*Sally*
Dokończyłam pakowanie moich rzeczy i zamknęłam walizkę. Długą sukienkę, którą miałam na gali, miałam ochotę wyrzucić w błoto. Tak samo te niewolnicze obcasy. Czułam się w nich jak Małgorzata na balu u szatana w żelaznym stroju.
- Przepraszam cię, Vicky.. Wiem, że chciałaś zobaczyć jeszcze tyle rzeczy..- usprawiedliwiałam się.
- Sally, już ci mówiłam, to nic wielkiego. Nie jestem tu ostatni raz w życiu!- przekonywała mnie, ale ja nadal czułam się zmartwiona i winna.- Przyjedziemy tu w trasę koncertową. I same będziemy na takiej gali!
- Żadnej gali, nie chcę o tym słuchać. Chcę się po prostu w końcu dobrze bawić.
- No właśnie! Więc głowa do góry, uśmiechnij się i wycisz umysł!
- Nie bądź psychologiem, błagam! To mi się teraz kompletnie źle kojarzy!
- Dobra, możemy trochę pomilczeć.
- Nie..- zaprzeczyłam bez przekonania.- No dobra.
Opadłam na łóżko, opierając brodę na ręce i gapiąc się w sufit. Dziewczyna usiadła obok i mnie przytuliła. Westchnęłam i szybko się odsunęłam, nie chcąc robić scen. Wczoraj pewnie i tak okrzyknięto mnie królową dramatu. Ale i tak byłam dumna. Liczyłam, że ktoś w końcu da Andy'emu w dupę. Wczoraj był pijany i nic go nie obchodziło, ale w najbliższym czasie miał zobaczyć nagłówki wszystkich gazet. Ja na razie wstrzymywałam się przed sprawdzaniem wiadomości.
- Chciałabym już zobaczyć Alice, Robb'a i Carrie'go. To niby kilka dni, a ja już za nimi tęsknię! I nawet chce mi się jechać do tej brudnej, tępej, prostackiej Ameryki! Może tam jeszcze ta zaraza nie dotarła.
- Na pewno. John Lennon uciekł przed sławą do Nowego Jorku, a LA jest wielkie. Mają tam i tak pełno sław i skandali. Ale na wszelki wypadek..- podała mi swoje okulary przeciwsłoneczne, zbiegiem okoliczności lennonki.- Weźmiemy to.
Uśmiechnęłam się i wstałam, chwytając za walizkę. Kolejny raz powtórka z rozrywki. Cieszyłam się za to, że teraz mam przy sobie prawdziwą przyjaciółkę, która na pewno mnie nie zawiedzie.
Najbardziej przerażało mnie, co teraz z jej rodzicami. Czy szukała jej policja? Nie dopadli jej do tego czasu. Ale czy teraz wyślą ją do szkoły z internatem? Przez to całe gówno, jakie ostatnio się działo, całkowicie o tym zapomniałam. Zrobiło mi się głupio i żołądek podszedł mi do gardła.
- Sally nie przejmuj się aż tak..
- Nie, po prostu stresuje mnie pożegnanie z nimi. Będzie niezręcznie, ale głupio tak po prostu wyjść - uśmiechnęłam się krzywo.
- Ja denerwuję się raczej moją rodziną. Nie chcę akcji z policją na lotnisku..- jej udawana radość zbladła.- Napisałam im list, że wracam za około tydzień, ale znając ich na pewno się wkurwili i na pewno nie ucieszą się na mój widok..
- Równo w gówno, podsumowując. Dobra, chodźmy - miałam już dość paradoksów.
Wyszłyśmy, choć wiedziałyśmy, że dziś raczej nic fajnego nas nie czeka.
***
Zapukałam do drzwi pokoju Jake'a i Jinxxa, licząc, że nie zobaczę mojego.. byłego.
,,Dość spektakularne zerwanie, jak na taką pierdołę. Ale chociaż wiedzą, że nie dasz sobą pomiatać gwiazdeczce!"
Otworzył nam zmęczony Jinxx. Spodziewałam się, że zobaczę salę tortur, gdzie będą się mścić na Andy'm za to, co zrobił. Ale w pomieszczeniu było zaskakująco cicho i gdy wsadziłam głowę głębiej, nie dostrzegłam wymienionego.
- Spokojnie, śpi jak nieżywy - uspokoił mnie chłopak.- Jest w pokoju Ash'a, ale jak chcesz, możesz pójść i go obudzić - nic nie odpowiedziałam, ale moja twarz musiała mówić ,,niezły sarkazm".- No dobra, rozumiem. Przepraszam.
Wpuścił mnie do środka.
