchnęłam. Czarnowłosy położył przedmiot na dywanie, a my zasiedliśmy dookoła. Obok mnie zasiedli on sam i Andy. Po chwili Cheshire oświadczył:
- Potrzebny nam jeszcze kieliszek..
Ash zareagował, mianowicie wypił do końca drinka ze swojego kieliszka i podał naczynie ,,Behemotowi". Ten wyszczerzył się zadowolony i zaczął wszystko ustawiać. W końcu skończył. Wszyscy byli gotowi, a ja mało się nie zesrałam ze strachu.
 
*Andy*
Już czułem jak szatańskie siły przybywają do pokoju. Od pobytu z Lynn byłem wyczulony na takie rzeczy. A ta dzieciarnia nawet o tym nie wiedziała. Żenujące, nie byli godni by obcować z czymś tak wartościowym. Nawet ja nie miałem na razie do tego prawa. I raczej nie będę miał, bo teraz sam się wygłupiałem. Wszyscy co raz parskali śmiechem. Tak, jakby było w tym coś zabawnego. Czułem się oburzony.
Ale najgorsze miało się zacząć właśnie teraz.
- To kogo przywołujemy?- spytała Alice.
- No, jakieś pomysły?- dorzucił główny debil.
- Może..- zaczęła Sally. ,,Kurwa, nie przywołuj swojej siostry! Się rób tego, idiotko!"- Może.. Andy.. Tą dziewczynę?
Zbladłem. ,,Kurwa mać, bezmyślna pizdo, odszczekaj się". Jednak w głębi naprawdę tego chciałem. Przy tym się bałem.
Już sam nie wiedziałem, więc siedziałem cicho.
- Dobra, kładziemy ręce na kieliszku.
Wykonałem polecenie. ,,W co ty się, cepie, pakujesz?!.."
Biłem się z myślami. Tymczasem ton Cowarda wydawał mi się naprawdę złowieszczy:
- Chcemy się skontaktować z martwą dziewczyną Andy'ego - po tych słowach prawie się rozkleiłem.- Jeśli jesteś tu, duchu, porusz kieliszkiem na tak.
Nic się nie stało.
- Potrzeba koncentracji!- stwierdził chłopak.- Pomyślmy teraz wszyscy o tym samym!
Pomyśleliśmy, a Carl powtórzył słowa.
I wtedy. Jakiś cień, szybki cień i..
O KURWA.
 
*Sally*
KURWA..
Prawie zemdlałam.
,,LYNN?!"
 
***
No, i tym oto sposobem mamy 12 rozdział ^^ W następnym- oj, zobaczymy, zobaczymy.. A tymczasem- nowy blog o Mangy. Wszyscy, którzy powinni o nim wiedzieć mają już link. A inni jeśli są ciekawi (o ile jest ktoś inny, choć wątpię), to powiem wam- nie jest to fanfiction, więc to nie wasz zasrany interes. I tak się wam znudzi, bo ni ema waszego Andysia gwiazdeczki.
Niedługo wstawię na Mangy jakąś informejszyn. W następnym tygodniu planuje tam rozdział dla urozmaicenia. Może być ciekawie, bo to będzie raczej improwizacja. Zobaczy się<3
Cóż.. Co jeszcze mogę powiedzieć. Czekam na jakieś domysły, teorie *udaje Scotta Cawthona* ♥ Męczcie się XD
Kocham was, do Mangy za tydzień i TTW za dwa ;*
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
P.S. Davida Groch patrzy, czy piszesz komentarz. Ona↓
                    Wy^
                          |



czwartek, 27 sierpnia 2015

Rozdział 11: ,,To mój kapelusz!"


*Sally*
 Nie wiem, naprawdę nie wiem. Czas nagle zaczął lecieć tak szybko. Ale nie był to czas stracony. Wręcz przeciwnie. Zima i połowa wiosny przeleciały, ale słodka atmosfera pozostała. Nigdy bym nie pomyślała, że związek wszystko zmienia. Tymczasem on wywrócił moje życie do góry nogami. Ale w pozytywnym słowa znaczeniu. Mogłam oderwać się od przeszłości, od tych wszystkich problemów. Na chwilę zapomniałam nawet o sprawie Lynn. Teraz wszystko obracało się wokół Andy'ego. On okazał się moim zbawieniem. I jak mogłam go nienawidzić? Nigdy bym nie pomyślała, że to właśnie ten skurwysyn da mi tyle szczęścia. Dobrze spędzało mi się z nim czas. Okazał się inteligentnym, choć nieco zamkniętym w sobie facetem. I przy mnie się otwierał. Chyba oszalałam, ale mi to nie przeszkadzało. To szaleństwo było przyjemne. Dotarło do mnie, że tego chciałam od początku- życia normalnej dziewczyny, odrobiny ciepła i poczucia bezpieczeństwa. To mnie satysfakcjonowało. Tym sposobem udało się nawet nieco załagodzić atmosferę w domu. Gdy mój chłopak chciał zaczynać jakieś kłótnie, potrafiłam go uspokoić. Często gdzieś razem wychodziliśmy. Obaj się zmieniliśmy, na szczęście na lepsze. On przestał być kutasem, ja- podejrzliwą, zagubioną dziewczynką. Uzupełnialiśmy się. Nasz związek nie był już tajemnicą. Mieliśmy za sobą nawet kilka sesji zdjęciowych i wywiadów. Ale sława nie była uciążliwa. Na razie nikt mnie nie nękał, nie fotografował z ukrycia, ani nic z tych rzeczy. Byłam po prostu dziewczyną BVB i tyle o mnie wiedziano. Teraz byłam już w pełni Sally Rogers. Nie.. nie tą osobą, co kiedyś. Nie tą nastolatką z psychiatryka. I nigdy nie planowałam wracać do swojej smutnej odsłony. Nowe życie zaczęło się na dobre. I czułam się świetnie z moją normalnością. Przyniosła ulgę i wytchnienie. Każdy dzień wydawał się coraz lepszy.

