piątek, 29 stycznia 2016

Rozdział 17: ,,Dom lalek"


*Sally*
 Minęło trochę czasu. Naprawdę polubiłam Vicky. A ona polubiła mnie i resztę. Chyba na stałe dołączyła do naszego ,,gangu". Gdy tylko wybierałam się do rezydencji Cowardów, zabierałam także ją. Teraz pokazała swoją prawdziwą naturę. Była wesoła, sympatyczna, urocza. Nie miałam pojęcia, dlaczego ludzie jej nie doceniali. Choć z drugiej strony tak zachowywała się tylko w moim towarzystwie. Gdy tylko ktoś inny się do niej odezwał, od razu się peszyła i zamykała w sobie. Teraz jeszcze trudniej było mi patrzeć, jak ludzie się z niej śmieją. Starałam się ją odciągać od takiego towarzystwa. Wiedziałam, że to tylko głupie żarty. Mogli ją wyśmiać, ale tak naprawdę chcieli się tylko popisać. Choć nie byłam pewna, co do zakapturzonego typa. Od niego wolałam się trzymać z daleka, choć często się za nami snuł. Naprawdę, byłam pewna, że on jest gotów zrobić nam wszystko. Przerażał mnie. Zwłaszcza po tym, co spotkało moją siostrę.. I nie wiem, czemu, ale kogoś mi przypominał. Chyba to zamieniało się w lekką paranoję.
Z kolei ona na razie ucichła. Głos w mojej głowie przybrał inny ton. Bardziej mój. Wiedziałam, że w pewnym momencie powróci, zawsze się tak działo. Cieszyłam się, że nawet po życiu chce dla mnie dobrze.
Teraz gdy miałam nią, Victorię, Carla, Robbiego i Alice czułam się lepiej. Jakbym stworzyła sobie nową rodzinę.
Z kolei w ,,domu" wszystko wyglądało coraz gorzej, to był istny koszmar tam wracać. Serio, jakbym żyła w patologicznej rodzinie. Wszyscy stale na mnie napadali, szczególnie Jinxx. Naprawdę, o wszystko miał pretensje. Czasami mało mnie nie uderzył, a ja tylko się wściekałam. Ale mnie miał teraz w dupie. Teraz najważniejszy był Andy. Ten zaczął chwilami wychodzić i wyglądał, jakby spędził miesiące w obozie koncentracyjnym. I chyba czuł się podle. Na dół schodził tylko po lekarstwa i fajki, słyszałam też jak tłucze się w nocy. Właściwie chętnie podzieliłabym tę metodę. Całkiem logiczny pomysł. Ale wtedy bym się nie wysypiała, a i tak miałam z tym problemy. Choć ostatnio i tak mi się poprawiło. Wracając do Biersacka.. Czy my jeszcze w ogóle byliśmy parą? Bo coś mi się nie wydawało.. Było mi go żal, ale jednocześnie czułam złość. Dlatego nawet nie starałam się z nim dyskutować. To i tak nic by nie dało.
Tak więc na chwilę odcięłam się od całego BVB. Byłam nawet gotowa się wynieść. Ale nie teraz..
Nagle odezwał się mój telefon. SMS. Akurat dziś Summers miała do mnie przyjść. Chciałyśmy się trochę powłóczyć po mieście, a potem udać się do Carly'ego.
Przeczytałam wiadomość:
,,Sory, chora jestem, nie puszczą mnie.. Ale może chcesz do mnie?"
Zastanowiłam się. W sumie mi wisiało, gdzie się spotkamy. Chciałam tylko gdzieś się wyrwać i miło spędzić czas. Dom był tam, gdzie była ona.
,,Okej. Zaraz tam będę."
Chciałam zejść za dół, ale usłyszałam jakieś krzyki. Zaciekawiona wyszłam na korytarz, by lepiej słyszeć. Wsłuchałam się w kłótnię.