- No.. No to przyszłam się pożegnać. - wybąkałam ponuro. Myślałam, że będzie totalnie drętwo, ale chłopcy wykazali się jakimiś emocjami.
- Jeju, Sally, bez ciebie to będzie masakra. Już się tak przyzwyczaiłem, że ciągle w domu pojawiają się jakieś laski.. Albo istoty laskopodobne!- przytulił mnie Ash. Mimo woli się uśmiechnęłam, a Vicky się zaśmiała. Może w stosunku od nich nie muszę być aż taka chłodna? W końcu chciałam zapamiętać pożegnanie jako coś nietoksycznego.
- Sally, byłaś super - rzucił nieśmiało Christian, ale za to śmielej mnie objął i prawie zadusił. Nawet twardy Jake zgodził się na przytulasa.
- Tak naprawdę to ty trzymałaś porządek - uśmiechnął się blado, jakby czytając mi w myślach.
W końcu nadeszła chwila na Jinxxa. Teraz znowu na niego spadała rola odpowiedzialnego ,,ojca". Ale właściwie powinien nie czuć się pokrzywdzony, kiedyś dawał radę. Chyba musiał mieć z tego jakąś sytuację, jeżeli dotychczas tego nie porzucił. Nawet ja nie wytrzymałam. To on i cała ta gromada naprawdę kochali Andy'ego, nie ja. Jego nie dało się kochać romantycznie, o niego raczej się martwiło i troszczyło, a ja nie powinnam się przywiązywać, bo spędziłam z nim zaledwie niecałe dwa lata. Do tego oni wszyscy mnie wkurzali i miałam ich dość.
,,Przyzwyczaisz się"- przekonywałam sama siebie.- ,,Jeśli wytrzymałaś bez Carla i innych przyjaciół tyle lat, to od tego niewdzięcznika odwrócisz się jeszcze szybciej. Wytrzymałaś tyle lat bez zmarłej siostry.."
- Czy powinienem wygłosić jakąś uroczystą mowę pożegnalną?- zaśmiał się prawie przez łzy i w sumie ja się też trochę wzruszyłam, kiedy mnie przytulił.- Dzięki za wszystko Sally, byłaś świetna. Fajnie się z tobą żyło przez te dwa lata.. Bardzo nam też pomogłaś.. - nie chciał chyba wspominać o Andy'm, bo urwał.- No, leć póki się nie obudził. Powodzenia!
Stanęłam w progu.
- Nie no, ja nie mogę, poryczę się!- Ashley przetarł oko, a ja się zaśmiałam, choć poczułam, że jest mi ich żal.- Christian, daj mi się wytrzeć o swoją koszulkę!
Właściwie gdy byli sami wydawali się bandą uroczych dzieciaków albo przynajmniej miłych gości. Mogłabym od czasu do czasu do nich zaglądać..
,,Nie, nie, nie. Podjęłaś decyzję. Jeśli wrócisz do nich, wrócisz do Andy'ego! Uciekaj, Sally!"
- Sammi pomoże ci się zabrać. Zadzwoń, czy wszystko w porządku albo jej powiedz!
Westchnęłam. Popatrzyłam na Victorię, która też chyba czuła, to co ja. Odwróciłam się ostatni raz.
- A, i Sally!- zatrzymał mnie Jake. Lekko posmutniał.- Przepraszamy za wszystko.. Za bycie grupą dupków. I za niego..
Nie potrafiłam powiedzieć ,,nie szkodzi", bo w wielu chwilach mnie bolało.
- Już to chyba przebolałam..- dodałam zamiast tego.- Cześć.
- Cześć..
Wyszłam, a przyjaciółka zamknęła za mną drzwi.
- Czemu płaczesz? Jesteś pewna..?
- Tak. To tylko chwilowe - wyprostowałam się.- Zwiewajmy stąd.
- Czujesz dreszczyk emocji? Znowu uciekamy!- chciała poprawić mi pomysł.
,,Ale ty nie chcesz uciekać, Sally.."- powiedziała do mnie chyba Lynn.
,,Nie, ale muszę. I uciekam."
***
*Andy*
Nadal nie wytrzeźwiałem. Kręciło mi się w głowie, wstając z łóżka prawie się przewróciłem. Czułem się, jakbym ważył ze 30 kilogramów więcej, a grawitacja miała odwrotne działanie. Do tego w mojej głowie panowała taka pustka. Ledwie pamiętałem to, że byłem u Danny'ego i razem się upiliśmy. Potem tylko to, że chowałem ten jebany drut do spodni i nabijałem się na niego przy każdym zakręcie. Zabrano mnie od Worsnopa autem. Później na pewno spałem. Może w ogóle nie pojawiłem się na gali?