*Andy*
Z każdym dniem czułem się coraz dziwniej, coraz bardziej nieswojo. Kurwa, wiedziałem, że ten plan nie jest dobry, a mimo to wcieliłem go w życie. Teraz miałem konsekwencje- prawdziwą miłość, której nie miałem prawa odwzajemnić. Właściwie mógłbym, ale to by zniszczyło wszystkie moje poprzednie starania. I co z Lynn? Przecież kochałem ją, naprawdę.. Ale Sally chyba też powoli stawała się moją..
,,NIE, NIE, NIE!"
Sam się w tym wszystkim zagubiłem.. Już sam nie wiedziałem. Jakbym złapał się w pułapkę. Co wybrać? Oświecenie w życiu poza życiem czy szczęście na Ziemi? Czy nie rezygnować ze spotkania z najwyższą czy zostać tu z tą uroczą dziewczyną?
Czułem jak wszystko rozwalam. Teraz to wszystko było bez sensu. Oszukiwałem obie strony. Żadnej nie byłem oddany. Stąpałem teraz po cienkiej linie. Mogłem oddać się Lynn i spotkać ją po jakiś 6 latach rozłąki, ale przy tym rozwalić psychicznie obecną partnerkę lub pozostać przy nowym związku i skazać się na wieczną poniewierkę.. Tyle wyborów, zero pomysłów.
Miałem dość. Dość siebie, dość wszystkiego, dość tej plątaniny w mojej głowie. Chciałem świętego spokoju. Nie, nie mogę mówić ,,świętego"..
Kurwa, i znów bariery, które sam sobie stworzyłem! Ale jak się od tego odciąć?.. Czy ja w ogóle tego chcę?..
Cholera, znowu.. Czy to się nigdy nie skończy?!
Miałem ochotę komuś ostro przywalić, wyżyć się na czymś.. Ale Sally byłaby niezadowolona- kolejny mur.. Po raz setny musiałem zadowolić się rozwalaniem własnego pokoju, omijając to jedyne, ważne miejsce..
Ja pierdolę!
Łzy niemal napływały do oczu, ale je powstrzymałem. Nie, to jest tylko dla słabych. Ale czy ja wobec tego wszystkiego nie jestem słaby?.. Nie, nie wymiękaj, Andy. Walcz do końca.
Takie myśli nachodziły mnie chyba w każdej możliwej chwili. Przez nie zacząłem czuć bolesne kłucie w klatce piersiowej. Było tak dokuczliwe, że chwilami chciało mi się zabić. Do tego krwioplucie pojawiało się coraz częściej. Nigdy nie czułem się chyba tak źle. Ale nie mówiłem o tym nikomu, bo zaciągnęliby mnie do szpitala. A ja nie miałem ochoty na żadne rentgeny, lekarzy i kazania Jinxxa.
Skuliłem się w kłębek i przysiadłem pod ścianą. Zacisnąłem powieki. I ból fizyczny i psychiczny. I co gorsze?
Nagle usłyszałem kroki na korytarzu. Lekkie i ciche, czyli Sall. Eh, zaraz po raz kolejny ją oszukam. No cóż, muszę to jakoś wytrzymać. Jak tak dalej pójdzie, to niedługo mnie już nie będzie.
W końcu się przemogłem i otworzyłem drzwi. Wyszedłem na korytarz, zamknąłem pokój i skierowałem się po schodach na dół. Natknąłem się na swoją drugą połówkę.
- Cześć, Sall - powiedziałem udawanym uroczym tonem, łapiąc ją przy tym w talii.
Podskoczyła i zachichotała.
- Cześć. Jak się spało?- spytała, cmokając mnie w policzek. Kurwa, była przy tym zbyt słodka i kusząca. Jak zakazany owoc.
- Świetnie - ,,Kłamca, kłamca, kłamca!" - A tobie?
- Jeszcze lepiej.. Choć bez ciebie w nocy jest pusto.
,,Po co to mówiłeś! Błagam, żeby tylko nie chciała się wpakować do mojego łóżka.. Będę miał przechlapane!"
- Ale teraz jestem. Mamy cały dzień, by się sobą nacieszyć. Mamy wiele dni.. - ,,No nie wiem..".
- Jasne.. Kocham cię..- a potem nastąpił jeden z tych długich, oślizgłych pocałunków. To wtedy czułem się najgorzej. Bo nie miały prawa mi się podobać, a podobały.
Poczułem kolejne ukłucie i oderwałem się do dziewczyny.
- Wszystko okej?- zmartwiła się.
- Z tobą wszystko jest okej - wywinąłem się jednym z tych debilnych tekstów. Boże, jakim cudem ona mnie kochała? ,,Parszywy kłamca i chuj jakich mało!"
A potem poszliśmy do kuchni, gdzie siedziało już całe zgromadzenie. Tak ich przecież nienawidziłem, ale przy Rogers musiałem być potulny jak baranek. Tyle nieprawdy.. Nie no, to było nieznośne, okropne. Czułem się jak ryba bez wody. Ta atmosfera mnie zabijała. Miałem dość. Za uroczo. Za dobrze. Za przyjaźnie. Chciałem kłótni. Byłem zły. Byłem potworem..
Kłucie, kłucie, kłucie. Ból.
Aż nagle jakaś wibracja. Telefon.

*Sally*
Po raz kolejny było przyjemnie, z czego byłam zadowolona. Chłopaki powinny być mi wdzięczne. Aż nagle usłyszałam swój telefon. Sygnał, że dostałam SMS-a. Boże, jak ja dawno tego nie sprawdzałam.. Już jakiś tydzień. Całkiem zapomniałam. A co jeśli Carl, Robbie lub Alice próbowali się dodzwonić? Jezu, jeśli się na mnie nie obrażą, to będzie cud..
Wstałam od stołu i chwyciłam urządzenie. Tak jak myślałam, dziesiątki wiadomości.. Głównie od Carla. Natychmiastowo sprawdziłam ostatnią.
,,Sallem, już nie lubisz swojego Carlcia? ;< Ignorujesz mnie, obraziłaś się? Rozumiem, że moje nieskazitelne, najwyższe ego może cię irytować, ale proszę, odezwij się. Zniosę wszystko, najwyżej zacznę zajadać smutki i będę puszysty jak kot ze Shreka.. Plosę, spotkajmy się. Może uważasz mnie za głupka, ale ja się martwię.. Odpisz mi</3"
Aż zrobiło mi się głupio. On na serio się martwił, a ja po prostu zapomniałam. Musiałam się z nim spotkać i wszystko mu wyjaśnić.
I to w trybie natychmiastowym. Ale teraz nie robiłam nic bez zgody swojego partnera. Musiałam więc mieć jego zgodę.. Może to głupie, ale tak już zostało.
- Andy, mogę iść do Carla?- spytałam.
Zmarszczył brwi.
- Znowu?
- Nie byłam u niego od ponad tygodnia! Martwi się!
- Ale wcześniej ciągle u niego siedziałaś.. Co ja będę robił bez ciebie?
Spuściłam głowę. Myślałam, że przegrałam sprawę. Już miałam napisać, że jestem zajęta, kiedy do rozmowy wtrącił się Ashley:
- No właśnie, ty siedziałaś u niego. Może tym razem on do nas przyjdzie? Wtedy będziecie wszyscy razem!
,,Ashley, jesteś geniuszem. Pan Biersack się nie wymiga!"
- Super!- krzyknęłam.- Świetny pomysł!
Andy też się uśmiechnął, choć nie wyglądał na zbyt szczęśliwego. No cóż, musiał się liczyć z moimi potrzebami.. Napisałam więc do chłopaka, by wpadał i podałam mu adres. Po chwili odpisał:
,,No to supi dupi :> Zaraz będę!"