*Andy*
- Dobra, posłuchaj!- wrzasnął do mnie Jinxx. Uhu, groził mi?
Siedzieliśmy w piwnicy. A więc, co ja robiłem w piwnicy z czteroma facetami? Nic specjalnego. Po prostu postanowili mi grozić. Moim zdaniem robili z siebie zjebanych idiotów. Czy oni jeszcze się nie zorientowali, że nie zrobią na mnie wrażenia?
Popatrzyłem na nich z góry. Miałem tę przewagę, że chociaż byłem od nich wyższy. Gdybym tak nie wyrósł i był jakimś jebanym karłem, poradziliby sobie ze mną bez trudu. Ale teraz chyba nawet jakby wszyscy się na mnie zwalili, oddałbym im bez trudu. Nie wykluczałem takiej możliwości. Układałem sobie cały scenariusz. Najpierw załatwię Jinxxa, potem z Pittsem poradzę sobie za pomocą deski, tak samo z Ashleyem i Christianem, w razie czego zaatakuję nogą. Potem zawalę im drogiem wielkim pudłem, przeskoczę zamrażarkę i dam dyla. A potem wyjdę na dwór, gdzie jest jebane słońce. Ale cóż, już raz latałem po dworze w piżamie, teraz też musiało się udać. Nie miałem pojęcia, gdzie pójdę, ale zawsze gdzieś znalazłoby się miejsce. Do rodziców raczej nie, czasem miałem wrażenie, że woleliby mieć za swojego syna kogoś innego. Juliet też już by mnie nie ukryła, Scout pewnie by mnie zabiła. Shadia kazałaby mi zapłacić, a potem i tak by mnie wydała (za pieniądze). Megan od zawsze nienawidziłem. Kto jeszcze?.. Sally na pewno by mi pomogła, ale.. Kto wie? Chyba musiałem łamać jej serce, a za swoją miłość nie dostawała nic w zamian, więc pewnie uznałaby, że ją wykorzystuję. Pozostawało mi wykombinować coś na własną rękę. A byłem na tyle głupi, że nie zostawiłbym tego miejsca, bo opuściłbym grób Lynn. Cholera, przecież tam leżało jej ciało.. LEŻAŁO. Teraz pewnie przeżarły je robaki. Nie mógłbym go wykopać. Co prawda niby mógłbym przyjeżdżać tu z innego miasta, ale ja czułem się z nim emocjonalnie związany.
Sam kopałem pod sobą dołki.
- ANDY!- z zamyślenia wyrwały mnie głosy.
- CO?!
- Posłuchaj, tak dłużej już nie może być..
- Jak?- udawałem, że nie rozumiem.
- Nas ciągle próbujesz wkurwić, wszystkich, sprzeciwiasz się dosłownie wszystkiemu, masz wszystko w dupie, nawet siebie!- mówił Jake. ,,No co ty, kurwa, nie powiesz?"- Mamy wrażenie, że robisz wszystko źle tylko po to, by zrobić nam na złość..
,,Kurwa, Einstein!"
- I co w tym złego? Mam do tego prawo! Jak wam się coś nie podoba, to mogę się od was zabrać i nigdy więcej się nie spotkamy! Kurwa, proste?!
Znałem odpowiedź.
- Andy, nie.. Nie w tym rzecz..
- BO CO?! BO JESTEM WASZĄ MASZYNKĄ DO ZARABIANIA PIENIĘDZY?! BEZE MNIE JESTEŚCIE NIKIM. NIKIM!- rzuciłem się. Wiedzieli, że taka prawda.
- Chyba zaczynasz bredzić!- usprawiedliwiał się Jinxx.- Ale wróćmy do naszego głównego tematu..
- Oczywiście, oczywiście.. Przecież jesteście niewinni!- szeptałem z ironią.- Całkowicie niewinni..
- Uznaliśmy, że jeśli terapia nie przynosi skutków, a wręcz odwrotnie, to..
- To chyba nie ma to sensu?- wtrąciłem się.- Bo nie jestem obłąkany, tylko nie łapię waszego haczyka?
- To trzeba podjąć bardziej zdecydowane kroki - poprawił.
- Co tym razem? Wezwiecie jebane psy? Zrobicie ze mnie roślinkę? A może wyślecie mnie do obozu zagłady?
- Już niewiele ci brakuje - rzekł szeptem Ash.
- Zastanowimy się. Ale możesz się od tego uchronić, jeśli zaczniesz się zachowywać normalnie.
- Czyli?
- Będziesz miły, będziesz chodził na terapię, zaczniesz się zachowywać jak człowiek, nie jak jakiś wampir, pójdziesz z nami na badania..- chciał się chyba rozgadać, ale od razu przerwałem:
- Nie, to za dużo dla mnie! Nie ma opcji! Nie oczekujcie za wiele! Jeszcze się nie poddałem!
- Przecież do nic wielkiego, na Boga!- załamał ręce Purdy.- Czy tak trudno się czasem zamknąć i przy okazji uchronić się od jakiegoś choróbska?!
- Dla mnie tak, spadam..
- Stój!- krzyknął Jake, ale wcieliłem mój plan w życie. Po chwili wszyscy runęli na ziemię. Wyskoczyłem z piwnicy i wybiegłem przez frontowe drzwi. Nie zawracałem sobie głowy butami, kurtką, porządnym ubraniem. Od razu wsiadłem do auta, by mnie nie dogonili. Po drodze zabrałem kluczyki, więc odpaliłem i zacząłem szybko jechać gdzieś daleko przed siebie, bez konkretnego celu. Chyba mnie nawet nie gonili, ale wolałem zachować bezpieczeństwo. Jeździłem krętymi uliczkami, aż w końcu zostałem sam. Nie mogłem dostrzec żywej duszy. Zatrzymałem się. Tutaj na pewno by mnie nie znaleźli.

