wtorek, 30 maja 2017

Rozdział 24: ,,Pościg"


*Sally*
 Dokończyłam pakowanie moich rzeczy i zamknęłam walizkę. Długą sukienkę, którą miałam na gali, miałam ochotę wyrzucić w błoto. Tak samo te niewolnicze obcasy. Czułam się w nich jak Małgorzata na balu u szatana w żelaznym stroju.
- Przepraszam cię, Vicky.. Wiem, że chciałaś zobaczyć jeszcze tyle rzeczy..- usprawiedliwiałam się.
- Sally, już ci mówiłam, to nic wielkiego. Nie jestem tu ostatni raz w życiu!- przekonywała mnie, ale ja nadal czułam się zmartwiona i winna.- Przyjedziemy tu w trasę koncertową. I same będziemy na takiej gali!
- Żadnej gali, nie chcę o tym słuchać. Chcę się po prostu w końcu dobrze bawić.
- No właśnie! Więc głowa do góry, uśmiechnij się i wycisz umysł!
- Nie bądź psychologiem, błagam! To mi się teraz kompletnie źle kojarzy!
- Dobra, możemy trochę pomilczeć.
- Nie..- zaprzeczyłam bez przekonania.- No dobra.
Opadłam na łóżko, opierając brodę na ręce i gapiąc się w sufit. Dziewczyna usiadła obok i mnie przytuliła. Westchnęłam i szybko się odsunęłam, nie chcąc robić scen. Wczoraj pewnie i tak okrzyknięto mnie królową dramatu. Ale i tak byłam dumna. Liczyłam, że ktoś w końcu da Andy'emu w dupę. Wczoraj był pijany i nic go nie obchodziło, ale w najbliższym czasie miał zobaczyć nagłówki wszystkich gazet. Ja na razie wstrzymywałam się przed sprawdzaniem wiadomości.
- Chciałabym już zobaczyć Alice, Robb'a i Carrie'go. To niby kilka dni, a ja już za nimi tęsknię! I nawet chce mi się jechać do tej brudnej, tępej, prostackiej Ameryki! Może tam jeszcze ta zaraza nie dotarła.
- Na pewno. John Lennon uciekł przed sławą do Nowego Jorku, a LA jest wielkie. Mają tam i tak pełno sław i skandali. Ale na wszelki wypadek..- podała mi swoje okulary przeciwsłoneczne, zbiegiem okoliczności lennonki.- Weźmiemy to.
Uśmiechnęłam się i wstałam, chwytając za walizkę. Kolejny raz powtórka z rozrywki. Cieszyłam się za to, że teraz mam przy sobie prawdziwą przyjaciółkę, która na pewno mnie nie zawiedzie.
Najbardziej przerażało mnie, co teraz z jej rodzicami. Czy szukała jej policja? Nie dopadli jej do tego czasu. Ale czy teraz wyślą ją do szkoły z internatem? Przez to całe gówno, jakie ostatnio się działo, całkowicie o tym zapomniałam. Zrobiło mi się głupio i żołądek podszedł mi do gardła.
- Sally nie przejmuj się aż tak..
- Nie, po prostu stresuje mnie pożegnanie z nimi. Będzie niezręcznie, ale głupio tak po prostu wyjść - uśmiechnęłam się krzywo.
- Ja denerwuję się raczej moją rodziną. Nie chcę akcji z policją na lotnisku..- jej udawana radość zbladła.- Napisałam im list, że wracam za około tydzień, ale znając ich na pewno się wkurwili i na pewno nie ucieszą się na mój widok..
- Równo w gówno, podsumowując. Dobra, chodźmy - miałam już dość paradoksów.
Wyszłyśmy, choć wiedziałyśmy, że dziś raczej nic fajnego nas nie czeka.

***
 
Zapukałam do drzwi pokoju Jake'a i Jinxxa, licząc, że nie zobaczę mojego.. byłego.
,,Dość spektakularne zerwanie, jak na taką pierdołę. Ale chociaż wiedzą, że nie dasz sobą pomiatać gwiazdeczce!"
Otworzył nam zmęczony Jinxx. Spodziewałam się, że zobaczę salę tortur, gdzie będą się mścić na Andy'm za to, co zrobił. Ale w pomieszczeniu było zaskakująco cicho i gdy wsadziłam głowę głębiej, nie dostrzegłam wymienionego.
- Spokojnie, śpi jak nieżywy - uspokoił mnie chłopak.- Jest w pokoju Ash'a, ale jak chcesz, możesz pójść i go obudzić - nic nie odpowiedziałam, ale moja twarz musiała mówić ,,niezły sarkazm".- No dobra, rozumiem. Przepraszam.
Wpuścił mnie do środka.
- No.. No to przyszłam się pożegnać. - wybąkałam ponuro. Myślałam, że będzie totalnie drętwo, ale chłopcy wykazali się jakimiś emocjami.
- Jeju, Sally, bez ciebie to będzie masakra. Już się tak przyzwyczaiłem, że ciągle w domu pojawiają się jakieś laski.. Albo istoty laskopodobne!- przytulił mnie Ash. Mimo woli się uśmiechnęłam, a Vicky się zaśmiała. Może w stosunku od nich nie muszę być aż taka chłodna? W końcu chciałam zapamiętać pożegnanie jako coś nietoksycznego.
- Sally, byłaś super - rzucił nieśmiało Christian, ale za to śmielej mnie objął i prawie zadusił. Nawet twardy Jake zgodził się na przytulasa.
- Tak naprawdę to ty trzymałaś porządek - uśmiechnął się blado, jakby czytając mi w myślach.
W końcu nadeszła chwila na Jinxxa. Teraz znowu na niego spadała rola odpowiedzialnego ,,ojca". Ale właściwie powinien nie czuć się pokrzywdzony, kiedyś dawał radę. Chyba musiał mieć z tego jakąś sytuację, jeżeli dotychczas tego nie porzucił. Nawet ja nie wytrzymałam. To on i cała ta gromada naprawdę kochali Andy'ego, nie ja. Jego nie dało się kochać romantycznie, o niego raczej się martwiło i troszczyło, a ja nie powinnam się przywiązywać, bo spędziłam z nim zaledwie niecałe dwa lata. Do tego oni wszyscy mnie wkurzali i miałam ich dość.
,,Przyzwyczaisz się"- przekonywałam sama siebie.- ,,Jeśli wytrzymałaś bez Carla i innych przyjaciół tyle lat, to od tego niewdzięcznika odwrócisz się jeszcze szybciej. Wytrzymałaś tyle lat bez zmarłej siostry.."
- Czy powinienem wygłosić jakąś uroczystą mowę pożegnalną?- zaśmiał się prawie przez łzy i w sumie ja się też trochę wzruszyłam, kiedy mnie przytulił.- Dzięki za wszystko Sally, byłaś świetna. Fajnie się z tobą żyło przez te dwa lata.. Bardzo nam też pomogłaś.. - nie chciał chyba wspominać o Andy'm, bo urwał.- No, leć póki się nie obudził. Powodzenia!
Stanęłam w progu.
- Nie no, ja nie mogę, poryczę się!- Ashley przetarł oko, a ja się zaśmiałam, choć poczułam, że jest mi ich żal.- Christian, daj mi się wytrzeć o swoją koszulkę!
Właściwie gdy byli sami wydawali się bandą uroczych dzieciaków albo przynajmniej miłych gości. Mogłabym od czasu do czasu do nich zaglądać..
,,Nie, nie, nie. Podjęłaś decyzję. Jeśli wrócisz do nich, wrócisz do Andy'ego! Uciekaj, Sally!"
- Sammi pomoże ci się zabrać. Zadzwoń, czy wszystko w porządku albo jej powiedz!
Westchnęłam. Popatrzyłam na Victorię, która też chyba czuła, to co ja. Odwróciłam się ostatni raz.
- A, i Sally!- zatrzymał mnie Jake. Lekko posmutniał.- Przepraszamy za wszystko.. Za bycie grupą dupków. I za niego..
Nie potrafiłam powiedzieć ,,nie szkodzi", bo w wielu chwilach mnie bolało.
- Już to chyba przebolałam..- dodałam zamiast tego.- Cześć.
- Cześć..
Wyszłam, a przyjaciółka zamknęła za mną drzwi.
- Czemu płaczesz? Jesteś pewna..?
- Tak. To tylko chwilowe - wyprostowałam się.- Zwiewajmy stąd.
- Czujesz dreszczyk emocji? Znowu uciekamy!- chciała poprawić mi pomysł.
,,Ale ty nie chcesz uciekać, Sally.."- powiedziała do mnie chyba Lynn.
,,Nie, ale muszę. I uciekam."
 
***
 
*Andy*
Nadal nie wytrzeźwiałem. Kręciło mi się w głowie, wstając z łóżka prawie się przewróciłem. Czułem się, jakbym ważył ze 30 kilogramów więcej, a grawitacja miała odwrotne działanie. Do tego w mojej głowie panowała taka pustka. Ledwie pamiętałem to, że byłem u Danny'ego i razem się upiliśmy. Potem tylko to, że chowałem ten jebany drut do spodni i nabijałem się na niego przy każdym zakręcie. Zabrano mnie od Worsnopa autem. Później na pewno spałem. Może w ogóle nie pojawiłem się na gali?
Z ponurą radością dostrzegłem, że w pokoju nikogo nie ma i jestem wolny. Ciężkimi, krętymi skokami dotarłem do drzwi łazienki, wyciągnąłem skradzione materiały i zacząłem majstrować tak, jak podpowiadała mi pamięć. Kiedyś razem z Lynn to oglądaliśmy, uczono nas tego. To była jedna z nielicznych rzeczy, których udało mi się nauczyć w krótki rok. Ona posiadała ogromną wiedzę mimo młodego wieku. Edukowali ją najlepsi, widząc w niej potencjał, inteligencję i spryt. Gdyby oświeciła innych zupełnie jak mnie, świat wyglądałby teraz zupełnie inaczej. Pozbylibyśmy się tych idiotycznych, egoistycznych małp.
Po niedługim czasie czułem przyjemny ból na swoich udach i ciepłe strużki krwi, które kapały na posadzkę. Zrobiło mi się zarazem słabo i błogo. Wydawało mi się, że zaraz znowu zasnę lub zemdleję, ale nie było takiej opcji. Jeśli już, to powinienem to zrobić na łóżku. Ale czy rozsądnie byłoby tu zostawać? Mój debilny zespół na pewno knuł coś za moimi plecami, prawdopodobnie, jak tu mnie zniszczyć. Powinienem opracować plan i zwiać. Ale jak? Z takim pustym umysłem? Co w ogóle ze sobą zrobić?
I wtedy przypomniało mi się: Sykes. Zemsta. Czy ja się już zemściłem? Tylko połowicznie, chyba wczoraj wieczorem.. Gala! Tak, gala! Walnąłem go, ale tu wszystko się kończyło. Powinienem przeczytać o tym w internecie i się doedukować, ale brakowało mi czasu. Sensowniej byłoby udać się do niego osobiście i dokończyć to, co zacząłem. Ogarnął mnie gniew, dodający siły. Podniosłem się, wycierając podłogę prześcieradłem. Szybko naciągnąłem na siebie jakieś ciuchy, nawet nie wiedziałem, czy moje, czy współlokatora. Do tego luźną kurtkę z kapturem, by nikt mnie nie rozpoznał i ciemne okulary. Trochę pieniędzy na wszelki wypadek, telefon.. No i jeśli chciałem się mścić, to przydałaby się jakaś broń. Golarka? Nożyczki? Potrzebowałem czegoś mocnego, dużego. Ale skąd ja miałem wytrzasnąć pozwolenie na broń?
,,Myśl!"- krzyczałem do swojego umysłu, ale wszystko się w nim mieszało i przelewało. W mózgu słyszałem odliczający sekundnik. Gdzieś w mojej podświadomości zakorzenił się widok strzelby, w znajomym pokoju. Musiałem je widzieć wczoraj. A byłem tylko u wokalisty Asking Alexandrii! Więc tak, od niego na pewno dostałbym spluwę. Bez problemu. Angole lubią takie zabawki, zresztą jak rednecki.
Już chciałem udać się do wyjścia, ale usłyszałem kroki. Nie mogłem teraz spotkać tych nianiek! Niewiele myśląc, zamknąłem drzwi na klucz, zostawiając po sobie totalny syf.
,,Jak teraz sam się wydostaniesz, idioto?!"- przeklinałem siebie.
Istotnie, klamka się poruszyła.
- Andy, jesteś tam?!- usłyszałem pukanie i znienawidzone głosy.
Wtedy przyszedł mi do głowy niebezpieczny, ale skuteczny pomysł. Byłem obeznany w uciekaniu przez okna. Co prawda schlałem się i mój błędnik wariował, ale wychylając się za okno, zauważyłem kilka punktów, o które mógłbym się złapać. Było dość wysoko i z początku ogarnął mnie strach wzmagany paniką, ale czego ja bym nie zrobił? Strach był dla głupich, upadek nie wydawał się wcale taki straszny. Tym bardziej, że walenie stawało się głośniejsze.
- ANDY, OTWIERAJ DO CHOLERY!
Wyskoczyłem na zewnątrz i powoli poruszałem się po gzymsie. Nie było łatwo, zwłaszcza przy ślizganiu się po rynnach, które orały moje pokłute nogi, ale wylądowałem na dachu niższego budynku obok, cudem unikając śmierci. Mogłem co prawda rzucić się w śmieci w kontenerze, który zamortyzowałby (chyba) upadek, ale nie miałem pewności. Jak kretyn zastukałem w okno. Jakaś kobieta za szybą stanęła jak wryta, ale przywołałem ją gestem ręki. Otworzyła okno, a ja wślizgnąłem się do budynku jak jakiś goryl.
- Uprawiam parkour, ale bałem się zejść.. Ratuje mi pani życie!- rzuciłem pośpiesznie i niezbyt przekonująco. Trzymało się jednak kupy, choć w innej sytuacji mogłaby uznać to za żart lub prank. Domyślałem się mimo wszystko, że zaalarmuje policję lub chociaż jakieś inne psy i niedługo rozejdzie się wiadomość o parkourzyście-włamywaczu. Wiałem więc, ile sił w nogach, trafiając do jednej z mniej znanych uliczek w Londynie. Udało mi się nawet złapać taksówkę.
 
***
 
Taksówkarz popatrzył na mnie lekko zdziwiony, ale poza tym chyba mało go obchodziłem. Czułem się jak śledzony, choć nikt za mną nie podążał. Obawiałem się za to, że moi wrogowie zawiadomią policję.
Zdyszany i w pośpiechu wpadłem na podwórko Danny'ego i stanąłem pod jego drzwiami, waląc z całej siły.
,,Ogarnij się, bo od razu widać, że coś nie w porządku. Wcale nie wyglądasz podejrzanie, idioto!"
Starałem się złapać oddech, ale gdy grubas mi otworzył, nadal się różowiłem. Popatrzył na mnie zaniepokojony.
- Witam naszą nową gwiazdeczkę!- poklepał mnie po plecach. Zaciekawił mnie ten zwrot.- Mam już dwie gazety z tobą na nagłówkach, a twój ryj widzę dosłownie wszędzie! Jeszcze ciebie żywego mi brakowało, choć po takiej ilości alkoholu zastanawiałem się, czy w ogóle przeżyjesz!
- Wpuść mnie, mam dość tego gadania o mnie..
- Wiesz, cały świat o tobie trąbi, nie tylko gazety muzyczne, ale i prasa krajowa. Uważają to za największy skandal dwudziestolecia! Ale przynajmniej zemściłeś się na Srajksie.
- Możesz mnie oświecić? Nie bardzo pamiętam..- poprosiłem, rozglądając się nerwowo za strzelbą.
,,Gdzieś ją tu wczoraj widziałem!"- pomyślałem.
- Widzę, że nieźle cię przygotowałem.. Ale ciesz się, przez co najmniej pół roku będziesz największą gwiazdą. Musisz mi obiecać jakiś udział!- denerwował mnie jego dobry humor i rozbawienie. Zdecydowanie nie miałem ochoty na żarciki i anegdotki, bo z pewnością zrobiłem z siebie idiotę. Do tego nie powinienem tracić czasu na gadki. Śpieszyłem się.
- Danny, do rzeczy!
- No to ogólnie rzecz biorąc cały czas latałeś i brałeś coraz więcej kieliszków. To znaczy zataczałeś się, ,,raczkowałeś", skakałeś, zaczepiałeś ludzi, kopałeś ich. Obmacywałeś Ozzy'ego Osbourne'a i o czymś rozmawialiście, a potem mało się na niego nie przewróciłeś i musiał cię podtrzymywać. Przywaliłeś parę razy dla chłopaków, obmacałeś kilka lasek z obsługi, śmiałeś się jak wariat i gadałeś do siebie. Darłeś się na całe gardło lub zasypiałeś na stojąco. Ale najlepszy punkt programu, piękne zagranie: wlazłeś na scenę i przywaliłeś Sykesowi z pięści, aż lała się krew. No i te wasze zapasy! Co ja ci będę opowiadał, zobacz zdjęcia!- podał mi gazetę.. ,,Daily Mail". Okładkę zdobiła moja twarz.. Z rozmazanym ciemnym makijażem, tłustymi włosami opadającymi włosami na twarz i porwanym garniturze. Pode mną leżał Srajks i osłaniał się rękami. Jednocześnie wzbudzałem własną odrazę i sytuacja wydawała się głupia i dziecinna, ale jeśli miałem w sobie wiele odwagi, by to zrobić...
Przejrzałem resztę dziennika i znalazłem więcej relacji i fotografii. Ta, na której musi mnie trzymać sama legenda rocka, trochę mnie zawstydzały, bo przypominałem obślinione dziecko z autyzmem. Zdjęcia prezentowały chaos nie do opanowania, większy od koncertów punkowych. Ostatnie zdjęcie zwróciło moją uwagę. Sally dała mi z liścia? O cholera, musiałem ją wkurwić, jeśli taka dziewczyna mnie uderzyła. Ale należało mi się, prawda? W tym 12-stronicowym artykule na pewno znalazłbym odpowiedź..
Przyglądałem się temu wszystkiemu nieco wstrząśnięty, nie do końca zadowolony. Ale tak w końcu chciałem. Trudno komuś dyskretnie przyjebać na scenie przed wielotysięczną publicznością. Liczyłem na to, że znajdę respekt choć u garstki osób, które nienawidzą tego pedała.
- Dobra, Danny, mam do ciebie sprawę..- westchnąłem, próbując złagodzić poczucie, że się śpieszę.
- Okej, coś poważnego?
- Nie, ale muszę wyjechać za miasto trochę odpocząć.. Wiesz, odreagować.
- Jak ja mam ci pomóc ,,odreagować"?- uniósł brwi w łobuzerskim geście.
- Pożyczysz mi strzelbę? Chciałbym trochę postrzelać do jakiś ptaków, zwierząt.
- Uuu, widzę zew natury się w tobie obudził, bestio. Najpierw Sykes, teraz wyrżniesz nam las?
- Danny, grubasie, nie wkurzaj mnie!- udawałem, że sobie żartuję.- Wolałbyś, bym poprosił cię o kosmetyki?
- Dobra, rozumiem, dostałeś wczoraj okresu. Chodź, to sobie wybierzesz.
Zszedłem z nim do piwnicy i powoli zacząłem sobie przypominać, jak chlaliśmy i prawdopodobnie zachowywaliśmy się wyjątkowo obscenicznie. Piwnica przerobiona na barek wyglądała dość chaotycznie.
Stanęliśmy przed ścianą, na której wisiały profesjonalne spluwy.
- No, to teraz sobie wybierz.
Wziąłem tę, która wydawała mi się największa i najniebezpieczniejsza. Jej właściciel dał mi także pociski. Właściwie nadal nie byłem pewny, do czego wykorzystam coś tak silnego. Wystrzelam jebanemu Angolowi kundle? Zrobię jednoosobowe oblężenie domu? Powybijam wszystkie szyby i postrącam żyrandole? Postraszę? Wizja zabójstwa mimo wszystko wywoływała u mnie dreszcze.
- To co, chyba będę się zbierać?..- rzuciłem nerwowo, krzywo się uśmiechając.- Teraz tak wcześnie robi się ciemno.. yyy..
- Nie zostaniesz na browarka?
,,W dupie mam twoje browarki!"
- Nie, dzięki.
Jakby nigdy nic dałem się odprowadzić do wyjścia, niosąc broń w worku na śmieci, by nikt się nie domyślił. Byłem skazany na taksówkę, bo oczywiste wydawało się, że las nie leży przy chacie mojego największego wroga.
- Przejdę się chwilę, okej?- popatrzyłem na niego błagalnie, gdy już chciał uruchomić auto.
- No jasne, pooddychaj świeżym powietrzem, staruszko!- rzucił za mną sarkastycznie, trochę już zirytowany i podejrzliwy. Tym bardziej powinienem się zmywać.
Nie odpowiedziałem słowem i trochę pokracznie ruszyłem do furtki. Włosienica wbijała mi się w udo i nie mogłem zaprzeczyć- sprawiała ból, który dawał satysfakcję. Martwiłem się trochę, że Danny, który nie spuszczał ze mnie wzroku, zobaczy plamę brwi na moich spodniach.
,,Co cię obchodzi ten jebany kretyn?! Skup się, masz misję, a rozważasz, czy uzna, że faktycznie dostałeś okresu!"
Nie wiedziałem, czy ja to pomyślałem, czy Lynn. Takie rozbawienie było u niej rzadkością, to ja wymyślałem takie kretyńskie żarciki.
Przybrałem poważniejszy wyraz twarzy i jak zabójca wypuszczony z więzienia, wyszedłem na ulicę.
 