Z ponurą radością dostrzegłem, że w pokoju nikogo nie ma i jestem wolny. Ciężkimi, krętymi skokami dotarłem do drzwi łazienki, wyciągnąłem skradzione materiały i zacząłem majstrować tak, jak podpowiadała mi pamięć. Kiedyś razem z Lynn to oglądaliśmy, uczono nas tego. To była jedna z nielicznych rzeczy, których udało mi się nauczyć w krótki rok. Ona posiadała ogromną wiedzę mimo młodego wieku. Edukowali ją najlepsi, widząc w niej potencjał, inteligencję i spryt. Gdyby oświeciła innych zupełnie jak mnie, świat wyglądałby teraz zupełnie inaczej. Pozbylibyśmy się tych idiotycznych, egoistycznych małp.
Po niedługim czasie czułem przyjemny ból na swoich udach i ciepłe strużki krwi, które kapały na posadzkę. Zrobiło mi się zarazem słabo i błogo. Wydawało mi się, że zaraz znowu zasnę lub zemdleję, ale nie było takiej opcji. Jeśli już, to powinienem to zrobić na łóżku. Ale czy rozsądnie byłoby tu zostawać? Mój debilny zespół na pewno knuł coś za moimi plecami, prawdopodobnie, jak tu mnie zniszczyć. Powinienem opracować plan i zwiać. Ale jak? Z takim pustym umysłem? Co w ogóle ze sobą zrobić?
I wtedy przypomniało mi się: Sykes. Zemsta. Czy ja się już zemściłem? Tylko połowicznie, chyba wczoraj wieczorem.. Gala! Tak, gala! Walnąłem go, ale tu wszystko się kończyło. Powinienem przeczytać o tym w internecie i się doedukować, ale brakowało mi czasu. Sensowniej byłoby udać się do niego osobiście i dokończyć to, co zacząłem. Ogarnął mnie gniew, dodający siły. Podniosłem się, wycierając podłogę prześcieradłem. Szybko naciągnąłem na siebie jakieś ciuchy, nawet nie wiedziałem, czy moje, czy współlokatora. Do tego luźną kurtkę z kapturem, by nikt mnie nie rozpoznał i ciemne okulary. Trochę pieniędzy na wszelki wypadek, telefon.. No i jeśli chciałem się mścić, to przydałaby się jakaś broń. Golarka? Nożyczki? Potrzebowałem czegoś mocnego, dużego. Ale skąd ja miałem wytrzasnąć pozwolenie na broń?
,,Myśl!"- krzyczałem do swojego umysłu, ale wszystko się w nim mieszało i przelewało. W mózgu słyszałem odliczający sekundnik. Gdzieś w mojej podświadomości zakorzenił się widok strzelby, w znajomym pokoju. Musiałem je widzieć wczoraj. A byłem tylko u wokalisty Asking Alexandrii! Więc tak, od niego na pewno dostałbym spluwę. Bez problemu. Angole lubią takie zabawki, zresztą jak rednecki.
Już chciałem udać się do wyjścia, ale usłyszałem kroki. Nie mogłem teraz spotkać tych nianiek! Niewiele myśląc, zamknąłem drzwi na klucz, zostawiając po sobie totalny syf.
,,Jak teraz sam się wydostaniesz, idioto?!"- przeklinałem siebie.
Istotnie, klamka się poruszyła.
- Andy, jesteś tam?!- usłyszałem pukanie i znienawidzone głosy.
Wtedy przyszedł mi do głowy niebezpieczny, ale skuteczny pomysł. Byłem obeznany w uciekaniu przez okna. Co prawda schlałem się i mój błędnik wariował, ale wychylając się za okno, zauważyłem kilka punktów, o które mógłbym się złapać. Było dość wysoko i z początku ogarnął mnie strach wzmagany paniką, ale czego ja bym nie zrobił? Strach był dla głupich, upadek nie wydawał się wcale taki straszny. Tym bardziej, że walenie stawało się głośniejsze.
- ANDY, OTWIERAJ DO CHOLERY!
Wyskoczyłem na zewnątrz i powoli poruszałem się po gzymsie. Nie było łatwo, zwłaszcza przy ślizganiu się po rynnach, które orały moje pokłute nogi, ale wylądowałem na dachu niższego budynku obok, cudem unikając śmierci. Mogłem co prawda rzucić się w śmieci w kontenerze, który zamortyzowałby (chyba) upadek, ale nie miałem pewności. Jak kretyn zastukałem w okno. Jakaś kobieta za szybą stanęła jak wryta, ale przywołałem ją gestem ręki. Otworzyła okno, a ja wślizgnąłem się do budynku jak jakiś goryl.
