piątek, 9 września 2016

Rozdział 19: ,,Uratuj nas"


*Sally*
 Obudziłam się. Dopiero zaczynało świtać. Całą noc spędziłam leżąc na zimnej ziemi. Chyba się przeziębiłam, nie czułam się dobrze. Właściwie to trudno było nawet powiedzieć, czy leżenie w takich warunkach można było nazwać snem. Cały czas się przewalałam, dużo myślałam. O tym, co mnie spotkało i czy to się stanie jeszcze raz. Doszłam też do wniosku, że przecież nie mogę się tak pokazać Carlowi. Zaniepokoiłby się, to chyba logiczne. Całą twarz miałam pooraną, nie dało się tego ukryć. Nie chciałam kłamać, zresztą jak? Nie powiedziałabym, że poddałam się skaryfikacji. Postanowiłam więc, że mimo wszystko.. wrócę tam. Inni chyba nie pozwolą, by Andy powtórzył swój czyn. Bo raczej domyślą się, że to on.
Nie czułam się bezpieczna. Moje życie zamieniło się w jeden wielki bajzel, którego za cholerę nie udawało mi się zrozumieć i uporządkować. Z jednego nieszczęścia wplątałam się w drugie, chyba jeszcze gorsze.
Podniosłam się i nałożyłam bluzę, która w nocy służyła mi za okrycie. Przeczesałam palcami splątane włosy. Na palcach podeszłam do kranu na tyłach domu, gdzie ogrodnik podłączał wąż. Odpięłam go i nabrałam trochę wody na dłonie. Zaczęłam zmywać krew i okropny rozmazany makijaż. Musiałam się jednak streszczać i po chwili czmychnęłam. Wszyscy mieszkaliśmy raczej w spokojnej dzielnicy Los Angeles i około 5-6 (jak szacowałam) rano wiele osób się tu nie szwendało. Do tego ja i tak nikogo nie znałam, więc na pewno nikt nawet nie zwróciłby uwagi. Na wszelki wypadek założyłam kaptur i choć umierałam z głodu i wycieńczenia, to szłam całkiem szybko.
W końcu niespostrzeżona dotarłam do odpowiednich drzwi i wślizgnęłam się do budynku. Chyba wszyscy zebrali się na górze. Pobiegłam do kuchni i rzuciłam się do lodówki. Po kolei brałam do ust wszystko, co tam było. Nawet nie czułam smaku, chciałam po prostu zaspokoić głód.
Nagle usłyszałam czyjś głos:
- Co się stało?
Niemal podskoczyłam. Odwróciłam się i ujrzałam za sobą Olivera. Odetchnęłam z ulgą.
- Uff, to tylko ty..
- Czemu się wystraszyłaś?.. Myślałaś, że to..?- nie dokończył, ale wiedziałam, o co mu chodzi.
- Nieważne..- speszyłam się. Przez chwilę panowała cisza, po czym zaczęłam, by jak najszybciej zmienić temat:- Em.. Może Zapoznać cię.. was z Carlem?
Wzruszył ramionami.
- Okej, jasne. Emm, i tak musimy trochę poczekać.
Wtedy usłyszałam kroki. ,,O kurwa, Andy.."
Nie odzywałam się, Oli też zesztywniał. Od razu omiótł nas morderczym spojrzeniem, zupełnie, jakbyśmy to my wyrządzili mu krzywdę. Zmiękły mi kolana, zrobiłam krok w tył. Oli stanął przede mną, choć nie wydawało mi się, by zamierzał mnie bronić. Sam się zakołysał i wlepił wzrok w podłogę.
- Łapy przy sobie..
- Ale my tylko.. - chciał odpowiedzieć Oli, ale oczywiście bez skutku.
- Zamknij się - przerwał mu Biersack.
No i istotnie, zamknęliśmy się. Nawet nie próbowaliśmy nic mówić. Zamurowało nas jak jakieś manekiny, ale tego właśnie chciał Andy. Zirytowała mnie ta cisza pełna napięcia, więc poszłam wziąć prysznic i się przebrać.

*Andy*
- I co, podoba ci się? Rączki świerzbią?- spojrzałem na tego cholernego Angola.
- Andy, proszę się..- chciał zacząć, ale mu przerywałem:
- Taa, wziąłbyś ją i tak..
- Mam dziewczynę - udało mu się wtrącić. Zdziwiłem się.
- Co, uległa ci? Ile jej zapłaciłeś? Już ją..
Tym razem on mi przewał:
- Traktuję ją o niebo lepiej niż ty Sally. Naprawdę jej współczuję. I powinienem..
Zaszedłem go od tyłu, a po chwili mój ramię owijało jego szyję. Przycisnąłem mocniej, a on kaszlnął. Zaczynał się robić czerwony.
- Jeśli komukolwiek o tym piśniesz, to nie żyjesz - zagroziłem i nie żartowałem.
- A jeśli pisnę, to ty nie żyjesz..
Wykonałem następny chwyt. Chwyciłem go za gardło i przycisnąłem do ściany. Byłem wyższy o prawie 10 centymetrów, więc czułem przewagę. Zastanawiałem się, czy na serio go nie udusić.
- Ja mówię poważnie. Jeśli powiesz chociażby swojej cholernej matce. Zapierdolę ciebie, tę dziewczynę, twoją rodzinę, wypatroszę twoje kundle. A ciebie spalę w ofierze.
Rozmarzyłem się. Zauważyłem, że już naprawdę niewiele brakuje, by zdechł. Spojrzałem na niego z satysfakcją, ale zrezygnowałem. Puściłem, nie chciałem go jeszcze mordować, tylko napuścić mu stracha. Nie odzywał się więcej. I dobrze. Popchnąłem go, gdy zagradzał mi drogę do lodówki. Musiałem jednak przystopować z poniżaniem go, bo wszyscy zaczęli schodzić na dół. Ci jebani Anglicy nawet nie zdawali sobie sprawy, z tego, co się tu działo. Gorzej już z naszymi, patrzyli na mnie z powagą. W ogóle poza pierdolonymi śmieszkami z UK nikt się nie uśmiechał. A kto kroczył na końcu pochodu? Sally. Właściwie wcześniej nawet się jej nie przyjrzałem. Emm.. Chyba trochę przesadziłem. Miała rozciętą wargę i wyraźnie podbite oko. Założyła bluzę z długim rękawem, choć wcale nie było tak zimno. Włosów nie spięła w kucyk jak zwykle, tylko spuściła je na twarz. Bardzo przypominała mi ją.. Lynn. Wyglądała ponuro i tajemniczo. Tylko trochę bardziej nędznie..
,,Nie masz prawa się rozklejać!"- skarciłem siebie w myślach.
Dziewczyna usiadła na kanapie i włączyła telewizję. Chyba nie chciała się wszystkim pokazywać. Jinxx, Jake, CC i Ash ustąpili miejsca gościom. Krzątali się tam, gadając z tym swoim nadętym akcentem. Ja nigdy z nimi nie jadłem. Tylko dziś uległem, by móc obserwować Sykesa. Chciałem, by czuł się nieswojo. Zresztą.. Wszyscy, którzy mnie znali to wiedzieli. Choć tym pojebom mogło wydawać się dziwne, że jem zimnego kotleta na śniadanie. Choć jeśli u siebie jedli kiełbasę i kupę innego świństwa.. A no tak, Oliś przecież nie krzywdził zwierzaczków. Ciota.
- Sally, wszystko ok?- zapytał Ashley, widząc skuloną drobinę.
- Jasne, wszystko super - odwarknęła dość sarkastycznie. Tak naprawdę to prędzej była smutna.
Chłopak nie był takim idiotą, że chyba zorientował się, że to moja wina. Posłał mi mordercze spojrzenie. Potem zaczął coś mówić do Bring Me The Chujrajzon. Nasłuchiwałem.
- Wy też zostaliście nominowani do MTV Awards?- zapytał. ,,Czyli zostaliśmy nominowani?"
Ostatnio jakoś mało zwracałem uwagę na sprawy zespołu.
- Tak - odpowiedział Matt.- Jeśli będziecie potrzebować noclegu w UK, to zapraszam!
,,Hehe, uśmiałem się.. Najlepiej u Sykesa, żeby mnie.."
- Jedziecie do UK?- spytał ten kutas.- Kiedy?
- Za dwa tygodnie - Jake popatrzył na mnie.
,,Nigdy!"
Wolałbym już nie dostać tej cholernej nagrody.. Choć.. Przynajmniej wpadłbym do Danny'ego. Załatwilibyśmy Srajksa.

***

*Sally*
Przez jakąś dobrą godzinę bez sensu wpatrywałam się w telewizor, oglądając jakiś film, na którym w ogóle nie mogłam się skupić. Słuchałam o wyjeździe do UK. Z jednej strony to chętnie bym gdziekolwiek pojechała. Ale chyba wiedziałam, jak to będzie wyglądać. Andy będzie robił sceny. Chociaż może nie tam. Albo przynajmniej nie publicznie.
O ile w ogóle zabiorą mnie ze sobą. Z drugiej strony fajnie by było pobyć w domu samej. Może udałoby mi się wejść do pokoju Andy'ego? Już wiele razy brałam różne klucze, ale żaden nie pasował do tych drzwi.
Dobra, wiedziałam, że to mi się nie uda.
Nagle usłyszałam nad sobą głos Olivera.
- Emm.. To może pójdziemy do tego Carla?
- O, tak, jasne. Chętnie - uśmiechnęłam się krzywo.
Wstałam z kanapy, nic nie mówiąc na głos. Podeszłam tylko do Christiana, bo wydawał się najprzyjaźniejszy.
- Idziemy do Carla - szepnęłam.
- O-ok..
Trochę jakby skradając się, opuściliśmy dom. Dopiero, gdy znaleźliśmy się na ulicy, udało się nam wyluzować.
- Przepraszam za Andy'ego..- powiedziałam na wstępie.
- Nie.. Nie przepraszaj, to nie twoja wina.. Znam go - wypowiadając każde słowo się peszył.- Wiesz, to skomplikowane. Może lepiej o tym nie rozmawiajmy.
Zaciekawiło mnie to. Co takiego Oliver mógł zrobić Andy'emu? Pobić go? Przecież faceci się tak tym nie przejmują! Zwykle po prostu dają sobie w twarz i jest po sprawie! Carl i Robbie zawsze tak robili i mimo specyficznej relacji, przyjaźnili się. Nawet ja nie przejęłam się aż tak strasznie pobiciem mnie.
Właśnie.. Może z nim było bardziej jak między mną i moim ,,chłopakiem"? Może tak na prawdę nic nie zaszło, a Sykes po prostu zirytował Biersacka jakimś szczegółem? Coś źle powiedział?..
- Wiesz, Andy na ciebie nie zasługuje.. Jesteś dobrą dziewczyną - wyrwał mnie z zadumy.- Wiesz, wiem, co się stało.. Przykro mi, naprawdę. Moim zdaniem powinnaś z nim zerwać. Czemu nadal z nim chodzisz?
- To skomplikowane. Bardzo.
Nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia.
- Wiesz, może o tym też nie gadajmy- przerwałam, bo czułam, że ma rację, a jednocześnie moje serce podpowiadało coś innego. Nie mogłam tylko powstrzymać jednego:
- Ale.. Jeśli byłeś świadkiem, to czemu nie reagowałeś?
Wpędziłam go w zakłopotanie. Trochę się zdenerwowałam.
- To skomplikowane. Może lepiej nie rozmawiajmy o Andy'm..
- Tak. Tak będzie lepiej.
Chrząknął i znów się spięliśmy.
- W każdym razie Carl jest zupełnie inny - uśmiechnęłam się, gdy stanęliśmy pod drzwiami rezydencji Cowardów. Zastukałam w drzwi. Usłyszałam za nimi radosne śmiechy. Od razu zorientowałam się, że czekają na nas też Rob i Ali. Po chwili w progu pojawił się, aż duszący się ze śmiechu, ,,Panicz". Obwiesił się najróżniejszymi bransoletkami i jak to on mówił ,,dzyndzolkami". Miał na sobie fioletowy t-shirt z kotem-ninją, nabardziej obcisłe gacie, jakie miał i kapcie-króliczki. Praktycznie wpadł mi w ramiona, śmiejąc się i nie mogąc przestać. Rzucił spojrzenie na wokalistę ulubionego zespołu. Gwałtownie zatrzymał się i spoważniał. Skamieniał. Wyprostował się, wytrzeszczył te swoje wielkie czarne paczadła i otworzył usta. Gapił się na zakłopotanego idola, nie mówiąc słowa. Po paru głuchych sekundach odepchnął mnie i padł na kolana przed muzykiem, chwytając go za nogi.
- O, Oliverze Sykesie Wielki, witaj w moich skromnych progach! Udziel mi tylko błogosławieństwa!
Oli zaśmiał się, kładąc rękę na głowie Karolka, który wyglądał tak nędznie, ale i szczęśliwie.
- Doznałeś błogosławieństwa, synu - wybuchnął śmiechem ,,święty".
- Możesz pocałować pannę młodą!- skomentowała jak zawsze piękna Alice.
- O Boże, jestem ateistą, ale co tam! Od dziś jestem prawowitym wyznawcą Sykesizmu!- począł całować stopy zakłopotanego ,,bóstwa".
- Zdradzasz mnie!- Parker udawał focha. Dostał kuksańca w żebra od swojej dziewczyny.- No dobra, pozwalam.
Wtedy Carrie wstał i rzucił się na Olivera.
- Oli, kocham cię. kocham cię, nie opuszczaj mnie, kocham cię, jesteś najpiękniejszy, najmądrzejdzy, kocham cię, najcudowniejszy, najśliczniejszy, najsłodszy, kocham cię!- nie mógł skończyć.- Nie wierzę w to! Jeśli to sen, to to jest najśliczniejszy sen, jaki kiedykolwiek miałem, kocham cię!
Nie dawał idolowi dojść do słowa, ale ten miał praktycznie łzy od śmiechu w oczach.
- Jak nie przestaniesz, to zleję się w gacie ze śmiechu!
- O matko naturo, proszę bardzo, to będzie zaszczyt! Możesz nasikać na mnie! Spełnisz kolejne marzenie! A jeśli nie, to chociaż oddaj mi bokserki!
- On tak zawsze?- zwrócił się do mnie wesoły Anglik. Cieszyłam się, że poprawiłam mu nastrój.
- Tak.. Ale za to go kochamy!
- Nie dziwię się, masz charyzmę, Carl - popatrzył na fana.
- Dziękuję, panie! Wytatuuję to sobie! Na.. na twarzy.. Największą czcionką! I na swojej twarzy wytatuuję sobie twoją twarz, a z tej twarzy będzie wychodził taki dymek z tymi słowami!
- Hannah może ci wytatuować..
- O właśnie, mogę być świadkiem na ślubie? Albo chociaż druhną?! Albo chociaż pozwól mi sypać kwiatki! W ogóle możecie mnie adoptować, rodzice się zgodzą!
- Pogadam z Hannah'ą. Nie planowaliśmy dzieci, ale powinna być zadowolona.
- Dziękuję, dziękuję! Mogę ci mówić tato? A teraz zapraszam! Mam się położyć na ziemi byś mógł po mnie przejść?!
- Niekoniecznie, ale zjadłbym coś.
- Oczywiście! Zaraz zawołam kucharkę, by ci przyrządziła, co tylko chcesz..- bełkotał Kot, obskakując gościa.- Jaką kuchnię lubisz: azjatycką, włoską, meksykańską, francuską?!
- Myślałem raczej o chipsach..
- Tak, oczywiście, chipsy! Jaki smak?! Może herbaty?!- wciągnął biednego Oli'ego do środka.
- Znalazł sobie ofiarę - zauważyli zgodnie Robbie i Alice.- To porwanie w jego stylu. Skończył się dla Olivera czas wolności.
Pobiegłam za nimi. Zauważyłam, że brakuje mojej najlepszej przyjaciółki.
- Nie ma Vicky?- spytałam.
- Nie przyszła dzisiaj, źle się czuje.. Wiesz, damskie sprawy - mrugnęła do mnie Tisdale.
- O.. Szkoda.
- Choć ostatnio była ogólnie małomówna. Może z nią pogadaj?
- Tak, tak zrobię.
Czułam, że coś się stało. Coś poważnego. Victoria nie wydawała się być typem człowieka, który otwarcie mówi o swoich problemach, ale z byle powodu też nie odcinała się od świata. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, bo ostatnio nawet nic do niej nie napisałam. Zapomniałam, że jako przyjaciółka też mam jakieś obowiązki.
Miałam nadzieję, że jej nie stracę, bo naprawdę mi zależało. Choć oczywiście jak zwykle tego nie okazałam. Powinnam pójść do niej teraz, ale niegrzecznie było zostawiać Olivera u praktycznie obcych mu ludzi. Wyciągnęłam komórkę i szybko wystukałam:
,,Wpadnę za jakieś 3 godziny. Przepraszam, że nie pisałam.."
Nie odpisała, na pewno czuła się rozczarowana. I smutna, bo praktycznie tylko mi zależało na niej do tego stopnia.
Szlag, to pojęcie o własnej obojętności zepsuło mi chwilowy przypływ radości.
Grupka kumpli podeszła do mnie z miską chipsów, a ja, jakby nieobecna, podążyłam za nimi na górę, cały czas będąc myślami totalnie gdzie indziej.
- Pokażę ci moją świątynię, którą dla ciebie postawiłem.
- Nie wiem, co mnie jeszcze zaskoczy.
Wparowaliśmy do miejsca kultu Cowarda. Wokalistę BMTH aż chyba zatkało, gdy ujrzał ten cały merch. Jego reakcja była podobna do mojej. Chyba nawet oficjalna strona zespołu nie miała wszystkich tych rzeczy w ofercie.
- Wydałeś na mnie fortunę!
- Naturalnie, wasza miłość. Dzisiaj nawet ja, jako piękny książę, prawie król, się uniżam - ukłonił się komicznie.
- Mów mi Oliver, nie musimy się bawić w pana i niewolnika.
Znowu został wyściskany. Zaczęła się rozmowa, która kręciła się głównie wokół zajebistości Oli'ego, ale i tak była przyjemna. Mimo to w mojej głowie cały czas była Victoria Mary Summers.