*** 

*Sally*
 Jakąś godzinę temu dojechałyśmy na lotnisko. Szybko się odprawiłyśmy i teraz czekałyśmy na nasz lot. Przeszłyśmy przez lotniskową księgarnię, by jakoś zająć sobie czas. Vicky ugrzęzła w dziale z fantastyką, a ja gapiłam się w skupieniu na najnowsze tytuły i bestsellery. Zastanawiałam się, czy na podstawie ostatnich dwóch lat mogłabym napisać książkę. Na pewno nie przeszłaby cenzury i zostałaby zakwalifikowana do jakiegoś chorego gatunku. Masochizm? Horror? Patologia?
Ciekawiło mnie, czy w tej samej chwili ci, których zostawiłam, o mnie myślą. A może Andy nadal spał i nie zdawał sobie sprawy z tego, że niedługo będę już wiele kilometrów od niego? W sumie nie chciałam, by o mnie pamiętał i mnie ścigał, ale głupio by było, gdyby tak szybko mu przeszło. Na pewno miał inne zmartwienia niż ja.. Na przykład, jak tu się wyrwać z Anglii nie robiąc jeszcze większej sensacji.
Wyjęłam telefon, bo mi tak nie miałam nastroju na czytanie. Chciałam wyczyścić swój umysł z informacji. Choć może nowa książka pozwoliłaby mi się zająć fabułą, jakimiś sztucznymi problemami? Mimo to postanowiłam odczytać wiadomości. Zobaczyłam, że jedna z nich jest od Carla i zawiera milion serduszek, emotikonek i języka pokemonów. Już chciałam odpisać, ale coś zwróciło moją uwagę. Jinxx?
Rozejrzałam się, jakby ten SMS był jakąś tajemnicą państwową i w końcu przekonałam się, by sprawdzić, w czym rzecz. Ten piernik nigdy nie pisał, bo uważał to za niepoważne. Zresztą powinniśmy już się do siebie nie odzywać, taki był układ. Co go jego zdaniem unieważniało?
,,Andy zwiał."
Wywróciłam oczami i głośno wypuściłam powietrze nosem, by się nie wkurwić. I tak krew się we mnie zagotowała.
,,Już mnie to nie obchodzi."- wstukałam pośpiesznie. Wyraziłam się chyba jasno, a potrafiłabym wyraźniej.
,,Nie pisał do ciebie, nie dzwonił? Sally, błagam, tylko do mnie zadzwoń.."
,,Do czego ja ci jestem potrzebna?! Spierdalaj!"- wkurwiłam się.
,,Możesz się przydać Sally, jesteś w tej części Londynu, co on.. Przynajmniej tak podejrzewamy."
Już chciałam napisać długą wiązankę przekleństw, ale uznałam, że jeśli wywrzeszczę mu to w twarz, to lepiej poskutkuje. Chciał pogadać przez telefon? Byłam gotowa na swój długi, wulgarny monolog upiękrzony dodatkowymi porównaniami.
Podeszłam do swojej przyjaciółki i rzuciłam jakby od niechcenia:
- Przeglądaj dalej, skoczę tylko do toalety.
Ona od razu mnie przejrzała, co mnie raczej nie zdziwiło. Ten dzień już mnie wkurzał.
- Z kim będziesz gadać przez telefon?- spytała zmartwiona.- Chyba nie z Andy'm?
- Nie, on się zresztą nie zniża do poziomu komunikacji z ludźmi - stwierdziłam ironicznie i potrząsnęłam głową.- Ale chodzi o niego. Zamierzam dać Jinxxowi i reszcie jego ochroniarzy do zrozumienia, że są natrętni i mnie to wkurwia, delikatnie mówiąc.
Westchnęła, patrząc na mnie, jak na małe dziecko, które nie potrafi nic załatwić.
- Dobra, wyjaśnij mu. Ale następnym razem już lepie, byś rozwaliła telefon, niż się przez nich wkurzała. A jeśli będą przeginać, to ja osobiście się nimi zajmę. Mianowicie rozwalę telefon o nich.
- Okej, idę. Postaram się załatwić to szybko - obiecałam i truchtem ruszyłam do kibla. Czułam się, jakby wszyscy mnie gonili i nie dali mi odejść.

*Andy*
W końcu udało mi się złapać taksówkę. Szedłem ulicą na chwiejnych nogach, lekko kulejąc i dysząc z bólu. Pod kurtką trzymałem spluwę w tym obciachowym worku. Do tego miałem rozczochrane włosy i czułem się jak chodząca definicja kaca.
Wsiadłem do czarnego pojazdu i niskim, ochrypłym głosem podałem adres. Dawno nie paliłem i odczuwałem straszny głód. Zawahałem się chwilę, bo w końcu w autach raczej się nie pali, ale w końcu spytałem:
- Ma pan papierosa?
- Tak.
- Mogę jednego?
- Tutaj? Zapalić?
- Tak. Mogę nawet zapłacić.
- Dobra, masz - dał mi go pośpiesznie, widocznie obawiając się, że jestem kimś groźnym i nie chcąc wchodzić mi w drogę. Spluwa wystawała mi spod ubrania. A może kojarzył mnie z gazet?
Wziąłem od niego papierosa i poczułem się naprawdę szczęśliwy, gdy jego smród rozszedł się po wnętrzu auta. Ręce mi zmarzły, a delikatny żar idealnie je ogrzał. Mimo przyjemności czułem, jakby moje płuca i gardło ktoś pokrył chropowatym asfaltem. Nie dawałem za wygraną, nawet patrząc na swoje zakrwawione spodnie.
Nie chciałem jakiś pytań od jednego z tych wścibskich Angoli. Z natury wiedziałem, że bywają wścibscy. Poza tym wczoraj wieczorem stałem się niesamowicie sławny i ten typ mógł pójść do pierwszego lepszego brukowca, by się wzbogacić.
Na szczęście zaczęło lać i deszcz tak bardzo walił o szyby, że skutecznie zagłuszyłby każdy dźwięk.  W tym także mnie chodzącego po posesji Sykesa.
Droga się ciągnęła, co sprawiło, że znowu dopadły mnie wątpliwości. Zacząłem się głębiej zastanawiać nad tym, co ja właściwie robię i co zamierzam jeszcze zrobić. W tej chwili w mózgu czułem tylko niepokój, dym i procenty. Dawały się we znaki osłabienie, niewyspanie i ból głowy, dodatkowo potęgowane przez napięcie i wewnętrzny dylemat.
Miałem broń, zszarganą reputację, syf w płucach, wielu wrogów i absolutny brak uczuć. Poza tymi do jednej osoby.
Odpowiedź wydawała się wręcz oczywista. Chciałem wypełnić wolę Lynn. Wolę naszego przywódcy, którego okrucieństwo tak mnie martwiło i przerażało.
Akurat, kiedy o tym pomyślałem, zakręciło mi się w głowie. Szarość kropli za szybą rozlała się, a mi wydawało się, że zwymiotuję. Zgiąłem się w pół i opuściłem głowę, układając ją między kolanami.
Ogarnęło mnie otumanienie i uczucie, jakby ktoś przyłożył mi w czaszkę. Chyba przegiąłem z ilością używek i wrażeń, a mój organizm tak domagał się odpoczynku.
Kaszlnąłem głośno i taksówkarz odwrócił się zaniepokojony.
- Wszystko w porządku?
,,Oczywiście, że, kurwa, nie!"
- Taaaak..- podniosłem się, ale obraz wyglądał, jakbym się czegoś naćpał, a światło raziło niemiłosiernie. Zupełnie jak patrzenie przez pęknięte okulary. I wtedy skierowałem wzrok na lusterko kierowcy. Odbijała się w nim tylna szyba.
Złapałem się kurczowo za oparcie fotela. Czy ja miałem halucynacje czy to naprawdę?!
Czy ja na pewno dobrze widziałem?! Spojrzałem za swoje plecy i odczytałem.
,,MÓJ ZABÓJCA..."
Zaparło mi dech w piersiach.
,,Czyli jednak Lynn? Mam być aż tak ambitny?! LYNN!"
Gapiłem się na napis, nie mogąc w to uwierzyć. Chciałem ją wezwać, ale nadaremno. Nie mogłem wrzeszczeć, a chciałem.
Aż nagle wszystko zniknęło. Oniemiałem.
Ale przynajmniej już wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, to sam ucierpię.
Lepiej zabić wroga, niż zaprzepaścić swoją wieczność. Pozbyć się kogoś, kogo się w końcu nienawidzi.
Powinienem wziąć się w garść.
,,Zabójca, zabójca, zabójca..."- dźwięczało mi w uszach. Do tego ,,mój zabójca"!
Mimo mojej woli i chęci bycia okrutnym i dokonania zemsty, poczułem łzę pod powieką. Otarłem ją szybko, starając się ukryć swą słabość przed światem i samym sobą.
,,Dasz radę!"
- Dziwny typ..- mruknął taksówkarz.
- Wiem - powiedziałem sam do siebie, nadal sprawdzając tylną szybę. Jeden znak widocznie miał mnie przekonać.
,,Dobrze, Lynn. Tak zrobię."
 
*Sally*
Wślizgnęłam się do toalety i już myślałam, że wpadnę na tłum niecierpliwych, nieprzychylnych kobiet, spychających mnie na koniec kolejki. Okazało się, że w pomieszczeniu jest totalnie pusto. Nie powinny mnie ciekawić tak idiotyczne i codzienne sprawy, zwykły zbieg okoliczności, ale, jak wiadomo, byłam znana ze swoich rozkmin we wszystkich możliwych dziedzinach. Zresztą w tej sytuacji miałam prawo się dziwić. Przecież to było Heathrow, nie jakieś prowincjonalne lotnisko, do tego pora, gdy przylatywało i odlatywało najwięcej samolotów! A może był zakaz wchodzenia? Tylko personel?
,,Sally, ogarnij się, nie robisz nic złego! Masz tylko zadzwonić!"
Zaśmiałam się sobie w twarz, patrząc w lustro, choć wcale nie było mi do śmiechu.
- Idiotka!- wyszczerzyłam się, wyjmując komórkę z kieszeni spodni. Chciałam to zrobić jak najszybciej, a moje ogarnięte gniewem palce się trzęsły i nawet nie miałam czasu, by zauważyć, że telefon wyślizguje mi się z ręki i leci prosto na klejącą się podłogę, a następnie rozbija się o nią z trzaskiem.
- Cholera!- zaklęłam, pośpiesznie podnosząc urządzenie. Pobiłam ekran, no pięknie! Ten telefon dostałam od Sammi na Boże Narodzenie, więc teraz nie byłoby mnie stać na jego naprawę lub nowy model.
Wkurzyłam się jeszcze bardziej niż wcześniej i zastanawiałam się, czy by nim nie rzucić. I tak nie miałam już nic do stracenia. Do tego natręta Jinxx dałby mi spokój!
Podniosłam się i spojrzałam w lustro, starając się opanować. Wszystko szło nie po mojej myśli.
,,Wdech, wydech.."- powtarzałam sobie, ale moja część krzyczała, że nie powinnam tu przychodzić. Poza tym w każdej sytuacji byłam niezdarą.
Oparłam się zrezygnowana o ścianę, nie wiedząc, czy w końcu powinnam odpowiedzieć niańkom Biersacka. Co on właściwie kombinował? Jak zwiał z hotelu, jeśli byli tuż przy nim i nie odstępowali go na chwilę? Nigdy nie zostawiali go całkiem samego. Gdybym zapytała, wiedziałabym. Yhhh, nie! O tym nie było mowy.
Już chciałam wyjść, bo powinnam zrezygnować. Koniec to koniec!
Położyłam dłoń na klamce, by uciec jak z klatki swojego umysłu. I wtedy dostałam czymś ciężkim w głowę, a przynajmniej tak się poczułam. Miałam wrażenie, że za mną ktoś znikąd się pojawił.
Na chwilę mnie zamroczyło, a gwiazdki zawirowały mi przed oczami. Upadłam na brudne kafelki, uderzając się w czoło.
Odzyskałam częściową przytomność. Odwróciłam się przerażona. Czyli jednak ktoś tu był?!
Musiałam stąd zwiewać! Nie obchodziło mnie już nic, ktoś definitywnie mnie ścigał!
Mimo zawrotów głowy, podniosłam się, ciężko dysząc. Widziałam jak po LSD, a obraz wydawał się lekko przekrzywiony w czarne plamki.
Gdy odwracałam głowę, przed oczami mignął mi jakiś napis na lustrze. Czerwony i wielki. Był tak wielki, jakby celowo miał przykuć moją uwagę. Ale skąd on wziął się tam tak nagle?!
Moje serce zabiło w tempie wyścigówki.
Choć czułam się jak w horrorze i moje życie powinno być teraz ważniejsze, przeczytałam, załamującym się głosem:
-,,..ON JEST BLISKO"..
Zmarszczyłam brwi.
,,Ale kto?! I kim jesteś?! Demonem?! Człowiekiem?!"
- Jest tu ktoś?!- zdobyłam się na odwagę i możliwe, że głupotę.
Stanęłam jak wryta, obserwując jak za mną pojawia się kobieca sylwetka. Niska i chuda, ubrana w białą piżamę, z wielką dziurą w brzuchu, z której sączyła się świeża krew. Wytrzeszczała oczy w strachu i lekko uchylała usta, jakby chciała krzyczeć, ale nie mogła. Jej bladą skórę znaczyły siniaki i nacięcia, włosy opadały w bezładzie na wychudzoną sylwetkę.
Rozpoznałam ją idealnie. Lynn. Lynn w dniu jej zabójstwa. Taką ją zapamiętałam i to mnie dręczyło od dzieciństwa.
Chodziło o jej zabójcę, który do dzić pozostawał nieznany. Miałam go odnaleźć. Pomścić ją.
Chciałam się odwrócić i jej dotknąć, zapytać o coś jeszcze, ale już zniknęła. Nie zdążyłam nawet wyrazić swojego przerażenia ani rozpaczliwego współczucia.
Wtedy wszystko ucichło. Powróciła wyrazistość obrazu i barw. Zniknął nawet okropny napis.
Ścigał mnie. A to ja miałam ścigać jego. Taki postawiłam sobie cel na początku. Ale właściwie kogo szukałam?
Wybiegłam z niepozornego pomieszczenia z jeszcze bardziej zapętlonymi myślami, a do tego totalnie wystraszona.
 