*Sally*
Widziałam tylko Andy'ego w samych skarpetkach, wybiegającego na dwór, odjeżdżającego samochodem. Nie czułam do niego nienawiści. Lekki żal, ale właściwie wszystkiemu winni byli jego wspaniałomyślni ,,przyjaciele', którzy robili z niego idiotę. Doszłam to tego już dawno. Mogli go obwiniać, ale to oni ustawiali za surowe warunki. Powinni mu pozwolić być sobą. On potrzebował tylko trochę swobody, wolności jak każdy człowiek. Tymczasem oni chcieli go przyrównać do jakiegoś poziomu.
Nie chciało mi się tu z nimi siedzieć. Wysłałam wiadomość do Vicky:
,,Zaraz tam będę."
Zabrałam swoje rzeczy i jak najszybciej udałam się do drzwi. Oczywiście mnie zatrzymano.
- Jeśli zamierzasz mu pomagać, to..
- Spierdalaj..
I wyszłam.

*Andy*
Odetchnąłem. Niby piwnica miała dać nam dyskrecję, ale chyba stało się zupełnie inaczej. Rogers musiała wszystko zobaczyć. Choć pewnie i tak o większości wiedziała.. Była całkiem inteligentną dziewczyną. I trzymała moją stronę. Co prawda nie rozmawialiśmy, ale była między nami jakaś.. telepatia? Los nie mógł nas przez przypadek połączyć.. Nie wierzyłem w przypadki.
No cóż.. Chyba musiałem w końcu jej wszystko wyjaśnić. W końcu, jeśli choć trochę mi na niej zależało.. Potrzebowałem choć jednego sojusznika. Wziąłem telefon, który leżał na fotelu obok mnie. Miałem jakiegoś kurewskiego farta, że go tam zostawiłem. Przez chwilę nie mogłem się przemóc, ale w końcu wybrałem właściwy numer i zadzwoniłem. Czekałem i czekałem, ale w końcu odebrała.
- An..- chciała zacząć, ale szepnąłem:
- Jeśli są z tobą to ćśśśś..
- Nie.. Idę do Vicky. Jestem na ulicy, zaraz u niej będę..
- To dobrze.. Posłuchaj, Sally.. Musimy się spotkać, wszystko ci wtedy wytłumaczę. Naprawdę.
Chyba się zdziwiła, po drugiej stronie zapanowała cisza.
- No dobra.. Ale dzisiaj już nie mogę.. Może.. Jutro wieczorem?
- Okej.. Dobrze.. Napiszę ci adres.. Do zobaczenia..
- Ym.. Pa.
- Kocham cię..- rzuciłem jeszcze bardzo cicho.
,,Może jeszcze nie wszystko stracone.."- pomyślałem.
Rozłączyła się.