- Uprawiam parkour, ale bałem się zejść.. Ratuje mi pani życie!- rzuciłem pośpiesznie i niezbyt przekonująco. Trzymało się jednak kupy, choć w innej sytuacji mogłaby uznać to za żart lub prank. Domyślałem się mimo wszystko, że zaalarmuje policję lub chociaż jakieś inne psy i niedługo rozejdzie się wiadomość o parkourzyście-włamywaczu. Wiałem więc, ile sił w nogach, trafiając do jednej z mniej znanych uliczek w Londynie. Udało mi się nawet złapać taksówkę.
***
Taksówkarz popatrzył na mnie lekko zdziwiony, ale poza tym chyba mało go obchodziłem. Czułem się jak śledzony, choć nikt za mną nie podążał. Obawiałem się za to, że moi wrogowie zawiadomią policję.
Zdyszany i w pośpiechu wpadłem na podwórko Danny'ego i stanąłem pod jego drzwiami, waląc z całej siły.
,,Ogarnij się, bo od razu widać, że coś nie w porządku. Wcale nie wyglądasz podejrzanie, idioto!"
Starałem się złapać oddech, ale gdy grubas mi otworzył, nadal się różowiłem. Popatrzył na mnie zaniepokojony.
- Witam naszą nową gwiazdeczkę!- poklepał mnie po plecach. Zaciekawił mnie ten zwrot.- Mam już dwie gazety z tobą na nagłówkach, a twój ryj widzę dosłownie wszędzie! Jeszcze ciebie żywego mi brakowało, choć po takiej ilości alkoholu zastanawiałem się, czy w ogóle przeżyjesz!
- Wpuść mnie, mam dość tego gadania o mnie..
- Wiesz, cały świat o tobie trąbi, nie tylko gazety muzyczne, ale i prasa krajowa. Uważają to za największy skandal dwudziestolecia! Ale przynajmniej zemściłeś się na Srajksie.
- Możesz mnie oświecić? Nie bardzo pamiętam..- poprosiłem, rozglądając się nerwowo za strzelbą.
,,Gdzieś ją tu wczoraj widziałem!"- pomyślałem.
- Widzę, że nieźle cię przygotowałem.. Ale ciesz się, przez co najmniej pół roku będziesz największą gwiazdą. Musisz mi obiecać jakiś udział!- denerwował mnie jego dobry humor i rozbawienie. Zdecydowanie nie miałem ochoty na żarciki i anegdotki, bo z pewnością zrobiłem z siebie idiotę. Do tego nie powinienem tracić czasu na gadki. Śpieszyłem się.
- Danny, do rzeczy!
- No to ogólnie rzecz biorąc cały czas latałeś i brałeś coraz więcej kieliszków. To znaczy zataczałeś się, ,,raczkowałeś", skakałeś, zaczepiałeś ludzi, kopałeś ich. Obmacywałeś Ozzy'ego Osbourne'a i o czymś rozmawialiście, a potem mało się na niego nie przewróciłeś i musiał cię podtrzymywać. Przywaliłeś parę razy dla chłopaków, obmacałeś kilka lasek z obsługi, śmiałeś się jak wariat i gadałeś do siebie. Darłeś się na całe gardło lub zasypiałeś na stojąco. Ale najlepszy punkt programu, piękne zagranie: wlazłeś na scenę i przywaliłeś Sykesowi z pięści, aż lała się krew. No i te wasze zapasy! Co ja ci będę opowiadał, zobacz zdjęcia!- podał mi gazetę.. ,,Daily Mail". Okładkę zdobiła moja twarz.. Z rozmazanym ciemnym makijażem, tłustymi włosami opadającymi włosami na twarz i porwanym garniturze. Pode mną leżał Srajks i osłaniał się rękami. Jednocześnie wzbudzałem własną odrazę i sytuacja wydawała się głupia i dziecinna, ale jeśli miałem w sobie wiele odwagi, by to zrobić...
Przejrzałem resztę dziennika i znalazłem więcej relacji i fotografii. Ta, na której musi mnie trzymać sama legenda rocka, trochę mnie zawstydzały, bo przypominałem obślinione dziecko z autyzmem. Zdjęcia prezentowały chaos nie do opanowania, większy od koncertów punkowych. Ostatnie zdjęcie zwróciło moją uwagę. Sally dała mi z liścia? O cholera, musiałem ją wkurwić, jeśli taka dziewczyna mnie uderzyła. Ale należało mi się, prawda? W tym 12-stronicowym artykule na pewno znalazłbym odpowiedź..
