*Sally*
Praktycznie całą noc nie spałam. Z braku zajęcia i chęci skierowania myśli na jakiś inny tor usiadłam do pisania. Chyba dopiero po raz drugi w życiu układałam piosenki. Wychodziły smutne, ale co innego mogłam w tej chwili stworzyć? Czułam się jak mała nieszczęśliwa i bezradna dziewczynka, tak samo zresztą jak zwykle. Tylko wcześniej miałam nadzieję, że gdzie indziej świat i ludzie są inni. Ale przekonałam się, że nieważne gdzie, wszyscy mamy jakieś ciemne strony osobowości, nawet gwiazdy. Ale przytłaczało mnie to, bo ja zdecydowanie stałam w mniejszej ciemności. Tymczasem czułam się, jakby jakieś kościste łapska wciągały mnie w pustą otchłań i coraz mniej podobało mi się mieszkanie z BVB. Wydawało mi się, że te oślizgłe macki należą do mojego własnego ,,chłopaka". Naprawdę wolałabym cofnąć cały ten czas i nigdy nie przeżyć tych wszystkich chwil, nawet przyjemnych. Nigdy nie dowiedzieć się o ich problemach, nigdy nie stać się częścią tej gry.. Nigdy nie mieć chłopaka i nigdy nie obcować z bogatymi, ,,fajnymi" ludźmi.
Cieszyłam się za to, że spotkałam resztę przyjaciół. Tęskniłam za Carlem, Alice i Robbiem. Z kolei Vicky miałam przy sobie, co podnosiło mnie na duchu, bo w razie czego mogła mnie ,,obronić".
Wydawało mi się, że jeszcze śpi, więc zaczęłam cicho śpiewać jeden z tekstów, które kreśliłam ołówkiem w hotelowym notesie. Podobała mi się melodia, ale depresyjny, autodestrukcyjny tekst mnie dobijał. Już chciałam wyrzucić skrawek papieru, ale powstrzymał mnie nagły głos:
- Ładna ta piosenka, widać, że o tobie. Jak wrócimy, to od razu pokażemy ją reszcie - skomentowała przyjaciółka, a ja urwałam i uśmiechnęłam się ponuro.- Coś poszło nie tak?
- Jak zawsze - westchnęłam. - Nie muszę chyba mówić, że poszło o Andy'ego.
- Co tym razem przeskrobał?- przysunęła się do mnie.
Z trudem się przemogłam, bo nie lubiłam na nikogo donosić ani się użalać.
- Mam go dość. Zwyczajnie dość. Kocham go, ale nie mogę tak żyć. Ciągle tylko się o niego martwię, staram się go jakoś wspierać, a on to wykorzystuje. Chcę żeby żył, ale jeśli nie zacznie się leczyć, to pewnie niedługo padnie. Ale nie przekonam go. Mogę próbować, ale wiem, że to niemożliwe go przekonać.
- Czekaj, o czym ty mówisz?- zaniepokoiła się przyjaciółka.- Andy ma jakieś problemy ze zdrowiem? W sensie poważniejsze?
- Andy jest ciężko chory - odpowiedziałam poważnym tonem, przymykając oczy.- Nie mam pewności, na co, ale to coś go zabija.. I on chyba chce umrzeć. Wczoraj zarzygał Sykesowi pół domu. Dziś jest ta gala MTV. Jestem wręcz pewna, że coś odwali. I jeśli to zrobi, to ja..
Zapadła cisza, bo naprawdę ta sytuacja stanowiła dla mnie dylemat. Otarłam pojedynczą łzę.
- Sally - zwróciła się do mnie Summers.- Zostaw go. Naprawdę, tak będzie lepiej. Próbowałaś pomóc, ale widocznie się nie da.
Pokiwałam głową i przytuliłam przyjaciółkę. Tak naprawdę nie miałam jeszcze pewności, ale wyobrażenie o niezależności i wolności wcale nie odpychało, wręcz przeciwnie.
- Tak. Same jeszcze się wybijemy jako zespół. Nie chcę być dłużej od nich zależna.
- Skopiesz im dupę, Sallem. Tak jak moim rodzicom.
*Andy*
Nałożyłem kilka warstw ubrań, by nie wydawać się aż taki chudy. Gdyby zobaczyli mnie w takim stanie jak wczoraj wieczorem, na pewno zaciągnęli by mnie do szpitala. A ja śpieszyłem się do Danny'ego. Wybierałem się tak wcześnie, bo chciałem mieć jak najwięcej czasu, by go upić. Do gali zostało mi kilka długich godzin, miałem tylko nadzieję, że przy Worsnopie nie dostanę jakiegoś ataku, bo czułbym się jak debil. A co dopiero, gdyby nadszedł już mój czas? Nawet taki równy gość ściągnął by karetkę.