*Sally*
Czułam się nieco zaszokowana. W głębi ducha się cieszyłam, ale przez tę gwałtowną zmianę nie wiedziałam, czy nie ma w tym ukrytego celu. Jednak jakiś głos podpowiadał mi, że to wszystko to prawda. Andy musiał kochać swojego jedynego sojusznika. W końcu tylko ja mu pozostałam. A mi tylko on.. Przypadki nie istniały.
Choć może i ktoś więcej? Może trafiłoby się jeszcze kilka osób? Moglibyśmy stanowić niezłą drużynę odmieńców. Ale nie, między sobą też się różniliśmy. Ja i Andy na pewno odstawaliśmy od Carla, Alice i Robba. Nie wiedziałam, co sądzić o Vicky. Może ona też posiadała tak dziwną duszę? Choć nie, chyba mimo wszystko najbliżej mi było to Biersacka. Naprawdę, czasami odnosiłam wrażenie, że mój ,,duch" jest taki dziecinny, jest tylko skrawkiem bladego materiału, który się rwie..
,,Boże, nie zaczynaj znowu!"- odezwał się głos w głowie.
Tu znowu wkradła mi się rozkmnina, czy całkowicie rezygnować ze swojej szalonej wyobraźni. Nudziłabym się strasznie. Możliwe, że cały świat, w którym żyłam, był tylko moją jego wizją. Może naprawdę był zupełnie inny? Choć czułam też, że istnieje jakiś lepszy świat, gdzie panuje pokój, nie ma zła, jest spokojnie. Rządzą ład i harmonia.
Niczego nie potrafiłam dokładnie opisać. Ani świata, ani życia, ani nawet siebie. Lynn też nie. Wszystko stało się niepewne. Chyba chorowałam na głowę..
Mało nie uderzyłam łbem w drzewo. Chyba mocno zboczyłam z drogi. W chwilach pobytu w swoim rozmyślaniach potrafiłam całkowicie oderwać się od rzeczywistości.
Na szczęście dom Vicky rysował się na horyzoncie. Leżał w bardzo dziwnej dzielnicy. Wszystkie domki wyglądały jak wyjęte z bajki- w pastelowych kolorach, bardzo zadbane ogródki, kwiatki. Przywodziło to na myśl świat Edwarda Nożycorękiego. Rezydencja przyjaciółki była w kolorze żółtym, chyba najbardziej wymuskana. Zastanawiałam się, co o mnie pomyślą. Miałam na sobie wytarte czarne jeansy, t-shirt z wizerunkiem uśmiechniętego kota (z krwią na zębach) i za dużą zieloną bluzę. Do tego nie zawracałam sobie głowy zbytnim układaniem włosów, zajął się tym wiatr, z kolei pod oczami rysowały się sińce. Przypominałam narkomankę.
Zaczynałam odczuwać tremę.
Podeszłam do drzwi, starając nic nie zepsuć po drodze. Wahałam się, czy zapukać, ale w końcu przyszłam tu tylko odwiedzić Vicky.. Nic specjalnego.
Uderzyłam. Usłyszałam kroki, a po chwili w drzwiach stanęła kobieta około czterdziestki. Zawstydził mnie jej widok. Była niewysoką blondynką o idealnie szczupłej figurze. Włosy podkręciła w piękne fale, sięgały jej nieco za ramiona. A jej twarz.. Odniosłam wrażenie, że mam przed sobą anioła. Niebieskie oczy, lekko zaróżowione policzki i subtelny makijaż. Ubrana była w bladoróżowy fartuszek, niemal jak perfekcyjna pani domu. Mimo swej urody wydawała się zimna od środka.
- Kim jesteś, dziewczyno?- spytała oschle.
,,Dziewczyno? Nikt się tak do mnie nigdy nie odzywał.."
- Przyszłam odwiedzić Vicky..- odparłam cichutko.
- Och, chyba masz na myśli Victorię?- rzuciła z pogardą i irytacją.- Nie po to nazywałam dzieci po królewsku, by teraz nosiły te wasze głupie przydomki..
- Ymm.. Tak, chodziło mi o Victorię, przepraszam.
- Jak się nazywasz?- wypytywała.
- Sally Rogers. Ja i Vicky.. Victoria chodzimy razem do szkoły.
- No cóż.. Wyglądasz dość biednie. Lepiej wejdź szybko, by sąsiedzi cię nie zauważyli - po tych słowach wręcz wepchnęła mnie do środka, zamykając przy tym drzwi.
Rozejrzałam się. Wszędzie znajdowały się jakieś urocze rekwizyty. Nie wiem, czemu, ale teraz napawały mnie obrzydzeniem.. Po prostu nie pasowały do tak chamskiej kobiety.
- Tylko zdejmij buty.. Są tak brudne, a ja niedawno prałam dywan!- denerwowała się.
Ostrożnie zdjęłam martensy. Chciałam powiesić moją kurtkę na wieszaku, ale babsztyl zatrzymał mnie.
- To jest wieszaczek Franka!- zdenerwowała się.- Powieś na tym dla gości!
,,Paranoja."
- Przepraszam..- powtarzałam tylko.- Może lepiej byłoby, gdybym już poszła do Victorii?
- Eh.. Chyba tak.. Może zrobić wam herbatę i dać trochę ciasteczek domowej roboty?
- Nie, dziękuję - nie chciałam sprawiać kłopotów. Niestety bezskutecznie.
- No tak.. Pewnie wolałabyś piwo i pajdę chleba ze smalcem, ale u nas nie jada się takich rzeczy.. Zaprowadzę cię.
Zaczynałam mieć tego dość, ale robiłam to tylko dla koleżanki. W końcu ona zachowywała się normalnie. To znaczy normalnie, jak dla mnie..
Chyba pisane mi było natykać się na samych pojebów.
Zmierzałyśmy do pokoju perfekcyjnie wypucowanymi schodami. Ale wtedy na górze trzasnęły drzwi i usłyszałyśmy damskie krzyki. Matka przyspieszyła, podążyłam w jej ślady. Na górze ujrzałam Vicky z potarganymi włosami i jakiegoś małego pudla. Po chwili okazało się, że to nie pies, tylko jakiś karzeł.
- Dziewczęta! Jak tak śmiecie, co dopiero w obecności gościa?!- podniosła głos, rozdzielając dwie panny.
- Sally, to jest moja siostra, Molly Jo!- oznajmiła starsza.- Ta mała larwa, do której wolę się nie przyznawać!
- Spokój!- zarządziła dorosła.
Tymczasem ja przyjrzałam się ,,larwie". Prezentowała się raczej niewinnie. Wyglądała na jakieś dwanaście lat, była chuda. Blond loki ozdobione kokardkami okalały piegowatą twarz. Przypominała matkę- niebieskie oczy, słodkie usteczka. Niby aniołek. Ale pod tymi dziecinnymi ubrankami musiała kryć się zołza, bo na ogół jej siostra zawsze zachowywała się spokojnie.
- Może chodźmy do ciebie..- zaproponowałam szeptem.
- Jasne.. Nie będę tu siedzieć z tym kurwiszonem - ostatnie słowo również wyszeptała.
Ku niezadowoleniu obu ,,aniołków" zamknęłyśmy się same i nawet nie myślałyśmy o wpuszczaniu ich. Przyjrzałam się pokojowi. Wydawał się przytulny. Ściany pomalowano na ciemnozielony kolor, meble wykonano z ciemnego drewna. Szczególną uwagę przyciągało bogato zdobione łóżko. W oczy rzucały się również plakaty z Harry'ego Pottera i.. syntezator.
- Grasz na tym?- zdziwiłam się.
- Tak, w sumie jestem całkiem niezła. Napisałam nawet kilka własnych melodii.. Ale.. Ale nikomu się nie podobały.
- Zagrasz mi?- spytałam.
Dziewczyna westchnęła.
- Nie będziesz się śmiać?
- No co ty! Przecież jestem twoją przyjaciółką!
Uśmiechnęła się nieśmiało i zasiadła przy instrumencie.
- Ręce mi się pocą z nerwów.. Pewnie wyglądam jak burak.
- Nie denerwuj się.. Pomyśl, że mnie tu nie ma.
Zamknęła oczy i postawiła palce na klawiszach.
Po kilku minutach nie miałam wątpliwości- musiała dołączyć do Train To Wonderland!
- Jesteś zajebista!- niemal krzyknęłam i zaczęłam bić brawo.- Musisz dołączyć do naszego zespołu!
- Sally.. Ty się dobrze czujesz?- spytała.- To beznadziejna amatorszczyzna napisana w zeszycie od matmy..
- Nigdy nie czułam się lepiej! Ale jeśli nie wierzysz, to ktoś może to potwierdzić!
- Kto?
- Carl, Alice i Robbie!
- No.. - wahała się.- Ok.. Zaproś ich.
- O, serio? Teraz?
- I tak jestem chora. Co mamy lepszego do roboty? Tylko nie spodziewaj się niczego wielkiego..
- Zobaczysz, spodoba im się!
Napisałam do Carriego, by wpadał. Dodałam też, by zachowywał się przyzwoicie przy pani mamie. Po niecałej sekundzie przyszła odpowiedź:
,,Oki, moja Sallem :> O moje manjery jusz siem nje marrrrtw ;*****"
- Zaraz będzie - odparłam z uśmiechem.
- To ja już się boję. Ale jebać to!- zaśmiała się keyboardzistka.