*Andy*
No i pięknie. Tylko tego mi brakowało- gościa, który zrobił z mojej dziewczyny emosa. No idealnie! To chyba jakiś jebany żart! Ciekawe, co my będziemy wszyscy razem robić? Może i lepiej było puścić Sally do jego domu? No, ale teraz nie ma odwrotu. On już tu pełznie ze swojej rudery..
Choć może nie okaże się taki zły? ,,Wszyscy, których spotkałeś byli źli.. No, może są dwa wyjątki. Ale on na pewno nie zaliczy się do tych dobrych.."
Na chwilę powrócił dawny naburmuszony Andy. W sumie od razu poczułem się lepiej. Miałem okazję, by trochę pozrzędzić. Uff, co za ulga. Tak długo dusiłem go w sobie, to stawało się nieznośne.
Sally poszła na górę, by się ogarnąć (oczywiście w stylu tego gościa), a ja nawet nie zawracałem sobie głowy zmienianiem piżamy. Niech ten dupek nie liczy na to, że otworzy mu koleś w smokingu. Może on i ma lokaja, ale tutaj się rozczaruje. I dobrze. Realizm i autentyczność są ponoć ważne!
Na początku ,,kumple" się czepiali, ale wyjątkowo szybko zaprzestali. Widocznie przez moją ,,miłość" postanowili zostawić mnie w spokoju. I tak traktowali mnie już jak potulnego baranka.. Wszystko ugrzęzło w błocie od pamiętnego zimowego wieczoru.
Kurwa, byłem z tym tak cholernie nieszczęśliwy.. Zły, zrozpaczony, przegrany..
Rozwaliłem się na kanapie, starając się ukryć emocje za oparciem. Nikt nawet nie zwracał uwagi, nie awanturował się. Trudno..
Przez chwilę miałem spokój, ale nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. A potem po raz kolejny i tak w kółko, ktoś wciskał go bardzo nerwowo. Dzięcioły byłyby zazdrosne. Oczywiście wiadomo, kto to był.
Zawahałem się. Czy miałem otworzyć? Sally jeszcze nie była gotowa. Ale chyba nie pozostało mi nic innego.. Jeśli nie otworzę skurwielowi, to najpewniej nie zawaha się wyważyć drzwi. No cóż, może tak będzie nawet lepiej? Może uda mi się wyrazić swoją niechęć? Dostrzegłem okazję. Przecież przy swojej dziewczynie nie mógłbym narzekać, bo jeszcze by się obraziła.. Jak widać drobnostkowe ludzkie problemy dosięgnęły nawet mnie.. Ja pierdolę.
Ruszyłem dupsko i stanąłem przed drzwiami. Wziąłem głęboki oddech.
,,No dalej, kim to jest ten ,,panicz Carl Coward"?"
Nacisnąłem klamkę i ujrzałem gościa. Uniosłem brew. Czyżby to był ten dostojny bogacz?..
,,Kurwa, bo jakby inaczej?"
Przed sobą ujrzałem emo-nastolatka, dość wysokiego, choć nie aż tak jak ja. Czarna grzywka zakrywała mu tyle twarzy, że nie mogłem zbytnio dostrzec jej rysów. Widziałem tylko jego ogromny wyszczerz i wystające kły. ,,Co, może jeszcze mi powiecie, że to wampir?". No, i oczywiście ten ,,mhhroczny" makijaż i piercing! Sam ,,mhrok", ale to nie koniec. Na głowie miał opaskę z kocimi uszkami, nosił bluzę w czarno-różową szachownicę. Miał na sobie także poszarpane ciemne rurki, przy pasku milion łańcuszków, zawieszek i innego badziewia. Nawet z Hello Kitty, po prostu diabeł! Trampki miał oczywiście markowe, nowiutkie, wszystko zadbane, czyściutkie, był wypucowany bardziej niż większość kobiet. ,,Pedał". Tak, gejuch na 100%. Więc czy mogłem być spokojny? Mimo wszystko nie miałem pewności.
Już go nie lubiłem. Był wszystkim, czego nienawidziłem. Był po prostu uosobieniem potwora, obrzydliwości. Tylko tego brakowało. ,,Sally, chcesz mnie zabić?"
Ale najgorsze dopiero mnie czekało. Napis na jego gumowej bransoletce.. Czy mi się wydawało, czy to.. Bring Me The Horizon?!!
,,JA PIERDOLE, URWĘ CI ŁEB, GAŁGANIE, GŁUPI SKURWIELU...."
Stałem w drzwiach i nie mogłem wydusić z siebie słowa. Moja powieka drgała z przerażenia i złości. Musiałem wyglądać głupio. ,,Ale czemu ja, czym ja sobie zasłużyłem?!"
- Hejawka, czy mógłbyś się pofatygować i się przesunąć?- zaczął z wyszczerzem.
Już miałem mu zatrzasnąć drzwi przed twarzą i przy tym mocno mu przywalić, ale usłyszałem za sobą słodki głos. ,,No to chuj.."
- Hej, Carrie!- ,,To jak się ten kutas w końcu nazywa?! Carl, Carrie, a może Karolcia?!"
- Hej, Sallem!- ,,O nie, nie będziesz tak na nią mówił, kutafonie. To Sall lub Sally, jak wolisz. Ale nie Sallem! Za dużo się bajek naoglądałeś.."
Ale najgorsze miało nastać. Nagle zaczęli się.. przytulać tuż przede mną. Czyżby zapomnieli już o mojej obecności? Na to wygląda.
Teraz to dosłownie wrzałem. Nie podobał mi się ten typ. Kiedy tylko się pojawił, ja przestałem być ważny. Czemu pozwoliłem mu tutaj przyjść? Teraz najchętniej bym go zabił i ukrył zwłoki gdzieś daleko. Tak, idealny plan.
,,Zazdrosny?"
Zaśmiałem się w myślach, choć wiedziałem, że to prawda. ,,Kurwa, zamieniasz się w przeciętnego faceta!"
- Carly, wejdź!- ,,No nie.."
Pedał przekroczył MÓJ próg, rozglądając się zza ciemnej grzywy. Mimo to nic nie powiedział, ale cały czas lustrował wszystko zwrokiem. Czy nie czuł mojego zdenerwowania? Co za palant!
Wparował do salonu. Spojrzał na kanapę. Nie musiałem długo czekać, na kolejny głupi tekst:
- Hmm.. W tym pokoju są dość mdłe kolory.. Ja bym to zrobił trochę ina..- nie dokończył i całe szczęście, bo już miałem rozkwasić mu ryj o kant drewnianego stolika. Na szczęście Sall mu przerwała:
- Może się czegoś napijesz? No nie wiem, może jesteś głodny?
Kolejna odpowiedź w tym jego bezczelnym, pokurwionym stylu:
- Co prawda jadłem już niezwykle wyrafinowane śniadanie, ale chętnie bym coś przegryzł.. Zobaczmy, co macie w lodówce!
No jeszcze teraz mi będzie grzebał w lodówce! Za dużo tego!
Mimo wszystko polazłem za nim do kuchni. Może uda mi się jakoś go przypilnować.
Na szczęście przy stole stał Jake i coś tam pichcił. Uff, on na pewno się zdenerwuje, jeśli ten zacznie mu grzebać po szafkach. ,,Oby go opieprzył, błagam!"
- Hejcia!- wyparował ten nowy. Pitts odwrócił się, trzymając w ręce nóż. ,,Dźgnąłbym go na twoim miejscu.."- Ja cię, koleś, zajebisty fryz!- pokazał na włosy mojego kumpla.
- Serio?- zmarszczył brwi Pitts.
- Jasne, Carlcio nigdy nie kłamie, jest na to zbyt dobry! Kiedyś mi opowiesz o tym na pewno trudnym rytuale! Ale teraz chciałbym wiedzieć, czy macie jakieś zajebiście słodkie żarcie! Mam popyt na węglowodany!
- Christian na pewno ma.. Poszukajcie go, pewnie jest na górze.
- Dzięki, man, równy z ciebie gość!
Gdy dwójka wyszła z powrotem na korytarz, podszedłem do ,,kumpla". Miałem nadzieję, że podzieli moje zdanie, że ten cały Coward to jakiś dupek.
- Co myślisz o tym gówniarzu?- spytałem szeptem.
- Jest miły, wesoły.. Pozytywnie nastawiony, podoba mi się - odparł z cwanym uśmiechem. ,,No kurwa, oczywiście! Czy tylko ja tu jestem normalny?!"
- Ja pierdolę!- rzuciłem głośno, odwracając się i mógłbym przysiąc, że usłyszałem chichot starszego. ,,JA CI KURWA DAM, ŚMIANIE SIĘ! UWAŻAJ, BO MOŻE CI TU NIEDŁUGO NIE BYĆ!".
Mimo wszystko milczałem.
Po chwili para znów zjawiła się na dole. A z nimi ten nędzny perkusista. Zmrużyłem oczy i zajrzałem mu w głąb duszy. Haha, od razu się zląkł! Skulił się i przybrał swój klasyczny, bezbronny wyraz twarzy. Przemknął obok mnie, a ja celowo potrąciłem go w ramię.
- Uważaj jak łazisz, łajzo!- warknąłem.
- Przepraszam.
Jednak z niewiadomych powodów na nastolatku nie zrobiło to wrażenia. Nadal się szczerzył. Czyżby on też przywykł do pomiatania śmiertelnikami? Może mamy coś wspólnego?
,,NIE, WYBIJ TO SOBIE Z GŁOWY!"
Na pewno nie był tak inteligentny i oświecony jak ja! Wyglądał na zwykłego palanta.
- Mam cukierki, chipsy..- zaczął wymieniać perkman.
- Dawaj wszystko, mój cukier gwałtownie spada! Bez cukru się chyba żyć nie da!
,,Mylisz się, mdlejąca lelijo.."
- Da się żyć bez cukru - w końcu wtrąciłem się do rozmowy.- Ja jakoś żyję..
Chłopak zrobił wielkie oczy, nieprzejęty moim wyrazem twarzy.
- Serio?! Gościu, wariat z ciebie!- ,,O nie, za dużo tego!"
- Ty też na normalnego nie wyglądasz - zwróciłem uwagę.
- A, to akurat prawda! Hehe, klub wariatów się zebrał! Krejzoleee!- podniecał się.
Ja pierdolę, zachowywał się jak jebana gimnazjalistka. Miałem go totalnie dość!
Wyjąłem dwie duże miski, na chipsy i cukierki, niech je biorą i spieprzają na górę.
- Macie - rzuciłem krótko.
- Dzięki, Andyś, wow, ty serio jesteś uroczy, nie dziwię się Sally, że tak cię chwaliła!
,,KURWA!!!"
Chyba Sally zobaczyła, jaki jestem wkurwiony, bo oznajmiła:
- Carl, może pokażę ci mój pokój? Jest naprawdę ładny!
- Oki, Sallem, widzę, że przejmujesz inicjatywę! Lubię takie laski, hehe!
W końcu wyleźli z pomieszczenia i skierowali się na górę. No nareszcie!
Usiadłem przy stole i ukryłem twarz w dłoniach.
- Czy gorzej być nie mogło?..- zapytałem sam nie wiem kogo.
- A według mnie to świetny chłopak. Może, jeśli się z nim pokumplujesz, przestaniesz zachowywać się jak skończony gbur.
- Nigdy!
I gdzie tu liczyć na wsparcie?.. Udałem się do mojego pokoju. Tylko tam mogłem teraz znaleźć spokój. Oczywiście, jeśli zaraz nie usłyszę jakiś śmiechów i chichów, bo dwójka przyjaciół była naprzeciw.