*Andy*
- Posłuchaj..- zwrócił się do mnie, jakże uprzejmy, Jinxx, popychając mnie na ścianę, o którą obiły się moje wystające kości.- Na wyjeździe masz się nie wygłupiać. Zero narkotyków..- zaczął wyliczać na palcach, jakby tłumaczył to dzieciakowi.
- Niby jakich?
- Daj spokój, masz siniaki i nakłucia na rękach i rozszerzone źrenice! Po drugie.. żadnego: chlania, bójek, ucieczek, targnięć na własne życie, poniżania Sykesa, rasizmu, głośnych uwag..
- Dorzuć jeszcze zakaz deptania trawników, co?- skwitowałem z ironią.
- Na pewno zakaz szczania na nie..
- Dobze, mamusiu, będę gzecny- wycedziłem dziecięce słowa z jak największym jadem.
Wyrwałem się z uścisku, dotykając obojczyków. Już chciałem odejść, ale mnie zatrzymał.
- I jeśli jeszcze raz zobaczę jakikolwiek krwotok z nosa, rzyganie, jeśli jeszcze raz zemdlejesz albo nawet będzie ci słabo- idziesz do szpitala, nawet jakbym miał cię tam targać za kudły. Jesteś chory nie tylko na głowę i wszyscy to wiedzą!
- Dziękuję za tę troskę!- krzyknąłem gwałtownie. Odsunąłem się jak najdalej. Skuliłem się, dotykając sterczących żeber.
Nie wiem dlaczego, ale nagle niemiła atmosfera się ulotniła, a mężczyzna zmienił ton.
- Martwimy się. Wszyscy. My, rodzice.. i Sally. Może chociaż dla niej?
Zawahałem się, ale opanowałem jak najszybciej.
- Nie złapiesz mnie na uczucia. Ja nie mam uczuć.
Jedyna osoba, dla której zrobiłbym wszystko umarła. I ja też powinienem umrzeć. A czułem, że ten wyjazd może być moim końcem.
- I tak cieszę się, że jedziesz.. Bez względu na wszystko.
,,Masz jakieś nowe podejście psychologiczne? Co ty taki milusi i troskliwy nagle?"
Odwróciłem twarz, wzbudzając wręcz szatańskie spojrzenie. Podszedłem do chłopaka i przysunąłem twarz do jego ucha.
- Zgotuję wam piekło - wyszeptałem.- To będzie najgorsze parę dni w waszym życiu.
,,To będzie zemsta. Zemsta na wszystkich za wszystko. Zemsta na świecie. Zemsta na tym, kto odebrał mi mój skarb."
Wyszedłem, pozostawiając lekko niespokojnego Fergusona przy schodach.

*Sally*
Gdy przebrnęłam przez te parę godzin, które w sumie zleciały przyjemnie, w końcu przerwałam rozmowę, która wydawała się nie mieć końca:
- Emm.. Słuchajcie.. Obiecałam Vicky, że odwiedzę ją dziś po południu..
- Już musimy iść?- spytał mnie Sykes, co wyglądało dość śmieszne, bo w końcu to on był starszym ode mnie gwiazdorem.
- Możesz zostać dłużej, tylko daj znać, jak będziesz wracał do domu - odparłam niczym starsza siostra. Niby Lynn tak nie mówiła, ale.. Właśnie, Lynn.. Czyżbym ją też zaniedbywała?
- Dziękuję, kochana, piękna, cudowna, dobroduszna, kobieto!- przytulił mnie Carl, który już chwilę potem znów rzucił się na idola. Zaczęli się czuć w swoim towarzystwie swobodnie, zupełnie jakbym poznała nowego Olivera. Nie był już spięty, rozchmurzył się i zrobił się z niego równy jajcarz. Nie mógł stłumić śmiechu i rzucał jakimiś ,,brudnymi" żartami, czym imponował fanowi. Trochę też się śmiałam, ale to nie mój typ. Poza tym na głowie miałam przyjaciółkę.
- No to cześć - rzuciłam tylko na wyjściu i wybiegłam z pokoju. Śpieszyłam się, bo i tak obiecałam Summers, że będę wcześniej.
Na schodach wpadłam na panią Coward. Popatrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi oczami pełnymi empatii (które odziedziczył po niej jej syn).
- Sally, kochanie, coś się stało?- spytała obejmując mnie ramieniem.
- Nie.. Po prostu się śpieszę.. Przepraszam - już chciałam ją wyminąć, ale zatrzymała mnie.
- Jeśli chcesz mogę cię podwieźć, nie ma problemu!
W pierwszej chwili miałam ochotę odmówić, ale do celu miałam co najmniej pół godziny piechotą.
- Dobrze, dziękuję.
- Chodź - wskazała mi drogę gestem ręki.
Wyszłyśmy na zewnątrz, a wkrótce moim oczom ukazał się stylowy biały kabriolet. Nawet Andy nie miał takiego wypasionego samochodu. Trochę niezdarnie zajęłam miejsce obok kierowcy. Czułam się niezręcznie, bo to było zupełnie nie na miejscu, a ja nie pasowałam do modernistycznego stylu. Wyglądałam jak żul, do tego te ślady po ,,sprzeczce" z chłopakiem..
I faktycznie, kiedy matka przyjaciela usadowiła się obok, od razu to dostrzegła.
- Co ci się stało? To coś poważnego?- zaniepokoiła się. Milczałam, wpatrując się w tablicę rozdzielczą.- Mi możesz wszystko powiedzieć.
Westchnęłam.
- Wolałabym o tym nie mówić..- spuściłam głowę, zasłaniając się taflą czarnych włosów. Chyba zrozumiała.
- W każdym razie pamiętaj, że nasz dom zawsze stoi dla ciebie otworem. Carly cię uwielbia. Ja też i mój mąż też. Jesteś dla nas jak dziecko. Naprawdę się cieszymy, że wróciłaś do Carla po latach, bardzo dobrze na niego wpływasz. Cały czas o tobie mówi.
- Eh.. Wiem - uśmiechnęłam się niemrawo. Następnie zapadła cisza i już przez resztę drogi się nie odzywałyśmy.

***
 
W końcu ujrzałam pastelowy domek Summersów. Chwiejnym krokiem podeszłam do żółtej ściany i zastukałam w białe drzwi. Może trochę zbyt gwałtownie.
- Nie trzeba tak agresywnie, już idę!- usłyszałam. Po chwili ukazała mi się pani Summers. Dzisiaj fartuszek był niebieski z różową kokardką. Jak zawsze wyglądała ślicznie, ale niezadowolony wyraz twarzy odpychał.- A, to tylko ty, ta wieśniaczka..
Nie miałam nastroju na kłótnie.
- Przyszłam odwiedzić Victorię - odparłam rzeczowo, pamiętając, o jakie szczegóły zrobiła mi ostatnio awanturę.
- W takim razie jesteś bardzo nie na miejscu. Wynocha - wycedziła przez zęby.
Już była gotowa zatrzasnąć mi drzwi przed nosem, ale wtedy za nią pojawiła się sama Vicky.
- Wpuść ją, mamo - jej matka skamieniała.- Słyszysz?! Wpuść ją!
Ja też poczułam się zaszokowana, gdy popchnęła ją na bok. Jednak sama ,,poszkodowana" miała szeroko otwarte oczy, zupełnie jakby ujrzała najstraszniejszą scenę w życiu.
- Co.. Co to ma być, Victorio?! Czy coś cię opętało?!
- Chodź - dziewczyna chwyciła mnie za rękę.
Podążyłam za nią, mijając także jej ojca, który wpatrywał się we mnie morderczym wzrokiem. Objął swoją żonę, która przybrała teraz wygląd cukierkowego diabła.
- Spokojnie, Pleasance..- powtarzał.
Już miałyśmy wejść do pokoju, ale na naszej drodze stanął pudel. Molly Jo Summers, znienawidzona siostra.
- Znowu szlajasz się z menelami? Wow, teraz już naprawdę wyglądasz jak jebana ćpunka..
Co?! Ona sobie przeklinała w takim wieku, a ja nie miałam prawa zagiąć chodniczka?
- Wypierdalaj, karle - syknęła starsza.
- I tak już nie ma dla ciebie wyjścia, zrozum, że rodziców obchodzę tylko ja. Najchętniej wyjebią cię z domu na zbity pysk.. Ale i tak już znasz pewnie jakieś meliny - to mówiąc spojrzała na mnie.- Masz przejebane!
To mówiąc, lekko szturchnęła Victorię pod żebro.
- Jesteś tylko grubą, bezwartościową, tępą dziwką..- powtarzała. Nie chciałam na to patrzeć. Jakiś karzeł z gniazdem na głowie i wypryszczoną twarzą nie mógł obrażać mojej najlepszej przyjaciółki!
Stanęłam między rodzeństwem i głosem pełnym jadu wycedziłam do Molly:
- Posłuchaj, mała.. ODPIERDOL SIĘ - odepchnęłam ją.
- O, odezwała się szmata.. Co mi zrobisz? Naślesz na mnie swój gang?
- A żebyś wiedziała. Kurwa, naślę, by ci wpierdolili. I będzie to o wiele gorsze od tego - pokazałam siniaki i rozcięcia po starciu z Biersackiem.  Dziewczynka nieco się wystraszyła i wyminęła nas nerwowo.
- Jeszcze pożałujesz!
- Dzięki za obronę, ochroniarzu.. Mamy pięć minut, zanim cię sypnie. Pierdolona kłamczucha - zmarszczyła brwi dziewczyna.
Weszłyśmy do jej pokoju, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Dopiero teraz się jej przyjrzałam. Wydawało mi się, że schudła, pod jej oczami rysowały się brunatne sińce, nie nosiła też okularów. Wyglądała ponuro i zrobiło mi się jej żal.
Gdy znalazłyśmy się w pomieszczeniu, z jej twarzy znikł kamienny wyraz. Gwałtownie targnęły nia emocje.
- Okej, a teraz mów, co się tu dzieje..
- Sally.. To straszne.. Tak się cieszę, że przyszłaś! Mam poważne kłopoty i moje życie chyba traci sens - niemal rzuciła mi się w ramiona.
- Przepraszam, że się nie odzywałam. Miałam..
Przerwała mi:
- Widzę - pokazała moje świeże blizny.- Opowiesz mi, co się stało?
Skrzywiłam się niechętnie.
- Możesz mi powiedzieć wszystko.. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś się spotkamy. Nie wiem, jak będzie..
- Jak to?!- zamrugałam, nie rozumiejąc jej słów.- Powiem o sobie, jeśli wystarczy nam czasu. Teraz wyjaśniaj: co się tu, do cholery, dzieje?! Co to za cyrk?!
- Nie jest dobrze, Sally.. Jestem taka wkurzona.. i taka bezradna..- jej oczy zaczęły się szklić.- Kurwa.. Chodzi o to, że moi rodzice chcą mnie wysłać do katolickiej szkoły z internatem. Setki kilometrów stąd!
Zamurowało mnie.
- Co?- tylko na to było mnie stać.
- Uważają, że mam złe towarzystwo.. Chodzi o was. Teraz chcą sprawić, bym w ogóle nie miała przyjaciół! Nienawidzę ich!- tu już zaczęła płakać. Podeszłam do niej i przytuliłam, choć mi także zbierało się na łzy.
- Wszystko będzie dobrze..
- Nie, nie będzie!- oburzyła się.
- No dobra, wiem.. Ale nie pozwolę cię sobie odebrać!
- Sally, nie mamy szansy tego zmienić! To już postanowione, mam nawet załatwione miejsce! Papierki podpisane! Mam wyjechać za dwa tygodnie! Planowali to od dawna!
- Cholera.. Ja wyjeżdżam z chłopakami do UK za dwa tygodnie.. Nawet nie będzie okazji się pożegnać! Kurwa!
- Kurwa, kurwa, kurwa!- szlochała na moim ramieniu.- Niby katolicka szkoła to nie psychiatryk ani poprawczak, ale sam fakt, że nie będzie tam ciebie..
Nagle wpadłam na pewien pomysł.
- A gdybyś tak pojechała ze mną do Anglii?
- Rodzice mi nie pozwolą, to oczywiste - załamała się.
- Nie o to mi chodzi. Pojedź bez ich zgody. Zwiej.
- Co?..
- Nie będą mieli pojęcia, gdzie jesteś. Nie znajdą cię. Co prawda policja będzie cię szukać, ale coś się wymyśli..
- To zbzikowany pomysł. Całkowicie porąbany, szalony. Ale lepszy od chrześcijańskiej szkoły.
- Jakoś sobie poradzimy.. Ważne, że będziemy razem.
- Tak.. Umówimy się jakoś dokładniej.
- Opracujemy cały plan! Gorzej, jeśli zabiorą ci telefon.
- Nie pozwolę im! Ale to nie aż taki problem. Powiedz mi jeszcze.. Co ci się stało w..?- nie dokończyła, bo usłyszałyśmy kroki na schodach.
Po chwili drzwi po prostu się otworzyły. Widocznie jej rodzice mieli zapasowy klucz.
- Wynocha stąd! Ale już! Bo wezwę policję! To twoja ostatnia szansa!- wydarł się na mnie pan Summers, łapiąc mnie gwałtownie za rękę. Poczułam wszystkie siniaki i rozcięcia, które zgotował mi mój chłopak. Syknęłam. Zostałam siłą wyciągnięta z pokoju, zupełnie jak jakiś niewolnik, a następnie zawleczona siłą na dolne piętro. Czułam, że mężczyzna ma ochotę mi dokopać.
- Nigdy więcej tu nie przychodź!- darła się jego żona, machając rękami.- Musisz być wytworem diabła! Jebany śmieć..- ostatnie słowa wymówiła jak najciszej pod nosem.
,,Nie znasz Andy'ego.."- pomyślałam.
Zostałam wypchnięta za próg, rzuciłam ostatnie spojrzenie na załzawioną twarz Victorii. Jej wyraz mówił ,,pomóż mi", a w oku widziałam błysk nadziei. Nie mogłam jej zawieść.
Gdy już wyrzucono mnie z parceli, jak najszybciej pognałam do domu, by powiedzieć, że mamy dodatkowego pasażera do Anglii. 