***
 
Znalezione obrazy dla zapytania alice in wonderland running



wtorek, 21 marca 2017

Rozdział 23: ,,Gładzenie żaberzwłoka"


*Sally*
 - Sally, jesteś!- przywitała mnie Hannah, praktycznie rzucając mi się w ramiona. Jej ciepły uśmiech poprawił mi nastrój.- I jak się czujesz, nasza gwiazdo?
Zaśmiałam się.
- Nie mów do mnie jak mamusia, jesteś starsza 2 lata! I to nie ja tu jestem gwiazdą, jestem dodatkiem..
- Oj, nie umniejszaj tak swojej roli, gdyby nie ty, Andy by pewnie nie przyszedł!
Trochę się skrzywiłam.
- Ej, to miał być komplement, jesteś super dziewczyną! Potrafisz pobić swojego chłopaka i na siłę go tu przywlec, a kto by pomyślał?
- Hannah, Sally raczej nie chce, by wszyscy kojarzyli ją jako dziewczynę Andy'ego - wtrącił Oli sztywno, ale kuksaniec pod żebra jego dziewczyny go rozchmurzył.
- Oj, pseplasam! A może ma ci zrobić tak samo? Wszyscy wiemy, że kiedyś skopie ci tyłek, bo zostanie jeszcze większą gwiazdą!
- Na pewno..  Ale dzisiaj to ja zgarniam nagrodę!
- Ukradnę trofeum Andy'emu, o ile zechce je w ogóle przyjąć.
- Jeśli je przyjmie, to na następny dzień szukaj go w śmietniku.
Oliver jednak nie załapał żartu, znowu trochę zmarkotniał i zrobiło mi się głupio, że z mojej inicjatywy zeszliśmy na ten temat.
- W porządku z nim?- dodała ciszej Hannah.- Pytam z troski.
Wzruszyłam ramionami zupełnie, jakbym go nie znała.
- Raczej wolelibyście go nie spotkać.
- I tego się trzymajmy - zakończył szybko Sykes, patrząc na, zapewne drogi, zegarek.- Już prawie czas, chyba muszę znaleźć resztę. Jak dzieci, wszystkim się jarają! A już na pewno darmowymi drinkami!
- Wszyscy musimy kogoś pilnować..- wypowiedziałam cicho pod nosem.
- Adoptujemy cię, Sally, możesz w sumie uchodzić za naszą córkę, prawda?
Przytuliłam ją.
- Ciekawe, czy to będzie w prasie? Musiałabyś mnie urodzić jako dwulatka, to mogłoby trafić na okładki.
- Oli, pocałuj mnie, bo wyjdzie, że zdradzam cię pod twoim nosem!- dziewczyna przyciągnęła do siebie chłopaka.
- Już ja im wybiję to z głowy - cmoknął ją.- A potem dowiodę tego jeszcze lepiej.. W domu się siebie nawzajem.. naoglądamy.
- To sobie otwórz album ze zdjęciami, nie jestem aż taka niewinna. Nie rób ze mnie świętej dziewicy!
- Naprawdę?! Przecież mieliśmy czekać do ślubu?!
- Nie myśl o tym! Sama cię obejrzę!
- Dobra, koniec tych miłosnych gatek, ja też tu jestem! Jeśli macie flirtować to w trójkąciku!
Wolałabym, by Biersacka i mnie ukazali raczej tak niż jako patologiczną parę. Do tego ten tekst z małżeństwem.. Zaczynało się nieciekawie. Na pewno nie zamierzałam skończyć jako patologiczne małżeństwo.
- No dobra, a co...- nagle urwał Oli i odwrócił ode mnie wzrok.- Chyba muszę się zbierać, nie ma czasu! Pogadamy później!
- Co jest, Oli?! Nie urywaj tak!- zdenerwowała się Snowdon. Zastanawiałam się, co tak zdekoncentrowało jej partnera. Dostrzegłam, że chłopak patrzył za moje plecy. Odwróciłam się i wstrzymałam oddech.
No oczywiście, moim oczom ukazał się mój schlany ,,przyszły mąż". Wchodził właśnie po schodach na małe podwyższenie, choć przypominało to raczej czołganie się i coś naprawdę wyczerpującego. Wpadał na praktycznie każdego, kto przechadzał się obok. Nie miałam pojęcia o muzykach i sławach, ale te znane twarze nawet ja kojarzyłam. Zresztą na takiej gali mogły otaczać nas tylko i wyłącznie sławy. W oddali widziałam też całą resztę naszej grupy, która najpewniej go ścigała. Powinni go teraz ogarnąć, bo zaraz miał wygłaszać swoją filozoficzną, motywacyjną przemowę. Tymczasem krzyczał coś niezrozumiale i nie potrafił złożyć poprawnie zdania. Pewnie wziął jeden (lub więcej) z tych kieliszków szampana, które roznosiły cycate panienki w stylu Jenny Jameson i całkowicie się spił. Wolałabym, by teraz przegiął i zasnął, ale on widocznie zmierzał ku nam i przepełniała go pewność siebie.
Stałam jak wryta. Nerwowo popatrzyłam na Hannah'ę, która wzruszyła ramionami i odpowiedziała mi współczującym spojrzeniem.
- Może łaskawie podasz mi rękę, dziewczynko?!- skarcił mnie głośno i prostacko pijak. Chętnie kopnęłabym go w jaja, bo tam akurat sięgałam, ale musieliśmy sprawiać dobre wrażenie, więc z rezygnacją mu pomogłam. Jak wielki trup stanął na przeciw swojego wroga, ściskając mnie mocno. Ukryłam twarz w dłoniach i poczułam się jak idiotka. A pomyśleć, że jeszcze przed chwilą rozmowa toczyła się normalnym torem.
- Jesteś, kurwa, bigamistą?! To jakiś harem?!- spytał się Sykesa.- Brudne łapy precz, ty chuju! Idź komuś wsadzić, czy co tam lubisz!
- Nie będę tego komentował - syknął Oli z jak największym spokojem.- Nie będę sobie psuł reputacji gadkami z takimi obszarpańcami.
- Ooo, jak kulturalnie! Czytałeś słownik? Pewnie znasz więc słówko ,,spierdalaj"?!- śmiał się z własnego żartu, choć wszyscy wydawali się zażenowani.- Dobry chłopczyk, pozwolę ci sobie obciągnąć! Wiem, że tylko na to czekałeś przez te kilka lat!
- Pozwól mi wyjaśnić - przerwał Oli z sarkastycznym uśmieszkiem, widocznie nie zdając sobie sprawy z tego, do czego Andy jest zdolny po pijaku lub gdy ktoś wyprowadzi go z równowagi.- Dzisiaj wszystko wyjaśnię i będę czysty! I wszyscy mi uwierzą, bo to po mnie widać! A ty zostaniesz pijakiem, skurwysynie, i to j zacznę ci wypominać, jakie obrzydliwe rzeczy zrobiłeś! Dla Sally też..
Rozległ się tępy śmiech.
- Sally, czy ja ci coś kiedyś zrobiłem?!- spojrzał na mnie chamsko Andy. Nie poznawałam go, ale czułam jak przewierca mnie wzrokiem i czułam się okropnie.
- Zamknij się, wszyscy nas słuchają!- warknęłam cicho, ale widocznie nie odbierał zbyt dobrze.
- Zero odpowiedzi, i co?!- pijak poczuł się wygranym.
- Nie dziwię się jej.. Bałabym się ciebie na jej miejscu..- wtrąciła się Snowdon, choć nie tak pewnie. To nie był najlepszy pomysł z uczciwą argumentacją i świadkami.
 Już myślałam, że mój chłopak coś jej zrobi, ale jedynie syknął:
- Lepiej przypomnij sobie wasz ostatni seks, malutka. A potem wypierdalaj do czarnuchów, jak najdalej od tego zboczeńca!
Wszyscy poczuliśmy się urażeni.
- Ty skurwielu, chyba zmieniłem zdanie! Już nie żyjesz!- Oli już był gotowy chwycić go za gardło, ale Hannah zachowała powagę i starała się zignorować urazę na honorze. Udało jej się na chwilę opanować sytuację, ale nie na długo.
- Kochanie, nie przejmuj się tym chamem.. A przynajmniej zostaw to na później!
- W międzyczasie nie wyżywaj się na niej!- dodał przeciwnik, wskazując na dziewczynę.
- Andy, naprawdę zamknij ryja choć jeden raz!- wyrwałam mu się.- Jeśli nie ogarniesz dupy teraz, to niedługo cały świat będzie o tobie paplał!- obejrzałam się na paparazzich.
- A myślisz, że o co mi chodzi?!- zwrócił się do mnie.- Chcę, by cały świat wiedział, jakim on jest gównem!- pokazał palcem na wroga. Już chyba chciał krzyczeć, ale na ratunek przybyła reszta zespołu. Widocznie mieli mokro w majtkach.
- Już i tak za dużo odwaliłeś, jedna sensacja na dziś wystarczy!- denerwował się Ashley.
- Kurwa, Andy, co ty wyprawiasz?!- syknął Jinxx, lekko łapiąc chłopaka od tyłu.- Ogarnij się, wszyscy nas obserwują!
- Jeśli ci to przeszkadza, to wypierdalaj! O to mi właśnie chodzi! Tam są drzwi!- zamachnął się pięścią.
- Jesteś nienormalny, zawsze to powtarzam.. Przynajmniej się zamknij!
- Przecież mówiłeś mi, że mam gadać.. To w końcu publiczne wystąpienie, chyba powinni je oglądać, no nie?
- Obrażanie Sykesa to nie jest twoja rola! Nieważne, co zrobił!
Wspomniany zmarszczył brwi wyraźnie zirytowany.
- Już on mnie kiedyś obraził! Ma za swoje, przebrzydły kutas!
- Jake, ucisz go jakoś dyskretnie!- błagał starszy, załamując się.
- Oni mają rację, jesteś zwyczajnie popieprzony. Udam, że te uwagi to tylko wytwór twojej choroby..
Wtedy Andy wyrwał się wszystkim i zaczął się debilnie chichrać, jakby usłyszał najlepszy żart w życiu. Wyglądało to żałośnie i zaczęłam podważać własną teorię o tym, że nie ma czegoś takiego jak choroby psychiczne. Szczerze to już widziałam Andsa siedzącego w białym pokoju bez klamek, gadającego sam do siebie. Pasował tam lepiej ode mnie.
Na szczęście do scen między dwoma panami nie doszło, bo po chwili zjawiła się reszta BMTH, by zgarnąć Olivera. Dobrze, że gonił nas czas, bo w przeciwnym razie pewnie rozpętałaby się prawdziwa wojna na pięści. Naprawdę nie chciałam, by Oli tak się przeze mnie stresował, a Hannah niepokoiła. Popatrzyłam na nią smutno, a ona szepnęła:
- To nie twoja wina, naprawdę nic się nie stało. Wszyscy już wiemy, że Andy jest.. No, nieco szalony.
Przełknęłam łzy i starałam się utrzymać sztuczny uśmiech na ustach.
- Kto najpierw ma występować? Wy czy BMTH?- spytałam Asha drżącym głosem.
- Z tego, co wiem, to BMTH, ale będą nas wywoływać. Cholera, sram ze strachu, że Andy coś palnie..
- Może zamienić to w żart? Robić z siebie idiotów, by myśleli, że to celowo?- wtrącił się CC.
- Nie, nie możemy z siebie zrobić bandy pacanów. Zwłaszcza przed tymi wszystkimi sławnymi ludźmi i paparazzi. I tak już wyglądamy jak idioci. Fałszywi kretyni i tyle.
- Przed naszymi własnymi idolami.
Westchnęliśmy.
- To mój ostatni wieczór jako jego dziewczyna i naprawdę wolałabym go lepiej zapamiętać - rzuciłam bardzo cicho. Skamienieli. Starałam się nie patrzeć im w oczy.
- CO?! RZUCASZ GO?!
- Ciszej! Właśnie nagadał mediom, że planujemy ślub, więc może na razie nie wyprowadzajmy ich z błędu!
Już chcieli to skomentować, ale musieliśmy się zbierać.
- Pogadamy o tym później.. Może uda mi się cię jakoś przekonać.
- Nie, to skończony temat. Już podjęłam decyzję. To będzie dla niego niespodzianka w zamian za wszystkie jego.
Jinxx praktycznie wepchnął mi wspomnianego pod ramię.
- Jakoś damy radę.
Czułam się, jakbym szła w orszaku pogrzebowym lub jak czyjś karłowaty ochroniarz. Albo jakby to nas ze wszystkich stron otaczali nas gliniarze. Sama kurczowo trzymałam za rękę pijaka, co musiało wyglądać naturalnie, ale w głębi miałam wrażenie, że jestem niańką. I to chyba tylko tak dało się poradzić sobie z tym szaleńcem.
Zajęliśmy miejsca w specjalnej loży wydzielonej dla celebrytów. Rozglądając się, widziałam same znajome twarze. Jakieś gwiazdy pop, prawdopodobnie kilka legend rocka, zasłużone dinozaury.. Nie mogłam jednak swobodnie się rozejrzeć, bo przez pusty śmiech Andy'ego wszyscy nas obserwowali, a właściwie jego. Jakiś zespół z kolesiem w lennonkach na czele się z niego śmiał, inny chrząkał znacząco, a pewna szatynka lustrowała nas nieprzyjemnym wzrokiem. Myślałam, że teraz stanę się prawdziwą gwiazdą, a zostałam raczej popularną idiotką. Powinni jeszcze napisać, że to ja źle wpływam na swojego partnera!
Nie pasowałam tu i czułam, że żołądek podchodzi mi do gardła.
Zespół próbował opanować swojego frontmana, a ja udawałam, że go nie widzę, co było bardzo trudne.
- A wy, co się, kurwa, gapicie?!- wydarł się na kogoś sławnego.
- Jest jeszcze bardziej pierdolnięty niż mówią!- usłyszałam nieprzychylne szepty.- Pewnie oni i ta dziewczynka też! Może to pedofil?
Odwróciłam się, zabijając gwiazdora wzrokiem.
- Masz coś do nas, nudziarzu?- odważyłam się pisnąć. Widocznie i tak już miałam zepsutą reputację, a gniew pozwalał mi się ośmielać.- Lepiej załóż te swoje okulary słoneczne i gap się na cycki hostessy! No dalej, bądź gwiazdeczką!
Trochę go zatkało i poczułam satysfakcję, ale zorientowałam się, że niedługo każda osoba na świecie zacznie mnie rozpoznawać jako chamskiego krasnala. Powinnam uważać na słowa i pozostawać chłodna.
- Dojebałaś mu, bardzo dobrze, ty dziwko!- Andy'emu już chyba do reszty się wszystko pomieszało.
- Ty też się zamknij, dziwkarzu!- syknęłam.
- Patologia..- tym razem się powstrzymałam, wzdychając ciężko.
- Nie wystarczy ci, że cały świat ma cię za pojebusa?!- trzepnął go Pitts.
- Jak ja cię zaraz pojebię!- zamachnął się Biersack, ale widocznie stracił już całą równowagę, bo mało nie spadł z krzesła.- Albo Sykes... O nie.. O.. NIE!
- Może uchlać go do reszty, by zasnął? Moglibyśmy skłamać, że zemdlał..- zasugerował Christian.
- Jeśli jeszcze bardziej go uchlamy, to rozwalimy mu wątrobę.. Jeśli go nie zabijemy na miejscu - zauważył Ashley.- I jeśli już tu jesteśmy, to odbierzemy nagrodę. Najwyżej my wygłosimy mowę.
- Teraz to jeszcze przejdzie, ale musimy powiedzieć światu o tym, że jest chory i na jakiś czas zawiesić trasy, tak będzie dla niego lepiej.
- Jinxx, ty chuju, co ty tam pierdolisz?!
- Zamknij ryja!
Wtedy przeszła obok nas jakaś cycata laska, niosąca różne drinki, raczej mocne. Liczyłam na to, że wykażą się rozumem i nic nie wezmą, ale Ashley nawet się nie wahał. Przy ludziach nie mieliśmy też możliwości wyrwać kieliszka z ręki wokalisty. Spiorunowałam go wzrokiem.
- Dzięki, pójdziesz ze mną na górę, ślicznotko?!- ohydnie wyszczerzył się mój chłopak.
- A słyszałam, że to on myśli o jednym - pokazała palcem na Purdy'ego i skrzywiła się.- Wszyscy jesteście tacy sami.. Odpychający.
- Jeszcze ja tu jestem - wtrąciłam się, a dziewczyna popatrzyła na mnie z politowaniem.
- W takim razie współczuję. Musisz być bardzo zdesperowana lub łasa na kasę i sławę.
Opadła mi szczęka, ale nie umiałam się odgryźć, bo prawdopodobnie tak myślał świat.
W końcu odeszła dość daleko, byśmy mogli znów rzucić się na naszą tykającą bombę.
- Ashley, ty kretynie!- wydarł się Jake, ponownie skupiając na nas uwagę. Chciał zabrać drinka basiście, ale on pozostał wyluzowany. A przynajmniej udawał.
- Spokojnie, to jeden i ostatni. Lepiej zabierz jemu!- pokazał na mojego chłopaka, który ślinił się jak dzieciak i śmiał jak psychopata. Na nasze nieszczęście zdążył już zanurzyć usta w alkoholu, a my rzucając się na niego, mało nie wbiliśmy mu szkła w oko.
- Nie dam wam, było brać własne! Lećcie po tamtą ruchawicę w mini!
Usłyszałam nad swoją głową śmiechy, musieliśmy wyglądać komicznie. Odwróciłam się, a w loży wyżej ukazał mi się ten sam gościu w lennonkach, żartujący z gościem podobnym do Jezusa z Nazaretu lub Guya Fawkesa.
- Nie poddaje się, no jakbym widział siebie! Musiał się nieźle najebać, Geezer.. Wziął mnie za swojego starego!
- Masz za brzydką puchę na jego starego. Zresztą masz wystarczająco dzieciaków!
- A może jest obłąkany?- wtrącił się ktoś, kto siedział dalej. Dinozaur z dużym nosem.- A myślałem, że to ty jesteś największym szaleńcem, Ozzy!
- To dla gwiazd rocka charakterystyczne. Może będę miał następcę? I stary Keith też? Kiedyś kopniemy w kalendarz, musi ktoś inny przejąć pałeczkę!
- Jeśli on nie zdechnie przed nami..
Ukryłam twarz w dłoniach, bo wkrótce wszyscy gadali już tylko o nas i przytłoczyło mnie to. A dopiero się zaczynało.