Na wszelki wypadek wypchałem sobie kieszenie lekami i jak najszybciej ulotniłem się z pokoju. Ten fałszywy basista nawet nie zwrócił uwagi. Z początku ucieszyłem się, gdy na korytarzu nie spotkałem nikogo innego z naszej ekipy. Nie musiałem się kryć i przemęczać w biegu. Jednak potem usłyszałem dość głośne rozmowy dochodzące z pokoju Jinxxa, Jake'a i tego nędznego perkmana, który mało się odzywał, a cały czas tylko słuchał i przytakiwał.
Przystawiłem ucho do drzwi.
- Mam już gotowe papiery, zaraz jak wrócimy do USA, będę je składał - obwieścił ten staruch.
- Zaświadczenie od tej babki?- wypytywał Pitts.
- Szykuje je, będzie gotowe jak wrócimy. Wtedy już będziemy mieć komplet.
- Nie powinno być problemów, sprawa jest jasna. Ma na koncie kilka chorób psychicznych, do tego jeszcze nie chce się leczyć, więc dla jego dobra staną po naszej stronie. Jeśli zacznie się szarpać to nawet lepiej, bo zobaczą, jaki jest agresywny i niezrównoważony.
- Właśnie, jego choroba.. Jak go ubezwłasnowolnimy, zabieramy go na leczenie..- tutaj spoważniał.- Mam nadzieję, że jeszcze da się go jakoś wyleczyć. Nawet, jeśli mieliby go faszerować prochami 24 godziny na dobę. Lub przeprowadzać jakieś dziwne operacje. Trzeba go z tego wyciągnąć.
- I tak pewnie będą musieli, tymi na uspokojenie. Choć z drugiej strony, ostatnio chyba nie ma siły aż tak się z nami szarpać. Osłabł. Wiele razy chciał mi oddać, ale mu się nie udało. Kiedyś potrafił nam uciec, ale teraz daleko by nie zabiegł. Dość szybko to u niego postępuje.
- Tak, to poważne. No i trzeba w końcu zaostrzyć to leczenie psychiatryczne, skoro terapia nic nie daje. Widać dobrą wolą się nie da.
- Dokładnie. Szkoda, że nie da się tego zrobić szybko, wiesz ile stracimy koncertów? Nie nagramy też żadnego nowego albumu, a leczenie będzie nas kosztować. Fani chyba zrozumieją. Może nawet uda nad się zorganizować jakąś akcję? Nastolatki lubią się litować nad przystojnymi, trupimi facetami.
- Jakoś to wytrzymamy, Andy jest też naszym przyjacielem - dziwnie nienaturalnie wtrącił garotłuk.
- Tak, ale to głównie dzięki niemu zarabiamy. Te zasrane bachory w nosie mają instrumenty, chcą tylko przystojnego wokalisty, reszta to tylko tło. Widocznie lubiły Andy'ego. A co jeśli dziś wieczorem zobaczą go takiego wychudzonego, ledwie trzymającego się na nogach? Gazety zaczną się o tym rozpisywać, snuć teorie spiskowe..
- Oby się nie wydało.
- Czemu to jest takie trudne?
Miałem ochotę kopnąć w drzwi, przebić się i rozkwasić deskami ich ryje, ale zamiast tego powinienem opracować jakiś sensowny plan działania. Knuli coś za moimi plecami, to ja nie zamierzałem być gorszy.
,,Dobra, musisz w końcu się na coś zdecydować w Wielkiej Brytanii. Na ostatnie, wielkie show. Nie możesz na razie wracać do USA. No chociażby dziś wieczorem załatw Sykesa, masz jeszcze dwa dni, coś się wymyśli. Tymczasem- Danny!"
Szybkim krokiem pobiegłem do wyjścia i zwiałem z hotelu. Z daleka dojrzałem Big Ben i przesuwające się wskazówki.
,,Czas ucieka, Lynn. Już niedługo."
*Sally*
Ktoś zaczął się dobijać do drzwi.
- Jeśli to Andy chce, żeby mu ratować dupę, to niech spierdala - powiedziałam zirytowana, tonem niepodobnym do siebie. Nadal nie mogłam do siebie dojść.
- Nie, chyba musi odchorować, no nie?
Głośno westchnęłam i wstałam, by otworzyć. W drzwiach ujrzałam Jinxxa, a to też mnie raczej nie ucieszyło.
- Chodzi o Andy'ego - ,,No oczywiście, przecież jestem tylko kobietą Andy'ego, nikim innym! Jestem potrzebna tylko do tego głupiego przedstawienia!"
- Nie, dzięki - już chciałam mu zatrzasnąć drzwi przed nosem, ale zatrzymał je.
- Sally, znowu zniknął, a dziś jest gala MTV. Nie mamy pojęcia, gdzie on jest.
- Mówił coś, że wyrwie się do jakiegoś Danny'ego, to wszystko?
- Dobra, dzięki. Ale to nie wszystko. Mogę chociaż wejść?
Spojrzałam na ziemię i przepuściłam go. Przyjrzałam mu się ukradkiem. Wydawał się poważny, ale w obecnej sytuacji jego obecność mnie irytowała, bo pewnie przyszedł mi truć dupę, bym niańczyła Biersacka.