***
 
 Znalezione obrazy dla zapytania long brown hair glasses bangs
Znalezione obrazy dla zapytania girl black hair green eyes
 
 

środa, 13 kwietnia 2016

Rozdział 18: ,,Nie do końca zły i nie do końca dobry. I całkowicie zły"


*Sally*
 Siedzieliśmy właśnie u Carla. Właściwie to już miałam się zbierać. Po części z tego, że cała udawana rodzinka mnie wzywała, a po drugie.. miałam trochę dość, po prostu ostatnio był tylko jeden temat: zespół. Chciałam wszystkim przypomnieć, że praktycznie zostałam jego członkiem przez przypadek i wcale się nie upominałam o stałe członkostwo. Planowałam im to powiedzieć, ale jakoś (jak zwykle) zabrakło mi odwagi i asertywności. W zamian musiałam słuchać wykładów o tym, jak powinna brzmieć nasza pierwsza płyta. I w zupełności nie zgadzałam się z Kotem.
- Nasze gitary powinny grać tak - oświadczył, po czym zaprezentował jakieś okropne sprzężenie.
Połowie się podobało, ale ja i Vicky nie byłyśmy aż tak zadowolone. Alice, Robbie i Carl mogli być fanami metalu, ale my raczej upodobałyśmy sobie delikatniejszą muzykę. Zresztą mój głos chyba nie pasował do ciężkiej muzy. To tak jakby kazać śpiewać dziecku do Behemotha. Musiałam w końcu zaproponować jakiś kompromis.. W razie czego zawsze mogłam po prostu odejść.
- Carly.. Ale.. Nie uważasz, że Train To Wonderland nie bardzo pasuje do takiej ciężkiej muzyki?- spytałam niepewnie. Zastanowił się.
- Zawsze możemy zmienić nazwę, jeśli ci się nie podoba..- wzruszył ramionami.- Na przykład na Five Bitches albo podobnie!
Westchnęłam. Victoria chyba chciałaby się do mnie przyłączyć.
- Chodzi mi o to, że może nasza muzyka mogłaby być trochę lżejsza? Bo wiesz.. Ja - tu popatrzyłam też na przyjaciółkę - nie słucham takiej muzyki jak ty.
Nie wydawał się zachwycony. Nie lubił, gdy ktoś go nie słuchał. Był dość władczy, gdyby ktoś jeszcze nie zauważył.
- Posłuchajcie, mam pomysł - wtrąciła Ali.- Podzielcie się- Sally będzie miała spokojniejsze, a ty, Carrie, cięższe partie. Zastosujemy taki kontrast, może fanie wyjść.
Mi trochę ulżyło.
- Ok - niechętnie zgodził się Carl.- Ale musimy zacząć pracować nad piosenkami! No, do roboty, śmierdzące leniuchy! Piszcie jakieś melodie, może coś z tego złożymy!
- A jeśli ja nie gram na instrumencie?- dopytałam.
- Podnoś rękę, niedobre dziecko!- zażartował Kitty.- Pisz teksty.
Zdziwiłam się. Nigdy niczego nie pisałam. Nawet pamiętnika. Miałam niby fantazję, ale czy dosyć umiejętności?
- Ale.. O czym mam właściwie pisać?
- O wszystkim, co ci przyjdzie do głowy.. Nie musi mieć sensu, ważne by ładnie brzmiało! Tak poetycko i głęęęboko!
Jeśli już mam pisać, to wolałam z sensem. Byłam chyba wystarczająco inteligentna, by stworzyć coś ładnego. Nie chciałam pisać tekstów o jebaniu się i szalonym trybie życia. Nie chciałam używać przekleństw. Pragnęłam zostać prawdziwą poetką. Moje życie było chyba wystarczającą inspiracją..
Nagle mój telefon zadźwięczał, SMS.
,,Andy?"- aż się zdziwiłam. Widać rozmowa cokolwiek dała.
,,Chodź do domu. Jak odbędziesz karny obiad, to możemy gdzieś pójść. Tylko o niczym nie mów jebanym strażnikom."
Parsknęłam. Chyba miał w miarę dobry humor.
- Muszę iść - powiedziałam.
- Okiiii, spotykamy się jutro. Pracuj nad tekstami!
Następnie wszyscy mnie wyściskali.
Wyszłam i skierowałam się w stronę domu.

***
Niechętnie zasiadłam ze wszystkimi do stołu. No oczywiście wszystkimi poza Andy'm. Wierciłam widelcem w roladzie mięsnej, niecierpliwiłam się. Chciałam już się gdzieś wyrwać. Tymczasem wylądowałam z powrotem w drętwej atmosferze. Ostatnio miałam wrażenie, że jest trochę nudno. Ciągle miotałam się między dwoma światami. Jeden z nich był krainą cholernie radosną, aż kiczowatą, drugi- jakby martwą. Może to i brzmiało ciekawie, ale chciałam jakiegoś przerywnika. Zaczynałam mieć dość obu stron, nie mogłam się po żadnej odnaleźć. A Andy był jakby po środku, dlatego mnie do niego ciągnęło.
- Sally, błagam, starałem się z tym jedzeniem - oznajmił Jake.- Nie zachowuj się jak ten chudy palant.
Uniosłam brew lekko zirytowana.
- Nie zapominaj, że to mój chłopak.
Jedynie warknął.
Czy to była jakaś kolacja wilków?!
- Co?!- odwarknęłam.- Taki niezadowolony?!..
- Przecież nic nie mówię!- bronił się.
Wstałam od stołu. Trochę chyba przesadzałam, robiłam z igły widły.
- A ty dokąd?!- Jinxx zrobił minę godną szczura.
- Do siebie!- głośno zasunęłam krzesło i ruszyłam w kierunku schodów.
- Oj, może i niebawem nie tak bardzo ,,do siebie"!
,,A spierdalaj!"- odpowiedziałam mu w myślach, pokazując przy tym środkowego palca.
I poszłam ,,do siebie"! Położyłam się na ,,swoim" łóżku i wypuściłam nerwowo powietrze nosem.
Serio, chyba miałam ochotę się stąd wynieść. Musiałam tylko znaleźć jakiś pomysł na życie. Na razie była szkoła, ale to już ostatnia klasa. Powinnam zarobić trochę pieniędzy, bo bez nich ani rusz. Ale co ja mogłam robić? Nie miałam żadnych talentów..
I wtedy pomyślałam o zespole. O Train To Wonderland.
Może powinnam się za to poważnie wziąć? W końcu za ostatni koncert, jak na początkujących, zarobiliśmy całkiem niezłą sumkę. Może daleko nam było do sławy, ale nie chodziłabym głodna. Po wydaniu albumu zwykle przecież skacze popularność i też są z tego pieniądze.
Nagle moje podejście do całej sprawy się zmieniło. Zobaczyłam w tym szansę ucieczki od ,,martwicy" (bo tak z Biersackiem zaczęliśmy określać stronę BVB).
Nie myślałam już więcej. Trzeba się było wziąć do roboty. Wyjęłam kartkę papieru i długopis. Zaczęłam myśleć nad tekstem do pierwszej piosenki. W głowie miałam pustkę. Nigdy nie zajmowałam się ani liryką ani muzyką. Ale melodię mógł przecież wymyślić Carly z ekipą. A tekst.. Musiało się tylko co jakiś czas rymować i mieć ogólny sens, no nie?
Potrzebowałam tematu.
,,Życie"- nasunęło się samo.
,,Ale co? Lynn? Andy? BVB? TTW? Jakieś marzenia?"
,,Cokolwiek, przecież i tak napiszesz więcej tekstów niż ten jeden."
,,Racja."
Postanowiłam zacząć od tego, co się dzieje teraz i co się działo wcześniej. Tak jakby zacząć od samego początku historii.. Od morderstwa Lynn, psychiatryka i całego tego szaleństwa.
Poczęłam pisać jakieś rymy, ogólnie słowa. O tym, jak to musiałam oglądać śmierć siostry. Upozorowaną na samobójstwo, w które wszyscy uwierzyli. O tym facecie.. O tej całej jego grze.. O sekrecie obojga, który doprowadził ich do mściwości i autodestrukcji. I o mojej roli w tym wszystkim. O tym strachu i zagubieniu małej dziewczynki, której ludzie bali się słuchać.
Prawie się wzruszyłam.. Ale czasu już nie cofnę. Czasami wolałabym, by to wszystko się przydarzyło komuś innemu. Gdyby ktoś inny szukał zabójcy.. Gdyby jakaś inna dziewczyna żyła w strachu, bo on chce ją dopaść.
,,I just don't wanna be
Your another toy
Just a part of this freak show"- zapisałam. Przypomniała mi się scena w lesie. Ta ucieczka..
Zakończyłam kawałek. Najpierw myślałam, by nazwać go ,,Lynn", ale nie chciałam się w ten sposób ujawniać. Ludzie nie powinni wiedzieć o tej całej tragedii. Skorzystałam ze słów w refrenie i zdecydowałam się na ,,Freak Show". Przeczytałam całość. Jak na pierwszy raz było nieźle, ale potrzebowałam fachowej pomocy. Mogłam o to poprosić Andy'ego.
Spojrzałam na zegarek. Była 18. Wysłałam swojemu chłopakowi SMS-a. Trochę dziwne, bo był w pokoju naprzeciw, ale tak było bezpieczniej. Nie chciałam, by ktoś wiedział o naszym wyjściu, bo zasypano by nas pytaniami.
,,O której i gdzie?"
,,Może do naszego miejsca w lesie? I myślę, że około 23 będzie ok. Jakby nie spali, to powiedz, że idziesz na domówkę u kogoś, czy jakoś tak.."
,,Dobra. Załatwione."- i na tym się urwała nasza rozmowa.
Postanowiłam wykorzystać kilka godzin i zabrałam się ponownie do pisania.

***

Chyba wybraliśmy zbyt wczesną godzinę, bo faktycznie nikt nie spał. No nic, postanowiłam wykorzystać plan Andy'ego. Zrobiłam dość mocny makijaż i założyłam ,,małą czarną". Ta, stylówa do lasu.. Ale nie pójdę na imprezę w bluzie z kapturem i w dresach.
Zeszłam na dół.
- A ty dokąd? I czemu ubrałaś się jak prostytutka?- zapytał z pogardą Ferguson.
- Idę na domówkę do Alice - odparłam.- I dziękuję za komplement.
- Tylko nie sprzedawaj się za tanio!
- Spokojnie, mam swoją godność w przeciwieństwie do niektórych!
Założyłam szpilki i skórzaną kurtkę. W sumie wyglądałam nawet podobnie do Tisdale.
- Nie wrócę za wcześnie, a zresztą i tak byście na mnie nie czekali!
- Czytasz mi w myślach, bezczelna..
Wyszłam, trzaskając drzwiami. Nie miałam nastroju na kłótnie.
Biersack się jeszcze nie zjawił. Wysłałam mu SMS-a:
,,Kiedy będziesz?"
,,To patrz nad sobą.."
Nie wiedziałam, o co chodzi, trochę się wystraszyłam. Ale, gdy podniosłam oczy w górę, naprawdę się przeraziłam.
Andy siedział na parapecie, wesoło machając nogami. Bałam się, że spadnie i zrobi sobie krzywdę, ale on zwinnie zszedł na dół, opierając się na rynnie i innych parapetach. Chciałam go opieprzyć, bo napędził mi stracha, ale gestem ręki przytkniętej do ust nakazał ciszę.
Wsiedliśmy do auta i dopiero wtedy mogliśmy się odzywać.
- Skąd masz taką wprawę?- zapytałam.
- Wiele razy mi się to przydawało. Ciesz się, że ty nie musisz jeszcze stosować takich metod.
- A jak usłyszą, że odjeżdżamy?
- To i tak nie zdążą nam nic zrobić. Nie prześcigną nas, a nawet, gdyby próbowali nas śledzić, to czarnego samochodu w nocy za bardzo nie widać..
- A zresztą.. I tak nas chyba śledzić nie będą.
- Otóż to.
Zamilkliśmy i ruszyliśmy. Poczułam swobodę choć częściowo.

***

Dojechaliśmy na miejsce. Było już totalnie ciemno i zimno. Trochę upiornie, przypomniała mi się moja ucieczka. Zadrżałam.
- To co robimy?- zapytał Andy.
- A co właściwie możemy tu robić?- odpowiedziałam pytaniem. Tu nasz ,,super" plan trochę zblakł. No bo tak na zdrowy rozum, co można robić w nocy w lesie? Bawić się w szkołę przetrwania?
- No.. Możemy tu posiedzieć.. Pogapić się na niebo?.. O czym ja pieprzę?- zastanawiał się na głos.
- No dobra, możemy rozmawiać - zdecydowałam. W końcu moglibyśmy nadrobić braki i uzupełnić ogólną wiedzę o sobie.
- No.. dobra.
Weszliśmy trochę głębiej w las. Biersack chciał zagłębiać się dalej, ale ja się bałam. Przysiedliśmy więc na nagrobku.. tej dziewczyny. Był cały porośnięty mchem, zaniedbany. Sama nigdy bym nie powiedziała, że to mogiła.
- No dobra.. To jak ją poznałeś?- zaczęłam.
- Czemu chcesz akurat o niej rozmawiać?- zdziwił się.
- No chyba nie będziemy rozmawiać o pogodzie? A tak na poważnie.. Ja też straciłam bliską osobę. Wiem, co to znaczy.
- No dobrze.. Ale jeśli mi opowiesz swoją historię.
- Jasne - rzuciłam, choć to było by chyba trudniejsze niż myślałam.
Tymczasem mój chłopak przełknął ślinę i cichym głosem począł opowiadać:
- Poznaliśmy się w szkole. Była w moim wieku. Na pierwszy rzut oka była całkowicie zwyczajna. Ale jakoś tak zaczęliśmy się przyjaźnić. Nawet nie pamiętam, jak to się zaczęło. Po prostu.. oboje byliśmy jacyś tacy.. Brakuje mi słowa.. Z drugim dnem? No, nietypowi.. Ja miałem trochę problemów, ona też i się tak nawzajem wspieraliśmy. Ale to nigdy nie była taka słodka znajomość. Zawsze był między nami jakiś dystans, ja czułem w stosunku do niej podziw. Powiedzmy, że zainteresowaliśmy się dziwnymi rzeczami. Lepiej, żebyś nie wiedziała, jakimi. Wdrażaliśmy się w to coraz bardziej. Wszystko stało się jakby oficjalne, ale nic nie wydawało się zmierzać w złym kierunku. Aż tu nagle..- zatrzymał się.- Zabiła się.. To było..
Nagle gwałtownie się wyprostował. Spoważniał i się zaniepokoił.
- O co chodzi?- przestraszyłam się. Zaczęłam słyszeć jakieś szmery.- Andy!- pisnęłam.
- Co to, kurwa, jest?- wyszeptał niemal niesłyszalnie.
- Andy, boję się..
- To nie mogą być ludzie.. Po co by mieli wchodzić do lasu w środku nocy w losowym miejscu?
- Zwierzęta?
- Nie.. Zwierzęta zawsze żyją trochę głębiej. No chyba że takie małe, ale one nie robią takich szmerów.
Do naszych uszu dobiegło trzaśnięcie i.. ludzkie głosy.
- To muszą być ludzie!- stwierdziłam.
- Musimy stąd wyjść i powstrzymać ich od wejścia tutaj..
- Ale.. czemu? Przecież nic tu nie znajdą!- zapewniałam, ale chłopak tylko szedł przed siebie.- ANDY!
- Zamknij się! Nie mają prawa tu wejść!- warknął. Zmarszczyłam brwi. ,,A jeszcze niedawno taki potulny!"
- Jesteś pojebany!
- Zamknij się!
Kucnęliśmy w krzakach i przyjrzeliśmy się sprawie.
- Kurwa, co tu robi jakiś autokar?! Przecież to się kupy nie trzyma!
- To nie jest chyba zwykły autokar - zauważyłam. Usłyszałam też żywą konwersację.- Musimy wyjść i zapytać tych ludzi.
- Nie, kurwa! Nie ufam im! Zmiana planów!
- Ale, kurwa, czemu?! Sam chciałeś do nich iść!
- Zamknij ryja!- rozkazał. Miałam ochotę mu przyłożyć.
- Zaraz sama do nich pójdę!
- Nie!
- Tak!
- Kurwa, idę! I powiem im, że chcesz mnie zgwałcić w krzakach!
- Niech ci będzie..- wysyczał.- Tylko się tak nie drzyj..
Powstaliśmy i powoli podeszliśmy do pojazdu. Naszym oczom ukazała się grupa mężczyzn. Popatrzyli na nas zdziwieni. Ale najbardziej był przerażony jeden z nich. Był wysoki, choć niższy od Andy'ego, miał na sobie ocieplaną kurtkę. Był niesamowicie wytatuowany, i chyba miał brązowe włosy. Było ciemno, nie mogłam dostrzec więcej szczegółów. Stał po prostu jak wryty i gapił się na Andy'ego. Jego też zamurowało. Zapanowała niezręczna cisza. Zaczęłam się zastanawiać, kto to może być.
- Andy?- wypowiedział w końcu mężczyzna.- To ja.. Emm.. Oliver. Pamiętasz mnie?..- miał silny angielski akcent. Jego głos wydawał mi się jakiś znajomy.. Imię też.