Przyglądałem się temu wszystkiemu nieco wstrząśnięty, nie do końca zadowolony. Ale tak w końcu chciałem. Trudno komuś dyskretnie przyjebać na scenie przed wielotysięczną publicznością. Liczyłem na to, że znajdę respekt choć u garstki osób, które nienawidzą tego pedała.
- Dobra, Danny, mam do ciebie sprawę..- westchnąłem, próbując złagodzić poczucie, że się śpieszę.
- Okej, coś poważnego?
- Nie, ale muszę wyjechać za miasto trochę odpocząć.. Wiesz, odreagować.
- Jak ja mam ci pomóc ,,odreagować"?- uniósł brwi w łobuzerskim geście.
- Pożyczysz mi strzelbę? Chciałbym trochę postrzelać do jakiś ptaków, zwierząt.
- Uuu, widzę zew natury się w tobie obudził, bestio. Najpierw Sykes, teraz wyrżniesz nam las?
- Danny, grubasie, nie wkurzaj mnie!- udawałem, że sobie żartuję.- Wolałbyś, bym poprosił cię o kosmetyki?
- Dobra, rozumiem, dostałeś wczoraj okresu. Chodź, to sobie wybierzesz.
Zszedłem z nim do piwnicy i powoli zacząłem sobie przypominać, jak chlaliśmy i prawdopodobnie zachowywaliśmy się wyjątkowo obscenicznie. Piwnica przerobiona na barek wyglądała dość chaotycznie.
Stanęliśmy przed ścianą, na której wisiały profesjonalne spluwy.
- No, to teraz sobie wybierz.
Wziąłem tę, która wydawała mi się największa i najniebezpieczniejsza. Jej właściciel dał mi także pociski. Właściwie nadal nie byłem pewny, do czego wykorzystam coś tak silnego. Wystrzelam jebanemu Angolowi kundle? Zrobię jednoosobowe oblężenie domu? Powybijam wszystkie szyby i postrącam żyrandole? Postraszę? Wizja zabójstwa mimo wszystko wywoływała u mnie dreszcze.
- To co, chyba będę się zbierać?..- rzuciłem nerwowo, krzywo się uśmiechając.- Teraz tak wcześnie robi się ciemno.. yyy..
- Nie zostaniesz na browarka?
,,W dupie mam twoje browarki!"
- Nie, dzięki.
Jakby nigdy nic dałem się odprowadzić do wyjścia, niosąc broń w worku na śmieci, by nikt się nie domyślił. Byłem skazany na taksówkę, bo oczywiste wydawało się, że las nie leży przy chacie mojego największego wroga.
- Przejdę się chwilę, okej?- popatrzyłem na niego błagalnie, gdy już chciał uruchomić auto.
- No jasne, pooddychaj świeżym powietrzem, staruszko!- rzucił za mną sarkastycznie, trochę już zirytowany i podejrzliwy. Tym bardziej powinienem się zmywać.
Nie odpowiedziałem słowem i trochę pokracznie ruszyłem do furtki. Włosienica wbijała mi się w udo i nie mogłem zaprzeczyć- sprawiała ból, który dawał satysfakcję. Martwiłem się trochę, że Danny, który nie spuszczał ze mnie wzroku, zobaczy plamę brwi na moich spodniach.
,,Co cię obchodzi ten jebany kretyn?! Skup się, masz misję, a rozważasz, czy uzna, że faktycznie dostałeś okresu!"
Nie wiedziałem, czy ja to pomyślałem, czy Lynn. Takie rozbawienie było u niej rzadkością, to ja wymyślałem takie kretyńskie żarciki.
Przybrałem poważniejszy wyraz twarzy i jak zabójca wypuszczony z więzienia, wyszedłem na ulicę.
***
*Sally*
Jakąś godzinę temu dojechałyśmy na lotnisko. Szybko się odprawiłyśmy i teraz czekałyśmy na nasz lot. Przeszłyśmy przez lotniskową księgarnię, by jakoś zająć sobie czas. Vicky ugrzęzła w dziale z fantastyką, a ja gapiłam się w skupieniu na najnowsze tytuły i bestsellery. Zastanawiałam się, czy na podstawie ostatnich dwóch lat mogłabym napisać książkę. Na pewno nie przeszłaby cenzury i zostałaby zakwalifikowana do jakiegoś chorego gatunku. Masochizm? Horror? Patologia?