*Sally*
- Co ten Andy taki spięty?- spytał Carl, gdy przekroczyliśmy próg.- Zachowywał się, jakby nasrał w gacie! A może ma okres?
Wywróciłam oczami. Ale nie mogłam mieć mu tego za złe, w końcu nie znał osobiście Andy'ego. Mógł go kojarzyć z magazynów, gdzie zawsze udawał uśmiechniętego i pozytywnego, ale w rzeczywistości nie zawsze miał humor. Tak jak każdy człowiek. No w tym przypadku on może nieco częściej, ale trzeba było to zaakceptować.
- On już tak miewa. Chyba go trochę wkurzyłeś.. Mogłeś chociaż powstrzymać się od komentarza o wystroju..- zwróciłam uwagę.
- Sorki.. Nie wiedziałem, że on się tym tak przejmie. Ja bym pewnie nie zwrócił uwagi, w końcu wiem, że mam najlepszy gust pod słońcem!- ,,Słodka samochwała".
- Czasem potrafisz być szczery do bólu.. Uważaj, bo on tez. Tylko, że on jest mniej miły - wyjaśniłam.
- Oh, Sally, widzę, że związałaś się z niezłym zgredem!
- Proszę, nie mów tak!- przerwałam.- Potrafi być uroczy. Choć raczej tylko dla mnie..
- Ujarzmiłaś go?
Zaśmiałam się.
- Coś w tym stylu..
- Z pejczem czy bez?- zrobił wymowny ruch brwiami. Chyba wiedziałam, co ma na myśli..
- Carl!- oburzyłam się.
- Dobra, dobra, sorki.. Widzę, że trudno teraz przepchać się przez wasz mur obronny!
Trochę mnie to zabolało i dało do myślenia.
,,Sally, wiesz, że Andy nie jest idealny. Nie broń go aż tak. Zachowuj się przy Carlu tak jak dawniej.."
- To nie tak jak myślisz.. Nadal jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Po prostu.. Jakoś tak jestem nim zauroczona.
- No, w końcu to twój chłopak!
- No tak.. Chcę mu trochę pomóc, chcę go przekonać do ludzi.. Czy coś w tym stylu.
Nagle przyjaciel klasnął w ręce.
- Mam świetny pomysł! Wręcz idealny, ale to oczywiste! Właściwie to wpadłem na to już wcześniej, bo jestem bystry, ale mam pomysł jak ,,nawrócić" Andy'ego!
Uśmiechnęłam się. Miło, że się zaangażował. Razem zawsze łatwiej.
- Dawaj.. Co tam wymyśliłeś, Einsteinie?
- Niedługo czerwiec, robi się coraz cieplej. Moja mama powiedziała, że mógłbym zabrać ciebie, Alice i Robbiego na taki jakby jednodniowy camping z piknikiem i w ogóle! Bo wyczailiśmy w lesie takie zajebiste miejsce.. I moglibyśmy wziąć też Andy'ego!
Hmm.. Andy sam nigdy by się na to nie zgodził. Ale z moją pomocą? Pojechałby. Przy okazji taki wypad mógłby być całkiem romantyczny.. Spanie pod gołym niebem, gwiazdy, cisza i spokój.. Super! Jeśli przedstawię to w taki sposób, to Andy nie przejmie się nawet Kotem!
- Genialne! Jak na to wpadłeś?
- Cóż, to wrodzona inteligencja..- popatrzył na paznokcie i westchnął.- I trochę ingerencji mojej mamy..
Zaśmiałam się. Z tym głupkiem nie dało się nudzić, byłam pewna, że Andy może go polubić. To kwestia nastawienia.