- Cześć - powiedziała nieśmiało Vicky, która była jeszcze w piżamie. Nawet nie zwrócił na nią uwagi.
- Jak się wczoraj zachowywał?- zapytał. No oczywiście, bo po co tu nadal jestem? Nie chciało mi się bawić w donosiciela, ale nie było sensu w maskowaniu działań Andy'ego.
- Jak zawsze, czyli jak skurwysyn - odparłam zimno.
- Nie zabił Sykesa? Nie podpalił mu domu?- zastanawiałam się, czy to sarkazm czy Andy naprawdę byłby do tego zdolny.
- Nie, ale chyba niezbyt ciepło przyjął jego przeprosiny - uśmiechnęłam się sztucznie.- I zarzygał mu kibel.
Na te słowa odwrócił się gwałtownie.
- Jest aż tak źle?!
- No, to przecież normalka, w domu ciągle tak robił - pożałowałam tych słów, bo Ferguson wcale o tym wcześniej nie wiedział.
- Kurwa, i ty mi to mówisz dopiero teraz?!- złapał się rękami za głowę, patrząc na mnie z wyrzutem.- Wiem, że starasz się być dobrą dziewczyną, ale nie jesteś małym dzieckiem, powinnaś wiedzieć, że to nie jest dla niego lepsze!
Chyba faktycznie mówił prawdę. Podobał mi się ten światek wykreowany przeze mnie i chłopaka, gdzie wszystkim się sprzeciwialiśmy, ale nie przyjmowałam do świadomości, że to dla niego niebezpieczne. Właściwie jego choroba uderzyła mnie dopiero ostatnio.
Spuściłam głowę.
- Sally.. Ten człowiek umiera, nie widzisz tego? To chodzący trup, w każdej chwili może się przekręcić..
- Tego chyba właśnie chce - dodałam cicho.
- Tak, ale to dlatego, że jest niepoczytalny.
Ożywiłam się, ale to dlatego, że przez swój przykry epizod z psychiatrykiem, nie akceptowałam takiego stwierdzenia. Same słowa ,,niepoczytalny", ,,szalony", ,,obłąkany" mnie denerwowały. Uważałam, że każde ,,szaleństwo" można jakoś wytłumaczyć. Nawet zachowanie takiego psychopaty. Zwykle odpowiedź znajdowała się w przeszłości.
- Wiem, że to może być szok, nigdy ci tego nie mówiliśmy, ale swojego czasu nawet udawało nam się ciągać Andy'ego po psychiatrach. No i każdy stwierdzał niestety to samo: że Andy ma urojenia, głosy w głowie, halucynacje. Wręcz książkowy przypadek schizofrenii, chorobę dwubiegunową i depresję. On sam jeszcze o tym nie wie, ale ma nawet papiery, które to zaświadczają. W każdym razie wypiera się tego, a jeśli nie chce pomoc, to psychoterapia nie ma sensu.
Poczułam się nieco urażona, bo kiedyś sama również miałam podobne papiery, a nawet podobne zarzuty. I byłam niemal tak samo wkurzona, bo to wszystko zostało zełgane. Nawet nie miałam pojęcia, dlaczego. Co moim rodzicom odwaliło? Stracili jedno dziecko, więc postanowili pozbyć się drugiego? Dlaczego w ogóle ludzie lubią robić z innych wariatów, a potem się ich pozbywać?!
- Nie próbowaliśmy jeszcze poważniejszych środków. Myślę, że trzeba mu znaleźć jakiś szpital psychiatryczny, gdzie zajmowaliby się nim 24 godziny na dobę. Z nami i tak ma za dużo luzu.. Ale najpierw trzeba go wyleczyć z tego poważnego choróbstwa. Cokolwiek by to nie było.
Niemal zagotowałam się w środku, bo z własnego doświadczenia wiedziałam, że to właśnie szpital odciska na psychice najgorsze piętno. I współczułam chłopakowi, ale.. Miałam dość.
- To już chyba nie mój problem. Między mną i Andy'm koniec.
Zaniemówił z wrażenia i rozdziawił usta. Zrobiło mi się trochę przykro, nawet pożałowałam chłopaka, ale to nie on przechodził przez to, przez co przeszłam ja.
- Ty.. ty masz zamiar odejść?! Ale jak to?! Nie.. Nie!
- Jinxx, ja też tego nie wytrzymuję! Kocham go, ale nie chcę ciągle tak żyć!- niemal krzyknęłam mu w twarz.
- Nam też nie jest łatwo, ale..
- Jinxx, nie zamierzam podporządkować swojego życia niańczeniu dorosłego skurwiela! Jeśli wam się to podoba, to wy się tym zajmujcie! Zresztą w szpitalu psychiatrycznym i tak nie będę mu potrzebna.