Ciekawiło mnie, czy w tej samej chwili ci, których zostawiłam, o mnie myślą. A może Andy nadal spał i nie zdawał sobie sprawy z tego, że niedługo będę już wiele kilometrów od niego? W sumie nie chciałam, by o mnie pamiętał i mnie ścigał, ale głupio by było, gdyby tak szybko mu przeszło. Na pewno miał inne zmartwienia niż ja.. Na przykład, jak tu się wyrwać z Anglii nie robiąc jeszcze większej sensacji.
Wyjęłam telefon, bo mi tak nie miałam nastroju na czytanie. Chciałam wyczyścić swój umysł z informacji. Choć może nowa książka pozwoliłaby mi się zająć fabułą, jakimiś sztucznymi problemami? Mimo to postanowiłam odczytać wiadomości. Zobaczyłam, że jedna z nich jest od Carla i zawiera milion serduszek, emotikonek i języka pokemonów. Już chciałam odpisać, ale coś zwróciło moją uwagę. Jinxx?
Rozejrzałam się, jakby ten SMS był jakąś tajemnicą państwową i w końcu przekonałam się, by sprawdzić, w czym rzecz. Ten piernik nigdy nie pisał, bo uważał to za niepoważne. Zresztą powinniśmy już się do siebie nie odzywać, taki był układ. Co go jego zdaniem unieważniało?
,,Andy zwiał."
Wywróciłam oczami i głośno wypuściłam powietrze nosem, by się nie wkurwić. I tak krew się we mnie zagotowała.
,,Już mnie to nie obchodzi."- wstukałam pośpiesznie. Wyraziłam się chyba jasno, a potrafiłabym wyraźniej.
,,Nie pisał do ciebie, nie dzwonił? Sally, błagam, tylko do mnie zadzwoń.."
,,Do czego ja ci jestem potrzebna?! Spierdalaj!"- wkurwiłam się.
,,Możesz się przydać Sally, jesteś w tej części Londynu, co on.. Przynajmniej tak podejrzewamy."
Już chciałam napisać długą wiązankę przekleństw, ale uznałam, że jeśli wywrzeszczę mu to w twarz, to lepiej poskutkuje. Chciał pogadać przez telefon? Byłam gotowa na swój długi, wulgarny monolog upiękrzony dodatkowymi porównaniami.
Podeszłam do swojej przyjaciółki i rzuciłam jakby od niechcenia:
- Przeglądaj dalej, skoczę tylko do toalety.
Ona od razu mnie przejrzała, co mnie raczej nie zdziwiło. Ten dzień już mnie wkurzał.
- Z kim będziesz gadać przez telefon?- spytała zmartwiona.- Chyba nie z Andy'm?
- Nie, on się zresztą nie zniża do poziomu komunikacji z ludźmi - stwierdziłam ironicznie i potrząsnęłam głową.- Ale chodzi o niego. Zamierzam dać Jinxxowi i reszcie jego ochroniarzy do zrozumienia, że są natrętni i mnie to wkurwia, delikatnie mówiąc.
Westchnęła, patrząc na mnie, jak na małe dziecko, które nie potrafi nic załatwić.
- Dobra, wyjaśnij mu. Ale następnym razem już lepie, byś rozwaliła telefon, niż się przez nich wkurzała. A jeśli będą przeginać, to ja osobiście się nimi zajmę. Mianowicie rozwalę telefon o nich.
- Okej, idę. Postaram się załatwić to szybko - obiecałam i truchtem ruszyłam do kibla. Czułam się, jakby wszyscy mnie gonili i nie dali mi odejść.
*Andy*
W końcu udało mi się złapać taksówkę. Szedłem ulicą na chwiejnych nogach, lekko kulejąc i dysząc z bólu. Pod kurtką trzymałem spluwę w tym obciachowym worku. Do tego miałem rozczochrane włosy i czułem się jak chodząca definicja kaca.
Wsiadłem do czarnego pojazdu i niskim, ochrypłym głosem podałem adres. Dawno nie paliłem i odczuwałem straszny głód. Zawahałem się chwilę, bo w końcu w autach raczej się nie pali, ale w końcu spytałem:
- Ma pan papierosa?
- Tak.
- Mogę jednego?
- Tutaj? Zapalić?
- Tak. Mogę nawet zapłacić.
- Dobra, masz - dał mi go pośpiesznie, widocznie obawiając się, że jestem kimś groźnym i nie chcąc wchodzić mi w drogę. Spluwa wystawała mi spod ubrania. A może kojarzył mnie z gazet?
Wziąłem od niego papierosa i poczułem się naprawdę szczęśliwy, gdy jego smród rozszedł się po wnętrzu auta. Ręce mi zmarzły, a delikatny żar idealnie je ogrzał. Mimo przyjemności czułem, jakby moje płuca i gardło ktoś pokrył chropowatym asfaltem. Nie dawałem za wygraną, nawet patrząc na swoje zakrwawione spodnie.