*Andy*
,,Kurwa, jakim cudem?!"- nie pojmowałem tego wszystkiego, co się właśnie wydarzyło. Czy to był jakiś zły sen?! No serio, ten chuj był ostatnią osobą, którą chciałbym spotkać. Już prawie o nim zapomniałem, a teraz musiał tu się tak nagle pojawić.
,,To, kurwa, nie może być prawda!"
Stałem się tak i gapiłem na niego. Najchętniej rzuciłbym się teraz na niego i może nawet go zamordował, ale było za dużo świadków. Do tego Sally, a wolałbym, by o niczym nie wiedziała. Mogliśmy po prostu wejść do auta i odjechać. Ale wtedy ona uznałaby to za dziwne i zaczęłoby się przesłuchanie. Zresztą ja też nie umiałbym go wymieść z pamięci. Nagle wszystko tak powróciło, szczególnie chęć zemsty. Tylko takiej na poważnie. Jeśli moje zdrowie i wszystko inne psuło się z każdym dniem, to chyba mogłem się w końcu na to zdobyć.
,,Nie potrafisz!"- zaśmiał się w mojej głowie dziewczęcy głos Lynn.-,,Słaby!"
Trochę mnie to zirytowało. W tej chwili na pewno udusiłbym tego skurwiela. Świat bez niego byłby o wiele lepszy!
,,Pierdolisz. Ciota."
Zgarbiłem się i spojrzałem na Anglika spode łba. To on był ciotą. Stał sobie i oczekiwał, że co zrobię? Rzucę mu się w ramiona i rozpłaczę ze wzruszenia?
Usiłowałem zabić go wzrokiem.
- Kim wy jesteście? Mam wrażenie, że cię skądś kojarzę..- odezwała się Sally.
- Jesteśmy Bring Me The Horizon.
- Aaa!- uśmiechnęła się dziewczyna.- Mój przyjaciel jest waszym fanem! Teraz pamiętam!
- Miło wiedzieć. Dobrze dobiera przyjaciółki!
Zarumieniła się..
,,Ja cię, kurwa, sukinsynie, uduszę!"- gotowałem się w duchu. Złapałem Rogers za rękę. Sykes trochę się speszył. ,,I co teraz powiesz, kutasie?"
- My.. My wracamy z trasy, ale to żelastwo się psuje - wskazał ruchem głowy na tour bus.- Dostaliśmy go w zastępstwie i ciągle są z nim problemy.
- Nic nie umiecie robić dobrze. Jebani Angole..- wymamrotałem dość głośno pod nosem.
- Dobrze, że was znaleźliśmy!- przerwał ciszę Matt Nicholls, perkusista. Tak, niestety ich znałem.- Bez was pewnie byłoby trudniej.. No wiecie, czekać na pomoc drogową..-,,To się nie rozczaruj!"- Oczywiście, jeśli chcecie nam pomóc..
- Jasne, nie ma problemu!- wyprzedziła mnie Sally. Zmarszczyłem brwi.
- To zróbmy tak: na razie weźmiecie zespół, a my zadzwonimy po pomoc drogową. Nie potrzebujemy tu tylu ludzi, zostaniemy my i kierowca. Potem gdzieś się spotkamy - oznajmił jeden techniczny.
- Zmieszczą się wszyscy?- zapytał cieniutkim głosikiem ten zjebany gnój.
- Wezmę cię na kolana, księżniczko - odparł bębniarz chujowej formacji.
- A co jak już nas zabiorą do miasta?- dopytywał Lee Malia, szarpidrut.
- No.. Chyba nas..?- ,,O, na to, wy chuje, nie liczcie!"
- Myślę, że na tę noc możecie być u nas. Jutro poproszę Carla, zresztą jego nie trzeba będzie prosić. Jeszcze będziecie musieli się do niego wprowadzić na stałe!
Debile się zaśmiali. ,,Haha, naprawdę, przezabawne!"
Teraz to miałem ochotę zarżnąć swoją kochaną dziewczynę. W nocy w jednym domu z tym zjebem?!
- No to wsiadajcie, jedziemy!
- Sally, pragnę ci przypomnieć, że ja prowadzę - wysyczałem.- Pogadamy sobie w domu - warknąłem cicho.
Już chciała się odszczeknąć, ale przerwał jej Srajks:
- Proszę, nie kłóćcie się.. Nie chcemy robić problemu..
- Wsiadaj - wypowiedziałem to słowo z jak największym jadem.

*Sally*
Coś poważnego musiało zajść między Andy'm i Oliverem. Przy okazji ten nowy wydawał się raczej niewinny, a przynajmniej nie do końca zły, nie miałam pojęcia, co takiego mógł on zrobić wiecznie agresywnemu Biersackowi. Może i rzeczywiście trochę chamskie było z mojej strony, że zaprosiłam cały zespół na nocowanie. Mogliby się przecież zameldować w jakimś hotelu. Wiedziałam, że reszta także nie będzie zadowolona. Ale po prostu ciekawość mną zawładnęła. Taka prowokacja mogła mi wskazać drogę. W końcu to był mój chłopak, chciałam tylko więcej o nim wiedzieć. Chociaż wizja poważnej rozmowy w wykonaniu najwredniejszego typa, jakiego znałam, nie wydawała się jakaś kusząca.
Wsiedliśmy wszyscy do auta. Zespół zajął miejsca z tyłu. Andy miał dość duży samochód, więc gdy się ścisnęli w niezbyt wygodnej pozycji, zmieścili się. Przez całą drogę się do siebie nie odzywaliśmy, ale w powietrzu jakby coś zawisło. Panowała cholernie napięta atmosfera. Andy chyba chętnie celowo rozwaliłby auto, by tylko nas wszystkich zabić. Właściwie mógłby to nawet zrobić, więc miałam nadzieję, że na to nie wpadnie. Ale dojechaliśmy na miejsce bez problemu. Wysiedliśmy i skierowaliśmy się do drzwi.
,,Oni wszyscy mnie chyba zajebią.."- pomyślałam.
Wkroczyliśmy do środka.
- Em.. Bardzo ładny dom - stwierdził Matt. Nikt nie zdobył się na odpowiedź.
- Tak, bardzo..- chciał zacząć Oliver, ale Andy przerwał mu samym swoim spojrzeniem.
- Gdzieś się wam upchnie - warknął.- JINXX! JAKE! ASH!
Od samego jego krzyku przeszły mnie ciarki. Trochę straciłam pewność siebie.
 - CO SIĘ DRZESZ, TY..?!- nie dokończył Jinxx, który zobaczył przed sobą BMTH. Wszyscy wyglądali na zszokowanych.
- Co oni tu robią?!- zapytał następnie, mało nie wychodząc z siebie.
- Sally ich tu przyprowadziła. Zamieszkają tu - odparł Biersack z ironicznym, złośliwym uśmiechem.
- Tylko na tę noc.
Napięcie chyba zbliżało się ku ostatniej kresce.
- Oh.
Zapadła cisza.
Głos zabrał Ashley:
- No.. To gdzie ich położymy?
,,No dalej, powiedz cokolwiek!"
- To może ja pójdę do sypialni Andy'ego, a oni do mojej sypialni?- zasugerowałam.
- Ani mi się waż!- wysyczał wspomniany, ściskając mnie a rękę. Wbił mi w nią paznokcie niemal do krwi.
- To.. To ja zostanę u siebie i wezmę ze dwóch..
- Możemy iść ja i Oli..- zaproponował Nicholls, co spotkało się z kolejnym sprzeciwem.
- Ona z nim w jednym pokoju?! Na pewno nie!
- No to niech się położy na kanapie w salonie..
- Dobra - zgodził się dobrowolnie Sykes. Chyba obaj pożałowaliśmy: ja, że na to wpadłam, a on, że się zgodził.
- To wy się urządzajcie, jak chcecie. Mnie w to nie mieszać!- stwierdził Ferguson, a reszta się zgodziła. Po chwili już ich nie było.
- Zaprowadzę was do pokoju - powiedziałam do deathcore'owców.
Już chcieliśmy iść na górę.
- A ty co tak sterczysz?! Leżeć!- rzucił najwyższy w stronę wokalisty. Ten momentalnie udał się do salonu, zamykając za sobą drzwi. Miałam ochotę na to samo.
Choć na chwilę uwolniłam się spod presji, pokazując nowym lokatorom swoje lokum. Chyba im się podobało, dość szybko się rozłożyli. Ja tej nocy i tak nie zmrużyłabym oka.
Spokój nie trwał zbyt długo, bo wychodząc z pomieszczenia, napotkałam swojego rozwścieczonego chłopaka.
- O co ci znowu chodzi?..- chciałam mówić dalej, ale szarpnął mnie za włosy. Podskoczyłam z zaskoczenia. Tego to się nie spodziewałam.. Zaczął ciągnąć mnie do komórki, w której kiedyś zamknęła mnie dziennikarka. ,,To nie wygląda dobrze"..
Ogarnęło mnie przerażenie, gdy zamknął nas w pokoju.
- Posłuchaj, suko - zaczął. Chciałam w oburzeniu się odgryźć, ale ona zatkał mi usta ręką.- Zamknij się, bo za dużo gadasz! Zamknij pysk, to wszystko, kurwa, twoja wina!
- Bo co? Boisz się ich? Co ci zrobią?!
- Zamknij się!- przywalił mi w policzek. Zatoczyłam się, coraz bardziej przerażona.- Ostatnio za bardzo się rządzisz, ty.. ty kurwo! Ale nie.. Koniec tego dobrego!- po tych słowach ponownie mi przywalił.
Teraz to strach serio mnie sparaliżował. Jakie miałam szanse walcząc z prawie dwumetrowym facetem?
- Nie poznaję cię..- wyszeptałam.
- I słusznie, kurwa! Mam cię dość, jesteś taka zjebana, głupia i pierdolnięta!- syknął, celując we mnie nogą.
- Wiesz, oni mają rację, jesteś pojebany! Wychodzę!- usiłowałam się ruszyć, ale utknęłam w miejscu. Chłopak rzucił się na mnie, dając mi z liścia. Usiłowałam się wyszarpnąć, ale naparł na mnie całym ciężarem swojego ciała, okładając mnie bezlitośnie pięściami.
- Spierdalaj! Mam zacząć krzyczeć?!
- Oo.. Tylko spróbuj!- zacisnął palce na mojej szyi.
- CHCESZ MNIE ZABIĆ?!- łzy napłynęły mi do oczu. ,,CO W NIEGO, DO CHOLERY, WSTĄPIŁO?!"- dopytywałam Lynn, ale akurat teraz milczała.
Czułam jak się pocę i zaczynam się dusić. Miałam ochotę ryczeć, ale musiałam się jakoś uwolnić.
Zaczęłam przesuwać nogę po podłodze, szukając jakiegokolwiek przedmiotu. Pod stopą poczułam coś długiego i twardego. Podsunęłam to bliżej ręki i jak najszybciej złapałam. Uderzyłam szaleńca w głowę.
- KURWA!- zaklął, a ja zyskałam dosłownie chwilę na ucieczkę. Gdy byłam już blisko drzwi, złapał mnie za kostkę. Runęłam w dół, uderzając się przy tym klamką. Kij znalazł się w rękach napastnika, zaczął mnie nim okładać, poprawiając każdy cios nogami. Nagle tak mocno walnął mnie w czoło, że chyba rozciął mi skórę. Poczułam krew spływającą po skórze. Po chwili zostałam podniesiona do pozycji stojącej. Traciłam powoli nadzieję. Pozwoliłam brutalowi poorać się pazurami po twarzy. W mroku migały tylko jego złowieszcze oczy. Do tego tak cholernie mocno kopnął mnie w brzuch, że musiałam się skulić. Rozryczałam się, ale naprawdę bolało. Rozłożyłam się na ziemi, czując się pokonana.
Ale wtedy dostrzegłam szansę. Andy odszedł ode mnie na chwilę, ciężko dysząc. Zaczął rozglądać się w poszukiwaniu nowego przedmiotu do zadawania mi bólu. Leżałam stosunkowo blisko drzwi.
,,Teraz albo nigdy.."
Szarpnęłam swoim ciałem i na drżących nogach stanęłam. Gwałtownie pociągnęłam klamkę i wybiegłam na korytarz. Szok nadal mnie paraliżował, ale zmusiłam się do ucieczki. Jak najszybciej zbiegłam po schodach na dół. Nic nawet nie brałam, choć było trochę zimno. Cała roztrzęsiona opuściłam budynek. Usłyszałam już tylko wściekły krzyk, ale noc mnie kryła. Nie miałam pojęcia, gdzie iść. Nie chciałam niepokoić Carla lub Vicky o tej porze. Ale na ulicy też nie czułam się bezpiecznie. Postanowiłam, że przenocuję w ogrodzie Cowardów. Mogłam wejść do ich szopy w ogrodzie. Była tam też woda, więc mogłabym się obmyć z krwi..
Chwiejnym krokiem, nadal chlipiąc, ruszyłam przed siebie.
,,On jest całkowicie zły. Do szpiku kości."


*Andy*
- Co.. co się stało?- zapytał Sykes, którego widocznie obudziliśmy.
- Zamknij ryja, chuju!- warknąłem.- Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy, bo ci go rozpierdolę!
Głos ucichł.
Na pewno nie powinienem bić Sally, ale w tej chwili czułem się jak pan. Adrenalina buzowała w moich żyłach, wypełniałem wolę Lynn. Czułem się jak sam szatan.
Pełen euforii poszedłem do swojego pokoju. Po raz pierwszy udało mi się normalnie zasnąć. Byłem szczęśliwy.

***

Właściwie to już nikt i tak tego nie czyta, ale postanowiłam, że dokończę to dla samej siebie.
Absurdalność całej sytuacji mnie rozwala, ale..
Ale w sumie to uważam, że jest ok :)


Jakoś akurat t alaska przypomina mi Sally i tło pasuje


piątek, 29 stycznia 2016

Rozdział 17: ,,Dom lalek"


*Sally*
 Minęło trochę czasu. Naprawdę polubiłam Vicky. A ona polubiła mnie i resztę. Chyba na stałe dołączyła do naszego ,,gangu". Gdy tylko wybierałam się do rezydencji Cowardów, zabierałam także ją. Teraz pokazała swoją prawdziwą naturę. Była wesoła, sympatyczna, urocza. Nie miałam pojęcia, dlaczego ludzie jej nie doceniali. Choć z drugiej strony tak zachowywała się tylko w moim towarzystwie. Gdy tylko ktoś inny się do niej odezwał, od razu się peszyła i zamykała w sobie. Teraz jeszcze trudniej było mi patrzeć, jak ludzie się z niej śmieją. Starałam się ją odciągać od takiego towarzystwa. Wiedziałam, że to tylko głupie żarty. Mogli ją wyśmiać, ale tak naprawdę chcieli się tylko popisać. Choć nie byłam pewna, co do zakapturzonego typa. Od niego wolałam się trzymać z daleka, choć często się za nami snuł. Naprawdę, byłam pewna, że on jest gotów zrobić nam wszystko. Przerażał mnie. Zwłaszcza po tym, co spotkało moją siostrę.. I nie wiem, czemu, ale kogoś mi przypominał. Chyba to zamieniało się w lekką paranoję.
Z kolei ona na razie ucichła. Głos w mojej głowie przybrał inny ton. Bardziej mój. Wiedziałam, że w pewnym momencie powróci, zawsze się tak działo. Cieszyłam się, że nawet po życiu chce dla mnie dobrze.
Teraz gdy miałam nią, Victorię, Carla, Robbiego i Alice czułam się lepiej. Jakbym stworzyła sobie nową rodzinę.
Z kolei w ,,domu" wszystko wyglądało coraz gorzej, to był istny koszmar tam wracać. Serio, jakbym żyła w patologicznej rodzinie. Wszyscy stale na mnie napadali, szczególnie Jinxx. Naprawdę, o wszystko miał pretensje. Czasami mało mnie nie uderzył, a ja tylko się wściekałam. Ale mnie miał teraz w dupie. Teraz najważniejszy był Andy. Ten zaczął chwilami wychodzić i wyglądał, jakby spędził miesiące w obozie koncentracyjnym. I chyba czuł się podle. Na dół schodził tylko po lekarstwa i fajki, słyszałam też jak tłucze się w nocy. Właściwie chętnie podzieliłabym tę metodę. Całkiem logiczny pomysł. Ale wtedy bym się nie wysypiała, a i tak miałam z tym problemy. Choć ostatnio i tak mi się poprawiło. Wracając do Biersacka.. Czy my jeszcze w ogóle byliśmy parą? Bo coś mi się nie wydawało.. Było mi go żal, ale jednocześnie czułam złość. Dlatego nawet nie starałam się z nim dyskutować. To i tak nic by nie dało.
Tak więc na chwilę odcięłam się od całego BVB. Byłam nawet gotowa się wynieść. Ale nie teraz..
Nagle odezwał się mój telefon. SMS. Akurat dziś Summers miała do mnie przyjść. Chciałyśmy się trochę powłóczyć po mieście, a potem udać się do Carly'ego.
Przeczytałam wiadomość:
,,Sory, chora jestem, nie puszczą mnie.. Ale może chcesz do mnie?"
Zastanowiłam się. W sumie mi wisiało, gdzie się spotkamy. Chciałam tylko gdzieś się wyrwać i miło spędzić czas. Dom był tam, gdzie była ona.
,,Okej. Zaraz tam będę."
Chciałam zejść za dół, ale usłyszałam jakieś krzyki. Zaciekawiona wyszłam na korytarz, by lepiej słyszeć. Wsłuchałam się w kłótnię.