- Ona ma rację - Vicky podniosła się z łóżka i stanęła obok mnie.- Towarzystwo obłąkanych osób nie sprzyja nikomu. Zwłaszcza młodej dziewczynie, która ma własne plany, ale na drodze do ich realizacji stoi totalny skurwysyn.
Popatrzył na nią wyniośle jak na gówniarę. Chyba jednak trochę rozumiał.
- No właśnie, Jinxx. Mam własny zespół, a ciągle jestem tylko ,,dziewczyną". Ciągle mam go tylko uspokajać, a on w ogóle nie liczy się z moimi uczuciami. Sam mi powiedział, że nie mam co liczyć na jakiś wyraz wzajemności.
- Słuchaj, Sally, rozumiem, że parę razy był okropny..
- Parę razy?! Uważasz, że okropny był tylko wtedy, gdy mało mnie nie zabił?!- podniosłam włosy, ukazując bliznę na policzku. Byłam już tak wściekła, że myślałam, że sama się na niego rzucę i zacznę dusić.- Gdybym była rozsądna, poszłabym z tym na policję!
- Wiem, Sally i jestem ci naprawdę wdzięczny.
- Szkoda, że nasz pan Biersack nie jest!
- Sally, nie wiem, co się dzieje w jego głowie.. Ale zastanów się jeszcze, jeśli ci na nim zależy.. Proszę, naprawdę nam bardzo pomogłaś!
- Pomogłam, ale już nie pomogę.. - wyszeptałam. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je, czekając aż mężczyzna wyjdzie.
W końcu opuścił pokój, rzucając jeszcze krótkie ,,proszę". Oparłam się o zamknięte drzwi, czując na sobie duży ciężar.
- Paranoja - popatrzyłam na Victorię zmęczonym wzrokiem.
- Chodź, poszwendamy się po Londynie.
*Andy*
Zacząłem walić w drzwi sporego domu Danny'ego, który na szczęście nie znajdował się w dzielnicy dla snobów.
- Kurwa, chuju, wpuszczaj mnie, bo zamarznę!
W końcu miał litość mnie wpuścić.
- Chciałem zobaczyć, ile wytrzymasz, chudzinko - uśmiechnął się złośliwie.- Dobra, właź. Nie będziesz przecież palił na dworze, trzeba trochę okadzić wnętrza.
Od razu wyciągnąłem peta i odpaliłem. To samo zrobił Worsnop.
- Jak to dobrze, stary, że u ciebie nie ma zakazu.
- A co, już zrobili ci regulamin? Przynajmniej masz co łamać! A każą ci dmuchać, jak się napijesz? Czy to też zakazane?
Zlustrowałem kumpla wzrokiem. Dawno się nie widzieliśmy i dość mocno się zmienił. Właściwie wyglądał trochę jak angielski odpowiednik rednecka. Roztył się, miał długie zarośnięte rudawe włosy i brodę. No typowy angol.
- Widzę, że panuje dieta piwna - uśmiechnąłem się.- Niezły bebech wyhodowałeś, przynajmniej ci ciepło.
- A ty co, na raka zdychasz?- zażartował kumpel i już chciałem się zaśmiać, ale wtedy sobie uświadomiłem, że to może być prawda. Rak? Postrach wszystkich ludzi? Jedna z głównych przyczyn umieralności?
Przeszedł mnie dreszcz na myśl, że w moich płucach rozrasta się to choróbstwo, którego praktycznie nie da się wyleczyć. Przed oczami stanęło mi ostatnie zdjęcie Steva Jobsa, które pokazywano w gazecie, gdy umarł i nieźle się wystrachałem. Do tego te wszystkie łyse dzieci w puszczanych w telewizji spotach charytatywnych. O cholera, a jeśli to samo spotka mnie? To by się potwierdzało.. Kaszel, duszność, ucisk w piersi, rzyganie..
,,Andy, ogarnij się.. Na pewno nie jest jeszcze tak źle.. A zresztą, co to za różnica? Wcześniej czy później.."
- Ej, zgadłem?- zaniepokoił się.
Wybuchłem sztucznym śmiechem.
- Nie, chciałem zobaczyć, czy się nabierzesz! Napędziłem ci stracha?!
- O ty chuju, i to jak! Średni ten żart, bo znam.. znałem kilka osób, które umarły na raka.. Albo na marskość wątroby..
- To raczej u ciebie bardziej prawdopodobne.
- Weź, aż mi narobiłeś ochoty na drinka. Napijmy się, zanim będzie za późno. Chuj z chorobami, i tak wszyscy umrzemy! Ja wolę umrzeć z kieliszkiem w ręku!
,,Świetnie, Danny, chlej jak najwięcej!"
- No dawaj, przez tych kutasów czuję się jak na abstynencji.
- O, to się zdziwisz, przygotowałem coś specjalnie na wizyty wyjątkowych gości..
Obaj jak zwykle pognaliśmy do piwnicy, gdzie Danny zawsze trzymał swój barek. Ale to, co zrobił teraz, przeszło moje oczekiwania.