***
 
*Andy*
W końcu ten pedał sobie poszedł. I dobrze, bo w moim pokoju zaczynało się robić nudno. Bo ile można rozmawiać z Lynn, jeśli ona ci nie odpowiada i wypełniać jej wolę? Z nudów nawet posprzątałem, znajdując kilka przydatnych rzeczy. Chwilami też skręcałem się na łóżku z bólu, bo klatka piersiowa nie dawała spokoju. Do tego z pokoju na przeciw ciągle dochodziły do mnie jakieś śmiechy-chichy, które tylko mnie wkurwiały. Oni się tam dobrze bawili, a ja cierpiałem.. Głupcy.
A szczególnie on. Tylko ogłupiał tę dziewczynę. Bez niego była całkiem fajną osobą. Nie tak cudowną jak Lynn, ale do zniesienia. Przynajmniej mogłem ją rozpracowywać. Do pewnego czasu, bo oczywiście ten gej już się szykował, by mi ją odbić. Ale nie, ona jest moja. To mój kapelusz, moja karta! ,,Słyszysz, chuju?! Nie przeraża mnie twój uśmiech! Jesteś nędznym śmiertelnikiem!"- krzyczałem w umyśle. Gdy usłyszałem zamykaną furtkę, wyszedłem z pomieszczenia. Akurat trafiłem na Jinxxa. Momentalnie zamknąłem drzwi, by nie mógł zobaczyć, co kryje się w środku. Nie był tego godny. Kutas.
Zmrużyłem oczy i przygotowałem się psychicznie na jakieś kazanie. Oczywiście nie musiałem długo czekać.
- Andy, ty gburze, nawet go nie pożegnałeś! Był taki miły, chciał się z tobą zakumplować!
- Nie potrzebuję przyjaźni głupich pedałów..- wysyczałem.
- Daj spokój, Sally nam mówiła, że nie jest gejem - ,,To kurwa, tym bardziej zamorduję!'- Poza tym, co cię obchodzi jego orientacja seksualna?..- Cisza.- Nie mów, że jesteś zazdrosny!
Nie mogłem nic powiedzieć. Milczałem.
- Boże - ,,Parszywe słowo"- Jaki ty jesteś dziecinny! To tylko jej przyjaciel! Jest twoją dziewczyną, więc w czym problem?!
- W niczym, kurwa - ,,Po prostu się odpierdol, to sprawa między mną, a nim"
- Eh, ja mu się dziwię, że sobie nie poszedł. Jesteś takim naburmuszonym, zgorzkniałym, przerośniętym dzieciakiem!- ,,No nie pierdol!"
Ominąłem go i doszedłem do schodów, ale krzyknął za mną:
- I przebierz się w coś normalnego, a nie cały dzień latasz w piżamie!
,,Tak jest, mamo!"
Pokazałem mu tylko środkowego palca i zszedłem na dół.
Moja dziewczyna siedziała na kanapie razem z resztą domowników i bezmyślnie wgapiała się w telewizor. Oglądali chyba jakiś serial. Że też ci ludzie marnują czas na takie durnoty! Mimo to usiadłem obok i objąłem dziewczynę ramieniem. Chyba mnie nie zauważyła, bo podskoczyła przestraszona. Po chwili jednak cmoknęła mnie w usta.
- Nie strasz mnie - powiedziała.
Przytuliłem ją i starałem się udawać dobrego chłopaka. Trwaliśmy tak chwilę, ale nagle dziewczyna oprzytomniała i zaczęła mówić:
- Właśnie, miałam ci o czymś powiedzieć..
- O co chodzi?- spytałem udawanie słodkim tonem.
- Bo wiesz.. Mówić teraz, tutaj?- była niepewna.
- Jasne, po prostu powiedz!
Niepokoiłem się. Co chciała mi powiedzieć? Oby nie to, że przerzuca się na tego różowego..
- Carl - ,,O, zgrozo!" - zaprosił nas obu - ,,Co?!"- na taki jakby wypad..
,,Co on znowu knuje?.."
- Dokąd? Jaki wypad?
- Na taki krótki camping, jedna noc. Piknik, ognisko i te sprawy.
O nie, już mi się to nie podobało..
- Nie jestem pewien - powiedziałem najdelikatniej, jak umiałem.
- Ale pomyśl, jakie to romantyczne! My, gwiazdy, cisza, spokój..
Nie wiedziałem, jak odmówić. ,,Kurwa, no to po tobie.."
Chciałem coś szybko sklecić, ale do pokoju wparował Jinxx. Widocznie wszystko usłyszał przez nasze cienkie ściany, bo wtrącił swoje zdanie;
- Uważam, że to świetny pomysł! Andy, potrzebujesz takiego odpoczynku!
Spiorunowałem go zwrokiem.
- Tak, świetny pomysł.. Bardzo romantycznie - uznał Ashley, który nie miał pojęcia, jak bardzo nienawidzę Carla Cowarda.
- Jak najbardziej popieram!- teraz Jake?.. No pięknie!
Do tego Sall spojrzała mi błagalnie w oczy. Jej tęczówki były takie..
Wspomnienia..
Zupełnie jak Lynn. Niebiesko- zielone.
Nie mogę jej odmówić.
- No dobrze.. - powiedziałem.
- No to super!- krzyknęła moja miłość i wpiła się w moje usta. Potem napisała do Carla, że jedziemy.
Sobota zapowiadała się fatalnie.
 
*Sally*
Dzisiejszy dzień zapowiadał się świetnie. Słońce świeciło, było ciepło i nie przewidywano żadnych zmian. Jutro miało być podobnie. Słowem: idealnie!
Odeszłam od okna i ubrałam się w zwiewną czerwoną sukienkę. Szybko się ogarnęłam, nie przesadzając z makijażem i już byłam gotowa. Spakowałam do torby ciuchy na zmianę, kąpielówki i wszystko, co potrzebne. Carly obiecał zająć się namiotami. On też był bardzo podekscytowany. W dzieciństwie marzyliśmy o nocy pod gołym niebem, o ognisku i piankach, o pływaniu w jeziorze. On pewnie już to przeżył, ale mnie niestety takie przyjemności ominęły. Teraz miałam okazję to nadrobić. Znów czułam się jak dziecko.
Nie byłam za to do końca przekonana, co myśli o tym mój chłopak. Nie wydawał się jakoś szczególnie z tego zadowolony. No ale trudno, może akurat się przekona? Naprawdę nie chciałam, by wdawał się w kontakt z Carlem. Próbowałam jakoś ich do siebie przekonać. A czy to nie była okazja? Chyba każda dziewczyna na moim miejscu by spróbowała.. Jeśli mu się nie spodoba, to trudno. Przy odrobinie szczęścia nie będzie się fochał.
Wyszłam ze swojej sypialni i zeszłam po schodach na dół. Reszta BVB już nie spała. Można łatwo zgadnąć, kogo brakowało. Zostawiłam bagaże i wróciłam na drugie piętro. Zapukałam do drzwi pokoju Andy'ego.
- Co?!- warknął.
- To ja, Sally.
Podszedł do drzwi, otworzył je i wychylił się przez szparę tak, bym nie mogła zobaczyć, co mieści się w środku. ,,Boże, czy on mieszka w jakiejś twierdzy?!"
- O co chodzi?- zapytał już łagodniej.
- Dziś jest sobota. Nie pamiętasz?- spytałam ze śmiechem. Może trochę wymuszonym.
- Aha.. Zapomniałem.
- To pakuj się, głuptasie, bo musimy się zbierać!
Jedynie westchnął i schował się z powrotem w swojej ,,skorupie".  
,,Kurwa, przecież wiesz, jak bardzo on nie chce tam jechać"
,,Zamknij się"
Och, dawno nie gadałam ze swoim umysłem.
Nieco zdenerwowana udałam się do kuchni i pochłonęłam śniadanie. Miałam dwie opcje: albo uczynić ten wyjazd fajnym i pogodzić chłopców, albo wszystko spieprzyć i jeszcze bardziej ich skłócić.
 