*Andy*
- Dobra, posłuchaj!- wrzasnął do mnie Jinxx. Uhu, groził mi?
Siedzieliśmy w piwnicy. A więc, co ja robiłem w piwnicy z czteroma facetami? Nic specjalnego. Po prostu postanowili mi grozić. Moim zdaniem robili z siebie zjebanych idiotów. Czy oni jeszcze się nie zorientowali, że nie zrobią na mnie wrażenia?
Popatrzyłem na nich z góry. Miałem tę przewagę, że chociaż byłem od nich wyższy. Gdybym tak nie wyrósł i był jakimś jebanym karłem, poradziliby sobie ze mną bez trudu. Ale teraz chyba nawet jakby wszyscy się na mnie zwalili, oddałbym im bez trudu. Nie wykluczałem takiej możliwości. Układałem sobie cały scenariusz. Najpierw załatwię Jinxxa, potem z Pittsem poradzę sobie za pomocą deski, tak samo z Ashleyem i Christianem, w razie czego zaatakuję nogą. Potem zawalę im drogiem wielkim pudłem, przeskoczę zamrażarkę i dam dyla. A potem wyjdę na dwór, gdzie jest jebane słońce. Ale cóż, już raz latałem po dworze w piżamie, teraz też musiało się udać. Nie miałem pojęcia, gdzie pójdę, ale zawsze gdzieś znalazłoby się miejsce. Do rodziców raczej nie, czasem miałem wrażenie, że woleliby mieć za swojego syna kogoś innego. Juliet też już by mnie nie ukryła, Scout pewnie by mnie zabiła. Shadia kazałaby mi zapłacić, a potem i tak by mnie wydała (za pieniądze). Megan od zawsze nienawidziłem. Kto jeszcze?.. Sally na pewno by mi pomogła, ale.. Kto wie? Chyba musiałem łamać jej serce, a za swoją miłość nie dostawała nic w zamian, więc pewnie uznałaby, że ją wykorzystuję. Pozostawało mi wykombinować coś na własną rękę. A byłem na tyle głupi, że nie zostawiłbym tego miejsca, bo opuściłbym grób Lynn. Cholera, przecież tam leżało jej ciało.. LEŻAŁO. Teraz pewnie przeżarły je robaki. Nie mógłbym go wykopać. Co prawda niby mógłbym przyjeżdżać tu z innego miasta, ale ja czułem się z nim emocjonalnie związany.
Sam kopałem pod sobą dołki.
- ANDY!- z zamyślenia wyrwały mnie głosy.
- CO?!
- Posłuchaj, tak dłużej już nie może być..
- Jak?- udawałem, że nie rozumiem.
- Nas ciągle próbujesz wkurwić, wszystkich, sprzeciwiasz się dosłownie wszystkiemu, masz wszystko w dupie, nawet siebie!- mówił Jake. ,,No co ty, kurwa, nie powiesz?"- Mamy wrażenie, że robisz wszystko źle tylko po to, by zrobić nam na złość..
,,Kurwa, Einstein!"
- I co w tym złego? Mam do tego prawo! Jak wam się coś nie podoba, to mogę się od was zabrać i nigdy więcej się nie spotkamy! Kurwa, proste?!
Znałem odpowiedź.
- Andy, nie.. Nie w tym rzecz..
- BO CO?! BO JESTEM WASZĄ MASZYNKĄ DO ZARABIANIA PIENIĘDZY?! BEZE MNIE JESTEŚCIE NIKIM. NIKIM!- rzuciłem się. Wiedzieli, że taka prawda.
- Chyba zaczynasz bredzić!- usprawiedliwiał się Jinxx.- Ale wróćmy do naszego głównego tematu..
- Oczywiście, oczywiście.. Przecież jesteście niewinni!- szeptałem z ironią.- Całkowicie niewinni..
- Uznaliśmy, że jeśli terapia nie przynosi skutków, a wręcz odwrotnie, to..
- To chyba nie ma to sensu?- wtrąciłem się.- Bo nie jestem obłąkany, tylko nie łapię waszego haczyka?
- To trzeba podjąć bardziej zdecydowane kroki - poprawił.
- Co tym razem? Wezwiecie jebane psy? Zrobicie ze mnie roślinkę? A może wyślecie mnie do obozu zagłady?
- Już niewiele ci brakuje - rzekł szeptem Ash.
- Zastanowimy się. Ale możesz się od tego uchronić, jeśli zaczniesz się zachowywać normalnie.
- Czyli?
- Będziesz miły, będziesz chodził na terapię, zaczniesz się zachowywać jak człowiek, nie jak jakiś wampir, pójdziesz z nami na badania..- chciał się chyba rozgadać, ale od razu przerwałem:
- Nie, to za dużo dla mnie! Nie ma opcji! Nie oczekujcie za wiele! Jeszcze się nie poddałem!
- Przecież do nic wielkiego, na Boga!- załamał ręce Purdy.- Czy tak trudno się czasem zamknąć i przy okazji uchronić się od jakiegoś choróbska?!
- Dla mnie tak, spadam..
- Stój!- krzyknął Jake, ale wcieliłem mój plan w życie. Po chwili wszyscy runęli na ziemię. Wyskoczyłem z piwnicy i wybiegłem przez frontowe drzwi. Nie zawracałem sobie głowy butami, kurtką, porządnym ubraniem. Od razu wsiadłem do auta, by mnie nie dogonili. Po drodze zabrałem kluczyki, więc odpaliłem i zacząłem szybko jechać gdzieś daleko przed siebie, bez konkretnego celu. Chyba mnie nawet nie gonili, ale wolałem zachować bezpieczeństwo. Jeździłem krętymi uliczkami, aż w końcu zostałem sam. Nie mogłem dostrzec żywej duszy. Zatrzymałem się. Tutaj na pewno by mnie nie znaleźli.

*Sally*
Widziałam tylko Andy'ego w samych skarpetkach, wybiegającego na dwór, odjeżdżającego samochodem. Nie czułam do niego nienawiści. Lekki żal, ale właściwie wszystkiemu winni byli jego wspaniałomyślni ,,przyjaciele', którzy robili z niego idiotę. Doszłam to tego już dawno. Mogli go obwiniać, ale to oni ustawiali za surowe warunki. Powinni mu pozwolić być sobą. On potrzebował tylko trochę swobody, wolności jak każdy człowiek. Tymczasem oni chcieli go przyrównać do jakiegoś poziomu.
Nie chciało mi się tu z nimi siedzieć. Wysłałam wiadomość do Vicky:
,,Zaraz tam będę."
Zabrałam swoje rzeczy i jak najszybciej udałam się do drzwi. Oczywiście mnie zatrzymano.
- Jeśli zamierzasz mu pomagać, to..
- Spierdalaj..
I wyszłam.

*Andy*
Odetchnąłem. Niby piwnica miała dać nam dyskrecję, ale chyba stało się zupełnie inaczej. Rogers musiała wszystko zobaczyć. Choć pewnie i tak o większości wiedziała.. Była całkiem inteligentną dziewczyną. I trzymała moją stronę. Co prawda nie rozmawialiśmy, ale była między nami jakaś.. telepatia? Los nie mógł nas przez przypadek połączyć.. Nie wierzyłem w przypadki.
No cóż.. Chyba musiałem w końcu jej wszystko wyjaśnić. W końcu, jeśli choć trochę mi na niej zależało.. Potrzebowałem choć jednego sojusznika. Wziąłem telefon, który leżał na fotelu obok mnie. Miałem jakiegoś kurewskiego farta, że go tam zostawiłem. Przez chwilę nie mogłem się przemóc, ale w końcu wybrałem właściwy numer i zadzwoniłem. Czekałem i czekałem, ale w końcu odebrała.
- An..- chciała zacząć, ale szepnąłem:
- Jeśli są z tobą to ćśśśś..
- Nie.. Idę do Vicky. Jestem na ulicy, zaraz u niej będę..
- To dobrze.. Posłuchaj, Sally.. Musimy się spotkać, wszystko ci wtedy wytłumaczę. Naprawdę.
Chyba się zdziwiła, po drugiej stronie zapanowała cisza.
- No dobra.. Ale dzisiaj już nie mogę.. Może.. Jutro wieczorem?
- Okej.. Dobrze.. Napiszę ci adres.. Do zobaczenia..
- Ym.. Pa.
- Kocham cię..- rzuciłem jeszcze bardzo cicho.
,,Może jeszcze nie wszystko stracone.."- pomyślałem.
Rozłączyła się.

*Sally*
Czułam się nieco zaszokowana. W głębi ducha się cieszyłam, ale przez tę gwałtowną zmianę nie wiedziałam, czy nie ma w tym ukrytego celu. Jednak jakiś głos podpowiadał mi, że to wszystko to prawda. Andy musiał kochać swojego jedynego sojusznika. W końcu tylko ja mu pozostałam. A mi tylko on.. Przypadki nie istniały.
Choć może i ktoś więcej? Może trafiłoby się jeszcze kilka osób? Moglibyśmy stanowić niezłą drużynę odmieńców. Ale nie, między sobą też się różniliśmy. Ja i Andy na pewno odstawaliśmy od Carla, Alice i Robba. Nie wiedziałam, co sądzić o Vicky. Może ona też posiadała tak dziwną duszę? Choć nie, chyba mimo wszystko najbliżej mi było to Biersacka. Naprawdę, czasami odnosiłam wrażenie, że mój ,,duch" jest taki dziecinny, jest tylko skrawkiem bladego materiału, który się rwie..
,,Boże, nie zaczynaj znowu!"- odezwał się głos w głowie.
Tu znowu wkradła mi się rozkmnina, czy całkowicie rezygnować ze swojej szalonej wyobraźni. Nudziłabym się strasznie. Możliwe, że cały świat, w którym żyłam, był tylko moją jego wizją. Może naprawdę był zupełnie inny? Choć czułam też, że istnieje jakiś lepszy świat, gdzie panuje pokój, nie ma zła, jest spokojnie. Rządzą ład i harmonia.
Niczego nie potrafiłam dokładnie opisać. Ani świata, ani życia, ani nawet siebie. Lynn też nie. Wszystko stało się niepewne. Chyba chorowałam na głowę..
Mało nie uderzyłam łbem w drzewo. Chyba mocno zboczyłam z drogi. W chwilach pobytu w swoim rozmyślaniach potrafiłam całkowicie oderwać się od rzeczywistości.
Na szczęście dom Vicky rysował się na horyzoncie. Leżał w bardzo dziwnej dzielnicy. Wszystkie domki wyglądały jak wyjęte z bajki- w pastelowych kolorach, bardzo zadbane ogródki, kwiatki. Przywodziło to na myśl świat Edwarda Nożycorękiego. Rezydencja przyjaciółki była w kolorze żółtym, chyba najbardziej wymuskana. Zastanawiałam się, co o mnie pomyślą. Miałam na sobie wytarte czarne jeansy, t-shirt z wizerunkiem uśmiechniętego kota (z krwią na zębach) i za dużą zieloną bluzę. Do tego nie zawracałam sobie głowy zbytnim układaniem włosów, zajął się tym wiatr, z kolei pod oczami rysowały się sińce. Przypominałam narkomankę.
Zaczynałam odczuwać tremę.
Podeszłam do drzwi, starając nic nie zepsuć po drodze. Wahałam się, czy zapukać, ale w końcu przyszłam tu tylko odwiedzić Vicky.. Nic specjalnego.
Uderzyłam. Usłyszałam kroki, a po chwili w drzwiach stanęła kobieta około czterdziestki. Zawstydził mnie jej widok. Była niewysoką blondynką o idealnie szczupłej figurze. Włosy podkręciła w piękne fale, sięgały jej nieco za ramiona. A jej twarz.. Odniosłam wrażenie, że mam przed sobą anioła. Niebieskie oczy, lekko zaróżowione policzki i subtelny makijaż. Ubrana była w bladoróżowy fartuszek, niemal jak perfekcyjna pani domu. Mimo swej urody wydawała się zimna od środka.
- Kim jesteś, dziewczyno?- spytała oschle.
,,Dziewczyno? Nikt się tak do mnie nigdy nie odzywał.."
- Przyszłam odwiedzić Vicky..- odparłam cichutko.
- Och, chyba masz na myśli Victorię?- rzuciła z pogardą i irytacją.- Nie po to nazywałam dzieci po królewsku, by teraz nosiły te wasze głupie przydomki..
- Ymm.. Tak, chodziło mi o Victorię, przepraszam.
- Jak się nazywasz?- wypytywała.
- Sally Rogers. Ja i Vicky.. Victoria chodzimy razem do szkoły.
- No cóż.. Wyglądasz dość biednie. Lepiej wejdź szybko, by sąsiedzi cię nie zauważyli - po tych słowach wręcz wepchnęła mnie do środka, zamykając przy tym drzwi.
Rozejrzałam się. Wszędzie znajdowały się jakieś urocze rekwizyty. Nie wiem, czemu, ale teraz napawały mnie obrzydzeniem.. Po prostu nie pasowały do tak chamskiej kobiety.
- Tylko zdejmij buty.. Są tak brudne, a ja niedawno prałam dywan!- denerwowała się.
Ostrożnie zdjęłam martensy. Chciałam powiesić moją kurtkę na wieszaku, ale babsztyl zatrzymał mnie.
- To jest wieszaczek Franka!- zdenerwowała się.- Powieś na tym dla gości!
,,Paranoja."
- Przepraszam..- powtarzałam tylko.- Może lepiej byłoby, gdybym już poszła do Victorii?
- Eh.. Chyba tak.. Może zrobić wam herbatę i dać trochę ciasteczek domowej roboty?
- Nie, dziękuję - nie chciałam sprawiać kłopotów. Niestety bezskutecznie.
- No tak.. Pewnie wolałabyś piwo i pajdę chleba ze smalcem, ale u nas nie jada się takich rzeczy.. Zaprowadzę cię.
Zaczynałam mieć tego dość, ale robiłam to tylko dla koleżanki. W końcu ona zachowywała się normalnie. To znaczy normalnie, jak dla mnie..
Chyba pisane mi było natykać się na samych pojebów.
Zmierzałyśmy do pokoju perfekcyjnie wypucowanymi schodami. Ale wtedy na górze trzasnęły drzwi i usłyszałyśmy damskie krzyki. Matka przyspieszyła, podążyłam w jej ślady. Na górze ujrzałam Vicky z potarganymi włosami i jakiegoś małego pudla. Po chwili okazało się, że to nie pies, tylko jakiś karzeł.
- Dziewczęta! Jak tak śmiecie, co dopiero w obecności gościa?!- podniosła głos, rozdzielając dwie panny.
- Sally, to jest moja siostra, Molly Jo!- oznajmiła starsza.- Ta mała larwa, do której wolę się nie przyznawać!
- Spokój!- zarządziła dorosła.
Tymczasem ja przyjrzałam się ,,larwie". Prezentowała się raczej niewinnie. Wyglądała na jakieś dwanaście lat, była chuda. Blond loki ozdobione kokardkami okalały piegowatą twarz. Przypominała matkę- niebieskie oczy, słodkie usteczka. Niby aniołek. Ale pod tymi dziecinnymi ubrankami musiała kryć się zołza, bo na ogół jej siostra zawsze zachowywała się spokojnie.
- Może chodźmy do ciebie..- zaproponowałam szeptem.
- Jasne.. Nie będę tu siedzieć z tym kurwiszonem - ostatnie słowo również wyszeptała.
Ku niezadowoleniu obu ,,aniołków" zamknęłyśmy się same i nawet nie myślałyśmy o wpuszczaniu ich. Przyjrzałam się pokojowi. Wydawał się przytulny. Ściany pomalowano na ciemnozielony kolor, meble wykonano z ciemnego drewna. Szczególną uwagę przyciągało bogato zdobione łóżko. W oczy rzucały się również plakaty z Harry'ego Pottera i.. syntezator.
- Grasz na tym?- zdziwiłam się.
- Tak, w sumie jestem całkiem niezła. Napisałam nawet kilka własnych melodii.. Ale.. Ale nikomu się nie podobały.
- Zagrasz mi?- spytałam.
Dziewczyna westchnęła.
- Nie będziesz się śmiać?
- No co ty! Przecież jestem twoją przyjaciółką!
Uśmiechnęła się nieśmiało i zasiadła przy instrumencie.
- Ręce mi się pocą z nerwów.. Pewnie wyglądam jak burak.
- Nie denerwuj się.. Pomyśl, że mnie tu nie ma.
Zamknęła oczy i postawiła palce na klawiszach.
Po kilku minutach nie miałam wątpliwości- musiała dołączyć do Train To Wonderland!
- Jesteś zajebista!- niemal krzyknęłam i zaczęłam bić brawo.- Musisz dołączyć do naszego zespołu!
- Sally.. Ty się dobrze czujesz?- spytała.- To beznadziejna amatorszczyzna napisana w zeszycie od matmy..
- Nigdy nie czułam się lepiej! Ale jeśli nie wierzysz, to ktoś może to potwierdzić!
- Kto?
- Carl, Alice i Robbie!
- No.. - wahała się.- Ok.. Zaproś ich.
- O, serio? Teraz?
- I tak jestem chora. Co mamy lepszego do roboty? Tylko nie spodziewaj się niczego wielkiego..
- Zobaczysz, spodoba im się!
Napisałam do Carriego, by wpadał. Dodałam też, by zachowywał się przyzwoicie przy pani mamie. Po niecałej sekundzie przyszła odpowiedź:
,,Oki, moja Sallem :> O moje manjery jusz siem nje marrrrtw ;*****"
- Zaraz będzie - odparłam z uśmiechem.
- To ja już się boję. Ale jebać to!- zaśmiała się keyboardzistka.