Nie chciałem jakiś pytań od jednego z tych wścibskich Angoli. Z natury wiedziałem, że bywają wścibscy. Poza tym wczoraj wieczorem stałem się niesamowicie sławny i ten typ mógł pójść do pierwszego lepszego brukowca, by się wzbogacić.
Na szczęście zaczęło lać i deszcz tak bardzo walił o szyby, że skutecznie zagłuszyłby każdy dźwięk. W tym także mnie chodzącego po posesji Sykesa.
Droga się ciągnęła, co sprawiło, że znowu dopadły mnie wątpliwości. Zacząłem się głębiej zastanawiać nad tym, co ja właściwie robię i co zamierzam jeszcze zrobić. W tej chwili w mózgu czułem tylko niepokój, dym i procenty. Dawały się we znaki osłabienie, niewyspanie i ból głowy, dodatkowo potęgowane przez napięcie i wewnętrzny dylemat.
Miałem broń, zszarganą reputację, syf w płucach, wielu wrogów i absolutny brak uczuć. Poza tymi do jednej osoby.
Odpowiedź wydawała się wręcz oczywista. Chciałem wypełnić wolę Lynn. Wolę naszego przywódcy, którego okrucieństwo tak mnie martwiło i przerażało.
Akurat, kiedy o tym pomyślałem, zakręciło mi się w głowie. Szarość kropli za szybą rozlała się, a mi wydawało się, że zwymiotuję. Zgiąłem się w pół i opuściłem głowę, układając ją między kolanami.
Ogarnęło mnie otumanienie i uczucie, jakby ktoś przyłożył mi w czaszkę. Chyba przegiąłem z ilością używek i wrażeń, a mój organizm tak domagał się odpoczynku.
Kaszlnąłem głośno i taksówkarz odwrócił się zaniepokojony.
- Wszystko w porządku?
,,Oczywiście, że, kurwa, nie!"
- Taaaak..- podniosłem się, ale obraz wyglądał, jakbym się czegoś naćpał, a światło raziło niemiłosiernie. Zupełnie jak patrzenie przez pęknięte okulary. I wtedy skierowałem wzrok na lusterko kierowcy. Odbijała się w nim tylna szyba.
Złapałem się kurczowo za oparcie fotela. Czy ja miałem halucynacje czy to naprawdę?!
Czy ja na pewno dobrze widziałem?! Spojrzałem za swoje plecy i odczytałem.
,,MÓJ ZABÓJCA..."
Zaparło mi dech w piersiach.
,,Czyli jednak Lynn? Mam być aż tak ambitny?! LYNN!"
Gapiłem się na napis, nie mogąc w to uwierzyć. Chciałem ją wezwać, ale nadaremno. Nie mogłem wrzeszczeć, a chciałem.
Aż nagle wszystko zniknęło. Oniemiałem.
Ale przynajmniej już wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, to sam ucierpię.
Lepiej zabić wroga, niż zaprzepaścić swoją wieczność. Pozbyć się kogoś, kogo się w końcu nienawidzi.
Powinienem wziąć się w garść.
,,Zabójca, zabójca, zabójca..."- dźwięczało mi w uszach. Do tego ,,mój zabójca"!
Mimo mojej woli i chęci bycia okrutnym i dokonania zemsty, poczułem łzę pod powieką. Otarłem ją szybko, starając się ukryć swą słabość przed światem i samym sobą.
,,Dasz radę!"
- Dziwny typ..- mruknął taksówkarz.
- Wiem - powiedziałem sam do siebie, nadal sprawdzając tylną szybę. Jeden znak widocznie miał mnie przekonać.
,,Dobrze, Lynn. Tak zrobię."
*Sally*
Wślizgnęłam się do toalety i już myślałam, że wpadnę na tłum niecierpliwych, nieprzychylnych kobiet, spychających mnie na koniec kolejki. Okazało się, że w pomieszczeniu jest totalnie pusto. Nie powinny mnie ciekawić tak idiotyczne i codzienne sprawy, zwykły zbieg okoliczności, ale, jak wiadomo, byłam znana ze swoich rozkmin we wszystkich możliwych dziedzinach. Zresztą w tej sytuacji miałam prawo się dziwić. Przecież to było Heathrow, nie jakieś prowincjonalne lotnisko, do tego pora, gdy przylatywało i odlatywało najwięcej samolotów! A może był zakaz wchodzenia? Tylko personel?
,,Sally, ogarnij się, nie robisz nic złego! Masz tylko zadzwonić!"