- Kurwa, postawiłeś sobie własny bar?!
- Oj, bez przesady. Po prostu nie zawsze chce mi się ruszyć dupę do pubu na drugiej stronie ulicy, więc urządziłem tak piwnicę. No i fajne imprezki z tego wychodzą. Oczywiście wtedy, gdy nie ma tej pizdy Bena..
- Aż taki z niego pizduś?- spytałem, gdy podawał mi piwo.- A może masz smakowe?- sparodiowałem jego przyjaciela.
- Noo, ostatnio na jednej imprezce robiliśmy nagie zdjęcia przy basenie. Oczywiście Beniuś został jako jedyny w koszulce. A ostatnio, kurwa, wiesz, co wymyślił?! Że przejdzie na weganizm i abstynencję! Ryć mi się tak chciało..
- A wiesz, gdzie ja ostatnio musiałem siedzieć?! No, zgaduj!
- No nie wiem, u królowej, jedząc paszteciki?
- U Sykesa.
Niemal wypluł napój ze śmiechu.
- Z tym pedałem?! O kurwa, i co? Wpierdalałeś jakieś sajgonki i inne sojowe świństwo?!
- No, a potem zarzygałem mu tym kibel w podziękowaniu. I prawie wypchnąłem go z balkonu!
- Moja szkoła. Ale ponoć ma nową laskę, niezła dupeczka? Ale tak szczerze? - uśmiechnął się jak zboczeniec.
- Nie twój typ, za chuda jak na ciebie. Do tego weganka i walnięta Hare Krishną czy innym hinduskim gównem. Rozmowa z nią to równo w gówno, om om om.. I mieszkają, kurwa, w jakimś pałacu jak dwa snoby. Mają tam tylko jakąś psiarnię.
- Pasuje do nich, suka i skurwysyn, no nie?
- Weź, dzisiaj muszę iść na MTV i udawać, że mi nie przeszkadzają. Zjebanie. Może jeszcze zrobię sobie z nimi selfie?
- Kto ci, kurwa, każe? Idź i zrób totalny rozpierdol, bo czemu nie? I tak zjebałeś sobie wizerunek, wszyscy pierdolą o pozytywnym przekazie twojej muzyki! Wszyscy widzą cię teraz jako takiego aniołka, uważaj, bo niedługo zaczną was nazywać chrześcijańskim zespołem.
- Serio tak źle z moim wizerunkiem? Kurwa - splunąłem.
- Tak. Musisz coś odwalić, bo zamieniasz cię w taką cipę jak nasz pan z Bring Me The Chujrajzon.
Wziąłem większy łyk, bo na serio chciałem uchodzić za kogoś złego, symbol demoralizacji. Tymczasem robili ze mnie, kurwa, Jezusa Chrystusa.
- Serio, wyżyj się na Sykesie, to będzie zabawne. Jeśli tak bardzo go nienawidzisz, to w czym problem? Mało go nie zabiłeś w jego własnym domu, sam mówiłeś..
No, to nie była do końca prawda, ale przemknęła mi przez głowę taka myśl.
W końcu wykończyliśmy po dwa kufelki, ale Anglik nadal się nie wstawił.
- Danny, chłopie, skąd masz tyle tego wina?!- pokazałem palcem na hurtową wręcz ilość beczek.
- Ee, śmieszna historia. Pojechałem sobie kulturalnie na degustację wina na wsi na wakacjach. No, ale to wino było tak dobre, że aż się schlałem, tradycyjnie. I myślałem, że zamawiam 20 butelek, a to było 20 beczek. No i teraz trzeba to wykończyć, więc możemy się za to zabrać!
Rozpoczęła się niezła popijawa i choć miałem na nią ochotę, to musiałem pilnować się, by potem wykorzystać całą sytuację.
Danny z kolei dobrze się bawił.
- Skrzyknę zaraz cały tłum i będzie legendarna biba. Chyba że wolisz w dwójkę tak jak z panem Siksem - zaśmiał mi się w twarz, lekko mnie już irytując.
- No chyba ciebie w dupę.. Dawaj kolejną, dobijesz do 10..
- W ogóle powiedz mi, mój Andysiu, słonko moje, ćpasz ty jeszcze choć trochę?
Trochę się wkurzyłem, bo właściwie już sporadycznie, a to też mogłoby trochę pomóc.
- Nooo, ale w ostatnich miesiącach mało..
- Kurwa, aż tak cię rozwalają? Gdzie jest ten Andy, z którym można się schlać, poimprezować i przelecieć jakąś groupie?!
- Kurwa, Danny, jest dopiero południe, imprezki to się odwalały w nocy..
- A no tak, zapomniałem, że koncertowaliśmy. Ale chyba zrobię sobie pijacką emeryturę.. W ogóle chyba rzucę Asking Alexandrię, to jedno wielkie gówno dla picu. Tak jak BVB - po tych słowach pociągnął kolejny wielki łyk i wyglądał już iście obrzydliwie.