***

,,Zaraz bendem pókau w drzwi ^^ :D"- napisał w końcu.- ,,Robsonia i Alicjusz też są ;o *-*"
Z radością zakradłyśmy się na schody. Byłyśmy ciekawe, co ten głupek wykombinuje.
Istotnie- po kilku chwilach usłyszałyśmy walenie w drzwi, zupełnie, jakby jakiś dzięcioł.
- Już idę!- zaćwierkała pani domu. ,,Uważaj, laluniu." Otworzyła.
- Och, cóż to za anioł u drzwi, całuję rączki pięknej pani!- od razu zakrzyknął Carly swoim flirciarskim tonem. Mało nie pękłyśmy ze śmiechu, gdy rzucił się na nią i zaczął obśliniać na całym ciele. Ona nawet nie wiedziała, co powiedzieć, cała oniemiała. Na jej twarzy malowało się obrzydzenie. Musiała być przerażona tym, co ujrzała- ubrany w damskie ciuchy Kot, wytatułowany typ i dziewczyna z ciuchami nabitymi ćwiekami. Dostrzegłam, że Robb trzyma wielki bukiet kwiatów. Gdy Coward zdołał odkleić się od ,,anioła", wziął go od kumpla i niemal cisnął nimi kobiecie w twarz. Kichnęła.
- Kim wy jesteście?! Co robicie w moim domu?!- zdołała się odezwać.
- Ach oczywiście, gdzie moje maniery?- Carrie palnął się w czoło.- Jam jest Carl Coward, spadkobierca majątku Cowardów, a tamci dwaj to moje przydupasy!
Kobieta była bliska załamania.
- Po co tu przyleźliście?.. Odstraszycie wszystkich sąsiadów!
- Nie sądzę.. Prędzej odstraszy ich ten strach na wróble, który stoi przy kwiatach!
- TO MÓJ MĄŻ, FRANK!- oburzyła się. Już chciała zatrzasnąć trójce drzwi przed nosem, ale Carl ją zatrzymał.
- Najmocniej przepraszam za nieporozumienie! Mam nadzieję, że szanowna pani nam wybaczy! Przyszliśmy odwiedzić pani córkę, Vicky!
- Kolejny!- wypuściła parę nosem.- No dobrze.. Wejdźcie, ale szybko! I wytrzyjcie buty! Poprzednia przybłęda naniosła tu pełno błota!
- Ten to jest niezły - rzuciłam do Vicky.
- Jest nieziemski! Jak prawdziwy komik!- zawtórowała.
W końcu nasz ,,komik" wszedł na górne piętro.
- Uroczą panią także witam - zwrócił się żartobliwie do przyjaciółki.- I ,,przybłędę" także!
- Rozwaliłeś system, kocie - rzekł Parkan.
- To moja specjalność! Jak zresztą wszystko inne!- wyszczerzył się.- No dobrze, ale po co mnie wezwano do tego domku dla lalek?
- Lalki wezwały cię do domku, by pokazać ci jak jedna lalka gra na syntezatorze - odpowiedziałam.
- Hmm, kuszące! Chyba wasz szalony kot się zgodzi!
Weszliśmy do pokoju, a po chwili Summers zaczęła grać. Wszyscy umilkli, słuchając.

***

 - Jesteś zajebista, czemu się, do cholery, nie przyznajesz?!- zdziwiła się Alice.
- Ja.. ja nie wiedziałam, że wam się spodoba!- zarumieniła się dziewczyna.
- To ty chyba, w cholerę żartujesz!
- Okej.. A więc.... WYGRYWASZ THE VOICE, CAŁE JURY JEST NA TAK!!!!- wydarł się Carl.
Wybuchliśmy śmiechem.
- A tak na serio?- nie dowierzała Vicky.
- Tak na serio dołączasz do zespołu - powiedzieliśmy zgodnie.
Oczy jej się zaświeciły.
- Super..- tylko to udało jej się wydusić.
- Właśnie propos TTW.. Carly chciał coś obwieścić, tylko nam też nie mówił, co - wtrącił się Robbie.
- To miała być niespodzianka, kochanie - puścił mu oczko Coward.- Ale tak bez ogródek, zaporów, zaparć i innych przeszkód: uważam, że powinniśmy nagrać album!
Wszyscy się zdziwili, chyba nikt się nie zgadzał.
- Carl, nie uważasz, że to zbyt pochopna decyzja? Do albumu trzeba mieć więcej materiału, a my mamy kilka niedopracowanych numerów, Vicky nie napisała żadnych partii.. Może powinniśmy chwilę zaczekać?- spytała Ali.
- Nie powinniśmy tracić czasu.. W ogóle zastanawiałem się nad zmianą. Uważam, że więcej wokalu powinna mieć Sally, a ja powinienem też normalnie śpiewać, nie tylko screamować..
- No i niech nie będzie tyle przekleństw w tekstach - wtrąciła się Victoria.
- To też się zmieni..
- No widzisz, ile zmian? Na to trzeba czasu!
- Najlepsze są improwizki! Zróbmy to na spontana, mówię wam, wyjdzie zajebiście!
- No nie wiem..
- To się dowiedz, no błagam! Nie możemy się bać!
- Nie boję się. Po prostu zależy mi na jakości..
Rozpętała się kłótnia, ale w końcu Carly ją zakończył.
- Jeszcze was przekonam - rzucił tylko.

***

Wróciłam do domu w nieco dziwnym nastroju. Nie miałam pojęcia, co myśleć o pomyśle na album. Liczyłam na to, że się nie przyjmie, bo praktycznie nie mieliśmy żadnych szans.
Gdy weszłam na hol, Andy'ego oczywiście nie było, ale tego też się spodziewałam. Gdy coś postanowił, zawsze to realizował. Na jego miejscu zrobiłabym to samo. Szczerze to chętnie spotkałabym się z nim już teraz, ale wtedy musiałabym się spieszyć, by zdążyć przed nocą. W końcu wszyscy mieli dość także mnie.. Musiałam spełniać choć część ich oczekiwań, by nie znaleźć się na bruku. Choć może z moim chłopakiem moglibyśmy uciec i sobie poradzić? On miał pieniądze, urządzilibyśmy się jakoś. Choć on nie wydawał się chętny. Chyba czuł coś do tego miejsca. Albo skrywał kolejną tajemnicę..
Na szczęście nikt się mnie nie czepiał, panował ponury nastrój. Skorzystałam z okazji, by przemknąć szybko do pokoju. Zamknęłam się i runęłam na łóżko. Zaczęłam myśleć o tej całej dziwacznej karuzeli, jaką stało się moje życie. Nie mogłam tego okiełznać.

***

*Andy*
Otworzyłem oczy, oślepiony przez słoneczny promień. Niewiele ich docierało, ale ten jeden przedarł się przez korony drzew. Nie mogłem wczoraj w nocy zasnąć, więc przyjechałem do swojej kryjówki. Momentalnie poczułem bliskość Lynn, a ona była na tyle dobra, że pozwoliła mi spać. Mimo tych kilku godzin nadal odczuwałem zmęczenie. No cóż, warunki nie były najlepsze. Twarde siedzenia z tyłu i w moim przypadku kulenie się z powodu prawie dwóch metrów i braku miejsca. Do tego nie miałem łazienki.. No cóż, dało się przeżyć. Choć chyba pierwszy raz tak zwiałem..
Podniosłem się w końcu i wylazłem z samochodu. Nie miałem butów, więc skarpetki przemokły mi poranną rosą. Zdjąłem je. Musiałem wyglądać komicznie. Wysoki patykowaty typ ubrany w stary t-shirt, stare jeansy, bez kurtki. Trochę marzłem. Ale to miejsce było całkiem klimatyczne.. Przysiadłem obok nagrobka.
- Lynn, co się ze mną stanie?- dopytywałem.
Czekałem chwilę, a w głowie usłyszałem jakby szept:
,,To co ze mną. Chwała."
Westchnąłem.
,,No tak. Ale dla tej chwały muszę ścierpieć tyle samo, co ty.."
,,Prawda. Ale to ekstaza."
Wstałem i bez sensu wpatrzyłem się w napis i datę. Nikt o niej nie pamiętał.. A była kimś wielkim. Cały czas cierpiała. I na co jej się to zdało? Ze mną miało być tak samo..
Choć może po życiu czeka coś lepszego?
Nagle mój telefon zaczął dzwonić. Wyjąłem go z kieszeni przy okazji patrząc na godzinę. O chuj, nie wiedziałem, że już 11..
Sally.
- Cześć - odezwałem się od razu. Brakowało mi jej.
- Cześć - odparła zaskoczona.- Możesz mówić spokojnie, bo jestem w drodze do Carla.
Carl.. Nadal go nie lubiłem. Ona ciągle tylko do niego chodziła.. Coś się święciło.
- O, okej - powiedziałem mimo to.- Nasze spotkanie aktualne?
- Tak jasne. Podaj mi tylko adres i godzinę..
- To niech będzie.. 18? I.. może pójdziemy do jakiejś knajpy? Żeby było.. romantyczniej?
Kolejne zdziwienie.
- No.. dobra..
Już chciała się rozłączyć, ale dorzuciłem.
- Sally! Możesz mi wyświadczyć przysługę?..
- Tak?..
- Przynieś mi buty..

***

*Sally*
Odebrałam telefon.
- Właśnie do ciebie idę.. Gdzie jesteś?- spytałam od razu.
- Wejdź w tę ciemną uliczkę - nie brzmiało zachęcająco.- Albo może lepiej rzuć mi buty, bo pomyślą, że jesteś ćpunką.
- Czemu niby mieliby tak pomyśleć?- zdziwiłam się.- Ktoś tam..
Rozłączył się.
Wykonałam jego polecenie i podeszłam do odpowiedniego miejsca. Niesamowicie ,,dyskretnie" rzuciłam buty. Rozległy się jakieś szmery, a po chwili ujrzałam przed sobą Andy'ego. Wyglądał na zmęczonego, miał rozczochrane włosy, sińce pod oczami. Na sobie miał górę od piżamy, na szczęście czarną.
- Teraz to ty wyglądasz jak ćpun - stwierdziłam. Nie usłyszałam odpowiedzi.
- Chodźmy..
Przeszliśmy kilka kroków i weszliśmy do ciepłego wnętrza kawiarni. Wyglądała trochę jak dom Vicky- wszystko było cholernie przesłodzone, ale tu mi to nie przeszkadzało.
Usiedliśmy przy stoliku w kącie, by nikt nam nie przeszkadzał. Momentalnie podbiegła do nas kelnerka. Chciała zacząć mówić, ale gdy spojrzała na mojego chłopaka, momentalnie się skurczyła i odeszła. Chyba jej nie zachęcał. A szkoda, zjadłabym coś.
- Przepraszam - powiedział.- Po prostu nie chciałem, by się tu plątała.
- Ok - odparłam.
Zapadła cisza. Nikt nie odzywał się przez jakieś piętnaście minut, czuliśmy się bardzo nieswojo. Ale wtedy nagle Biersack się odezwał:
- Posłuchaj, Sally.. Ja.. Ja nie umiem sklecić nic sensownego, więc ci po prostu coś powiem..
- No.. dobra..
- Posłuchaj: nadal mi na tobie zależy.. Nadal cię kocham.. Jesteś moją dziewczyną. Po prostu.. jest mi trudno to udowodnić. Ja.. jestem trochę dziwny i.. po prostu to do mnie nie pasuje. Ja nie ustalam formalności, wystarczy, że coś wiem.. Więc.. Wiedz, że ja nadal cię.. kocham. O kurwa..
Słuchałam nieco zadziwiana. Domyślałam się, że mi to powie, ale w jego ustach to brzmiało tak nienaturalnie, niecodziennie. Jednocześnie pięknie.
- Andy..
- Poczekaj, zaraz skończę - przerwał.- Chodzi mi o to, że w domu.. Nie jest najlepiej. I ja już nie wiem, co robić. Dlatego te wszystkie dziwne akcje się dzieją. Muszę coś wykombinować. Wiem, to dziwne, ale czuję się bezradnie.. Jesteś moim jedynym sojusznikiem. Mam nadzieję, że cię nie stracę przez swoje zachowanie..
- Oczywiście, że nie!- rzuciłam od razu.- Ja.. nie mogę bez ciebie żyć.. Choć jesteś takim świrem.
- Ty też nie jesteś normalna - zauważył.
- No tak, ale nie zamykam się w pokoju na całe dnie i nie nie pozwalam tam nikomu wchodzić..
- Ehh..- westchnął.- To zbyt skomplikowane. Lepiej skupmy się na naszej dwójce. Co mam zrobić, byś czuła się lepiej?
Poczułam się, jakby celowo zmieniał temat, ale ten także mi odpowiadał. Musieliśmy naprawić swoje relacje. W końcu rzuciłam:
- Chociaż czasem okazuj mi uczucia, może być nawet, jak inni nie patrzą. Wychodźmy gdzieś razem od czasu do czasu jak dzisiaj.. I po prostu się do mnie odzywaj, nie oczekuję wiele.
Skinął głową.
- Mam nadzieję, że dotrzymam słowa..
Nieco się zaniepokoiłam. Co było takie trudne w tych rzeczach?  Ale się nie odzywałam. Byłam szczęśliwa, że chociaż próbuje.
Zamilkliśmy. Atmosfera zrobiła się nieco gęsta. Siedzieliśmy tak i tylko czasem na siebie spoglądaliśmy. Obaj pogrążyliśmy się w myślach.
Nie wiedziałam, o co się zapytać. Nie chciałam palnąć czegoś niestosownego. Ale w końcu coś przyszło mi na myśl:
- Andy.. Jak to jest z nagrywaniem płyt i w ogóle?..
Zdziwił się.
- No.. w moim przypadku dość chujowo.
- Ale mi chodzi o to, jak to się robi?
- Hm.. No więc albo masz materiał albo nie. Jak nie masz, to piszesz w studiu, choć ja tego nienawidzę.. Zero atmosfery. No a potem te wszystkie skurwiele dokładają gitary, perkusję i jakieś inne.. No i potem to rejestrują i na koniec zamieniają wszystko w cukierkową papkę. A czemu pytasz?
- Bo.. Carl ma taki pomysł nagrywania albumu.
Na dźwięk jego imienia od razu się najeżył. Może to nie był dobry pomysł. Mimo wszystko wydawał się dzisiaj wyjątkowo opanowany.
- Moja rada jest taka: możecie coś nagrać, ale za bardzo się nie angażuj. Nie żyj tym, bo potem będziesz od nich zależna. W pewnym momencie to się zamienia w biznes.
- Ja też tak myślałam.. Ale może warto by spróbować? Mówią, że mam talent i nie mogę go zmarnować..
- Można posiadać talent tylko dla siebie. Jeśli nie nagrasz płyty, to nie znaczy, że nie masz talentu..
- Chyba tak..
I znów zamilkliśmy. Czułam się, jakbym stąpała po nieutwardzonym, niepewnym terenie. Ale gdybym go przeszła, mogłabym znaleźć coś niezwykle urodzajnego. Uczucie, jakiego jeszcze nie znałam. Miłość. I to prawdziwą.
- Andy.. Kocham cię.
- Ja ciebie też, Sall - użył zdrobnienia, które tak lubiłam.
I wtuliliśmy się w siebie.