*Andy*
Cała sytuacja tak cholernie mnie bawiła, że tylko ciągle ryłem ze śmiechu. Co chwila podskakiwałem na swoim fotelu i z ogromną radością irytowałem rozjuszonych celebrytów. Mimo to liczyłem, że nie wezwali jeszcze ochrony, by mnie stąd wyciągnęła. Musiałem zemścić się na Sykesie. Za to, co zrobił mi w 2011 roku, za to, że bez przerwy flirtował z moją własną dziewczyną, za to, że był takim dwuulicowym pedałem i pierdołą. Powinien w końcu oberwać za swoje.
Z mieszaniny głosów wyciągnąłem jakieś informacje, że zostało ledwie dziesięć minut. Byłem w genialnym nastroju i naprawdę z przyjemnością czekałem na rozpoczęcie przemowy Bring Me The Chujrajzon i Srajksa. Pozostała mi rozgrzewka.
Rozwaliłem się na siedzeniu, zahaczając nogami o wysoką fryzurę jakiejś niepierzonej artystki.
- Bardzo przepraszam, naprawdę. Ma gorszy dzień - usprawiedliwiał mnie Ashley, który zwykle był przecież taki arogancki i flirciarski. Dzisiaj wszyscy musieli się kulić.
- To ja jestem panem tej gali, ja rządzę i to ja powinienem dostać statuetkę!- skomentowałem.
- Na pewno za najdebilniejszą rolę komediową, debilu!- ktoś rzucił, ale obraz rozmywał się jak jakieś pomyje lub szczyny. Chyba walnąłem kogoś w twarz, podnosząc się z podłogi, na którą osunąłem się przed chwilą. Stanąłem na krześle i zakręciłem biodrami jak gejuch. Gwiazdorom chyba się podobało, bo zaklaskali i gwizdali. Wybuchłem pustym śmiechem i krzyknąłem:
- Jebać was wszystkich, ale tych angielskich pedałów, tych.. no, no, no.. religijnych najbardziej!- chwiałem się i prawie runąłem, niestety ten widowiskowy upadek powstrzymał Jake, który pociągnął mnie za marynarkę i przygwoździł do fotela.
- Tylko nie próbuj!- ostrzegłem go. Nie widziałem ludzi, ale dostrzegłem kieliszek wypełniony jakąś cieczą. Miałem nadzieję, że to nie kwas, bo nie rozpoznałbym Siksa i znowu uderzył Sally. O właśnie, może ja wtedy byłem na kwasie? Zawsze znalazłbym usprawiedliwienie, w końcu ten cały cyrk odstawiałem dla wyższego celu. Tak jak Woland urządzał te idiotyczne przedstawienie w moskiewskim teatrze. Ludzie się dobrze bawili, a on tak naprawdę bacznie wszystko obserwował z poważną miną i filozofował.
No, tutaj było chyba odwrotnie, ale podobnie.
- Uciszcie go, widzę, że już mają wyjść - szepnęła Sally, a jej wysoki głos rozlał mi się po uszach.
- Nareszcie, nareszcie!- ucieszyłem się jak dziecko, zacierając ręce.
Postanowiłem chwilę zaczekać, by pośmiać się z jego ,,głębokiej" mowy i rozwalić go w punkcie kulminacyjnym.
Niepozornie zająłem miejsce i obserwowałem z szatańskim uśmieszkiem.

 
*Sally*
Zastanawiałam się, czy Andy w ogóle wie, jak głupio i obrzydliwie się prezentuje. Śmierdział alkoholem jak stary żul, miał rozczochrane włosy, krawat bezwładnie zwisał mu na szyi, dekorując zalaną koszulę. Ślinił się, rozlewał resztki szampana ze swojego kieliszka i darł niezrozumiale mordę. Ledwo zrozumiałam, co on tam sepleni, ale wszyscy zdali sobie sprawę, że coś o tym, że Anglicy to pedały i najchętniej, by ich pozarzynał, bo wszyscy go brzydzą. Wyrazy odgradzał od siebie przekleństwami. Wszyscy błagali go, by w końcu się przymknął, ale on tylko tak sterczał, chwiejąc się i rechocząc. Gdy zwalił się na kolana Jake'a i Jinxxa, naprawdę mi ulżyło, bo wydawał się zbyt wycieńczony, by odwalić coś większego. Modliłam się, by w końcu urwał mu się film, nie obchodziła mnie już zszargana reputacja zespołu i to, że nie odbiorą statuetki, prawda wyjdzie na jaw, stracą pieniądze i fanów. Chciałam wyjść z tego cała psychicznie. Gdyby to nie działo się na wielkiej hali, wyszłabym, trzaskając drzwiami.
Nienawiść do tej osoby wzrastała z każdą sekundą i doprowadzała mnie do szaleństwa. Wręcz liczyłam na to, by w końcu dostał kolejnego ataku choroby, jakiegoś poważnego, by lekarze i psychiatrzy się nim zajęli.
Szaleńcy jednak istnieli. On był totalnym psychopatą z zadatkami na jakiegoś przestępcę, a ja walniętą idiotką, która kiedyś się w nim zakochała. Zostawiając go, chciałam stać się swoim kolejnym wcieleniem, ale wiedziałam, że nigdy tego nie zapomnę. I nikt już nigdy nie zapomni, bo gazety i tabloidy zbiją na nas fortunę.
W końcu ten debil usiadł na swoim miejscu i choć wiercił się, mamrotał coś pod nosem i gadał do siebie, to chociaż nikogo nie kopał.
Oliver miał szczęście, że wszedł w momencie, gdy pijak nieco się opanował. Uśmiechnęłam się do niego z daleka. Odpowiedział mi tym samym, ale skrzywił się, gdy ujrzał Andy'ego. Odwrócił się z obrzydzeniem i szybszym krokiem dołączył do swojego zespołu. Obok niego z gracją łani prześlizgnęła się Hannah. Zastanawiałam się w tej chwili, jak będzie wyglądał występ mój i mojego partnera, o ile do niego dojdzie.
Rozległy się głośne brawa i tylko chłopak obok mnie buczał. Na szczęście klaskanie zagłuszyło jego ochrypły głos. Sykes zbliżył się do mikrofonu i zaczął dziękować swoim fanom za głosowanie na niego i jego kumpli. Było sympatycznie i naprawdę chciałam wsłuchać się w historię, którą zapowiedział po podziękowaniach.
- Chciałbym się z wami podzielić pewnymi sekretami, o których nigdy wcześniej nie wspominałem. To nie jest łatwy temat.. Dla mnie szczególnie, dla chłopaków, dla bliskich. Normalnie nigdy bym o tym nie wspomniał, ale teraz to już tylko historia i przeszłość. Może będzie lekcją dla młodych ludzi.- uśmiechnął się zniewalająco i zaczął z akcentem lektora:- Właśnie, więc to zaczęło się już na samym początku, gdy założyliśmy Bring Me The Horizon. Jak to każdy zespół chcieliśmy poznać rock and rollowy styl życia. Alkohol i narkotyki, nie tylko.. Możecie stwierdzić, że próbuję się usprawiedliwić, ale ja tylko tłumaczę, dlaczego przez tyle lat byłem, krótko mówiąc, kawałem skurwysyna, który stracił kontrolę - przełknął ślinę.- Byłem silnie uzależniony od kilku rodzajów dragów. Na początku nic groźnego się nie działo, ale gdzieś około 2011 roku przestałem panować nad tym, co robię. Tak jest zawsze, wydaje ci się, że jesteś panem życia, a tak naprawdę staczasz się i to naprawdę żałośnie. Zrobiłem w tym okresie kilka najgłupszych rzeczy w życiu, za które naprawdę wszystkich teraz przepraszam - w tej chwili przelotnie popatrzył na Biersacka i byłam pewna, że ma na myśli ,,to coś", co mu wtedy zrobił. Tak czy siak, miałam się nigdy nie dowiedzieć, co się wtedy zdarzyło i nie powinno mnie to nawet obchodzić.- Rok później sytuacja stała się już tak krytyczna, że miałem dość samego siebie i zastanawiałem się, czy ze sobą nie..- głos mu się załamał - skończyć. Ale wtedy w moim życiu pojawiła się Hannah, mój ratunek - chwycił rękę dziewczyny i podniósł ją do góry. Zarumieniła się, gdy ją oklaskiwali. Gdy zobaczyłam ich pocałunek, poczułam ukłucie zazdrości, zupełnie, jakbym przeczytała definicję miłości- przeciwieństwa mojego związku. Zrobiło mi się przykro, ale jednocześnie cieszyłam się ze szczęścia pary. - Znalazłem cel w życiu, a moje przeżycia stały się inspiracją do piosenek na Sempiternal, jest jak moja spowiedź. Jestem dumny z tej płyty i z całego mojego zespołu, a także ludzi, którzy nas wspierali. Zacząłem nowe życie i jestem nowym człowiekiem. Jestem teraz naprawdę szczęśliwy, bo wiem, że teraz w życiu czekają mnie same dobre rzeczy.. I ta nagroda jest dla mnie naprawdę wielkim wyróżnieniem.
Nagle Andy wyrwał wszystkich z zamyślenia i ponownie skupił na sobie całą uwagę.
I wtedy zaczęła się masakra...
 
*Andy*
- Ty jebany kłamco!- syknąłem głośno.
Jeśli ten skurwiel zamierzał się przechwalać tym, co mi zrobił przy takiej publice, to już nie żył! Byłem zdesperowany i gotowy go zabić, by tylko się w końcu zamknął. To on powinien publicznie dostać za swoje!
Wyrwałem kieliszek z rąk Ashleya i dopijając resztę drinka, poderwałem się na równe nogi. Zacząłem biec w stronę sceny w celu stoczenia ostatecznego pojedynku, który oczywiście to ja miałem wygrać.
,,Lynn, dzisiaj będziesz ze mnie dumna!"
 
*Sally*
- Andy!- przywoływaliśmy szaleńca już niedyskretnie, ale on się nie zawahał. Nagle podskoczył jak oparzony i runął przed siebie, niebezpiecznie zbliżając się do sceny, bez przerwy bełkocząc. Na razie jego okrzyki zagłuszały głośne szepty i różne multimedia, ale zdecydowanie znajdował się w centrum zainteresowania. Sam zespół go dostrzegł. Muzycy zaczęli się śmiać, z wyjątkiem Oli'ego. Łatwo było się domyślić, że jest celem tej dziwnej akcji. Z dużej odległości dostrzegłam, że Hannah nerwowo na mnie patrzy. Oczekiwała, że coś zrobię?
No dobra, ktoś faktycznie powinien powstrzymać Andy'ego, a to ja byłam jego dziewczyną. Do tego znajdował się w moim zasięgu, więc w razie czego mogłabym go chociaż ogłuszyć. Teraz bardziej zależało mi na tym, by nie zrobił sobie ani nikomu krzywdy.
Poderwałam się i pobiegłam za wykrzykującym wulgaryzmy Biersackiem. Obraz chyba mu się rozmazywał, bo co chwila zmieniał kierunek pod dziwnymi kątami. Krótkie nóżki, obcasy i długa sukienka nie ułatwiały mi pościgu, by w odpowiedniej chwili dostać się do pijaka, musiałabym przeskakiwać nad głowami sław.
- Sally, stój!- zawołał mnie Jinxx.
- Ktoś go musi uspokoić!- warknęłam, zdejmując szpilki i odrzucając je gdzieś w dal.
- Nie masz przy nim szans, my go unieszkodliwimy!
- Ale ja go zatrzymam!
Starałam się wyglądać dosyć naturalnie, ale praktycznie szurając tyłkiem po twarzach widowni nie było to proste. Chyba nawet zespół, który stroił sobie z nas żarty, nagle spoważniał. Szkło w ręku potencjalnego zagrożenia dodatkowo mnie niepokoiło.
- Robi się grubo, jak kino grozy..- stwierdzili wspomniani muzycy.
Zdałam sobie sprawę, że nie mam szansy zatrzymać wydarzeń.
Andy zdążył wdrapać się na scenę i dopiero teraz wszyscy ujrzeli go w pełnej ,,chwale", a raczej żałosności. Pozostało nam czekać na kolejny krok.
Liczyłam, że ochrona lub ktokolwiek się w końcu obudzi i zobaczy powagę sytuacji.

*Andy*
Byłem już tylko kilka metrów od tego drania. Publika się zebrała, wiedziałem, że Lynn też tu jest, czułem jej obecność. Moja ofiara kuliła się przede mną, cofając się niepewnie. Czułem się jak pan, jak drapieżnik, jak myśliwy.
Obraz dziwnie przechylił mi się na bok, a głosy się rozlały.
- Andy, co ty, do cholery, robisz?- syknął ten jebany Angol.
Zaraz mógł urwać mi się film, więc musiałem wykorzystać chwilę.
Ostatkiem sił zamachnąłem się i cisnąłem w tego idiotę kieliszkiem. Mimo zaburzonego widzenia, dekoncentrujących dźwięków i wariującego błędnika trafiłem idealnie w jego krzywy ryj. Obraz chwilowo się wyostrzył i zobaczyłem, jak szkło rozpryskuje się na jego czole, tworząc idealną mozaikę.
- Kurwa!- zaklął do mikrofonu. Ukrył twarz w dłoniach i widocznie zaczął ryczeć.
Nie wytrzymałem. Zwinąłem się ze śmiechu i prawie się nie udusiłem. Śmiech w końcu przerodził się w autentyczne rżenie. Praktycznie położyłem się na ziemi, ciesząc się z triumfu, ale nagle coś przerwało niemal orgazmiczny moment euforii. Mocny cios pięścią prosto w oko.

*Sally*
Andy przechylał się jak metronom na dwie strony, rżąc przy tym jak prawdziwy wariat, co wszystkich irytowało do granic. Czy on nie miał żadnych granic swojej NIEmoralności?
Mimo wszystko nie sądziłam, że aż tak się wygłupi. Patrzyły na niego tysiące osób, za kilka godzin miał to obejrzeć cały świat. Spodziewałam się, że media na długo nie zapomną tego wieczoru, ale to już samo w sobie wydało na światło dzienne wszystkie sekrety zespołu. Wyszło na jaw to, że Andy naprawdę jest chory psychicznie, a szopki to tylko pic na wodę. Chyba wystarczająco udowodniło mi to, że nie jest dobrym kandydatem na życiowego partnera, nawet dla takiego dziwadła jak ja. Nie pierwszy raz wyżywał się na kimś fizycznym. Zdecydowanie wolałabym zająć miejsce przyjaciela, ja już przywykłam.
Zrobiło mi się naprawdę żal Oli'ego, gdy dostrzegłam długie rozcięcie na jego czole i sączącą się z niego krew. Naprawdę miałam teraz ochotę podejść i przywalić swojemu ,,partnerowi". I chyba nie miałam już nic do stracenia. Postanowiłam jednak zachować kulturę i nie upodabniać się do kogoś, kim gardziłam.
Spokojniej już ruszyłam w kierunku sceny. W pewnym sensie moje napięcie opadło, bo myślałam, że to już koniec.
Ale ten cyrk dopiero się zaczynał.
Nagle Oliver przestał ciężko oddychać i wyrwał się z objęć swojej dziewczyny. W chwilę zmienił się z bezbronnej ofiary w godnego przeciwnika. Runął przed siebie jak rozwścieczony zwierz, co trochę podważyło jego wcześniejszą przemowę, ale miało także uzasadnienie.
Rzucił się na Andy'ego i z całej siły mu przywalił. A potem drugi raz i trzeci. To wszystko działo się tak szybko, po sali przeszły krzyki. Ja zastygłam i oglądałam całość jak film.
- Andy!- krzyknął Jinxx, który pojawił się obok mnie i z resztą zespołu stanął jak wryty.
Rozpoczęła się prawdziwa walka. Sykesa ogarnęła taka furia, że nawet nikt z jego ekipy nie mógł go oderwać od drugiego. Okładał go pięściami, nie przestając i waląc coraz mocniej. Po chwili osłupienia, jego przeciwnik oprzytomniał i również zaczął tłuc go po mordzie. Podnieśli się nawet, ale po serii kopniaków ponownie runęli na ziemię i przetarzali się po całym parkiecie.
Przyspieszyłam i również znalazłam się w świetle reflektorów. Nie przydałam się za bardzo, bo wolałam nie oberwać z taką siłą. Nie potrafiłam bronić. Już raz nie udało mi się uratować własnej siostry.. W porównaniu z tamtą sytuacją, ta wydawała się durnowatą komedią.
Rywale walczyli z czystą nienawiścią w oczach, a z ich zadrapań płynęła czerwona maź. Bezradnie popatrzyłam na Hannah'ę, ale ona przeraziła się jeszcze bardziej niż ja. Nie miałam pojęcia, jak to im wynagrodzę. O ile w ogóle przyjmą moje przeprosiny.
Pojedynek się nie kończył i nie wiedziałam, czy zwycięży szaleństwo Andy'ego, które widocznie odbierało mu zdolność odczuwania bólu, czy agresja i chęć zemsty Anglika połączone z kilkoma treningami.
Chyba się poddałam, bo nie czułam już nic poza lekkim oszołomieniem. Ta gra nie miała już dla mnie miejsca ani celu.

*Andy*
- I co, kurwa, tak nagle zrobiłeś się odważny, grzeczny chłopczyku? A może znowu jakieś dragi jak wtedy?
- Zaraz zamkniesz ryja, ty obłąkany skurwysynie!- wydarł mi się w twarz, chwytając mnie za włosy i waląc moją głową w podłogę. Kopnąłem go prosto w brzuch, po czym się zgiął i na chwilę zwinął z bólu. Podniosłem się i znowu mu dokopałem, celując w głowę i twarz.
- To ty powinieneś zamknąć ryja z tymi swoimi kurewsko żałosnymi wywodami o dobrej zmianie! Masz jeszcze, kurwa, jakiś honor?! Okłamujesz samego siebie, śmieciu!
- O nie, to ty, kurwa, okłamujesz samego siebie! Robisz sto razy gorsze rzeczy niż fazy na narkotykach!- obrócił się na plecy i oddał mi kopniakiem w mostek. Znowu wylądował na mnie.
- Ty jebako, już mnie kiedyś pobiłeś i nie tylko! Historia się powtarza, tyle że nie masz już takiej łatwej ofiary! Tak samo bolało, gdy wtedy mi przylałeś i to drugie! Zamierzasz zrobić to samo teraz?!- wrzasnąłem, okładając go po twarzy.
- To pierwsze tak! Wolę iść siedzieć niż oglądać, jak robisz to z Sally! Tobie się w pełni należy!
- Zostaw ją, jest moja!
- Już, kurwa, nie będzie, bo będziesz siedział z wariatami jak ty! O ile przeżyjesz!
- To ty, kurwa, powinieneś siedzieć teraz w pierdlu! To ty jesteś pierdolonym zdrajcą! Wszyscy jesteś debilami, ale ty jesteś totalnym kretynem i nic nie rozumiesz! Wniosę na ciebie oskarżenia!
- Zachowujesz się, kurwa, jak jakiś dzieciak! Opętany dzieciak!- przyłożył mi po ryju, więc rzuciłem się na niego z pazurami i przygwoździłem do ziemi.
- Powinieneś zamknąć w końcu ryja!- warknąłem i zacząłem go tłuc pięścią i kolanem.
- Ty raz będziesz coś miał w ryju!- poczułem kolejne uderzenie.
- Zaraz ci urwę ten pierdolony łeb, urwę i powieszę u siebie w salonie, jako trofeum! Kutasa też, nareszcie ktoś cię powstrzyma!
- Uważaj, żeby cię nikt nie zastrzelił!
- Lepiej ktokolwiek niż ty!
- Najlepiej sam się zastrzel!
- Najpierw wolałbym ciebie, pierdolona gnido! Obrzydzasz mnie!
Nagłe szarpnięcie.
Poczułem, że po twarzy cieknie mi krew i w tej chwili byłem już wkurwiony jak byk na corridzie.
Wskoczyłem na niego i już nie słuchałem jego gderania. Zamiast tego chwyciłem jego parszywy ryj i z całej siły w niego przywaliłem resztkami potłuczonego kieliszka. Tym razem on krwawił i bardzo mnie to cieszyło. Ale postanowiłem na tym nie kończyć. Wydałem z siebie jak najdzikszy krzyk, pochwyciłem go za idiotyczną marynarkę i rzuciłem go przez scenę. No, może nie całą, ale wystarczyło, by przez chwilę dyszał i zaciskał zęby z bólu.
- No dawaj, pedale, nie bawisz się już?!- zarechotałem i już zamierzałem go kopnąć, gdy nagle chwycił mnie za nogę i mało mnie nie połamał. Gniew opanował mnie całego, gdy widziałem jego ryj i ohydą sylwetkę tuż nad sobą, jak wtedy, a ledwie się ruszałem. Tym gorzej, że chyba zamierzał na mnie wskoczyć. Powstrzymałem go swoimi nogami, a on przeleciał nad moją głową i walnął się w brew. Chciałem się zaśmiać, ale coś mi przerwało.
Nagle zacząłem czuć się kiepsko. Możliwe, że uderzyłem się w jakieś wrażliwe miejsce, a może i nawet połamałem żebro, bo ból pochodził właśnie z klatki piersiowej.
Jak zawsze..
Ale nie było teraz mowy o słabości i rozpaczanie nad sobą.
Wiedziałem, że kiedyś polegnę, ale na pewno nie teraz.