Zaśmiałam się sobie w twarz, patrząc w lustro, choć wcale nie było mi do śmiechu.
- Idiotka!- wyszczerzyłam się, wyjmując komórkę z kieszeni spodni. Chciałam to zrobić jak najszybciej, a moje ogarnięte gniewem palce się trzęsły i nawet nie miałam czasu, by zauważyć, że telefon wyślizguje mi się z ręki i leci prosto na klejącą się podłogę, a następnie rozbija się o nią z trzaskiem.
- Cholera!- zaklęłam, pośpiesznie podnosząc urządzenie. Pobiłam ekran, no pięknie! Ten telefon dostałam od Sammi na Boże Narodzenie, więc teraz nie byłoby mnie stać na jego naprawę lub nowy model.
Wkurzyłam się jeszcze bardziej niż wcześniej i zastanawiałam się, czy by nim nie rzucić. I tak nie miałam już nic do stracenia. Do tego natręta Jinxx dałby mi spokój!
Podniosłam się i spojrzałam w lustro, starając się opanować. Wszystko szło nie po mojej myśli.
,,Wdech, wydech.."- powtarzałam sobie, ale moja część krzyczała, że nie powinnam tu przychodzić. Poza tym w każdej sytuacji byłam niezdarą.
Oparłam się zrezygnowana o ścianę, nie wiedząc, czy w końcu powinnam odpowiedzieć niańkom Biersacka. Co on właściwie kombinował? Jak zwiał z hotelu, jeśli byli tuż przy nim i nie odstępowali go na chwilę? Nigdy nie zostawiali go całkiem samego. Gdybym zapytała, wiedziałabym. Yhhh, nie! O tym nie było mowy.
Już chciałam wyjść, bo powinnam zrezygnować. Koniec to koniec!
Położyłam dłoń na klamce, by uciec jak z klatki swojego umysłu. I wtedy dostałam czymś ciężkim w głowę, a przynajmniej tak się poczułam. Miałam wrażenie, że za mną ktoś znikąd się pojawił.
Na chwilę mnie zamroczyło, a gwiazdki zawirowały mi przed oczami. Upadłam na brudne kafelki, uderzając się w czoło.
Odzyskałam częściową przytomność. Odwróciłam się przerażona. Czyli jednak ktoś tu był?!
Musiałam stąd zwiewać! Nie obchodziło mnie już nic, ktoś definitywnie mnie ścigał!
Mimo zawrotów głowy, podniosłam się, ciężko dysząc. Widziałam jak po LSD, a obraz wydawał się lekko przekrzywiony w czarne plamki.
Gdy odwracałam głowę, przed oczami mignął mi jakiś napis na lustrze. Czerwony i wielki. Był tak wielki, jakby celowo miał przykuć moją uwagę. Ale skąd on wziął się tam tak nagle?!
Moje serce zabiło w tempie wyścigówki.
Choć czułam się jak w horrorze i moje życie powinno być teraz ważniejsze, przeczytałam, załamującym się głosem:
-,,..ON JEST BLISKO"..
Zmarszczyłam brwi.
,,Ale kto?! I kim jesteś?! Demonem?! Człowiekiem?!"
- Jest tu ktoś?!- zdobyłam się na odwagę i możliwe, że głupotę.
Stanęłam jak wryta, obserwując jak za mną pojawia się kobieca sylwetka. Niska i chuda, ubrana w białą piżamę, z wielką dziurą w brzuchu, z której sączyła się świeża krew. Wytrzeszczała oczy w strachu i lekko uchylała usta, jakby chciała krzyczeć, ale nie mogła. Jej bladą skórę znaczyły siniaki i nacięcia, włosy opadały w bezładzie na wychudzoną sylwetkę.
Rozpoznałam ją idealnie. Lynn. Lynn w dniu jej zabójstwa. Taką ją zapamiętałam i to mnie dręczyło od dzieciństwa.
Chodziło o jej zabójcę, który do dzić pozostawał nieznany. Miałam go odnaleźć. Pomścić ją.
Chciałam się odwrócić i jej dotknąć, zapytać o coś jeszcze, ale już zniknęła. Nie zdążyłam nawet wyrazić swojego przerażenia ani rozpaczliwego współczucia.
Wtedy wszystko ucichło. Powróciła wyrazistość obrazu i barw. Zniknął nawet okropny napis.
Ścigał mnie. A to ja miałam ścigać jego. Taki postawiłam sobie cel na początku. Ale właściwie kogo szukałam?
Wybiegłam z niepozornego pomieszczenia z jeszcze bardziej zapętlonymi myślami, a do tego totalnie wystraszona.
***