***
 
Trochę cukierkowo. W następnym chyba dojdzie ktoś nowy ;p
That's all.
 
 

środa, 16 grudnia 2015

Rozdział 16: ,,Gąsienica w krzywym zwierciadle"


*Sally*
 ,,Naprawdę niepotrzebnie jej to powiedziałaś.."- to stwierdzenie ciągle mnie prześladowało. Nie tylko wtedy, gdy mijałam ją na korytarzu. W każdej chwili. Choć wtedy szczególnie. Jej niegdyś wesołe oczy teraz wydawały się takie smutne. I wszystko przez garstkę moich słów, które powiedziałam w napadzie złości. Wcale nie myślałam, że jest gruba i głupia. Miałam gorszy dzień.. Jak ciągle ostatnio.
Powinnam się ogarnąć. Przez swoje humorki zaczynałam ranić ludzi.
W ogóle nie poznawałam dawnej siebie. Kilka miesięcy temu bardzo zależało mi na tym, by zdobyć przyjaciół, stać się normalną, szczęśliwą dziewczyną. A jednak wszystko działo się na odwrót, jakby w krzywym zwierciadle.. Stałam się jeszcze bardziej autystyczna. Ignorowałam przyjaciół, chłopaka, wcale nie zależało mi na ustatkowaniu się. Nawet na samej idei życia mi nie zależało. Wszystko stało się.. wyprane, wyblakłe. Jakbym szła przez opuszczone miasto, które tylko od czasu do czasu nawiedza jakiś duch. Niczym w jakimś śnie, ale nie takim zdrowym. Śpiączce lub po narkotykach.
Czułam się jak powoli odpływam. W świat jakiś duchów. Topię się we własnym umyśle.
Biegnę, uciekam przed tymi wszystkimi myślami, potykam się, braknie mi tchu, ale biegnę, znów jestem umazana krwią.
A za mną tajemnicze postacie. Nie potrafię ich rozpoznać, choć mam jakieś przeczucia.
,,Budź się.."- Lynn.
Ocknęłam się i podniosłam głowę.
- Sally, czy na pewno dobrze się czujesz? Może powinnaś pójść do pielęgniarki?- spytała nauczycielka chemii.
- Nie.. Jest w porządku, naprawdę nic mi nie jest.
- Może jednak? Wydajesz się być strasznie blada.. I przysypiasz.
Westchnęłam.
Może jednak pójść? Te lekcje i tak nic mi nie dadzą.. Nie skończę szkoły.
To też mi wisiało. W ogóle normalne życie.. Czy to naprawdę takie fajne? Czy istniała jeszcze jakaś blada szansa, że będę normalna?
Nie.
Znów to rozdzierające uczucie. Białe płótno.. Rozrywane nici. Pękające szwy i lodowata woda. Czemu wcześniej nie przesiąkła? Czy to się zgadza z prawami fizyki?
,,Boże, Lynn, dopomóż! Nie ogarniam tego wszystkiego! Nie ogarniam siebie.. Chcę świętego spokoju, chce być z tobą. Chcę zasnąć i się nie obudzić.."- niemal krzyknęłam do siostry.. i siebie.
- Sally?!- znów nauczycielka.- Idź natychmiast pielęgniarki.. Niech ktoś idzie z tobą.. Vicky!
Jakby przez mgłę zobaczyłam twarz wywołanej osoby. Jakby przez ten głupi kawałek szmatki. I wtedy do mnie dotarło, o kogo chodzi.
Ocknęłam się.
Dziewczyna spuściła głowę i wzięła mnie pod rękę. Poczułam się głupio i nieswojo. Jeszcze niedawno ją zwyzywałam.. Dokładnie jakiś tydzień temu.
Ale może to właśnie była okazja by się odezwać? Może powinnam coś z tym zrobić, by nie zwariować? Może to mogłoby uratować mój umysł? Może miałabym jakiś główny temat?
,,Skleć jakieś słowa.. No błagam, chyba potrafisz.."
,,Niech będzie.."

*Andy*
Było słabo. Kiepsko. Nie podobało mi się to wszystko ani trochę. Całe moje życie zmierzało w kierunku powolnego umierania i męczenia się przy tym. Nie mogło być nic gorszego.
Miałem wrażenie, że poniekąd zachowuję się jak asceta. Sam się umartwiam. Tylko nie w celu zbawienia. W celu czegoś lepszego, wyższego.
Choć powoli traciłem nadzieję, a to wszystko wydawało mi się bezsensowne.
Nawet sprawianie ludziom nieprzyjemności nie dawało już tyle satysfakcji. Brakowało mi na to siły i motywacji. Lynn znów mnie opuściła. Traciłem już nadzieję. Zastanawiałem się, czy jestem nienormalny. Może po prostu popadłem w szaleństwo?
Ale czy wtedy odzywałby się ból za każdym razem, gdy tak stwierdzałem? Nie.
Dlatego to robiłem. Wszystko na raz, by przyśpieszyć procedurę. Narkotyki, głodzenie się, siedzenie całymi dniami w pokoju, nawet to nędzne okaleczanie się.
Nigdy nie czułem się tak źle. Nawet w czasach, gdy wydawało mi się, że rzeczywiście tak jest.
Samotność, wyobcowanie, wątpliwości, głód, pragnienie, brak miłości- to wszystko się to mnie dobierało. Jak jakieś wielkie szpony, które zarysowywały skórę, a krew ściekała.
No właśnie, jakbym się wykrwawiał.
I choroba.. Chyba sam zaczynałem się domyślać, o co chodzi. I jednocześnie chciałem się jej pozbyć, ale wiedziałem z czym to się wiąże. Odsuwałem się od innych tylko dlatego, że nie chciałem się narazić. No, oprócz Jinxxa, tego typa nienawidziłem.
A co do Sally.. Kurwa, kochałem ją, nawet bardzo. Czułem, że teraz by mnie zrozumiała. Bardzo chciałbym z nią być. Robić z nią to, czego nigdy nie zrobiłem z Lynn. Nie zdążyłem jej pokazać, że ją kocham. W ostatniej chwili.
Czy teraz też powinienem się pośpieszyć? Czy miałem wkrótce ją stracić? Czy to ona miała stracić mnie?
Zagubienie. Tyle dróg i żadna słuszna. Fatum.
Cholera, już płakałem. I to bardzo.
Niebo było szare, zresztą tak jak wszystko. Kolory dosłownie zniknęły.
To mnie tylko dołowało.
Chyba upadłem.

*Sally*
Kroczyłam obok niej, a cisza stawała się naprawdę nieznośna. Gdybym jeszcze miała pewność, że ona jest bezmózgą istotą, a ona myślała tak jak ja. Ciekawiło mnie, nad czym może się teraz zastanawiać. Czy jest zła, czy smutna?
,,Tak się nie dowiesz"- podpowiadał umysł. Racja. Ale słowa jakoś tak stanęły mi w gardle..
Szłyśmy dalej, byłyśmy coraz bliżej. Gdy dojdziemy do tego jebanego gabinetu, to już po wszystkim. Nie przeproszę jej.
Nabrałam powietrza w płuca. Kiedyś musiałam się do tego zebrać, no nie? Nie chciałam zostać całkiem sama.
- Już jesteśmy - oświadczyła nieśmiało. Planowała nacisnąć klamkę, ale w ostatniej chwili ją zatrzymałam:
- Nie, zaczekaj!
Zdziwiła się, okulary lekko się jej zsunęły. Poprawiła je.
- Czemu? Nie jesteś chora?
- Ja.. chyba nie - wydukałam.- Ale źle się czuje..
- Więc w czym problem?
Nie mogłam jej pocisnąć jakimś poematem, że sumienie mnie boli i moja dusza cierpi..
- Nie, nie chodzi o to. Źle się czuję, bo..- przełknęłam ślinę.- Ostatnio ci nawrzucałam. Bez powodu..
Jej wyraz twarzy powoli się zmieniał. Wiedziała, o co mi chodzi. Spuściła wzrok, starając się udawać, że jest zła. Ale jej nie wychodziło..
Mi pewnie udawanie teraz poważnej też.
- Co chcesz przez to powiedzieć?..
- No.. Ja wiem, że to mogło cię zaboleć..- dukałam.
Wtedy jakby wybuchła:
- Mogło? Mogło? Oczywiście, że zabolało!- prawie krzyknęła.- A jakby tobie ktoś powiedział, że jesteś grubą parówą? Byłoby ci przyjemnie?!
Dostrzegłam, że jej oczy robią się mokre i zaróżowione. Po raz kolejny zrobiło mi się wstyd.
Po chwili dziewczyna płakała. Ja też prawie się wzruszyłam i..
Sama się rozryczałam. Teraz zachowywałyśmy się jak dwie małe dziewczynki, które pokłóciły się o lalki w piaskownicy.
- Nie.. - wydusiłam z siebie w końcu.- Dlatego chcę cię przeprosić.. Ja tak nie myślę, naprawdę..
- Wszyscy tak myślą. Wiem, że jestem gruba i brzydka..
- Nie mów tak! Chyba masz w domu jakieś krzywe zwierciadło, co?
- Nie żartuj..
- Nie jesteś gruba..
- Jestem. Zawsze byłam i będę..
- Nie jesteś i na pewno nie będziesz! Pomyśl sobie.. o takich gąsienicach.. One się z brzydkich larw zmieniają w piękne motyle!
- Twierdzisz, że jestem brzydką larwą?!
- Nie.. To złe porównanie - przywaliłam facepalm. ,,Brawo ty!"
- Gąsienica w krzywym zwierciadle.. To najbardziej kreatywne, co o swoim wyglądzie słyszałam. Dzięki.
- Posłuchaj. Staram się teraz ciebie pocieszyć.. Po prostu nie umiem normalnie dobierać słów.
- I tu się zgodzę..
- Ale ja mówię poważnie. Naprawdę zależy mi na tym, byś chociaż wiedziała, że nie chcę źle..
Zapanowała cisza. Żadna z nas się nie odzywała. Ale nie chciałam przerywać, jak widocznie, podejmowania decyzji. Czekałam. Gdzieś w podświadomości wyobraziłam sobie zegar, który tyka niczym jakaś bomba. A odpowiedzi nadal nie było.
- No błagam, nie obrażaj się na mnie.. To nie ma sensu. Nie zrobię tego drugi raz!- zapewniałam łamiącym się głosem.
- Obiecujesz?- dopytywała z nieufnością.
Chyba wiedziałam, o co jeszcze może jej chodzić. Ośmieszyłam ją przy innych, a tego jej nie brakowało. Musieli jeszcze bardziej ją prześladować..
Wiedziałam, jak to jest, gdy nikt cię nie lubi. Wszyscy zawsze traktowali mnie jak pokręconą wariatkę. W gruncie rzeczy nią byłam, więc w sumie stwierdzali fakt. Ale miłe to to nie było.. Do tego ona wcale nie wyglądała grubo, nie zasługiwała na to. Ba, nawet, jakby była to by nie zasługiwała!
,,O czym ty znowu pierdzielisz?! Zrób coś!"- kazał mi umysł.
,,Tak, prawda.."
Nie myśląc długo, podeszłam do niej i przytuliłam. Zdziwiła się. Ale nie wzbraniała się, wręcz jej się to podobało.
- Proszę, wybacz!- dodałam.
- Dobrze - stwierdziła po chwili, a po jej policzku spłynęła łza wzruszenia. Odetchnęłam z ulgą.
- Czemu płaczesz?- zadałam pytanie.
- Bo..- pociągnęła nosem - Nikomu nigdy nie zależało na tym, bym poczuła się lepiej. Wszyscy zastanawiali się tylko, jak mi tu dogryźć..
Czyli zgadłam.
- To głupi wiek. Kiedyś będę cię błagać na kolanach - zapewniałam.
- Nie potrzebuję tego.. Wystarczy mi jedna osoba, ale taka, której mogę zaufać.. Zrobiłabyś to dla mnie?- spojrzała mi w oczy. ,,Przynamniej mam nadzieję. Teraz wszystko jest niestabilne, ale.."
- Tak.
Objęłyśmy się mocniej i wróciłyśmy na lekcję. Może jeszcze miałyśmy szansę się zaprzyjaźnić i przebrnąć przez to wszystko razem? Może mogłyśmy ocalić siebie nawzajem?