***

,,Zaraz bendem pókau w drzwi ^^ :D"- napisał w końcu.- ,,Robsonia i Alicjusz też są ;o *-*"
Z radością zakradłyśmy się na schody. Byłyśmy ciekawe, co ten głupek wykombinuje.
Istotnie- po kilku chwilach usłyszałyśmy walenie w drzwi, zupełnie, jakby jakiś dzięcioł.
- Już idę!- zaćwierkała pani domu. ,,Uważaj, laluniu." Otworzyła.
- Och, cóż to za anioł u drzwi, całuję rączki pięknej pani!- od razu zakrzyknął Carly swoim flirciarskim tonem. Mało nie pękłyśmy ze śmiechu, gdy rzucił się na nią i zaczął obśliniać na całym ciele. Ona nawet nie wiedziała, co powiedzieć, cała oniemiała. Na jej twarzy malowało się obrzydzenie. Musiała być przerażona tym, co ujrzała- ubrany w damskie ciuchy Kot, wytatułowany typ i dziewczyna z ciuchami nabitymi ćwiekami. Dostrzegłam, że Robb trzyma wielki bukiet kwiatów. Gdy Coward zdołał odkleić się od ,,anioła", wziął go od kumpla i niemal cisnął nimi kobiecie w twarz. Kichnęła.
- Kim wy jesteście?! Co robicie w moim domu?!- zdołała się odezwać.
- Ach oczywiście, gdzie moje maniery?- Carrie palnął się w czoło.- Jam jest Carl Coward, spadkobierca majątku Cowardów, a tamci dwaj to moje przydupasy!
Kobieta była bliska załamania.
- Po co tu przyleźliście?.. Odstraszycie wszystkich sąsiadów!
- Nie sądzę.. Prędzej odstraszy ich ten strach na wróble, który stoi przy kwiatach!
- TO MÓJ MĄŻ, FRANK!- oburzyła się. Już chciała zatrzasnąć trójce drzwi przed nosem, ale Carl ją zatrzymał.
- Najmocniej przepraszam za nieporozumienie! Mam nadzieję, że szanowna pani nam wybaczy! Przyszliśmy odwiedzić pani córkę, Vicky!
- Kolejny!- wypuściła parę nosem.- No dobrze.. Wejdźcie, ale szybko! I wytrzyjcie buty! Poprzednia przybłęda naniosła tu pełno błota!
- Ten to jest niezły - rzuciłam do Vicky.
- Jest nieziemski! Jak prawdziwy komik!- zawtórowała.
W końcu nasz ,,komik" wszedł na górne piętro.
- Uroczą panią także witam - zwrócił się żartobliwie do przyjaciółki.- I ,,przybłędę" także!
- Rozwaliłeś system, kocie - rzekł Parkan.
- To moja specjalność! Jak zresztą wszystko inne!- wyszczerzył się.- No dobrze, ale po co mnie wezwano do tego domku dla lalek?
- Lalki wezwały cię do domku, by pokazać ci jak jedna lalka gra na syntezatorze - odpowiedziałam.
- Hmm, kuszące! Chyba wasz szalony kot się zgodzi!
Weszliśmy do pokoju, a po chwili Summers zaczęła grać. Wszyscy umilkli, słuchając.