*Andy*
,,Ja pierdolę, no czemu, czemu?!"- ubolewałem w myślach.- ,,Lynn, pomóż!"
Mimo wszystko dźwignąłem się w końcu na nogi i zacząłem przemierzać dżunglę swojego pokoju w poszukiwaniu jakiś odpowiednich ubrań. Niestety wszystko było brudne i wymięte..
,,Ale, kurwa, co cię to obchodzi, chłopie?! Nie jedziesz tam, żeby się podobać, jedziesz z konieczności!"
,,Racja"
Wziąłem z podłogi kilka przypadkowych rzeczy i wcisnąłem je do torby. Miałem to z głowy. Potem udałem się do łazienki. Oczywiście wyglądałem niczym jakiś trup jak to zwykle, a w gardle poczułem nieprzyjemne, natarczywe drapanie. Jeśli to będzie mi ciągle towarzyszyło, to muszę się uzbroić w zapas Strepsilsów..
Ogarnąłem się, przedłużając cały proces. Słyszałem nawet, jak Jinxx dobija się do drzwi. W końcu jednak musiałem wyleźć. ,,I jak tu wytrzymać?"
Do tego na tym całym campingu miało być jeszcze dwóch innych, jakaś laska i chłopak. Pewnie też emosy.. ,,No pięknie"
Zwlekałem, jedząc śniadanie i praktycznie się nie odzywałem. Sally chyba nie była zachwycona, raczej dość zawiedzona. Nie chciałem, by się mną przejmowała, ale.. Nie chciałem jej oszukiwać. A przecież robiłem to cały czas! Kurwa mać..
,,Dobra, Andy. Poudajesz dobrego chłopaka. Jeśli będziesz łaził tylko za nią, to może unikniesz pedała. A nawet jeśli nie, to będziesz miał ich na oku."
- Co ty taka smutna?- uśmiechnąłem się do dziewczyny i pocałowałem ją w usta. Momentalnie się rozpromieniła. Czyli chyba o to chodziło.. Trudno było udawać aż tak miłego, ale widząc jej radość wszystko wydawało się w miarę łatwe. ,,Tylko ten jeden raz, Lynn. Obiecuję.."
 
*Sally*
W końcu wywlekliśmy się z domu i doszliśmy do ,,poszanowanej rezydencji Cowardów". Andy nagle zaczął się dziwnie zachowywać. Jakoś tak.. weselej, dlatego dziwnie. Przecież on zawsze był gburem, a teraz się uśmiechał, mówił łagodnym tonem i nie wypuszczał mnie z uścisku. Pierwszy raz od kilku dni poczułam, że nadal jesteśmy razem. Zero kłótni, nawet drobnych sprzeczek. Po prostu stał się dobrym chłopakiem.. W jego przypadku to aż podejrzane. Ale nie zamierzałam tego zmieniać, czułam się cudownie, będąc kochana. Więc nie protestowałam, tylko poddawałam się pieszczotom.
Carrie czekał już pod domem. Ubrany był cały na różowo. Miał nawet koszulkę z Pusheen. To powinno wywołać burzę homofobii u mojego partnera, ale on tylko milczał. Może przybrał inną taktykę? ,,Sally, nie baw się znowu w detektywa. Ciesz się tym, co masz."
Po chwili z SUV-a wysiedli też Robbie i Alice. Przedstawili się i wszystko obyło się jakoś normalnie. Uff.. Wyjazd zapowiadał się świetnie.
 
*Andy*
Naprawdę się ucieszyłem, że nie będę miał do czynienia z kolejnymi emosami. Nowa dwójka wyglądała normalnie. W przeciwieństwie do ich przywódcy. Ten ubrał się dziś wyjątkowo pedalsko. Ogień zalewał moje serce, najchętniej wytarłbym tym gościem podłogę, ale nie chciałem psuć Sally wyjazdu. To była taka nowa taktyka- robić wszystko tylko dla Sally i starać się nie wkurwiać. Oczywiście od środka się gotowałem, że aż mnie wszędzie kłuło i drapało, ale tego nie okazywałem. Trudny sposób, ale możliwy.
Gdy wsiadaliśmy do samochodu, nowa dziewczyna, która nazywała się Alice, zaproponowała mi papierosa. Oczywiście przyjąłem. Coraz trudniej było mi w spokoju zapalić w domu, więc korzystałem, póki mogłem. Gdybym był cały czas raczony takimi wygodami, to byłoby super. Właściwie mogłoby być super, gdyby nie ten gejuch. To on wszystko psuł. To on był problemem.
I wtedy przez głowę przemknęła mi myśl: ,,a gdyby go tak zabić? Utopić czy coś?". Nie wykluczałem takiej możliwości.
Jechaliśmy drogami, kierując się na obrzeża LA. Ale prawdziwe nerwy ogarnęły mnie, gdy zaczęliśmy się zbliżać do naszej kryjówki.
,,Byle nie tam, błagam!"
Ale my coraz bardziej się tam zbliżaliśmy. Ścisnąłem rękę Sally.
Tak, musiałem zabić tego gościa, jeśli tam się udamy.
 
*Sally*
Wiedziałam, czemu się denerwuje. Przejeżdżaliśmy obok naszego miejsca. Ale nie sądziłam, by wybrali to miejsce. Bo kto chciałby spać obok grobu? Po tym, co widziałam, zesrałabym się w majtki..
Ale w końcu minęliśmy ów miejscówkę i pojechaliśmy jeszcze dalej. Potem się zatrzymaliśmy i wysiedliśmy.
- Trzeba przejść jeszcze kawałek, ale dalej jest słitaśnie!- dźwięk ostatniego słowa mógł rozwalić psychikę mojego partnera, zresztą, jak cały pokemoniasty język Carla, ale tak się nie stało. Mogłam powiedzieć, że nasz maruda ,,był grzeczny". Nawet nie pisnął.
Gdy szliśmy przez chaszcze został z tyłu i szedł dość wolno, ale nie przeszkadzało mi to, póki nie miał fochów. A wyglądał po prostu na zamyślonego, więc dałam mu spokój. Podeszłam do Carly'ego.
- Jest dziś jakiś radosny, jak na niego, no nie?- spytałam szeptem.
- Widzisz? Mówiłem ci, że moje jakże lecznicze towarzystwo i matka natura uleczą go z tego gburowatego schorzenia! Powinienem zostać terapeutą! Oczywiście zaraz po tym jak zostanę gwiazdą rocka i króliczkiem Playboya..
Zachichotałam. Miałam nadzieję, że Andy przekona się do tego specyficznego, zuchwałego poczucia humoru.
Przeszliśmy jeszcze kawałek, aż w końcu naszym oczom ukazało się śliczne miejsce.
- O Boże, genialnie!- zachwyciłam się.
Polana, na niej miejsce na ognisko, drewniany stół i siedziska, a także jeziorko nieco dalej. Byłam zachwycona, dokładnie o tym zawsze marzyłam. Pośpiesznie przytuliłam Carla.
- Dziękuję, że mnie tu przywiozłeś - szepnęłam mu do ucha, stając na palcach.
- Przyjemność po mojej stronie - wyszczerzył się.
 