*Sally*
Wszyscy staliśmy nad bijącą się dwójką i nikt nie wiedział, co robić. Chłopaki z BVB i BMTH próbowali rozdzielić obydwu, ale walka toczyła się tak szybko, że im się nie udało. Czułam się jak na meczu bokserskim, bo mimo niezbyt umięśnionych sylwetek obu ich ciosy były brutalne. Oczy mojego ,,chłopaka" płonęły nienawiścią. Dosłownie, jakby coś go opętało. Przerażał mnie i nie zamierzałam się do niego zbliżać. Hannah chyba też się bała. Praktycznie się popłakała. Obie się trzęsłyśmy i tylko spoglądałyśmy po sobie, oczekując na ochronę. Jeśli coś było w stanie ich powstrzymać, to chyba tylko kilku napakowanych kolesi z paralizatorami, kagańcami i egzorcystą na czele. Wzniecili już chyba cały kurz z podłogi. Cały ten pojedynek wyglądał wręcz filmowo, jak połączenie filmu akcji i horroru. I poza gniewem, że mam zepsutą reputację i wszyscy mnie oszukiwali i wykorzystywali, nie czułam już nic. Sama chętnie pobiłabym Andy'ego i liczyłam, że Oli wygra i w końcu ktoś mu dokopie. Nie było sensu, bym się trzymała tych wrednych szaleńców.
Przełknęłam łzy złości i już chciałam wydrzeć się na zespół ,,partnera", że przegięli i wyjść z wielkim hukiem.
Wtedy jednak pojawił się ratunek. Zresztą obydwaj walczący powoli opadali z sił.

*Andy*
Podniosłem się resztkami sił i znowu splotłem w walce z tym obrzydliwym typem. Liczyłem, że uda mi się go ubić jak zwierzę na oczach całego tego idiotycznego tłumu. Chciałem w końcu złożyć jakąś porządną ofiarę, nawet z tak beznadziejnego człowieka. Lynn (i nie tylko ona) byłaby dumna.
Już zamierzałem go udusić swoją i tak porwaną marynarką, nawet oplotłem ją wokół jego szyi, ale nagle poczułem jakiś uścisk.
- Co jest, kurwa?! Dajcie mi dokończyć!- zobaczyłem, że rozdzielają nas ochroniarze.- Ej, śmieciu, to ja jestem gwiazdą i może byś się, sukinsynie, odpierdolił?!
Cisza. Ten krótko obcięty sztywniak wszystko zrujnował!
- Gadaj, jak do ciebie mówię, śmieciu!- usiłowałem mu się wyrwać i stanąć z nim twarzą w twarz. Dostrzegłem, że Sykesowi jedynie pomagają wstać i uznałem, że to cholernie niesprawiedliwe.
- No dalej, bierzcie tego kundla! Słyszycie?! A wy nie stójcie jak idioci!- zwróciłem się do swojego zespołu.- A ty co?!- syknąłem do Sally, gdy dostrzegłem, że nawet na mnie nie patrzy.- Nie pomożesz mi?! Obiecałaś mi być lojalna! Kłamałaś?! Oberwiesz za to!
Popatrzyła na mnie morderczym wzrokiem. Mimo wszystko wydawało mi się, że płakała, choć byłem zbyt podniecony praktycznie wygranym pojedynkiem i stanem upojenia alkoholowego.
- To koniec, jesteś skończonym chujem i nie licz, że będę ci wiecznie wybaczać!- warknęła i miałem wrażenie, że ochroniarz celowo trzyma mnie blisko niej, by mi przyłożyła. Na jej miejscu bym się nie krępował. A może to ja powinienem być bardziej stanowczy?
Ale nie..
Miałem być skończonym chujem, no nie?
Czemu w stosunku do niej nie umiałem?
Wolałem zamknąć ryja, bo w przeciwnym razie bym przeprosił. W końcu była tylko człowiekiem, a ważniejsze to, co wyższe..
- Kiedyś może i cię kochałam, ale byłam wtedy tak cholernie głupia. Ale teraz obaj się nienawidzimy i to koniec!- dodała ciszej. Już chciała odejść i wszyscy patrzyli na nią. Dosłownie, nawet te staruchy i tępe gwiazdeczki z widowni. W ostatniej chwili jednak się zawróciła i przyłożyła mi z liścia.
- Ty się nie wahałeś, więc nie będę gorsza..- uśmiechnęła się sarkastycznie, odchodząc w stylu wielkiej gwiazdy.
Trochę mnie zatkało, ale utrzymałem wyraz twarzy buntownika.

*Sally*
- Sally, poczekaj!- krzyknął za mną Jinxx i złapał mnie za ramię.
- Ty chyba żartujesz?!- wydarł się na mnie Jake. Wkurzył mnie i chętnie jemu też bym przyłożyła. Naprawdę nie miał do mnie żadnego szacunku?!
- Nie, nie żartuję i ostrzegałam was wszystkich, że to już koniec! Definitywny koniec, mam dość waszych gierek!
- Sally, nie chcieliśmy cię..- chciał usprawiedliwiać się Ashley, ale mu przerwałam:
- Nie obchodzi mnie to! Nie chcę żadnych usprawiedliwień! Chcę spokoju i nie chcę mieć z wami nic wspólnego! Jak dla mnie Andy może i teraz umierać, nie rusza mnie to! Nie będę go niańczyć!
Zapanowała cisza przerywana tylko krzykami Andy'ego. Westchnęli ciężko zawstydzeni.
- Widzisz o czym mówię?- uspokoiłam się nieco i poczułam, że mimo wszystko płaczę. Chyba ze złości. Wszyscy posmutnieli, ale nie było czasu, by się nad tym rozwodzić. Oni musieli zająć się tym rozwrzeszczanym bachorem. A ja powinnam się spakować, jeśli chciałam wyjeżdżać. Żal było mi tylko Vicky, której skracałam wycieczkę i Hannah'y, z którą mogłam się zaprzyjaźnić, ale teraz pewnie miała mnie dość. Marzyłam teraz, by wrócić do Carla, Alice i Robbie'go, by odwalać jakieś śmieszne akcje i w końcu się rozchmurzyć. cały czas wisiała nade mną stara aura szaleństwa, śmierci i intryg. Znalazłam całkowite przeciwieństwo swoich marzeń: szczęśliwego życia. Za kilka dni mogłam je mieć, więc czemu płakałam?
Otarłam łzy i spoważniałam, nie okazując nadmiernych emocji. Nie chciałam się teraz rozczulić i rozmyślić. Nie chciałam żadnych pożegnań ani przytulasów. Nie miało być miło.
- Zobaczymy się jeszcze w hotelu. Ale wolę go nie oglądać na oczy!- ostatni raz rzuciłam okiem na szarpiącego się wokalistę.
- Do zobaczenia..- markotnie odpowiedzieli zgodnym chórkiem. Chwilę stali w miejscu, obserwując, jak się odwracam, ale wkrótce ruszyli za swoim obłąkanym kumplem. Już miałam odmaszerować w pokoju, ale w ostatniej chwili się odwróciłam i podbiegłam do Snowdon, która ocierała chusteczką krew z twarzy swojego partnera. Nie mogłam spojrzeć im w oczy i oni chyba też nie mieli na mnie ochoty.
- Ja.. naprawdę przepraszam..- wydukałam.
- To nie twoja wina, Sally.. To tylko on jest takim skurwysynem, że..- z ust poszkodowanego posypał się rząd przekleństw.
- Dokładnie, Sally.. Tylko to chyba nie jest najlepszy moment na rozmowy.. Może wpadniesz do nas jutro? Napiszesz? Czy coś...?
Poczułam się odtrącona. Chyba już kompletnie nic z mojego dawnego życia nie miało szansy przetrwać.
- Jasne. To cześć - ,,Jutro już mnie tu nie będzie, a w cholerę z tym! Jeśli im na mnie nie zależy, to mi nie będzie zależeć na nich! Tak to jest, Lynn. Tylko ja i ty jesteśmy na stałe ze sobą połączone. Ty jesteś mną, a ja tobą. I tylko ty jesteś moim realnym celem. Tylko ciebie kocham.."
Recytując w myślach taki monolog, w końcu udało mi się opuścić wielką halę. Ochrona musiała osłaniać mnie przed reporterami i paparazzi, którzy mieli teraz powód do sensacji i chcieli widocznie skorzystać z ostatniej okazji. Ja jednak milczałam. Następnie zaproszono mnie do czarnej limuzyny, która miała mnie podrzucić do hotelu.
Jeśli chciałam zmienić życie ponownie, musiałam się pozbyć dosłownie WSZYSTKIEGO z poprzedniego wcielenia. W przeciwnym razie jakiś idiotyczny, znienawidzony pierwiastek z powrotem by do mnie powrócił i odmalował całe wczoraj jutro.

*Andy*
Zaczynałem tracić rachubę, co się wokół mnie dzieje. Za wiele krzyków, komentarzy, dźwięków, twarzy. Reflektory, czarne i kolorowe plamy, które powoli się rozmywały. Euforia powoli bladła, straciłem też swoje ,,nadprzyrodzone" siły i poczułem się słaby, przerastał mnie kolosalny ból głowy. Ktoś ciągnął mnie po podłodze, chciał mnie zabić? Czy Sykes już umarł?
Moje źrenice latały na wszelkie strony, ciężko oddychałem i brakowało mi powietrza. Chyba leżałem na podłodze, a może się kołysałem? Straciłem już całkowicie zdolność rozróżniania poziomów i nie wiedziałem, czy idę czy wierzgam nogami.
To ochrona mnie wyciągała. Ludzie się śmiali czy płakali? I czy to chłopaki za mną biegli? A może to był szpital?
Śmiałem się dalej jak głupi, by powstrzymać bezradność.
I z innego powodu.
Jedyne, co mi się przypomniało to to, że się zemściłem i zrobiłem coś dla Lynn- pobiłem go, zrobiłem pierwszy krok. Może dałaby mi upragniony cel po dostrzeżeniu mojego potencjału?
Czekałem z niecierpliwością.
Chyba z tego wszystkiego aż się zrzygałem.

*Sally*
W końcu wysiadłam z czarnej limuzyny. Delektowałam się ciszą i spokojem po tej całej szalonej parodii. Cieszyłam się, że mam to już za sobą. Mogłam przewidzieć, że będę skazana na coś takiego i się stało. Liczyłam na to, że nie stanę się teraz ekscentryczną twarzą publiczną. Moja rola w sumie nie była istotna.
Ruszyłam do swojego pokoju. Nadal byłam ponura i zwyczajnie przybita. Głównie dlatego, że tak pragnęłam tego całego życia, a teraz wyszło, że było jeszcze gorsze od poprzedniego i muszę zacząć kolejne. Może posiadałam 9 żyć jak kot?
Szłam przez pusty, cichy korytarz i naprawdę kojarzył mi się z psychiatrykiem. Cała sytuacja się powtarzała.
Nie wiedziałam, co nastąpi w przyszłości, ale czułam, że będzie lepsze. Powinnam sobie znaleźć miejsce. Każdy ma swoje miejsce we wszechświecie. Każdy ma drugą połówkę. Moją najwyraźniej nie był Andy. Widocznie nie nadawaliśmy się do miłości. Powinnam wrócić do przyjaciół, którzy mnie akceptowali zamiast szukać kolejnych socjopatów. A przy okazji skupić się na szukaniu zabójcy Lynn..
Nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać. Czekałam na znak.
,,Przestań cały czas się zastanawiać! Nie rozważaj wszystkiego po dwadzieścia razy, bo potem wszystko jest trudniejsze! Gdybyś nie szukała pozytywów, zakończyłabyś to już dawno temu! Bądź egoistką, twoje dobro się liczy. Nie musiałaś się poświęcać!"
,,Och, zamknij się Sally! Mam dość całej ciebie!"- powiedziałam do siebie, którą.. w rzeczywistości nie byłam.
Sally Rogers była tylko dziewczyną muzyka.
,,Zamknij się!"- powtórzyłam i potrząsnęłam głową, starając pozbyć się wszelkich myśli.
W końcu dotarłam do odpowiednich drzwi i ostrożnie weszłam.
Przede mną stała czarna postać i naprawdę się wystraszyłam. Na szczęście gdy zapaliłam światło okazało się, że to Vicky. ,,Bo kto inny, idiotko? Lynn, Andy?"
,,Zamknij się i mi nie przypominaj! Jestem normalna!"
- Sally, wszystko okej?- wyrwała mnie z zamyślenia Vicky, nie czekając na wyjaśnienia.- I jak było?- od razu mnie spytała.
Westchnęłam. Czy to było takie istotne?
- Beznadziejnie, gorzej być nie mogło. Nie wnikaj w szczegóły, wszystko przeczytasz jutro rano w internecie..
- Hmm, faktycznie..
- To już koniec, prawda?- spytała po chwili niezręcznej ciszy.
Skinęłam głową.
- Tak.
- O, Sally!- objęła mnie naprawdę ciepło. W tej chwili naprawdę się wzruszyłam i pozwoliłam sobie na ostatni akt emocji. Rozryczałam się na dobre.- Spokojnie, będzie dobrze.
- Tak. Będzie. Będzie, kurwa, idealnie!

***
 

Znalezione obrazy dla zapytania jabberwocky

wtorek, 17 stycznia 2017

Rozdział 22: ,,Przedstawienie"


*Sally*
Praktycznie całą noc nie spałam. Z braku zajęcia i chęci skierowania myśli na jakiś inny tor usiadłam do pisania. Chyba dopiero po raz drugi w życiu układałam piosenki. Wychodziły smutne, ale co innego mogłam w tej chwili stworzyć? Czułam się jak mała nieszczęśliwa i bezradna dziewczynka, tak samo zresztą jak zwykle. Tylko wcześniej miałam nadzieję, że gdzie indziej świat i ludzie są inni. Ale przekonałam się, że nieważne gdzie, wszyscy mamy jakieś ciemne strony osobowości, nawet gwiazdy. Ale przytłaczało mnie to, bo ja zdecydowanie stałam w mniejszej ciemności. Tymczasem czułam się, jakby jakieś kościste łapska wciągały mnie w pustą otchłań i coraz mniej podobało mi się mieszkanie z BVB. Wydawało mi się, że te oślizgłe macki należą do mojego własnego ,,chłopaka". Naprawdę wolałabym cofnąć cały ten czas i nigdy nie przeżyć tych wszystkich chwil, nawet przyjemnych. Nigdy nie dowiedzieć się o ich problemach, nigdy nie stać się częścią tej gry.. Nigdy nie mieć chłopaka i nigdy nie obcować z bogatymi, ,,fajnymi" ludźmi.
Cieszyłam się za to, że spotkałam resztę przyjaciół. Tęskniłam za Carlem, Alice i Robbiem. Z kolei Vicky miałam przy sobie, co podnosiło mnie na duchu, bo w razie czego mogła mnie ,,obronić".
Wydawało mi się, że jeszcze śpi, więc zaczęłam cicho śpiewać jeden z tekstów, które kreśliłam ołówkiem w hotelowym notesie. Podobała mi się melodia, ale depresyjny, autodestrukcyjny tekst mnie dobijał. Już chciałam wyrzucić skrawek papieru, ale powstrzymał mnie nagły głos:
- Ładna ta piosenka, widać, że o tobie. Jak wrócimy, to od razu pokażemy ją reszcie - skomentowała przyjaciółka, a ja urwałam i uśmiechnęłam się ponuro.- Coś poszło nie tak?
- Jak zawsze - westchnęłam. - Nie muszę chyba mówić, że poszło o Andy'ego.
- Co tym razem przeskrobał?- przysunęła się do mnie.
Z trudem się przemogłam, bo nie lubiłam na nikogo donosić ani się użalać.
- Mam go dość. Zwyczajnie dość. Kocham go, ale nie mogę tak żyć. Ciągle tylko się o niego martwię, staram się go jakoś wspierać, a on to wykorzystuje. Chcę żeby żył, ale jeśli nie zacznie się leczyć, to pewnie niedługo padnie. Ale nie przekonam go. Mogę próbować, ale wiem, że to niemożliwe go przekonać.
- Czekaj, o czym ty mówisz?- zaniepokoiła się przyjaciółka.- Andy ma jakieś problemy ze zdrowiem? W sensie poważniejsze?
- Andy jest ciężko chory - odpowiedziałam poważnym tonem, przymykając oczy.- Nie mam pewności, na co, ale to coś go zabija.. I on chyba chce umrzeć. Wczoraj zarzygał Sykesowi pół domu. Dziś jest ta gala MTV. Jestem wręcz pewna, że coś odwali. I jeśli to zrobi, to ja..
Zapadła cisza, bo naprawdę ta sytuacja stanowiła dla mnie dylemat. Otarłam pojedynczą łzę.
- Sally - zwróciła się do mnie Summers.- Zostaw go. Naprawdę, tak będzie lepiej. Próbowałaś pomóc, ale widocznie się nie da.
Pokiwałam głową i przytuliłam przyjaciółkę. Tak naprawdę nie miałam jeszcze pewności, ale wyobrażenie o niezależności i wolności wcale nie odpychało, wręcz przeciwnie.
- Tak. Same jeszcze się wybijemy jako zespół. Nie chcę być dłużej od nich zależna.
- Skopiesz im dupę, Sallem. Tak jak moim rodzicom.