***

 - Jesteś zajebista, czemu się, do cholery, nie przyznajesz?!- zdziwiła się Alice.
- Ja.. ja nie wiedziałam, że wam się spodoba!- zarumieniła się dziewczyna.
- To ty chyba, w cholerę żartujesz!
- Okej.. A więc.... WYGRYWASZ THE VOICE, CAŁE JURY JEST NA TAK!!!!- wydarł się Carl.
Wybuchliśmy śmiechem.
- A tak na serio?- nie dowierzała Vicky.
- Tak na serio dołączasz do zespołu - powiedzieliśmy zgodnie.
Oczy jej się zaświeciły.
- Super..- tylko to udało jej się wydusić.
- Właśnie propos TTW.. Carly chciał coś obwieścić, tylko nam też nie mówił, co - wtrącił się Robbie.
- To miała być niespodzianka, kochanie - puścił mu oczko Coward.- Ale tak bez ogródek, zaporów, zaparć i innych przeszkód: uważam, że powinniśmy nagrać album!
Wszyscy się zdziwili, chyba nikt się nie zgadzał.
- Carl, nie uważasz, że to zbyt pochopna decyzja? Do albumu trzeba mieć więcej materiału, a my mamy kilka niedopracowanych numerów, Vicky nie napisała żadnych partii.. Może powinniśmy chwilę zaczekać?- spytała Ali.
- Nie powinniśmy tracić czasu.. W ogóle zastanawiałem się nad zmianą. Uważam, że więcej wokalu powinna mieć Sally, a ja powinienem też normalnie śpiewać, nie tylko screamować..
- No i niech nie będzie tyle przekleństw w tekstach - wtrąciła się Victoria.
- To też się zmieni..
- No widzisz, ile zmian? Na to trzeba czasu!
- Najlepsze są improwizki! Zróbmy to na spontana, mówię wam, wyjdzie zajebiście!
- No nie wiem..
- To się dowiedz, no błagam! Nie możemy się bać!
- Nie boję się. Po prostu zależy mi na jakości..
Rozpętała się kłótnia, ale w końcu Carly ją zakończył.
- Jeszcze was przekonam - rzucił tylko.

***

Wróciłam do domu w nieco dziwnym nastroju. Nie miałam pojęcia, co myśleć o pomyśle na album. Liczyłam na to, że się nie przyjmie, bo praktycznie nie mieliśmy żadnych szans.
Gdy weszłam na hol, Andy'ego oczywiście nie było, ale tego też się spodziewałam. Gdy coś postanowił, zawsze to realizował. Na jego miejscu zrobiłabym to samo. Szczerze to chętnie spotkałabym się z nim już teraz, ale wtedy musiałabym się spieszyć, by zdążyć przed nocą. W końcu wszyscy mieli dość także mnie.. Musiałam spełniać choć część ich oczekiwań, by nie znaleźć się na bruku. Choć może z moim chłopakiem moglibyśmy uciec i sobie poradzić? On miał pieniądze, urządzilibyśmy się jakoś. Choć on nie wydawał się chętny. Chyba czuł coś do tego miejsca. Albo skrywał kolejną tajemnicę..
Na szczęście nikt się mnie nie czepiał, panował ponury nastrój. Skorzystałam z okazji, by przemknąć szybko do pokoju. Zamknęłam się i runęłam na łóżko. Zaczęłam myśleć o tej całej dziwacznej karuzeli, jaką stało się moje życie. Nie mogłam tego okiełznać.