- No, kurwa, wielki grubasie, nie płacz. Golnij sobie - podałem mu kolejną butelkę, czując, że jest z nim jeszcze gorzej. Na moją korzyść.
- Andy, ty zawsze jesteś taki uroczy i mnie pocieszasz.. Masz tak kurewsko niebieskie oczka. I ładne ząbki - po czym wetknął mi w te ,,ząbki" butelkę. No dobra, chyba ja też musiałem się nieco uchlać.- Mam ochotę kogoś przelecieć, ale ty masz pewnie HIV.
- Kurwa, czemu ja?!
- Od Sykesa, jebać chuja!- rzucił butelką w tarczę z lotkami na jednej ze ścian.- Nie myje jaj, każe je wylizywać psom..
- Ej, poczekaj, mam pomysł - wytrzasnąłem skądś markera i narysowałem na tablicy do strzałek podobiznę tego jebaki, a tuż obok swoich ,,kumpli".
- No dawaj, mam ochotę trafić Jinxxa!- darłem się ochrypłym głosem. Po chwili grubas stał na szczycie stołu i pochylając swe ogromne cielsko, starał się kogoś trafić. Jednak alkohol już całkiem uderzył mu do głowy. Mi chyba też, bo chwiejnym krokiem ruszyłem po kolejną butelkę, a po jej opróżnieniu zrobiło mi się całkiem wesoło. W tej chwili zobaczyłem strzelby na ścianie i zgarnąłem jedną z nich.
- Wyglądam już jak typowy Angol?- spytałem kumpla, wymachując spluwą.
- Nie, bardziej jak ofiara wojny w Wietnamie..
- Dlaczego wy, Angole, zawsze trzymacie spluwy w domu?
- Po tatusiu. Wy, rednecki, nie jesteście lepsi.
- U nas są włamywacze.. Gwałciciele, oszołomy.
- Oszołom to ty jesteś. W ogóle byłem kiedyś u jakiejś laski w domu, powiedziała, że mogę zostać na noc i chodzę po domu, a tam, kurwa, nazistowski mundur. Ostro, no nie?
- Jebani faszyści.. - oznajmiłem chwiejnym głosem i rozbiłem butelkę o własny łeb.- Helga!
- Nie podniecaj się tak, i tak jesteś dobra dupa.. Ale ja mam więcej lasek.
- Jestem dziewicą.
- Łżesz, kurwa, dzięki Siksowi nie!
- Ale ja go kocham. Zabiję go, jeszcze ci obiecuję - wyznałem śmiertelnie poważnie w swoim pijaństwie.- Zobaczysz, za kilka dni będzie nieżywy!- zamachnąłem się lufą.
- A ciebie zgarną psy i pójdziesz siedzieć na 25 lat.
- Jebać psy, liczy się honor.. Będę synem anarchii..
- Chodź się przewietrzyć, bo jesteś pojebanym psycholem. Tylko weź jak najwięcej butelek, muszę cię unieszkodliwić.
Przypomniało mi się, po co ja tu właściwie przyszedłem.
- No chyba ja ciebie..
Wziąłem jak najwięcej trunków, wypychając sobie nimi ubranie.
- Na Sykesa - powiedział Danny, wpychając sobie butelkę w spodnie.- Mniam.
Wyszliśmy na taras, gdzie znajdował się duży podświetlany basen.
- Zajebioza, stary!- krzyknąłem. Odrzuciłem butelki na trawę i wskoczyłem do wody w ubraniu. Wynurzyłem się po chwili, przypominając sobie coś znajomego.
- Ej no, dzieciaku, bo jak się utopisz, to ci złoję dupę.. Jak Sykes już to uczynił - zaśmiał się.
- Jeb się - ochlapałem go wodą.- Zrób mi sztuczną falę!
Po chwili wielkie cielsko Anglika uderzyło o gładką taflę wody, opryskując mnie i praktycznie zatapiając mnie.
- Ej, nie wziąłeś żadnej butelki!- zwróciłem uwagę.- Zawracaj się!
- Przecież wziąłem, masz problem z pamięcią krótkotrwałą?!- po chwili z gaci wyciągnął dwie butle, które nie wiem, jakim cudem się tam znalazły.
- To ty jesteś pojebany..
- Wolisz mieć w ryju butelkę czy chuja Siksa?
- No dawaj..- odparłem zrezygnowany, pociągając łyka jakiegoś sikacza.- Niewiele się różni, wiesz?
- A utopić cię?- poczułem na sobie łapę tłuściocha i po chwili dusiliśmy się nawzajem pod wodą. Z tej szaleńczej fazy wyrwało mnie tylko to, że znów czułem ten jebany ucisk, który codziennie się nasilał. Wynurzyłem się z wody i z trudem złapałem trochę powietrza.
- Ej, wszystko gra?
- Tak, po prostu twoja woda w basenie miesza się z browarem - zmusiłem się do uśmiechu i wylazłem na powierzchnię. Kurwa, jak zimno!