*Andy*
Nałożyłem kilka warstw ubrań, by nie wydawać się aż taki chudy. Gdyby zobaczyli mnie w takim stanie jak wczoraj wieczorem, na pewno zaciągnęli by mnie do szpitala. A ja śpieszyłem się do Danny'ego. Wybierałem się tak wcześnie, bo chciałem mieć jak najwięcej czasu, by go upić. Do gali zostało mi kilka długich godzin, miałem tylko nadzieję, że przy Worsnopie nie dostanę jakiegoś ataku, bo czułbym się jak debil. A co dopiero, gdyby nadszedł już mój czas? Nawet taki równy gość ściągnął by karetkę.
Na wszelki wypadek wypchałem sobie kieszenie lekami i jak najszybciej ulotniłem się z pokoju. Ten fałszywy basista nawet nie zwrócił uwagi. Z początku ucieszyłem się, gdy na korytarzu nie spotkałem nikogo innego z naszej ekipy. Nie musiałem się kryć i przemęczać w biegu. Jednak potem usłyszałem dość głośne rozmowy dochodzące z pokoju Jinxxa, Jake'a i tego nędznego perkmana, który mało się odzywał, a cały czas tylko słuchał i przytakiwał.
Przystawiłem ucho do drzwi.
- Mam już gotowe papiery, zaraz jak wrócimy do USA, będę je składał - obwieścił ten staruch.
- Zaświadczenie od tej babki?- wypytywał Pitts.
- Szykuje je, będzie gotowe jak wrócimy. Wtedy już będziemy mieć komplet.
- Nie powinno być problemów, sprawa jest jasna. Ma na koncie kilka chorób psychicznych, do tego jeszcze nie chce się leczyć, więc dla jego dobra staną po naszej stronie. Jeśli zacznie się szarpać to nawet lepiej, bo zobaczą, jaki jest agresywny i niezrównoważony.
- Właśnie, jego choroba.. Jak go ubezwłasnowolnimy, zabieramy go na leczenie..- tutaj spoważniał.- Mam nadzieję, że jeszcze da się go jakoś wyleczyć. Nawet, jeśli mieliby go faszerować prochami 24 godziny na dobę. Lub przeprowadzać jakieś dziwne operacje. Trzeba go z tego wyciągnąć.
- I tak pewnie będą musieli, tymi na uspokojenie. Choć z drugiej strony, ostatnio chyba nie ma siły aż tak się z nami szarpać. Osłabł. Wiele razy chciał mi oddać, ale mu się nie udało. Kiedyś potrafił nam uciec, ale teraz daleko by nie zabiegł. Dość szybko to u niego postępuje.
- Tak, to poważne. No i trzeba w końcu zaostrzyć to leczenie psychiatryczne, skoro terapia nic nie daje. Widać dobrą wolą się nie da.
- Dokładnie. Szkoda, że nie da się tego zrobić szybko, wiesz ile stracimy koncertów? Nie nagramy też żadnego nowego albumu, a leczenie będzie nas kosztować. Fani chyba zrozumieją. Może nawet uda nad się zorganizować jakąś akcję? Nastolatki lubią się litować nad przystojnymi, trupimi facetami.
- Jakoś to wytrzymamy, Andy jest też naszym przyjacielem - dziwnie nienaturalnie wtrącił garotłuk.
- Tak, ale to głównie dzięki niemu zarabiamy. Te zasrane bachory w nosie mają instrumenty, chcą tylko przystojnego wokalisty, reszta to tylko tło. Widocznie lubiły Andy'ego. A co jeśli dziś wieczorem zobaczą go takiego wychudzonego, ledwie trzymającego się na nogach? Gazety zaczną się o tym rozpisywać, snuć teorie spiskowe..
- Oby się nie wydało.
- Czemu to jest takie trudne?
Miałem ochotę kopnąć w drzwi, przebić się i rozkwasić deskami ich ryje, ale zamiast tego powinienem opracować jakiś sensowny plan działania. Knuli coś za moimi plecami, to ja nie zamierzałem być gorszy.
,,Dobra, musisz w końcu się na coś zdecydować w Wielkiej Brytanii. Na ostatnie, wielkie show. Nie możesz na razie wracać do USA. No chociażby dziś wieczorem załatw Sykesa, masz jeszcze dwa dni, coś się wymyśli. Tymczasem- Danny!"
Szybkim krokiem pobiegłem do wyjścia i zwiałem z hotelu. Z daleka dojrzałem Big Ben i przesuwające się wskazówki.
,,Czas ucieka, Lynn. Już niedługo."

*Sally*
Ktoś zaczął się dobijać do drzwi.
- Jeśli to Andy chce, żeby mu ratować dupę, to niech spierdala - powiedziałam zirytowana, tonem niepodobnym do siebie. Nadal nie mogłam do siebie dojść.
- Nie, chyba musi odchorować, no nie?
Głośno westchnęłam i wstałam, by otworzyć. W drzwiach ujrzałam Jinxxa, a to też mnie raczej nie ucieszyło.
- Chodzi o Andy'ego - ,,No oczywiście, przecież jestem tylko kobietą Andy'ego, nikim innym! Jestem potrzebna tylko do tego głupiego przedstawienia!"
- Nie, dzięki - już chciałam mu zatrzasnąć drzwi przed nosem, ale zatrzymał je.
- Sally, znowu zniknął, a dziś jest gala MTV. Nie mamy pojęcia, gdzie on jest.
- Mówił coś, że wyrwie się do jakiegoś Danny'ego, to wszystko?
- Dobra, dzięki. Ale to nie wszystko. Mogę chociaż wejść?
Spojrzałam na ziemię i przepuściłam go. Przyjrzałam mu się ukradkiem. Wydawał się poważny, ale w obecnej sytuacji jego obecność mnie irytowała, bo pewnie przyszedł mi truć dupę, bym niańczyła Biersacka.
- Cześć - powiedziała nieśmiało Vicky, która była jeszcze w piżamie. Nawet nie zwrócił na nią uwagi.
- Jak się wczoraj zachowywał?- zapytał. No oczywiście, bo po co tu nadal jestem? Nie chciało mi się bawić w donosiciela, ale nie było sensu w maskowaniu działań Andy'ego.
- Jak zawsze, czyli jak skurwysyn - odparłam zimno.
- Nie zabił Sykesa? Nie podpalił mu domu?- zastanawiałam się, czy to sarkazm czy Andy naprawdę byłby do tego zdolny.
- Nie, ale chyba niezbyt ciepło przyjął jego przeprosiny - uśmiechnęłam się sztucznie.- I zarzygał mu kibel.
Na te słowa odwrócił się gwałtownie.
- Jest aż tak źle?!
- No, to przecież normalka, w domu ciągle tak robił - pożałowałam tych słów, bo Ferguson wcale o tym wcześniej nie wiedział.
- Kurwa, i ty mi to mówisz dopiero teraz?!- złapał się rękami za głowę, patrząc na mnie z wyrzutem.- Wiem, że starasz się być dobrą dziewczyną, ale nie jesteś małym dzieckiem, powinnaś wiedzieć, że to nie jest dla niego lepsze!
Chyba faktycznie mówił prawdę. Podobał mi się ten światek wykreowany przeze mnie i chłopaka, gdzie wszystkim się sprzeciwialiśmy, ale nie przyjmowałam do świadomości, że to dla niego niebezpieczne. Właściwie jego choroba uderzyła mnie dopiero ostatnio.
Spuściłam głowę.
- Sally.. Ten człowiek umiera, nie widzisz tego? To chodzący trup, w każdej chwili może się przekręcić..
- Tego chyba właśnie chce - dodałam cicho.
- Tak, ale to dlatego, że jest niepoczytalny.
Ożywiłam się, ale to dlatego, że przez swój przykry epizod z psychiatrykiem, nie akceptowałam takiego stwierdzenia. Same słowa ,,niepoczytalny", ,,szalony", ,,obłąkany" mnie denerwowały. Uważałam, że każde ,,szaleństwo" można jakoś wytłumaczyć. Nawet zachowanie takiego psychopaty. Zwykle odpowiedź znajdowała się w przeszłości.
- Wiem, że to może być szok, nigdy ci tego nie mówiliśmy, ale swojego czasu nawet udawało nam się ciągać Andy'ego po psychiatrach. No i każdy stwierdzał niestety to samo: że Andy ma urojenia, głosy w głowie, halucynacje. Wręcz książkowy przypadek schizofrenii, chorobę dwubiegunową i depresję. On sam jeszcze o tym nie wie, ale ma nawet papiery, które to zaświadczają. W każdym razie wypiera się tego, a jeśli nie chce pomoc, to psychoterapia nie ma sensu.
Poczułam się nieco urażona, bo kiedyś sama również miałam podobne papiery, a nawet podobne zarzuty. I byłam niemal tak samo wkurzona, bo to wszystko zostało zełgane. Nawet nie miałam pojęcia, dlaczego. Co moim rodzicom odwaliło? Stracili jedno dziecko, więc postanowili pozbyć się drugiego? Dlaczego w ogóle ludzie lubią robić z innych wariatów, a potem się ich pozbywać?!
- Nie próbowaliśmy jeszcze poważniejszych środków. Myślę, że trzeba mu znaleźć jakiś szpital psychiatryczny, gdzie zajmowaliby się nim 24 godziny na dobę. Z nami i tak ma za dużo luzu.. Ale najpierw trzeba go wyleczyć z tego poważnego choróbstwa. Cokolwiek by to nie było.
Niemal zagotowałam się w środku, bo z własnego doświadczenia wiedziałam, że to właśnie szpital odciska na psychice najgorsze piętno. I współczułam chłopakowi, ale.. Miałam dość.
- To już chyba nie mój problem. Między mną i Andy'm koniec.
Zaniemówił z wrażenia i rozdziawił usta. Zrobiło mi się trochę przykro, nawet pożałowałam chłopaka, ale to nie on przechodził przez to, przez co przeszłam ja.
- Ty.. ty masz zamiar odejść?! Ale jak to?! Nie.. Nie!
- Jinxx, ja też tego nie wytrzymuję! Kocham go, ale nie chcę ciągle tak żyć!- niemal krzyknęłam mu w twarz.
- Nam też nie jest łatwo, ale..
- Jinxx, nie zamierzam podporządkować swojego życia niańczeniu dorosłego skurwiela! Jeśli wam się to podoba, to wy się tym zajmujcie! Zresztą w szpitalu psychiatrycznym i tak nie będę mu potrzebna.
- Ona ma rację - Vicky podniosła się z łóżka i stanęła obok mnie.- Towarzystwo obłąkanych osób nie sprzyja nikomu. Zwłaszcza młodej dziewczynie, która ma własne plany, ale na drodze do ich realizacji stoi totalny skurwysyn.
Popatrzył na nią wyniośle jak na gówniarę. Chyba jednak trochę rozumiał.
- No właśnie, Jinxx. Mam własny zespół, a ciągle jestem tylko ,,dziewczyną". Ciągle mam go tylko uspokajać, a on w ogóle nie liczy się z moimi uczuciami. Sam mi powiedział, że nie mam co liczyć na jakiś wyraz wzajemności.
- Słuchaj, Sally, rozumiem, że parę razy był okropny..
- Parę razy?! Uważasz, że okropny był tylko wtedy, gdy mało mnie nie zabił?!- podniosłam włosy, ukazując bliznę na policzku. Byłam już tak wściekła, że myślałam, że sama się na niego rzucę i zacznę dusić.- Gdybym była rozsądna, poszłabym z tym na policję!
- Wiem, Sally i jestem ci naprawdę wdzięczny.
- Szkoda, że nasz pan Biersack nie jest!
- Sally, nie wiem, co się dzieje w jego głowie.. Ale zastanów się jeszcze, jeśli ci na nim zależy.. Proszę, naprawdę nam bardzo pomogłaś!
- Pomogłam, ale już nie pomogę.. - wyszeptałam. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je, czekając aż mężczyzna wyjdzie.
W końcu opuścił pokój, rzucając jeszcze krótkie ,,proszę". Oparłam się o zamknięte drzwi, czując na sobie duży ciężar.
- Paranoja - popatrzyłam na Victorię zmęczonym wzrokiem.
- Chodź, poszwendamy się po Londynie.