***

*Andy*
Otworzyłem oczy, oślepiony przez słoneczny promień. Niewiele ich docierało, ale ten jeden przedarł się przez korony drzew. Nie mogłem wczoraj w nocy zasnąć, więc przyjechałem do swojej kryjówki. Momentalnie poczułem bliskość Lynn, a ona była na tyle dobra, że pozwoliła mi spać. Mimo tych kilku godzin nadal odczuwałem zmęczenie. No cóż, warunki nie były najlepsze. Twarde siedzenia z tyłu i w moim przypadku kulenie się z powodu prawie dwóch metrów i braku miejsca. Do tego nie miałem łazienki.. No cóż, dało się przeżyć. Choć chyba pierwszy raz tak zwiałem..
Podniosłem się w końcu i wylazłem z samochodu. Nie miałem butów, więc skarpetki przemokły mi poranną rosą. Zdjąłem je. Musiałem wyglądać komicznie. Wysoki patykowaty typ ubrany w stary t-shirt, stare jeansy, bez kurtki. Trochę marzłem. Ale to miejsce było całkiem klimatyczne.. Przysiadłem obok nagrobka.
- Lynn, co się ze mną stanie?- dopytywałem.
Czekałem chwilę, a w głowie usłyszałem jakby szept:
,,To co ze mną. Chwała."
Westchnąłem.
,,No tak. Ale dla tej chwały muszę ścierpieć tyle samo, co ty.."
,,Prawda. Ale to ekstaza."
Wstałem i bez sensu wpatrzyłem się w napis i datę. Nikt o niej nie pamiętał.. A była kimś wielkim. Cały czas cierpiała. I na co jej się to zdało? Ze mną miało być tak samo..
Choć może po życiu czeka coś lepszego?
Nagle mój telefon zaczął dzwonić. Wyjąłem go z kieszeni przy okazji patrząc na godzinę. O chuj, nie wiedziałem, że już 11..
Sally.
- Cześć - odezwałem się od razu. Brakowało mi jej.
- Cześć - odparła zaskoczona.- Możesz mówić spokojnie, bo jestem w drodze do Carla.
Carl.. Nadal go nie lubiłem. Ona ciągle tylko do niego chodziła.. Coś się święciło.
- O, okej - powiedziałem mimo to.- Nasze spotkanie aktualne?
- Tak jasne. Podaj mi tylko adres i godzinę..
- To niech będzie.. 18? I.. może pójdziemy do jakiejś knajpy? Żeby było.. romantyczniej?
Kolejne zdziwienie.
- No.. dobra..
Już chciała się rozłączyć, ale dorzuciłem.
- Sally! Możesz mi wyświadczyć przysługę?..
- Tak?..
- Przynieś mi buty..

***

*Sally*
Odebrałam telefon.
- Właśnie do ciebie idę.. Gdzie jesteś?- spytałam od razu.
- Wejdź w tę ciemną uliczkę - nie brzmiało zachęcająco.- Albo może lepiej rzuć mi buty, bo pomyślą, że jesteś ćpunką.
- Czemu niby mieliby tak pomyśleć?- zdziwiłam się.- Ktoś tam..
Rozłączył się.
Wykonałam jego polecenie i podeszłam do odpowiedniego miejsca. Niesamowicie ,,dyskretnie" rzuciłam buty. Rozległy się jakieś szmery, a po chwili ujrzałam przed sobą Andy'ego. Wyglądał na zmęczonego, miał rozczochrane włosy, sińce pod oczami. Na sobie miał górę od piżamy, na szczęście czarną.
- Teraz to ty wyglądasz jak ćpun - stwierdziłam. Nie usłyszałam odpowiedzi.
- Chodźmy..
Przeszliśmy kilka kroków i weszliśmy do ciepłego wnętrza kawiarni. Wyglądała trochę jak dom Vicky- wszystko było cholernie przesłodzone, ale tu mi to nie przeszkadzało.
Usiedliśmy przy stoliku w kącie, by nikt nam nie przeszkadzał. Momentalnie podbiegła do nas kelnerka. Chciała zacząć mówić, ale gdy spojrzała na mojego chłopaka, momentalnie się skurczyła i odeszła. Chyba jej nie zachęcał. A szkoda, zjadłabym coś.
- Przepraszam - powiedział.- Po prostu nie chciałem, by się tu plątała.
- Ok - odparłam.
Zapadła cisza. Nikt nie odzywał się przez jakieś piętnaście minut, czuliśmy się bardzo nieswojo. Ale wtedy nagle Biersack się odezwał:
- Posłuchaj, Sally.. Ja.. Ja nie umiem sklecić nic sensownego, więc ci po prostu coś powiem..
- No.. dobra..
- Posłuchaj: nadal mi na tobie zależy.. Nadal cię kocham.. Jesteś moją dziewczyną. Po prostu.. jest mi trudno to udowodnić. Ja.. jestem trochę dziwny i.. po prostu to do mnie nie pasuje. Ja nie ustalam formalności, wystarczy, że coś wiem.. Więc.. Wiedz, że ja nadal cię.. kocham. O kurwa..
Słuchałam nieco zadziwiana. Domyślałam się, że mi to powie, ale w jego ustach to brzmiało tak nienaturalnie, niecodziennie. Jednocześnie pięknie.
- Andy..
- Poczekaj, zaraz skończę - przerwał.- Chodzi mi o to, że w domu.. Nie jest najlepiej. I ja już nie wiem, co robić. Dlatego te wszystkie dziwne akcje się dzieją. Muszę coś wykombinować. Wiem, to dziwne, ale czuję się bezradnie.. Jesteś moim jedynym sojusznikiem. Mam nadzieję, że cię nie stracę przez swoje zachowanie..
- Oczywiście, że nie!- rzuciłam od razu.- Ja.. nie mogę bez ciebie żyć.. Choć jesteś takim świrem.
- Ty też nie jesteś normalna - zauważył.
- No tak, ale nie zamykam się w pokoju na całe dnie i nie nie pozwalam tam nikomu wchodzić..
- Ehh..- westchnął.- To zbyt skomplikowane. Lepiej skupmy się na naszej dwójce. Co mam zrobić, byś czuła się lepiej?
Poczułam się, jakby celowo zmieniał temat, ale ten także mi odpowiadał. Musieliśmy naprawić swoje relacje. W końcu rzuciłam:
- Chociaż czasem okazuj mi uczucia, może być nawet, jak inni nie patrzą. Wychodźmy gdzieś razem od czasu do czasu jak dzisiaj.. I po prostu się do mnie odzywaj, nie oczekuję wiele.
Skinął głową.
- Mam nadzieję, że dotrzymam słowa..
Nieco się zaniepokoiłam. Co było takie trudne w tych rzeczach?  Ale się nie odzywałam. Byłam szczęśliwa, że chociaż próbuje.
Zamilkliśmy. Atmosfera zrobiła się nieco gęsta. Siedzieliśmy tak i tylko czasem na siebie spoglądaliśmy. Obaj pogrążyliśmy się w myślach.
Nie wiedziałam, o co się zapytać. Nie chciałam palnąć czegoś niestosownego. Ale w końcu coś przyszło mi na myśl:
- Andy.. Jak to jest z nagrywaniem płyt i w ogóle?..
Zdziwił się.
- No.. w moim przypadku dość chujowo.
- Ale mi chodzi o to, jak to się robi?
- Hm.. No więc albo masz materiał albo nie. Jak nie masz, to piszesz w studiu, choć ja tego nienawidzę.. Zero atmosfery. No a potem te wszystkie skurwiele dokładają gitary, perkusję i jakieś inne.. No i potem to rejestrują i na koniec zamieniają wszystko w cukierkową papkę. A czemu pytasz?
- Bo.. Carl ma taki pomysł nagrywania albumu.
Na dźwięk jego imienia od razu się najeżył. Może to nie był dobry pomysł. Mimo wszystko wydawał się dzisiaj wyjątkowo opanowany.
- Moja rada jest taka: możecie coś nagrać, ale za bardzo się nie angażuj. Nie żyj tym, bo potem będziesz od nich zależna. W pewnym momencie to się zamienia w biznes.
- Ja też tak myślałam.. Ale może warto by spróbować? Mówią, że mam talent i nie mogę go zmarnować..
- Można posiadać talent tylko dla siebie. Jeśli nie nagrasz płyty, to nie znaczy, że nie masz talentu..
- Chyba tak..
I znów zamilkliśmy. Czułam się, jakbym stąpała po nieutwardzonym, niepewnym terenie. Ale gdybym go przeszła, mogłabym znaleźć coś niezwykle urodzajnego. Uczucie, jakiego jeszcze nie znałam. Miłość. I to prawdziwą.
- Andy.. Kocham cię.
- Ja ciebie też, Sall - użył zdrobnienia, które tak lubiłam.
I wtuliliśmy się w siebie.