*Andy*
Kurwa, co oni przed chwilą zrobili?!
Z nienawiści do tego dwuulicowego pedała, aż złamałem gałązkę. Zacisnąłem szczękę i zmarszczyłem brwi. ,,Spokój, spokój, Sally ma być szczęśliwa. Z tym chujem poradzisz sobie potem w jeziorku.."
Rozejrzałem się dookoła. Całkiem okej.
- No to trzeba rozstawić namioty!- oznajmiła Alice.- Mamy dwa.
Podszedłem bliżej Sally i objąłem ją ramieniem.
- My zajmujemy wspólny - oznajmiłem od razu.
- Ja i Robbie też.. A co z Carlem?
Kurwa, i już wiedziałem, co się zaraz stanie..
- Żeby taki książę został bez namiotu! Skandal!- wydurniał się jak zawsze. ,,Prześpij się na dnie jeziora"
- Ja i Andy możemy go wziąć!- krzyknęła Sally.
Jasna cholera, tego się właśnie spodziewałem. Miałem ochotę przywalić dziewczynie w twarz, ale jakoś się powstrzymałem.
- Zajebiście! No to rozstawiamy!- ucieszył się Chuj Coward.
Oczywiście namiot był różowy.
 
***
 
- Sallem, proszę, chodźmy się popluskać!- ten chuj męczył Sally od godziny.
- No dobra, już idziemy. Tylko przebiorę się w kostium. Możesz już iść i sprawdzić, jaka jest woda - dała za wygraną.
- Dzięki!- krzyknął pedał, po czym zrzucił z siebie różowe ciuchy, ukazując równie różowe majtki.- Swoją drogą, jestem ciekawy, jaki to będzie podniecający widok. Hehe.. Uważaj, bo dostanę..
- Carl!- przerwała mu dziewczyna, patrząc na mnie.
Miałem ochotę skurwiela zajebać.. To było oczywiste, że coś się między nimi dzieje. A teraz miałem okazję to skończyć. Przy okazji to spodobałoby się Lynn.. ,,No dalej, póki masz czas.."
- Pójdę sprawdzić z tobą!- oznajmiłem.
Rogers spojrzała na mnie podejrzliwie, ale nic nie powiedziała. Jedynie schowała się w namiocie, by wciągnąć kąpielówki. Ja też musiałem ściągnąć ciuchy. Cholera.. Dobrze, że reszty BVB tu nie było.
Powoli wyswobodziłem się z czarnego t-shirtu, ukazując gejuchowi białe blizny, siniaki w zgięciach łokci i inne piękności. Ale on nawet nie pisnął. Możliwe, że był za głupi, by kojarzyć, co się dzieje. Widocznie to nie wzbudziło w nim strachu. No, w sumie to lepiej, będzie łatwiej z zasadzką. Będę udawał miłego, a potem rzucę się na niego i go zatopię. Czy to nie brzmi cudownie?
- No to wyruszamy, Drużyno Pierścienia!- oznajmił Coward i ponaglił mnie ręką.- Nie będziemy podglądać pań!- ,,Będę robił, co mi się podoba, idioto. Ja mogę ją podglądać, ty nie"
Mimo wszystko ruszyłem za nim w stronę jeziora. Cholera, jak ja dawno nie pływałem.. Nie miałem na to specjalnej ochoty, ale musiałem się poświęcić. ,,Jak zwykle.."
Pan-dziewczynka zanurzył stopę w wodzie i wrzasnął:
- Cholercia, zajebista! Ciepła jest!
Potem rzucił się w nią całym ciałem, pociągając mnie za rękę. Runąłem twarzą w kurewsko zimna wodę. Wychyliłem głowę na powierzchnię najszybciej jak mogłem. Przeszły mnie ciarki. ,,Ciepła? Kurwa, ciepła?!"  Ale nie mogłem teraz zrezygnować. Podpłynąłem w stronę tego dzieciucha. Pewnie dobrze się bawił. Niech się bawi, zaraz ja się nim zabawię..
W końcu wypłynął na powierzchnię. Mokre czarne włosy opadały mu na twarz, makijaż się rozpłynął. Wyglądał żałośnie. Ale jeszcze bardziej wkurzyłem się, gdy mnie ochlapał.
- No dajesz, Andrzej - ,,Co, kurwa?.."- Zawody na chlapanie!
Po czym ochlapał mnie po raz kolejny, tym razem mocniej.
- Wygrałem!- zachichotał jak debil. ,,Oj, mam dla ciebie lepszą zabawę"
- Wiesz, znam lepszą zabawę..- zacząłem niewinnie. ,,W śmierć.."
- O ja, supi dupi! Dobra, o co w niej chodzi?- ekscytował się.
- Pozwól, że ci zademonstruję!- powiedziałem, po czym rzuciłem się na niego całym ciałem i zacząłem pchać go na dno. Cudem powstrzymywałem się od psychopatycznego śmiechu. Dociskałem go coraz mocniej i mocniej do piasku, zobaczyłem nawet parę bąbelków. ,,Bez ciebie na tym świecie będzie o wiele lepiej! Szczególnie dla mnie!" Zachichotałem cicho.  Wszystko szło jak po maśle. Chłopak był chudy i niezbyt silny, więc łatwo się go kontrolowało. Zrobiłem krok do tyłu i uniosłem nogę, chcąc pomóc sobie stopą.
Lecz nagle stało się coś złego.. Poślizgnąłem się i runąłem do tyłu, a duszony wyskoczył nad wodę. Podniosłem się i spojrzałem przerażony na jego twarz, gdy wycierał oczy. ,,Kurwa, no to mam przechlapane. Jak powie policji, że chciałem go utopić.." Zastanawiałem się, czy nie zwiać. Ukryłbym się w lesie, a potem gdzieś uciekł. Nie zdążyłby wezwać jebanych psów..
Ale nic takiego się nie stało. Nagle topielec zaczął się śmiać i klaskać w dłonie.
- Rozumiem, zapasy w wodzie! Było superaśnie, to faktycznie fajniejsze od pluskania! Teraz moja kolej!
Już myślałem, że zostanę zatopiony, ale na szczęście zjawiła się Sally. Usłyszałem za plecami jej słodki głos, który okazał się teraz zbawieniem i jednocześnie nie. Zaprzepaściłem przecież jedyną szansę ukatrupienia wroga.. No to pięknie, cały wyjazd stracił sens.
- I jak? Dobrze się bawicie?- spytała, zanurzając się w wodzie.
Ubrała się w kostium w biało-granatowe paski, jej sylwetka była taka drobna.. Zupełnie jak Lynn.
- Halo! Ziemia!- zwróciła się do mnie, machając mi dłonią przed twarzą.
Ocknąłem się.
- Zamyśliłem się.
- To jak? Wodne zapasy?- entuzjazmował się ten ciągle żywy idiota.
- Wolę nie wiedzieć co to znaczy - zaśmiała się Sall, ochlapując ,,przyjaciela".
- Ja chyba straciłem ochotę na pływanie..- oznajmiłem i wylazłem na ląd. ,,No to chuj.."
 