***
 
Ok. Jakoś się udało. Przez ostatni tydzień nawiązałyśmy jako taki kontakt. Trochę ze sobą rozmawiałyśmy. Chyba obie nie czułyśmy się do końca pewne, ale powoli się do siebie przekonywałyśmy. Przynajmniej nie palnęłam nic głupiego. Niczego się nie czepiałam, byłam potulna niczym baranek. Vicky (bo teraz zaczęłam tak na nią mówić) trochę się rozluźniła. Może nie poruszałyśmy jakiś głębszych tematów, ale chociaż miałyśmy towarzystwo. Dziwnym zbiegiem okoliczności obie byłyśmy omijane szerokim łukiem. No i co innego nam pozostało, jak tylko trzymać się razem?
Zaczęłyśmy planować spotkania po szkole. Miałyśmy ochotę poznać się bliżej. Dlatego dzisiaj, w sobotę, gdy miałam jedyną okazję, zaprosiłam ją do siebie. Nie byłam pewna, czy to wypali, obawiałam się, że Jinxx coś spieprzy, albo, że Andy dostanie nagle jakiegoś ataku choroby. Ale nie chciałam się do niej wpychać.. W razie czego zawsze mogłyśmy się wyrwać na miasto.
Siedziałam na swoim łóżku i przeglądałam sieć. Nagle mój telefon zawibrował. Dostałam SMS-a. Carl..
Poczułam ugryzienie sumienia.
,,Musisz mu kiedyś to wyjaśnić.."- przekonywał rozsądek.
Martwił się.. Zaczęłam czytać:
,,Sallem, moja ksienżniczko z ksienżyca, dzie ty siem podzieffasz? :< Carrrrlocioo tenksi dzionek i noczkem</3333 Jak niem odpoffierz to siem obraffem >.<"
Boże.. Miałam ochotę walnąć się w twarz. Chyba za bardzo odwykłam od tej specyficznej osobowości. A może to tylko mój wymysł?
Nie byłam pewna, więc wstukałam odpowiedź:
,,Przepraszam, to wszystko wina szkoły. Mamy nawał nauki. Ale jak będzie okazja, to wpadnę. Przepraszam.."
Serio nie miałam ochoty na to spotkanie. Prawdopodobnie do niego nie dojdzie. Straszny zrobił się ze mnie odludek. Powinnam pielęgnować przyjaźnie, gdy tak bardzo ich potrzebowałam. Tymczasem ja ograniczałam się do kilku osób, których grono mogło się wkrótce pomniejszyć. Przeze mnie.
Chyba stawałam się niebezpieczna dla samej siebie. Mogłam wkrótce skończyć jak Andy- zamknięta w pokoju, robiąca tam chyba niemiłe rzeczy, od czasu do czasu schodząca tylko po leki na jakieś męczące schorzenia. Choć w sumie mogłabym umrzeć. Oszczędziłabym sobie nudy. Bo czy mój żywot miał jeszcze jakiś sens? Ostatnio go zgubiłam. Nie wydawało mi się, że znajdę zabójcę Lynn. Nawet jeśli, to jak miałabym się zemścić? Pobić go? Zamordować? Jak mogłam to zrobić?
Chyba wpadłam w jakiś dół. Albo sama go sobie wykopałam..
Wtedy zabrzmiał mój dzwonek. ,,Damage".. I gdzie się podziała ta dziewczyna, która słuchając Fit For Rivals marzyła by iść na ich koncert? Dzisiaj moje myśli odnosiły się bardziej do tekstu.
,,Odbierz, a nie rozkminiasz!"- wkurzałam się.
Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Czekam przed drzwiami - usłyszałam nieśmiały głos.
Podskoczyłam.
- Już schodzę!- zapewniłam i się rozłączyłam.
Wypadłam na korytarz. Swoim niezdarnym chodem zaczęłam demolować wszystko, co stanęło mi na drodze.
- A dokąd tak biegniesz?- zapytał Jake, na którego wpadłam.
- Koleżanka przyszła. Ze szkoły..
Zmarszczył brwi.
- Czyżby? Nic mi o tym nie wiadomo? Czemu nic nie powiedziałaś?- zaczął wypytywać.
Westchnęłam.
- Nie muszę wam o wszystkim mówić. Jestem pełnoletnia.
- Jakbyś nie zauważyła, to jesteś w naszym domu. Tu panują pewne zasady.
- Boże, przecież ona nic nie zrobi! Jest naprawdę miła i spokojna!- zapewniałam.
- Tak jak Carl?- uniósł brew.
- Nawet jej nie znasz!
Zacisnęłam pięści. Gdyby nie był taki napakowany, przyłożyłabym mu bez wahania. Czego on chciał od tej dziewczyny? Nie widział jej na oczy, a już ją oceniał!
- Cóż, zobaczymy.. Ale będę was miał na oku.
- O, dziękuję za łaskę, naprawdę! Dzięki ci!- wysyczałam sarkastycznym tonem.- Przecież spotykamy się, by podpalić chałupę i was obrabować, a potem się naćpać i zabić! Lepiej miej Andy'ego na oku, a nie czepiasz się zupełnie normalnych rzeczy!
- Nie bądź taka pyskata, powinnaś być wdzięczna.. Ale Andy'm też się zajmę, nie pouczaj mnie.
- Yhy.
Minęłam go najszybciej jak mogłam. Zdecydowanie nie miałam ochoty na kłótnie. Gdy dotarłam do drzwi, otworzyłam je. Przed sobą ujrzałam nową znajomą.
- Uff, czyli dobrze trafiłam..- uśmiechnęła się bardzo nieśmiało. Wręcz niezauważalnie.
- Spokojnie. W razie czego bym cię przecież znalazła - odparłam równie niepewnie.- Em.. Może wejdź?
- O! O-OK..
Przekroczyła próg i zlustrowała pomieszczenie wzrokiem.
- Bardzo.. Ładnie - stwierdziła. Zachowywała się dosłownie jakby przyszła do domu przyszłych teściów. Choć ,,pani domu" (Ferguson) byłaby wniebowzięta.
- Dzięki.. To.. Może pokażę ci mój pokój?
- No.. dobra.
Ta rozmowa musiała wyglądać komicznie. Obie się jąkałyśmy i udawało nam się wydusić z siebie same krótkie sformułowania. Chyba obie odzwyczaiłyśmy się od ludzi..
Na szczęście i nieszczęście, gdy już miałyśmy zmierzać ku górze, zatrzymał nas Jinxx.
,,O wilku mowa.."
Raczej na nieszczęście. Spotkanie z nim mogło oznaczać tylko kolejną kłótnię. I tak naprawdę o pierdoły. Powinien się cieszyć, że z kimś w ogóle się kontaktuję.
- Co?- spytałam oschle.- Co ci znowu nie pasuje?
Ten wręcz wwiercił się w Vicky tym swoim zimnym wzrokiem. Skuliła się i tym samym zmniejszyła prawie do mojego wzrostu. A normalnie wydawała mi się z 10 centymetrów wyższa.
- Nie powiedziałaś, że ktoś do ciebie przychodzi - wysyczał zadowolony z siebie.
- I co z tego? Jestem pełnoletnia!
- A ja jestem starszy - rzucił sarkastycznie.
Zmrużyłam oczy, czułam jak moja pięść już się szykuje, by mu wpierdolić. Wtedy dowalił czymś jeszcze gorszym, co zupełnie nie pasowało do całej sytuacji:
- Trzeba zrobić zakupy. Akurat dziś twoja kolej.
Czy on naprawdę nie miał wyczucia chwili?

- Żartujesz?- zwróciłam się do niego.
- Nie. Dam wam kasę, listę zakupów i pójdziecie do sklepu.
,,Ja pierdolę. Chyba nadchodzi czas, by się stąd zabrać.."
,,Dokładnie. Wiej stąd, bo on i tak wszystko rozwali.."
,,No ale może nie w tej chwili, bo w końcu mam gościa.."
,,To chociaż idź do tego marketu, mniej jego ryja będziesz oglądać."
- Vicky, to jak, idziemy?- spytałam jak najnormalniejsza w świecie dziewczyna.
Nieco się skrzywiła, ale ona chyba też nie wydawała się przyjaźnie nastawiona do mężczyzny.
- Jasne. Chodźmy tam zaraz.
Po tych słowach odwróciła się i podeszła do wieszaka, gdzie zostawiła kurtkę. Z kolei staruch zbliżył swoją twarz to mojej i swym protekcjonalnym tonem rzekł:
- I tak ma być! Posłuszeństwo i dyscyplina!
Odwróciłam się na pięcie i narzuciłam na plecy skórzany ciuch.
- Nie za zimno ci będzie?- usłyszałam za plecami. Nie czekałam dłużej. Chwyciłam koleżankę za rękę, wyciągnęłam ją na zewnątrz i zatrzasnęłam temu skurwielowi drzwi przed nosem.
,,Dobrze ci tak."
Tymczasem Summers (bo tak miała na nazwisko) wydawała się zmieszana.
- Co on do mnie ma?- zaniepokoiła się.
- Nic. On ma coś do mnie. Lubi sobie pozrzędzić, a ja jestem idealnym pretekstem.
- A kim on jest? Chodzi mi o.. ojca, wuja?
- Kumpel chłopaka.
- O, masz chłopaka?- zdziwiła się.
- Eh.. Mam. Obiecuję ci, że kiedyś go poznasz - westchnęłam, choć wolałam, by nawet nie oglądała go na oczy. Przeraził by ją.
- Ok..
Znów zapadła cisza, zaczęłyśmy iść w milczeniu.
- Przepraszam cię za niego. To chuj - to słowo chyba ją poruszyło, ale w sposób pozytywny. Zaśmiała się.- Co jest?
- A nic, nic.. U nas w domu nie można używać przekleństw.. Tam nic nie wolno..
- Czemu?
- ,,Bo co sąsiedzi powiedzą?!".. Taka jest moja matka, ojciec w sumie też. No i jest jeszcze ta larwa, Molly Jo..
- Kto to? I co ci zrobiła?
- To moja siostra, choć wolę się do niej nie przyznawać. To mała.. pizda. Taka najśliczniejsza, najmądrzejsza, najsłodsza, najmodniejsza, najlepsza, kurwa, na świecie. Ja to się już nie liczę. Najlepiej, żeby mówili, że jestem służącą.. A ona tak naprawdę jest tylko małą kurwą..- aż poczerwieniała.
- To przecież głupie.. Założę się, że jesteś o wiele ładniejsza, mądrzejsza i w ogóle lepsza od tej zołzy!- uznałam.
- Ta jasne.. Wszyscy zawsze ją chwalą, jak tylko ją zobaczą, padają jej do stóp. A ja jestem według nich grubą okularnicą i do tego zbzikowaną. A w sumie.. Nie widziałaś jej. Pewnie stwierdziłabyś tak samo jak reszta.
- Nie mów tak. Moim zdaniem nie jesteś taka zła. Ba! Jesteś genialna! Ale jeśli jesteśmy w temacie, to witaj w klubie. O mnie też wszyscy myślą, że mi odbiło. I też ciągle coś do mnie mają. Co bym nie zrobiło, dla nich będzie źle!
- To czemu spełniasz ich zachcianki?
Zatrzymałam się.
- Cholera, masz rację.. Po chuj my idziemy do tego sklepu?
Ona również stanęła. Obie się zaśmiałyśmy.
- Chodź, zmyjemy się gdzieś na cały dzień!- zaproponowałam.
- Ok.. Choć raz trochę wolności - uśmiechnęła się tamta.
Może i to głupie, ale poczułyśmy się strasznie samodzielne i dorosłe. Aż żałośnie to brzmiało..
- Kupimy coś do żarcia? Nie wiem, żelki, ciastka, chipsy?- dodałam. Tym chyba trochę ją speszyłam.
- Nie dzięki.. Wiesz..- wlepiła oczy w ziemię.
- Spokojnie, nie jesteś gruba. Ale jeśli nie.. to nie! Zmieńmy temat!- zaproponowałam.
Zaczęłyśmy się włóczyć. Właściwie nie miałyśmy pomysłu, gdzie iść. Ja nie znałam miasta zbyt dobrze, a ona chyba niezbyt często była puszczana wolno, więc nie wiedziała jak się zachować. W tej chwili po prostu kroczyłyśmy przed siebie bez jakiegoś głębszego celu.
Aż nagle do głowy przyszedł mi pomysł. Może nie najlepszy, ale jakiś. I mógłby ująć mi trochę ciężaru na ramionach.
- Słuchaj.. A może pójdziemy tak do takiego mojego znajomego, Carla?- zapytałam.
Skrzywiła się. Chyba nie przepadała za nawiązywaniem znajomości (jak ja). Trochę pożałowałam.
- Jest naprawdę śmieszny i szalony. Taki krejzol jak my!
,,Czy to jest sarkazm, Rogers?"- zwróciłam się do siebie.- ,,Jesteś obłąkaną wariatką, nie krejzolką!"
,,Oj, daj spokój!"
- No.. No ok - zgodziła się z wyraźną niechęcią. Miałam nadzieję, że Coward nie przesadzi, bo przecież, mimo że wesoły, czasami mógł bywać chamski.
- Jaki on jeszcze jest?- zainteresowała się dziewczyna. Jej ton był niepewny.
- Jest cholernie śmieszny, zawsze pozytywny, miły, nigdy się nie kłóci, trochę za dużo gada, ale ogólnie jest bardzo uroczy.
- Lubisz go?
- Tak. Bardzo.
,,A przynajmniej tak mi się wydaje."
- No dobra.. Jeśli ty go lubisz to nie może być zły.
 
***
 
Stanęłyśmy przed posiadłością Cowardów. Zadzwoniłyśmy. Od razu usłyszałam głośne kroki. Carly zwykle łaził jak najbardziej kobieca kobieta, ale czasami runął przed siebie jak jaskiniowiec. Tym razem wybrał to drugie, co musiał oznaczać, że się czymś podniecił.
,,Czemu kombinujesz akurat teraz?"
Po chwili otworzył nam sam ,,panicz". Miał rozczochrane włosy, mocny makijaż, nałożył biały t-shirt z logo jakiegoś zespołu i obcisłe biodrówki. Do tego przy pasku miał peryliard ,,dzyndzolków". Ale przynajmniej się uśmiechał, ba, on miał istnego banana na twarzy. Zresztą jak zwykle. Chyba zgadłam, że coś wymyślił.
- A co to za dama?- spytał, przybierając swą flirciarską minę.- Całuję rączki!
Po tych słowach chwycił dłoń Vicky i zaczął ją obśliniać. Spojrzała na mnie zmieszana. Wyglądali jak księżniczka i buldog. Zachichotałam, by dodać jej otuchy.
- To Vicky. Chodzimy razem do szkoły..
- Rozumiem.. Takie high school girls. Takie śliczne, mądre i cool. No prawie jak ja!
Nowa chyba po raz pierwszy się roześmiała.
,,Punkt dla ciebie, Karol, czasem masz jednak dobre pomysły!"
- A teraz chodźcie, mam wam coś zajebistego do pokazania! Ali i Parkan też są!
Victoria nie protestowała. Wręcz przeciwnie. Chyba Carl przekonał ją do siebie już na starcie. On to dopiero miał talent do zdobywania przyjaźni! Potrafił oczarować ludzi jednym spojrzeniem, słowem lub gestem. Zazdrościłam mu tego. Był zajebistym gostkiem. Miałam nadzieję, że przyjaciółka polubi też pozostałych. Tymczasem rozglądała się po tej wielkiej chałupie. Chyba ją zaskakiwaliśmy.
W końcu pokonaliśmy wysokie schody i dotarliśmy do przesłodzonego pokoju. Reakcja była oczywista. Mnóstwo śmiechu i zaskoczenie.
- Zarąbisty pokój.. Carl - stwierdził gość.
- Ma się rozumieć, tak samo jak jego właściciel!
Parsknęliśmy.
- O, hej!- odezwała się Alice, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Razem z Robbie'm coś ustawiali. Na przeciw łóżka kładli pudła, ustawiali jedno na drugim aż tworzyły całkiem sporą wierzę. Nic z tego nie rozumiałam. Ta rupieciarnia i bez tego była zagracona..
- A więc.. Ci dwaj poddani to wcale nie Taylor Momsen i gościu, który chce ci wpierdolić na blokowisku. To tylko Alice i Robbie, choć może być i Parkan!
Kolejna dawka głupawki, tego było potrzeba nam wszystkim obecnym. Powinnam była tu przyjść już dawniej, a nie gnić w swoim jadzie.
- Cóż robicie, nędzni wieśniacy?- zwróciłam się do ,,poddanych".
- Ustawiamy pudła dla naszego pana - ukłonił się ,,Parkan".
- Po co?- zaciekawiła się Summers.
- Otóż wasz najinteligentniejszy na świecie król Carlcio ma cudny plan! To statyw na kamerę! Nagrywamy film!
Obie poczułyśmy się niezwykle zaskoczone.
- Niby jaki?- nie rozumiałam.
- Jeszcze dokładnie nie wiemy, ale coś durnego. Będziemy z siebie robić idiotów. A potem wstawimy na YouTube.
Znów, jakby podczas synchronizacji, miałyśmy mieszane uczucia.
- Chcesz zacząć vlogować?.. Wiesz, nie mam nic przeciwko, ale każdy to może obejrzeć..
- O to właśnie chodzi!
- Gotowe!- oświadczyła blondynka.
- Jestem wzruszony - wydurniał się Carl, ocierając udawane łzy.- Nasze mini-studio!
- Z twoim usposobieniem to na pewno się uda - zachęciła go Victoria. Chyba bardzo go polubiła.
- Ma się rozumieć! Carrrrlcio gwiazdą internetów!- zachwycał się.- Już widzę jak odbieramy nagrodę za milion subskrypcji! Ale teraz trzeba zacząć..
Nie wiedzieliśmy za bardzo, jak mamy wystartować. Usiedliśmy wszyscy przed kamerą.
- Ok. Dzisiaj się zapoznajemy. Trzeba zrobić wykurwiste pierwsze wrażenie, choć u mnie wystarczy jedno spojrzenie! Ale dobra, ,,doprawimy" to jeszcze!
I poszedł start.
Nie wiem, jakim cudem, ale Coward od razu się zaklimatyzował. Zaczął się zachowywać jak prawdziwy youtuber. Chyba musiał ich dużo oglądać. Był pewny siebie, śmieszny, charyzmatyczny i dobrze wyglądał. W ślad za nim poszła Alice. Można by powiedzieć, że pod względem charakteru była do niego podobna. Robbie zachował się bardziej nieśmiało, ale też nieźle. Wszyscy opowiadali, o czym będą prezentowane przez nich filmy. Carlcio chciał zostać komikiem, Ali planowała jakieś outfity i makijaże, Robb- tematykę tatuażu. Wtedy odezwała się nowa. Może niepewnie, ale chociaż z pomysłem- chciała oceniać książki. I na końcu przyszedł czas na mnie. Nie miałam pojęcia.. Nie miałam chyba żadnych zainteresowań.
Na chwilę zapanowała cisza, ale potem zaczęłam łamiącym się głosem:
- A ja będę robiła dziwne rzeczy - wydukałam.- Pokręcone, ześwirowane.
Improwizka. Ale nie taka trudna do realizacji. W końcu pojęcie ,,dziwne" może oznaczać naprawdę wiele. Właściwie to na dobre wyszło, miałam szersze pole do popisu. Choć przed kim się tu popisywać? Byłam prawie pewna, że obejrzy to kilka osób. Takich jak my było w końcu wiele.
Carl coś tam tłukł językiem, inni mu wtórowali, a ja siedziałam cicho i jedynie głupio się szczerzyłam. Zaczynałam wątpić, czy nowa przyjaciółka przyniesie aż taką odmianę. Ale może miałam gorszą chwilę.
 
***
Blogger się spieprzył.
Weny nie mam, a gitara zajmuje mi godziny (i dobrze).
niechciane komentarze będę usuwać, bo mam prawo :) Jakby ktoś nie zauważył, to jego blogi są prywatne (a przynajmniej większość), więc też w pewnym sensie nie umie przyjąć krytyki.
I to tyle.