***
 
Trochę cukierkowo. W następnym chyba dojdzie ktoś nowy ;p
That's all.
 
 

3 komentarze:

  1. Hej odrazu mowie że nie jestem najlepsza w pisaniu komentarzy więc jak coś to się nie fochaj ;) wczoraj zaczęłam czytać twój blog i właśnie skończyłam wiec zabieraj się do pisania, bo nie mogę się doczekać nowego rozdziału!!! Pierwszy raz trafiłam na tak oryginalny blog, pokazujesz że BVB to skurwiele a nie jak w innych blogach słodcy choptasie XD Kocham ich a w szczególności Andy'ego ale Twoja wersja jest niesamowita :* Więc ogólnie to jest "supi dupi" i czekam na następne rozdziały. Życzę weny i powodzenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście raczej JUŻ nie lubię BVB, ostatni raz ich słuchałam z pół roku temu, więc raczej logiczne, że już się nimi nie zachwycam xd teraz traktuję ich raczej tylko jako bohaterów. Gdybym zaczynała pisać to teraz, na pewno nie byłoby o BVB

      Usuń
  2. Z góry przepraszam za to, że tak późno komentuję, ale nie mam weny na komentarze, a BVB tez juz nie slucham i jakos tak..
    No ale rozdzial mimo wszystko zajebisty <3 Carl z mamą Vicky rozwalił system XD
    Nie wiem, czy juz to mówiłam, ale Andy mnie wkurza na calego ;-; teraz jeszcze jakies szopki odstawia. Niech Sally sie ogarnie i z nim zerwie :c Ja jako prawdziwa fanka tego to fanfiction oficjalnie shippuje Sally z Carlem ❤
    Nie wiem co jeszcze napisac, ogladam wlasnie the walking dead i mnie to troche dekoncentruje xd
    No wiec rozdzial swietny, czekam na kolejny i przypominam o one shotach u mnie <3
    Kocham cie ;**

    OdpowiedzUsuń