*Andy*
Zacząłem walić w drzwi sporego domu Danny'ego, który na szczęście nie znajdował się w dzielnicy dla snobów.
- Kurwa, chuju, wpuszczaj mnie, bo zamarznę!
W końcu miał litość mnie wpuścić.
- Chciałem zobaczyć, ile wytrzymasz, chudzinko - uśmiechnął się złośliwie.- Dobra, właź. Nie będziesz przecież palił na dworze, trzeba trochę okadzić wnętrza.
Od razu wyciągnąłem peta i odpaliłem. To samo zrobił Worsnop.
- Jak to dobrze, stary, że u ciebie nie ma zakazu.
- A co, już zrobili ci regulamin? Przynajmniej masz co łamać! A każą ci dmuchać, jak się napijesz? Czy to też zakazane?
Zlustrowałem kumpla wzrokiem. Dawno się nie widzieliśmy i dość mocno się zmienił. Właściwie wyglądał trochę jak angielski odpowiednik rednecka. Roztył się, miał długie zarośnięte rudawe włosy i brodę. No typowy angol.
- Widzę, że panuje dieta piwna - uśmiechnąłem się.- Niezły bebech wyhodowałeś, przynajmniej ci ciepło.
- A ty co, na raka zdychasz?- zażartował kumpel i już chciałem się zaśmiać, ale wtedy sobie uświadomiłem, że to może być prawda. Rak? Postrach wszystkich ludzi? Jedna z głównych przyczyn umieralności?
Przeszedł mnie dreszcz na myśl, że w moich płucach rozrasta się to choróbstwo, którego praktycznie nie da się wyleczyć. Przed oczami stanęło mi ostatnie zdjęcie Steva Jobsa, które pokazywano w gazecie, gdy umarł i nieźle się wystrachałem. Do tego te wszystkie łyse dzieci w puszczanych w telewizji spotach charytatywnych. O cholera, a jeśli to samo spotka mnie? To by się potwierdzało.. Kaszel, duszność, ucisk w piersi, rzyganie..
 ,,Andy, ogarnij się.. Na pewno nie jest jeszcze tak źle.. A zresztą, co to za różnica? Wcześniej czy później.."
- Ej, zgadłem?- zaniepokoił się.
Wybuchłem sztucznym śmiechem.
- Nie, chciałem zobaczyć, czy się nabierzesz! Napędziłem ci stracha?!
- O ty chuju, i to jak! Średni ten żart, bo znam.. znałem kilka osób, które umarły na raka.. Albo na marskość wątroby..
- To raczej u ciebie bardziej prawdopodobne.
- Weź, aż mi narobiłeś ochoty na drinka. Napijmy się, zanim będzie za późno. Chuj z chorobami, i tak wszyscy umrzemy! Ja wolę umrzeć z kieliszkiem w ręku!
,,Świetnie, Danny, chlej jak najwięcej!"
- No dawaj, przez tych kutasów czuję się jak na abstynencji.
- O, to się zdziwisz, przygotowałem coś specjalnie na wizyty wyjątkowych gości..
Obaj jak zwykle pognaliśmy do piwnicy, gdzie Danny zawsze trzymał swój barek. Ale to, co zrobił teraz, przeszło moje oczekiwania.
- Kurwa, postawiłeś sobie własny bar?!
- Oj, bez przesady. Po prostu nie zawsze chce mi się ruszyć dupę do pubu na drugiej stronie ulicy, więc urządziłem tak piwnicę. No i fajne imprezki z tego wychodzą. Oczywiście wtedy, gdy nie ma tej pizdy Bena..
- Aż taki z niego pizduś?- spytałem, gdy podawał mi piwo.- A może masz smakowe?- sparodiowałem jego przyjaciela.
- Noo, ostatnio na jednej imprezce robiliśmy nagie zdjęcia przy basenie. Oczywiście Beniuś został jako jedyny w koszulce. A ostatnio, kurwa, wiesz, co wymyślił?! Że przejdzie na weganizm i abstynencję! Ryć mi się tak chciało..
- A wiesz, gdzie ja ostatnio musiałem siedzieć?! No, zgaduj!
- No nie wiem, u królowej, jedząc paszteciki?
- U Sykesa.
Niemal wypluł napój ze śmiechu.
- Z tym pedałem?! O kurwa, i co? Wpierdalałeś jakieś sajgonki i inne sojowe świństwo?!
- No, a potem zarzygałem mu tym kibel w podziękowaniu. I prawie wypchnąłem go z balkonu!
- Moja szkoła. Ale ponoć ma nową laskę, niezła dupeczka? Ale tak szczerze? - uśmiechnął się jak zboczeniec.
- Nie twój typ, za chuda jak na ciebie. Do tego weganka i walnięta Hare Krishną czy innym hinduskim gównem. Rozmowa z nią to równo w gówno, om om om.. I mieszkają, kurwa, w jakimś pałacu jak dwa snoby. Mają tam tylko jakąś psiarnię.
- Pasuje do nich, suka i skurwysyn, no nie?
- Weź, dzisiaj muszę iść na MTV i udawać, że mi nie przeszkadzają. Zjebanie. Może jeszcze zrobię sobie z nimi selfie?
- Kto ci, kurwa, każe? Idź i zrób totalny rozpierdol, bo czemu nie? I tak zjebałeś sobie wizerunek, wszyscy pierdolą o pozytywnym przekazie twojej muzyki! Wszyscy widzą cię teraz jako takiego aniołka, uważaj, bo niedługo zaczną was nazywać chrześcijańskim zespołem.
- Serio tak źle z moim wizerunkiem? Kurwa - splunąłem.
- Tak. Musisz coś odwalić, bo zamieniasz cię w taką cipę jak nasz pan z Bring Me The Chujrajzon.
Wziąłem większy łyk, bo na serio chciałem uchodzić za kogoś złego, symbol demoralizacji. Tymczasem robili ze mnie, kurwa, Jezusa Chrystusa.
- Serio, wyżyj się na Sykesie, to będzie zabawne. Jeśli tak bardzo go nienawidzisz, to w czym problem? Mało go nie zabiłeś w jego własnym domu, sam mówiłeś..
No, to nie była do końca prawda, ale przemknęła mi przez głowę taka myśl.
W końcu wykończyliśmy po dwa kufelki, ale Anglik nadal się nie wstawił.
- Danny, chłopie, skąd masz tyle tego wina?!- pokazałem palcem na hurtową wręcz ilość beczek.
- Ee, śmieszna historia. Pojechałem sobie kulturalnie na degustację wina na wsi na wakacjach. No, ale to wino było tak dobre, że aż się schlałem, tradycyjnie. I myślałem, że zamawiam 20 butelek, a to było 20 beczek. No i teraz trzeba to wykończyć, więc możemy się za to zabrać!
Rozpoczęła się niezła popijawa i choć miałem na nią ochotę, to musiałem pilnować się, by potem wykorzystać całą sytuację.
Danny z kolei dobrze się bawił.
- Skrzyknę zaraz cały tłum i będzie legendarna biba. Chyba że wolisz w dwójkę tak jak z panem Siksem - zaśmiał mi się w twarz, lekko mnie już irytując.
- No chyba ciebie w dupę.. Dawaj kolejną, dobijesz do 10..
- W ogóle powiedz mi, mój Andysiu, słonko moje, ćpasz ty jeszcze choć trochę?
Trochę się wkurzyłem, bo właściwie już sporadycznie, a to też mogłoby trochę pomóc.
- Nooo, ale w ostatnich miesiącach mało..
- Kurwa, aż tak cię rozwalają? Gdzie jest ten Andy, z którym można się schlać, poimprezować i przelecieć jakąś groupie?!
- Kurwa, Danny, jest dopiero południe, imprezki to się odwalały w nocy..
- A no tak, zapomniałem, że koncertowaliśmy. Ale chyba zrobię sobie pijacką emeryturę.. W ogóle chyba rzucę Asking Alexandrię, to jedno wielkie gówno dla picu. Tak jak BVB - po tych słowach pociągnął kolejny wielki łyk i wyglądał już iście obrzydliwie.
- No, kurwa, wielki grubasie, nie płacz. Golnij sobie - podałem mu kolejną butelkę, czując, że jest z nim jeszcze gorzej. Na moją korzyść.
- Andy, ty zawsze jesteś taki uroczy i mnie pocieszasz.. Masz tak kurewsko niebieskie oczka. I ładne ząbki - po czym wetknął mi w te ,,ząbki" butelkę. No dobra, chyba ja też musiałem się nieco uchlać.- Mam ochotę kogoś przelecieć, ale ty masz pewnie HIV.
- Kurwa, czemu ja?!
- Od Sykesa, jebać chuja!- rzucił butelką w tarczę z lotkami na jednej ze ścian.- Nie myje jaj, każe je wylizywać psom..
- Ej, poczekaj, mam pomysł - wytrzasnąłem skądś markera i narysowałem na tablicy do strzałek podobiznę tego jebaki, a tuż obok swoich ,,kumpli".
- No dawaj, mam ochotę trafić Jinxxa!- darłem się ochrypłym głosem. Po chwili grubas stał na szczycie stołu i pochylając swe ogromne cielsko, starał się kogoś trafić. Jednak alkohol już całkiem uderzył mu do głowy. Mi chyba też, bo chwiejnym krokiem ruszyłem po kolejną butelkę, a po jej opróżnieniu zrobiło mi się całkiem wesoło. W tej chwili zobaczyłem strzelby na ścianie i zgarnąłem jedną z nich.
- Wyglądam już jak typowy Angol?- spytałem kumpla, wymachując spluwą.
- Nie, bardziej jak ofiara wojny w Wietnamie..
- Dlaczego wy, Angole, zawsze trzymacie spluwy w domu?
- Po tatusiu. Wy, rednecki, nie jesteście lepsi.
- U nas są włamywacze.. Gwałciciele, oszołomy.
- Oszołom to ty jesteś. W ogóle byłem kiedyś u jakiejś laski w domu, powiedziała, że mogę zostać na noc i chodzę po domu, a tam, kurwa, nazistowski mundur. Ostro, no nie?
- Jebani faszyści.. - oznajmiłem chwiejnym głosem i rozbiłem butelkę o własny łeb.- Helga!
- Nie podniecaj się tak, i tak jesteś dobra dupa.. Ale ja mam więcej lasek.
- Jestem dziewicą.
- Łżesz, kurwa, dzięki Siksowi nie!
- Ale ja go kocham. Zabiję go, jeszcze ci obiecuję - wyznałem śmiertelnie poważnie w swoim pijaństwie.- Zobaczysz, za kilka dni będzie nieżywy!- zamachnąłem się lufą.
- A ciebie zgarną psy i pójdziesz siedzieć na 25 lat.
- Jebać psy, liczy się honor.. Będę synem anarchii..
- Chodź się przewietrzyć, bo jesteś pojebanym psycholem. Tylko weź jak najwięcej butelek, muszę cię unieszkodliwić.
Przypomniało mi się, po co ja tu właściwie przyszedłem.
- No chyba ja ciebie..
Wziąłem jak najwięcej trunków, wypychając sobie nimi ubranie.
- Na Sykesa - powiedział Danny, wpychając sobie butelkę w spodnie.- Mniam.
Wyszliśmy na taras, gdzie znajdował się duży podświetlany basen.
- Zajebioza, stary!- krzyknąłem. Odrzuciłem butelki na trawę i wskoczyłem do wody w ubraniu. Wynurzyłem się po chwili, przypominając sobie coś znajomego.
- Ej no, dzieciaku, bo jak się utopisz, to ci złoję dupę.. Jak Sykes już to uczynił - zaśmiał się.
- Jeb się - ochlapałem go wodą.- Zrób mi sztuczną falę!
Po chwili wielkie cielsko Anglika uderzyło o gładką taflę wody, opryskując mnie i praktycznie zatapiając mnie.
- Ej, nie wziąłeś żadnej butelki!- zwróciłem uwagę.- Zawracaj się!
- Przecież wziąłem, masz problem z pamięcią krótkotrwałą?!- po chwili z gaci wyciągnął dwie butle, które nie wiem, jakim cudem się tam znalazły.
- To ty jesteś pojebany..
- Wolisz mieć w ryju butelkę czy chuja Siksa?
- No dawaj..- odparłem zrezygnowany, pociągając łyka jakiegoś sikacza.- Niewiele się różni, wiesz?
- A utopić cię?- poczułem na sobie łapę tłuściocha i po chwili dusiliśmy się nawzajem pod wodą. Z tej szaleńczej fazy wyrwało mnie tylko to, że znów czułem ten jebany ucisk, który codziennie się nasilał. Wynurzyłem się z wody i z trudem złapałem trochę powietrza.
- Ej, wszystko gra?
- Tak, po prostu twoja woda w basenie miesza się z browarem - zmusiłem się do uśmiechu i wylazłem na powierzchnię. Kurwa, jak zimno!
- Może ręczniczek, Andysiu?
- Kurwa, jeśli jeszcze raz mnie ktoś tak nazwie to..- zacząłem kasłać.
- Ojoj, może jednak?
- Może jednak nie?
- A może jednak tak?
- A może chcesz, kurwa, w ryja?
Rzuciłem się na niego ryjąc i waląc go, czym popadnie. Poczułem na swojej twarzy krzesło, grilla, dosłownie wszystko. Miałem ochotę zrobić to samo z BVB, Oliverem i całą bandą tych idiotów.

***
*Sally*
Zdziwiłam się, że wróciłyśmy tak późno, a Andy'ego nadal nie było. Zmył się gdzieś i chyba nadal nie zamierzał wracać. Miałam nadzieję, że się znajdzie, bo powinniśmy się już szykować na galę MTV.
Od razu dopadł do mnie zdyszany Ashley. Nie wydawał mi się gotowy na galę.
- Sally, nie widziałaś Andy'ego?
- Nie - odparłam lodowato.- Ale pojedźcie do tego całego Danny'ego, jeśli go szukacie.
- Dobra, masz rację, pewnie już się tu nie znajdzie..
- Trzeba go odbierać jak małego chłopca?- wtrąciła się Vicky.
- Na to wygląda - skinął głową Purdy.- Dobra, ty, Sally, się szykuj, a my po niego pojedziemy. Mam nadzieję, że jeszcze niczego głupiego nie zrobił.
,,Pewnie tak"- od razu przyszło mi na myśl. Ale postanowiłam się dobrze bawić.
Ruszyłyśmy do naszego pokoju. Chciałam się ogarnąć i jak najszybciej spotkać z Hannah'ą. Szkoda, że za mną cały czas będzie się włóczył pierdolnięty, schorowany partner, który prawdopodobnie zaplanował już, co odwalić tym razem.
 
*Andy*
Akurat świetnie się bawiliśmy, kończąc ostatnie butelki, aż nagle usłyszałem klakson.
- Tam też jest impreza?!- zdziwił się totalnie napruty Danny.- A może to w remizie?!
- A która jest, kurwa, godzina?!- przypomniało mi się, że dziś jest gala jebanego MTV.
- No.. Jest ciemno, tyle wiem..
- DANNY, OTWÓRZ, TO MY PO ANDY'EGO!- usłyszałem wrzask Ashleya.
- O kurwa, przyszli się nade mną znęcać..- podniosłem się na chwiejnych nogach, kaszląc.- Mam dziś iść do zasranego MTV! A, kurwa, nie chcę, więc wymyśl coś, skurwielu!
- Kurwa, kurwa, kurwa! Musimy cię gdzieś ukryć!- podskoczył, mało się nie przewracając.
I teraz dostrzegłem idealną okazję.
- Schowam się w garażu!- zawołałem.
- Dobra, idę ich wypłoszyć.. Na... przód!- zamachnął się i runął przed siebie.- JUŻ IDĘ, PANIE KIEROWNIKU!
Tymczasem ja, kompletnie przemoczony, do tego kaszlący, wpakowałem się w końcu do tego pieprzonego garażu, który był celem całej tej szalonej akcji. Próbowałem się opanować i nie zdradzić się głośnymi odgłosami. Słyszałem nerwowe krzyki i cały trząsłem się z pośpiechu. Przewracałem się na rozmaite pudła i mało nie rozwaliłem sobie głowy o samochód. Kompletnie nie wiedziałem, od czego zacząć, więc przeszukiwałem wszystko po kolei. O ile ze szczypcami poszło w miarę szybko, to gorzej z tym drutem. Już martwiłem się, że właściciel garażu go nie posiada.
- Przecież wiem, że tu jest, więc nie kręć Danny!- darł się Jinxx.- Masz nam go oddać, bo idziemy na galę MTV!
- Czemu mnie nikt nie zaprosił?..
- Jaki pijak, nie wytrzymam - Jake. Czyżby wybrali się wszyscy?
Musiałem się pośpieszyć.
W końcu coś ostrego wbiło mi się w rękę, aż pisnąłem. Drut kolczasty? Jeszcze lepiej. Zacząłem go zwijać, raniąc sobie przy tym ręce. Mały kawałek i narzędzie na szczęście zmieściły mi się w kieszeni. Westchnąłem, gdy poczułem kolce pod żebrami, ale musiałem się przyzwyczajać.
Jednak nie zamierzałem się teraz poddawać i tak zwyczajnie im się oddać. Dostrzegłem rozkładaną drabinę, jedną z tych, które tak jakby ,,wyjmuje się" z sufitu.
- Pokaż no, musi tu być! Tu jest jego kurtka!- krzyczał coraz głośniej Ferguson.
- Danny, ogarnij się, Andy nie może przecież u ciebie zamieszkać - łagodził sytuację Purdy.
- NIE MA GO TU, JAK NIE BYŁO, WIĘC.. NO TEN.. WYNOCHA!- przywalił łapą w drzwi.
Przeskoczyłem przez maskę auta i chwyciłem specjalny sznurek. Po chwili ,,schody do nieba" (ptfu!) czekały gotowe.
- Co to za hałas?! Andy, wiemy, że tam jesteś!- zwrócił się do mnie ten piernik.
- TO MÓJ PIES, ODWAL SIĘ OD NIEGO!
- Zajmij się nim!- poleciła niańka swojemu ochroniarzowi.
- ŁAPY PRZY SOBIE, BO CIĘ ZASTRZELĘ! MAM BROŃ!
Rozpoczęła się jakaś szarpanina, słyszałem ostre słowa, które jednak mieszały się w niezrozumiałą papkę. I wtedy wszystko spieprzyłem.
Wyskoczyłem na zewnątrz, nie zdając sobie sprawy, że mnie doskonale widać. Do tego padłem na kolana, mało nie spadając z dachu. Poczułem drut wbijający mi się w skórę mimo warstwy materiału.
Zawyłem z bólu.
- ANDY, CO TY TAM, DO KURWY NĘDZY, ROBISZ?!- przerazili się zgodnie.
- Nie ma go, no co ty nie powiesz?!- syknął nerwowo Jinxx.
- NO.. NO WŁAŚNIE NIE WIEM, SKĄD ON SIĘ TAM WZIĄŁ! CO TY TAM, KURWA, ROBISZ, ZŁODZIEJU?!
- Obaj są schlani, nie ma sensu ich o nic pytać - stwierdził basista.- Lepiej go stamtąd zabierzmy zanim skoczy!
,,Dzięki za pomysł!"
W tej chwili skok wydawał mi się wręcz idealnym pomysłem. Miałem nieziemską chęć wkurzyć wszystkich. Nie pamiętałem o tym, że jeśli coś sobie zrobię, to zawloką mnie do szpitala.
Stanąłem na krawędzi i zacząłem się niebezpiecznie chwiać.
- ANDY, KURWA, CZY TY ZAMIERZASZ SIĘ ZABIĆ?!- spojrzał na mnie panikujący Purdy.
- CHĘTNIE, DOBRY POMYSŁ!- zaśmiałem się pusto, balansując wysoko nad ziemią.
- JESTEŚ, KURWA, OBŁĄKANY!- wrzeszczał najstarszy.
- Powtarzasz się..- wysepleniłem.- NIE MUSISZ MI TEGO POWTARZAĆ!
- Albo oszalał do reszty albo też się uchlał - ukrył twarz w dłoniach.
- NIC NIE PILIŚMY!- oznajmił Danny, ale widząc stos butelek obaj się zaczęliśmy się chichrać.
Dziwiłem się, że nie zamierzają mnie ściągać. Ale wtedy poczułem coś, co złapało mnie za kark. Wrzasnąłem i na serio się wystraszyłem, bo już mi się wydawało, że lecę. Ale to tylko ten dupek Pitts złapał mnie w ostatniej chwili. Nędzny perkusista zasłaniał oczy i wszyscy, nawet Worsnop, wyglądali na totalnie zesranych. Tymczasem Pitts trzymał mnie kurczowo i po chwili stargał mnie na dół, unieruchamiając mnie jak jakiegoś rasowego przestępcę. Chyba celowo się na mnie wyżywał, bo klął coś na mnie, pociągając mnie za włosy. Niestety w tej chwili słabo ogarniałem rzeczywistość i nawet nie wiedziałem, jak odpysknąć.
- Nie dziękuję ci, Danny, że się nim zająłeś, bo PRAWIE, KURWA, ZGINĄŁ!- niemal przyłożył mu zbulwersowany Ferguson.- Idziemy z tej meliny, ale to już! Zostało nam jakieś pół godziny, a on jest całkowicie narąbany!
- ŻE JA?!
- Mówiłem, jebie od niego na kilometr!
- ANDY, UCIEKAJ!- zakrzyknął po raz ostatni właściciel domu i praktycznie padł. Przez chwilę machałem do niego ręką, oczekując, że mnie ocali, przeciwstawi się ,,kumplom". Ale obaj schlaliśmy się do tego stopnia, że teraz najchętniej poszedłbym spać i nie wychodził z łóżka. Nie miałem nawet siły za bardzo się szarpać, bo mięśnie kompletnie mi sflaczały. Do tego miałem kurewską ochotę upokorzyć Sykesa.
Po chwili zapakowali mnie do samochodu, a ja praktycznie odpłynąłem.