- Może ręczniczek, Andysiu?
- Kurwa, jeśli jeszcze raz mnie ktoś tak nazwie to..- zacząłem kasłać.
- Ojoj, może jednak?
- Może jednak nie?
- A może jednak tak?
- A może chcesz, kurwa, w ryja?
Rzuciłem się na niego ryjąc i waląc go, czym popadnie. Poczułem na swojej twarzy krzesło, grilla, dosłownie wszystko. Miałem ochotę zrobić to samo z BVB, Oliverem i całą bandą tych idiotów.
***
*Sally*
Zdziwiłam się, że wróciłyśmy tak późno, a Andy'ego nadal nie było. Zmył się gdzieś i chyba nadal nie zamierzał wracać. Miałam nadzieję, że się znajdzie, bo powinniśmy się już szykować na galę MTV.
Od razu dopadł do mnie zdyszany Ashley. Nie wydawał mi się gotowy na galę.
- Sally, nie widziałaś Andy'ego?
- Nie - odparłam lodowato.- Ale pojedźcie do tego całego Danny'ego, jeśli go szukacie.
- Dobra, masz rację, pewnie już się tu nie znajdzie..
- Trzeba go odbierać jak małego chłopca?- wtrąciła się Vicky.
- Na to wygląda - skinął głową Purdy.- Dobra, ty, Sally, się szykuj, a my po niego pojedziemy. Mam nadzieję, że jeszcze niczego głupiego nie zrobił.
,,Pewnie tak"- od razu przyszło mi na myśl. Ale postanowiłam się dobrze bawić.
Ruszyłyśmy do naszego pokoju. Chciałam się ogarnąć i jak najszybciej spotkać z Hannah'ą. Szkoda, że za mną cały czas będzie się włóczył pierdolnięty, schorowany partner, który prawdopodobnie zaplanował już, co odwalić tym razem.
*Andy*
Akurat świetnie się bawiliśmy, kończąc ostatnie butelki, aż nagle usłyszałem klakson.
- Tam też jest impreza?!- zdziwił się totalnie napruty Danny.- A może to w remizie?!
- A która jest, kurwa, godzina?!- przypomniało mi się, że dziś jest gala jebanego MTV.
- No.. Jest ciemno, tyle wiem..
- DANNY, OTWÓRZ, TO MY PO ANDY'EGO!- usłyszałem wrzask Ashleya.
- O kurwa, przyszli się nade mną znęcać..- podniosłem się na chwiejnych nogach, kaszląc.- Mam dziś iść do zasranego MTV! A, kurwa, nie chcę, więc wymyśl coś, skurwielu!
- Kurwa, kurwa, kurwa! Musimy cię gdzieś ukryć!- podskoczył, mało się nie przewracając.
I teraz dostrzegłem idealną okazję.
- Schowam się w garażu!- zawołałem.
- Dobra, idę ich wypłoszyć.. Na... przód!- zamachnął się i runął przed siebie.- JUŻ IDĘ, PANIE KIEROWNIKU!
Tymczasem ja, kompletnie przemoczony, do tego kaszlący, wpakowałem się w końcu do tego pieprzonego garażu, który był celem całej tej szalonej akcji. Próbowałem się opanować i nie zdradzić się głośnymi odgłosami. Słyszałem nerwowe krzyki i cały trząsłem się z pośpiechu. Przewracałem się na rozmaite pudła i mało nie rozwaliłem sobie głowy o samochód. Kompletnie nie wiedziałem, od czego zacząć, więc przeszukiwałem wszystko po kolei. O ile ze szczypcami poszło w miarę szybko, to gorzej z tym drutem. Już martwiłem się, że właściciel garażu go nie posiada.
- Przecież wiem, że tu jest, więc nie kręć Danny!- darł się Jinxx.- Masz nam go oddać, bo idziemy na galę MTV!
- Czemu mnie nikt nie zaprosił?..
- Jaki pijak, nie wytrzymam - Jake. Czyżby wybrali się wszyscy?
Musiałem się pośpieszyć.
W końcu coś ostrego wbiło mi się w rękę, aż pisnąłem. Drut kolczasty? Jeszcze lepiej. Zacząłem go zwijać, raniąc sobie przy tym ręce. Mały kawałek i narzędzie na szczęście zmieściły mi się w kieszeni. Westchnąłem, gdy poczułem kolce pod żebrami, ale musiałem się przyzwyczajać.
Jednak nie zamierzałem się teraz poddawać i tak zwyczajnie im się oddać. Dostrzegłem rozkładaną drabinę, jedną z tych, które tak jakby ,,wyjmuje się" z sufitu.
- Pokaż no, musi tu być! Tu jest jego kurtka!- krzyczał coraz głośniej Ferguson.
- Danny, ogarnij się, Andy nie może przecież u ciebie zamieszkać - łagodził sytuację Purdy.
- NIE MA GO TU, JAK NIE BYŁO, WIĘC.. NO TEN.. WYNOCHA!- przywalił łapą w drzwi.