***
 
Cały dzień wydawał się stracony. Wszyscy pływali w wodzie, zabawiali się, a ja siedziałem na dupie z telefonem w ręku. Ale co miałem robić? Tu nie miałem żadnego towarzystwa, ani zajęcia. Nie mogłem się nawet oddalić, bo wzbudziłbym podejrzenia. Pozostawało mi odliczanie czasu i nudzenie się. Ale w końcu nastał wieczór. Jutro był już czas powrotu, to już tylko jakieś.. kilkanaście godzin. ,,No cudownie!".
Wszyscy siedzieliśmy przy ognisku, inni jedli jakieś tłuste kiełbasy, pianki. Nawet Sally. Ja odmówiłem, ponieważ oficjalnie nie jadłem cukru i byłem weganinem. Oficjalnie, w praktyce to nie miało odzwierciedlenia, ale przecież robiłem to tylko po to, by wkurzać innych. Choć nikt nie wyglądał na obrażonego. Właściwie wszyscy byli całkiem mili, ale.. ,,NIE, NIE, NIE! Są okropni!"- krzyczałem do siebie.
To całe udawanie, zaprzeczanie doprowadzało mnie do szału. Tak samo jak śmiejąca się parka obok mnie. Kurwa, przecież to moja dziewczyna. A przed nami jeszcze cała noc w jednym namiocie.. Ukryłem twarz w dłoniach.
- No to co? Straszne historie?- zaśmiała się Alice, podając mi papierosa. Zaciągnąłem się i jej oddałem. Miałem na niego ochotę, ale nie chciałem zacząć pluć krwią. Ale wracając do tego, co powiedziała..
O nie. Tylko nie straszne historie. To naprawdę głupie, że ludzie uważają je za śmieszne. Tak naprawdę nie mają pojęcia, jak potężna jest siła, o której opowiadają. Nie wiedzą, że to wszystko, co mówią, może się pojawić w prawdziwym życiu. Nie wiedzą, że to coś, co nazywają ,,zjawiskami paranormalnymi" to najczystsza prawda. Nie wiedzą, że niedługo taka siła może spocząć w moich rękach.
Nie byli godni, by o tym mówić. Byli zwyczajnymi głupcami, którzy nie mają pojęcia, w czym maczają palce. Nie wiedzieli, że zostawiają na sobie znak, który my możemy wykorzystać. Ale nie znali Lynn, ani nikogo z nas. Nie mogli więc wiedzieć. A gdyby się dowiedzieli, to uznaliby to za żart lub bełkot obłąkanego szaleńca. Tacy już są ludzie. Biedacy.
- A więc kiedyś, w roku 2006..- zaczął Chuj Coward.
O kurwa, to rok śmierci Lynn.. Już miałem dość. Jeśli powstała o niej jakaś marna creepypasta, to ja nie chce słuchać tego szajsu. Nie będę słuchał, jak bezczeszczą dobre imię dziewczyny.
- Ja chyba się wcześniej położę..- oznajmiłem i wstałem
- Ale to najlepsza historia jaką znam!- zdenerwował się ten głupiec.
- Jestem śpiący, opowiadaj innym..- ,,O ile nie narobią w majtki. Współczuję ci, Sally. Widzisz do czego prowadzi przyjaźń z tym kutasem?"
- Aaa, boisz się..- zachichotał.
- Nieprawda!- wkurzyłem się.
- Ta jasne..
,,Nie denerwuj się. Nie zniżaj się do jego poziomu.."
Odwróciłem się na pięcie i ukryłem się w namiocie.
 
*Sally*
Wiedziałam, co pomyślał sobie Andy. W tym roku zginęła ta bliska mu dziewczyna. Ale to uczucie nie było obce także mi. W tym roku zginęła moja siostra. Szczerze sama chciałam zrobić to, co mój chłopak, ale nie chciałam wyjść na tchórzliwą. Siedziałam więc i słuchałam:
- A więc kiedyś, w roku 2006 była sobie pewna dziewczyna z Cincinatti..
Podniosłam się jak oparzona. Straszne historie o mojej siostrze, ot już za dużo na moje nerwy! Poczułam przechodzącą mnie zimną falę, pojawiła się też gęsia skórka. Zaczęłam się nerwowo rozglądać dookoła.
- Co jest, Sally?- spytała zatroskana Alice.
- Nic, nic.. Tylko po prostu.. Zrobiłam się śpiąca - ziewnęłam na potwierdzenie.
- Cholercia! Nie chcesz posłuchać chociaż tej historii? Jest oparta na faktach, a opowiadana przez osobę z tak seksownym głosem jak ja, będzie jeszcze lepsza!
- Przepraszam.. Naprawdę chce mi się spać - starałam się wyglądać przekonująco.
- No trudno.. Ja więc chyba tez pójdę spać, bo Robb i Ali już znają tę historię. Jest świetna!
- Okej, chodźmy.
- Ja też się zmyję - dodała Tisdale.- A ty, królisiu?
- Jeszcze trochę posiedzę..- oznajmił Robbie, cmokając dziewczynę w usta.- Słodkich snów.
Wszyscy poza Parkerem ruszyliśmy do swoich namiotów.
- Nie mogę się doczekać wspólnej nocy!- krzyczał podniecony Carl. Już trochę miałam go dość.. Naprawdę miałam ochotę iść spać, by zaznać trochę spokoju.
Wlazłam do różowego ,,pomieszczenia". Było dość małe jak na trzy osoby. Wcisnęłam się między Andy'ego i Carla. Wbrew swoim oczekiwaniom szybko zasnęłam.

*Andy*
Ja pierdolę.. Ten pedał chichotał przez dobre pół godziny. Sall miała szczęście, że tak szybko zapadła w sen. Ja miałem tego dość. Najgorsza była sytuacja, gdy nasz lokator wypuścił z siebie siarczystego pierda i oczekiwał, że będę z tego rył jak on sam. Wtedy postanowiłem opuścić namiot, ale czekałem aż on też zaśnie. Na szczęście nie musiałem długo czekać. Pierd ukołysał go do snu.
Chwiejnym krokiem wyszedłem z namiotu. Kości mnie bolały, byłem cholernie zmęczony. Właściwie bardziej fizycznie niż psychicznie. Rozsiadłem się obok ogniska, wgapiając się w płomień. Choć trochę spokoju.
- Co jest?- usłyszałem nagle cichy męski głos.
Ocknąłem się.
Zdałem sobie sprawę, że przede mną siedzi Robbie z akustyczną gitarą w rękach. Z początku wahałem się, czy odpowiadać, ale ten człowiek wydawał się nietoksyczny i bardziej normalny od swojego kumpla.
- Zmęczony - rzuciłem.
- Rozumiem cię. Mnie on czasem też męczy - uśmiechnął się.- To dość specyficzny charakter, trzeba się przyzwyczaić.
Ale jak?..
Nie zastanawiałem się dłużej. Zadałem pytanie, które męczyło mnie, od kiedy zobaczyłem tego pedalskiego dupka:
- Za co wy go w ogóle lubicie?..
Chłopak westchnął i powiedział:
- To dobry, lojalny przyjaciel. Może i jest czasem irytujący,, ale nigdy nie kłamie i zawsze jest szczery. To w nim lubię.
Po tych słowach przyjaciel ,,szczerego" zaczął grać jakąś melodię* na swoim instrumencie, a ja zacząłem się zastanawiać nad jego słowami.

***
*To mi się zawsze kojarzyło z Hozier- Cherry Wine ♥
Oki, no to mamy nieco dłuższy rozdział ;p Był kompletnie improwizowany, ciągle się rozmyślałam i w ogóle.. Ale jakoś chyba wyszło. Zasada jest taka: jeśli nie masz pomysłu, walnij coś klasycznego. A camping to chyba największa klasyka XD Obiecuję, że nad następnym się zastanowię. Tutaj nie miałam czasu, bo jutro wyjeżdżam na trzy dni. Sorki.
Liczę mimo wszystko na jakieś przemyślenia :))
Nuty (och, zaczynam się powtarzać..):
Nirvana- Opinion
Hole- Dying
                Rock Star
L7- Pretend We're Dead
Mudhoney- Touch Me I'm Sick
Kocham i do następnego ♥
 
P.S. Davida Grohl was obserwuje