*Sally*
Czekałam już całkowicie odpicowana, ale nadal nie wracali. Miałam na sobie długą jasną sukienkę bez rękawów, lekko podwinęłam włosy i zrobiłam makijaż. Chciałam, by Andy mnie zobaczył i wiedział, co traci. Gdzieś głęboko nadal liczyłam, że się ogarnie i wszystko momentalnie zmieni się jak w filmach.
- Wyglądasz jak księżniczka - stwierdziła Vicky.- Szkoda, że ten wyjazd się kończy.. Boję się wracać do domu.
- Nie myśl o tym, skup się na tym, że spotkamy się z Carlem, Alice i Robbie'm, nagramy płytę, zrobimy karierę, przebijemy się i skopiemy wszystkim dupy!
- Zrobiłaś się zadziorna, nie poznaję cię. Zawsze wydajesz się taka delikatna. Zwłaszcza w tym stroju, jak jakieś milion dolarów.. I to dosłownie.
- Daj spokój, nie chcę marnować kasy na wystawne życie. Chcę po prostu udowodnić światu, że potrafię sama coś osiągnąć i nie jestem tylko kulą u nogi.
- Ja też chcę się uniezależnić. Nie chcę wracać do swojej rodziny. Niech zobaczą, jak świetnie radzę sobie bez ich pieprzonych zasad!
- Dokładnie! Nie zamierzam się dziś nikomu podporządkowywać. Ani Andy'emu ani jego niańkom. Cieszę się, że wyjdę do ludzi. Choć, wiesz, nie chciałabym być kojarzona tylko jako czyjaś dziewczyna.
- Pomyśl sobie, że to już koniec. Taki bogaty koniec. Baw się dobrze w otoczeniu gwiazd, bo masz okazję czuć się jedną z nich.
- To mnie trochę przeraża! Ci ludzie na to zasługują, są utalentowani..
- Ty też - przerwała mi.- I jeszcze kiedyś same odbierzemy tę nagrodę!
Uśmiechnęłam się.
- Cieszę się, że stałaś się taka.. otwarta.
Zarumieniła się lekko.
- Wiesz, to chyba wina mojej rodziny. To przez nich czułam się brzydka, głupia i bezwartościowa. Teraz jestem sobą.
- Też tak chcę.. - rozmarzyłam się
Nagle usłyszałam jakieś głośne krzyki, zdecydowanie wściekłości.
- Chyba na mnie czas.. Odprowadzisz mnie?
- Jasne.
Wyszłyśmy na zewnątrz, obie nieco zdenerwowane. W oddali zobaczyłam chłopaków, którzy prowadzili przewracającego się Biersacka. Wystraszyłam się, że może miejsce miał jakiś wypadek.
Podbiegłam w ich stronę, mało nie zabijając się na obcasach.
- Co się stało?!- wydarłam się.
- Nic, poza tym, że się uchlał - odparł oschle Ashley. W jego tonie czułam takie wyrzuty, jakby to była moja wina. ,,Czy on naprawdę potrzebuje 24-godzinnej opieki?!".
Popatrzyłam na swojego ,,chłopaka", który tylko coś bredził i wybuchał pustym śmiechem.
- Żałosne - szepnęłam pod nosem.- On naprawdę musi iść? Narobi wam i sobie wstydu!
- Musi, formalnie jest liderem zespołu!- oburzył się Ferguson.- Musisz go pilnować jeszcze chociaż tego wieczoru. Kiedy dojedziemy, stój przy nim, trzymaj go i staraj się odpowiadać za niego. I pilnuj, by już nic nie wypił.
- Dlaczego to ja mam go pilnować?!- wkurzałam się. Chyba miał ochotę odpysknąć, ale po chwili uspokoił się.
- Proszę, jeszcze ten jeden wieczór. Błagam cię, Sally.
Zdecydowanie nie odpowiadało mi to wyjście. Gdyby ten skurwiel chociaż pozostał trzeźwy.. Teraz nawet nie przypominał człowieka, którego znałam. Zachowywał się jak obrzydliwy żul i na takiego właśnie wyglądał. Do tego był cały mokry, chudy i rozczochrany.
- Pomożesz nam go szybko ogarnąć?- poprosił, patrząc mi w oczy Jinxx.
Westchnęłam. Ruszyłam za nimi, prawie płacząc.
- Ej.. Trzymaj się - przytuliła mnie na odchodnym Victoria.- Baw się dobrze.
,,Ta, na pewno. Coś odwali, mogę się założyć.."
Nerwowo wyciągnęłam z szafy przygotowane na wyjście ubrania pijaka i zostawiłam je na łóżku. Potem stanęłam w kącie pokoju, zagryzając wargę.
,,Dobra, opanuj się. Show musi trwać.."

*Andy*
Jake wymierzył mi policzek, dzięki któremu choć trochę oprzytomniałem. Jednak nie byłem mu wdzięczny. Obchodzili się ze mną, jak z dzieciakiem. Czekałem, aż ściągną mi spodnie i założą pieluchę.
- Sam się przebierzesz, czy mamy cię ubierać jak niańki, idioto?!- syknął do mnie Jinxx.
- Spierdalaj, nigdzie nie idę - odwarknąłem.
- O nie, nie wymigasz się.. Przegiąłeś pałę! Gazety na pewno zgotują ci jakiś skandal, więc bez kary nie ujdziesz. A potem zobaczysz, jaką mamy dla ciebie niespodziankę!
- To nie jest, kurwa, żadna niespodzianka! Wszystko słyszałem! Wszyscy to, kurwa, wiedzą, pojebusy! A ja się, kurwa, nie zgadzam!
- Dobra, masz ostatnią szansę, albo się ogarniesz i idziesz albo jeszcze jeden cios, leżysz i jedziesz do szpitala!
Już zastanawiałem się, czy jakoś się jednak nie wyrwać, ale przypomniałem sobie, że jestem praktycznie opleciony drutem kolczastym, a przy sobie mam także ostre szczypce.
Bez słowa wstałem na chwiejnych nogach i zabrałem ciuchy. Kątem oka zobaczyłem Sally płacząca w kącie pokoju. Nie miałem jednak siły, by spojrzeć jej w oczy, a tym bardziej się odezwać. Miałem świadomość, że to nie wszystko, co szykowałem na dzisiejszy wieczór.
Wszedłem do kibla. Słyszałem jak wszyscy głośno przeklinają, mówią, jak to chętnie, by mnie zabili i kopią w meble i ściany.
,,Dobra, to szykujcie się na prawdziwe przedstawienie. Tym razem z moim scenariuszem!"
Wyciągnąłem zakrwawione narzędzia spod mokrego materiału i ukryłem w kosmetyczce pod licznymi ręcznikami. Ubrałem się szybko, by nie wzbudzać podejrzeń.
,,Nie możesz się doczekać tej wspaniałej zabawy"- powtarzałem sobie. Miałem już pewne plany.
Wypadłem z kibla i od razu zostałem przechwycony przez moje idiotyczne niańki. Musiało to wyglądać komicznie. Zupełnie, jakby aresztowało mnie gestapo. A Sally kroczyła za nami niby jakiś piękny anioł śmierci.
,,Przykro mi, kochanie, ale złamię ci dziś serce"
Już czułem, że to koniec. I naprawdę starałem się o tym nie myśleć.
,,Skup się na wrogu! Daj z siebie wszystko!"
Wpakowano mnie do jakiegoś samochodu, w którym czułem się jak w radiowozie. Niewyraźnie słyszałem jakieś pełne złości kazanie Jinxxa. Z kolei Jake i Ashley trzymali mnie kurczowo za ręce, jakbym zamierzał wyskoczyć z auta i rzucić się na ulicę. Straciłem rachubę, czy już to kiedyś robiłem czy nie. Z kolei nędzny perkusista i moja dziewczyna usadowili się z tyłu, modląc się zapewne do swoich kretyńskich bóstw, bym nic nie zrobił. Na razie wyglądałem jak niegroźny pijak. I na tym mi zależało. By nie podejrzewali niczego poważniejszego.


*Sally*
Dojechaliśmy na miejsce. Za szybą limuzyny dojrzałam czerwony dywan, mnóstwo reporterów pism muzycznych, fotografów, ale także rzucających się na wszystkich paparazzi. Zupełnie jak w filmach. Nie mogłam w to uwierzyć. Oślepiał mnie przytłaczający blask, jakiś taki niebiański. Wolałabym tu widzieć Lynn niż tyle obcych twarzy.
- Sally, idziecie jako para, więc uważaj - ostrzegł mnie Jinxx. Westchnęłam przytłoczona tym całym chaosem.- Nie panikuj, tylko się skup. Andy to jedyna osoba, której możesz się bać. Powodzenia!
- Postaram się..
Ochroniarz otworzył nam drzwi, a ja na chwiejnych nogach wyszłam z limuzyny. Andy stanął obok mnie. Trącił alkoholem i trząsł się gorzej niż ja. Nie wiedziałam, czy poza piciem nie ćpał. Bałam się go, słusznie mnie ostrzegali.
Pozostali wysiedli z auta, uśmiechając się sztucznie. Na twarzy Andy'ego zagościł głupawy banan, ale prezentował się obrzydliwie. Jak roześmiany trup. Czułam się głupio. Do tego ci wszyscy poszukiwacze sensacji od pierwszego kroku nas fotografowali. Chwyciłam chłopaka mocniej i pięłam się dalej. Widziałam ścianki, na których pozowali inni muzycy. Zauważyłam, że zbliżają się do nas dziennikarze, chcący przeprowadzać wywiady. Musiałam się ośmielić i udawać gadułę, by Biersack nie palnął niczego głupiego.
W końcu zostałam osaczona ze wszystkich stron. Skuliłam się w sobie, czując się jak dziecko. Na szczęście dziewczyna ze specjalnym mikrofonem uśmiechała się szeroko i wydawała się w miarę sympatyczna. Z wiadomych powodów nie miałam jednak zaufania dla mediów.
- Och, Andy, Sally, wyglądacie przeuroczo jako para! Zupełnie jak z kreskówki! Jak tam się układa waszej parze?
- Umm..- popatrzyłam na swojego partnera, miałam wrażenie, że chce coś powiedzieć.- Bardzo dobrze, właściwie idealnie. Choć faktycznie, umm, jesteśmy specyficzną parą. To znaczy.. Chodzi mi o to, że się wyróżniamy.. No, wyglądem.. Chyba się dobrze dobraliśmy, no nie?- kłamałam i zagadywałam kobietę.
- Tak, fani też was uwielbiają jako parę! Może macie do nich jakąś wiadomość?
- Pobieramy się!- teatralnie krzyknął Andy, wymachując przy tym ręką.- To moja przyszła żona! Biorę tę kobietę!
Poczułam się ośmieszona.
,,Nigdy, bym za ciebie nie wyszła, Andy"- pomyślałam.
- Och, jaka wspaniała wiadomość!- przeprowadzająca wywiad widocznie ucieszyła się, że ma sensację do nagłośnienia.- Kiedy planujecie ślub?! Czy to będzie duże wydarzenie?!
Denerwowała mnie jej dociekliwość, ale mój przyszły ,,mąż" widocznie się ożywił.
- Tuż po powrocie urządzamy wielką balangę! To będzie ślub stulecia! Ale urządzimy go w krypcie na powietrzu, tak, tak.. Nałożę kraciastą marynarkę.. I już mam drużbę.. No to ten chuj, eee..- pierdolił bez ładu i składu. Na szczęście wyratowała mnie reszta BVB, która akurat wkradła się przed kamerę. Przez chwilę pozowali i robili sztuczne miny ku zachwycie mediów. Dziwiło mnie, że potrafią tak zgrabnie wszystkich okłamywać.
- Och, reszta zespołu! Jaki macie stosunek do ślubu Sally i Andy'ego? Który będzie świadkiem?
Nie zrozumieli. Popatrzyli na mnie, ale ja odwróciłam się zakłopotana.
- Nie możemy się doczekać.. Tak samo jak nagrywania nowej płyty - zmienił temat Ashley.
- Och, opowiedzcie o niej! Czy będzie podobna do poprzednich czy to taki przełom?!
Nikt wcześniej nic mi nie wspominał o nowym albumie. Zastanawiałam się, czy chłopak kłamie czy Andy nie będzie miał dużego wpływu na jej formę i dlatego nic nie wspominali. Coś na pewno chcieli stworzyć, ale mój chłopak im to utrudniał. Nie sądziłam, by podobał mu się pomysł współpracy w studiu.
- Będzie zajebista!- przekrzyczał pozostałych sam wokalista.- Będzie za miesiąc! Będę rapował, czaisz?!
- Andy!- syknął Ferguson, ale niewiele mógł zrobić.- To znaczy.. Za miesiąc zaczniemy nagrywanie..
Pytania dziennikarki stawały się zbyt niewygodne i prywatne, więc wyrwaliśmy się, usprawiedliwiając się tym, że musimy udzielić wypowiedzi innym pismom.
- Co ci strzeliło do głowy z tym ślubem?!- wściekłam się, gdy odeszliśmy. Zaśmiał się kretyńsko i miałam ochotę go uderzyć.
- Nie bawi cię to? Oni wierzą we wszystko! Banda kretynów!- zmienił ton w krzyk przy ostatnich słowach. Popatrzyła na nas grupa ludzi, a paparazzi przystąpili do cykania fotek. Uśmiechałam się dla niepoznaki.
- Ogarnij się, jasne?! Żadnych głupich uwag, najlepiej zamknij ryja i siedź cicho!- skarcili go członkowie zespołu, ale on tylko durnowato chichotał. Nie mogliśmy jednak prawić mu kazań, bo przyczepiła się do nas kolejna ekipa filmowa. Nie zdążyliśmy powiedzieć słowa, bo kto się przebił? Oczywiście Biersack:
- POBIERAMY SIĘ I NAGRYWAMY PŁYTĘ! PRZEKAŻ DALEJ!
,,Kurwa, dlaczego jesteś taki gadatliwy akurat teraz?!"
Zapłonęłam rumieńcem.
Reporterka zadawała niemal identyczne pytania, jak jej poprzedniczka, a ja udzielałam jak najmniej odpowiedzi, maskując się tym, że to sprawy prywatne. Niestety mój ,,mąż" mi zaprzeczał.
- Sally, nałożę majtki w grochy i wjadę na koniu, dobra?!- rżał ten idiota.- Zastanawiamy się nad sprzedażą biletów!
- Genialnie, urządzimy ślub w Anglii teraz, wiesz?- rzuciłam sarkastycznie, bo już miałam dość.
- I zaprosimy tego.. No.. Oli'ego.. Mojego przyjaciela, poproszę go na świadka, o niego mi chodziło! Gdzie on jest?!- rozejrzał się.- KOCHANIE?! OLIŚ?!
Niestety wtedy dziennikarka zeszła na najgorszy możliwy temat. Sykes. Chciałem spotkać jego i jego dziewczynę, ale musiałam się jakoś uwolnić.
- Może pójdę go poszukać?- zaoferowałam niewinnie.
- O, super, pójdę z tobą- złapał mnie za rękę. Teraz to już w ogóle byłam pewna masakry. Jinxx odsunął mnie od pozostałych i szepnął:
- Nie, Sally, błagam! Tylko nie Sykes, Andy już coś pewnie wymyślił!
- I co, mam z jego powodu zrezygnować z własnej przyjemności?! Czekałam cały dzień, by go spotkać!
- Sally, proszę!- złapał mnie za rękę, ale wyrwałam się.
- Odwal się!- syknęłam i uciekłam.
,,Tym razem to ja decyduję!"
Szybko ruszyłam przed siebie, nie zwracając uwagi na resztę. To oni mieli problem, nie ja.

*Andy*
Nagle Sally gdzieś przepadła. Nie miałem pojęcia, kiedy się tak rozpłynęła, ale wydawała się wkurzona.
Słyszałem dobiegający do moich uszu zewsząd hałas, w oczy raziły mnie światła fleszy, a wokół krzątali się ludzie. Mimo to, musiałem ją znaleźć, by trafić na tego durnia Sykesa. Źle zrobił, jeśli przyszedł. Zamierzałem mu dobitnie wytłumaczyć, jakie mam o nim zdanie.
Tym razem czułem swoją przewagę. W końcu reszta zespołu nie mogła mnie teraz szarpać, dawać mi z liścia lub prawić mi kazań. Byłem wolny i zamierzałem to wykorzystać.
- Idę poszukać Sally!- obwieściłem. Zobaczyłem nerwowe spojrzenia całej grupy i coś w stylu potu spływającego po ich czołach. Parsknąłem, wzbudzając zmieszanie dziennikarki.
- Dobra, jakby coś spotykamy się na miejscu, gdy będą dawać nagrody - dla niepoznaki zezwolił Ashley.
,,Mam was, mam was!"- jarałem się. Mogłem bardziej angażować się w gale!
Ruszyłem przed siebie chwiejnym krokiem, czując się, jakbym latał. Rozglądałem się dookoła, ale nigdzie nie widziałam śladu tej drobnej osóbki. Ani wielkiego łba swojego wroga i ofiary.
Latałem tak bez celu po terenie imprezy, co chwilę na kogoś wpadając. Zastanawiałem się, czy to ktoś znany, czy zwyczajni śmiertelnicy. Nikt nie wykazywał zadowolenia, chyba mnie nawet przeklinali.
Nagle trafiłem na starego gościa, którego skądś kojarzyłem. Gapił się na mnie zza okrągłych okularów, gdy się zataczałem. Uśmiechał się z politowaniem. Był niewysoki, przygarbiony, ciemnobrązowe włosy sięgały mu ramion. Na pewno wyróżniał się na tle tych pop-rockowych gówien ze swoją czarną skórzaną kurtką i akcesoriami godnymi jednego z nas.
Podbiłem do niego bez obaw, mało nie padając na kolana. Wydawał się jako jedyny przyjaźnie nastawiony.  
- Szukam mojej dziewczyny, widziałeś?!- powiedziałem mimo plączącego się języka. Nie wytrzymał i wybuchł śmiechem.- Co jest?!
- Musisz ostro dawać w kocioł, chłopie, przypominasz mi mnie samego, gdy jeszcze nie byłem takim dinozaurem! Ach, te małolaty! Zawsze takie same, nie ważne czy to lata 70-te, 80-te czy jeszcze późniejsze!
Nie rozumiałem za bardzo, o czym on gada. Chyba coś bredził. 
- No dobra, ile butelek dziś wysuszyłeś?
Wzruszyłem ramionami.
- No.. kilka, nic wielkiego.. Może kilkanaście.. Jakiś sikacz pewnie, nie pamiętam. Kolega mi kazał..
- Dobra, i tak bym cię pobił. Tylko po chuja? Wyglądasz i zachowujesz się jak debil, wiesz? Mam wrażenie, że rozmawiam z bezmózgiem!
Nic nie ogarniałem.
- Yhy..
- Coś mi mówi, że przeskrobałeś, bo szła tu jakaś wkurzona laska. O ile wiem, to twoja dziewczyna.
- Jestem sławny? Aż tak?- zdziwiłem się.
- Młody, ty nie wiesz jeszcze, co to sława. Ale tak, jesteś sławny, jakbyś zapomniał.
- Ale odjaaaazd..
- Jutro pewnie i tak wszystkiego zapomnisz. Ale jak nie chcesz w przyszłości moczyć się w łóżku, obudzić się na autostradzie, obsrać Alamo w sukience lub srać ze strachu, że masz Parkinsona, to rzuć to w cholerę. Zwłaszcza, że i tak cienko wyglądasz. A jak to mawiał Freddie, gdy jeszcze żył, show musi trwać!
- Dzięki.. tato - zaczęło do mnie dochodzić, że być może to mój własny ojciec.
- Proszę, proszę, królu złoty, może być i tata. I przeproś dziewczynę, poszła w tamtą stronę - pokazał mi drogę palcem. Nareszcie trop!- I uważaj, bo pewnie dostaniesz zjebkę. A jeśli jej nie przeprosisz, to poproszę Sharon, by się tobą zajęła i dała ci lekcję wychowania!
- Dziękuję.. To było tee, no.. E, życiowe..
- Doktor Ozzy, do usług - poklepał mnie ze śmiechem po plecach. Byłem pewien, że jak wytrzeźwieję, przypomnę sobie, kto to, kurwa, był. Po chwili zniknął w tłumie.
Wtedy odwróciłem się we wskazanym kierunku. I ujrzałem ją. Moją śliczną Sally, a obok puchę Srajksa.
,,Przedstawienie się zaczyna!"
 
***
Dobra, musiałam tu dać Ozzy'ego, chciałam by ta scena wyszła taka słodka xd W następnym rozpierducha, ale jeszcze nie największa. Stay tuned ;3