Przeskoczyłem przez maskę auta i chwyciłem specjalny sznurek. Po chwili ,,schody do nieba" (ptfu!) czekały gotowe.
- Co to za hałas?! Andy, wiemy, że tam jesteś!- zwrócił się do mnie ten piernik.
- TO MÓJ PIES, ODWAL SIĘ OD NIEGO!
- Zajmij się nim!- poleciła niańka swojemu ochroniarzowi.
- ŁAPY PRZY SOBIE, BO CIĘ ZASTRZELĘ! MAM BROŃ!
Rozpoczęła się jakaś szarpanina, słyszałem ostre słowa, które jednak mieszały się w niezrozumiałą papkę. I wtedy wszystko spieprzyłem.
Wyskoczyłem na zewnątrz, nie zdając sobie sprawy, że mnie doskonale widać. Do tego padłem na kolana, mało nie spadając z dachu. Poczułem drut wbijający mi się w skórę mimo warstwy materiału.
Zawyłem z bólu.
- ANDY, CO TY TAM, DO KURWY NĘDZY, ROBISZ?!- przerazili się zgodnie.
- Nie ma go, no co ty nie powiesz?!- syknął nerwowo Jinxx.
- NO.. NO WŁAŚNIE NIE WIEM, SKĄD ON SIĘ TAM WZIĄŁ! CO TY TAM, KURWA, ROBISZ, ZŁODZIEJU?!
- Obaj są schlani, nie ma sensu ich o nic pytać - stwierdził basista.- Lepiej go stamtąd zabierzmy zanim skoczy!
,,Dzięki za pomysł!"
W tej chwili skok wydawał mi się wręcz idealnym pomysłem. Miałem nieziemską chęć wkurzyć wszystkich. Nie pamiętałem o tym, że jeśli coś sobie zrobię, to zawloką mnie do szpitala.
Stanąłem na krawędzi i zacząłem się niebezpiecznie chwiać.
- ANDY, KURWA, CZY TY ZAMIERZASZ SIĘ ZABIĆ?!- spojrzał na mnie panikujący Purdy.
- CHĘTNIE, DOBRY POMYSŁ!- zaśmiałem się pusto, balansując wysoko nad ziemią.
- JESTEŚ, KURWA, OBŁĄKANY!- wrzeszczał najstarszy.
- Powtarzasz się..- wysepleniłem.- NIE MUSISZ MI TEGO POWTARZAĆ!
- Albo oszalał do reszty albo też się uchlał - ukrył twarz w dłoniach.
- NIC NIE PILIŚMY!- oznajmił Danny, ale widząc stos butelek obaj się zaczęliśmy się chichrać.
Dziwiłem się, że nie zamierzają mnie ściągać. Ale wtedy poczułem coś, co złapało mnie za kark. Wrzasnąłem i na serio się wystraszyłem, bo już mi się wydawało, że lecę. Ale to tylko ten dupek Pitts złapał mnie w ostatniej chwili. Nędzny perkusista zasłaniał oczy i wszyscy, nawet Worsnop, wyglądali na totalnie zesranych. Tymczasem Pitts trzymał mnie kurczowo i po chwili stargał mnie na dół, unieruchamiając mnie jak jakiegoś rasowego przestępcę. Chyba celowo się na mnie wyżywał, bo klął coś na mnie, pociągając mnie za włosy. Niestety w tej chwili słabo ogarniałem rzeczywistość i nawet nie wiedziałem, jak odpysknąć.
- Nie dziękuję ci, Danny, że się nim zająłeś, bo PRAWIE, KURWA, ZGINĄŁ!- niemal przyłożył mu zbulwersowany Ferguson.- Idziemy z tej meliny, ale to już! Zostało nam jakieś pół godziny, a on jest całkowicie narąbany!
- ŻE JA?!
- Mówiłem, jebie od niego na kilometr!
- ANDY, UCIEKAJ!- zakrzyknął po raz ostatni właściciel domu i praktycznie padł. Przez chwilę machałem do niego ręką, oczekując, że mnie ocali, przeciwstawi się ,,kumplom". Ale obaj schlaliśmy się do tego stopnia, że teraz najchętniej poszedłbym spać i nie wychodził z łóżka. Nie miałem nawet siły za bardzo się szarpać, bo mięśnie kompletnie mi sflaczały. Do tego miałem kurewską ochotę upokorzyć Sykesa.
Po chwili zapakowali mnie do samochodu, a ja praktycznie odpłynąłem.
*Sally*
Czekałam już całkowicie odpicowana, ale nadal nie wracali. Miałam na sobie długą jasną sukienkę bez rękawów, lekko podwinęłam włosy i zrobiłam makijaż. Chciałam, by Andy mnie zobaczył i wiedział, co traci. Gdzieś głęboko nadal liczyłam, że się ogarnie i wszystko momentalnie zmieni się jak w filmach.
- Wyglądasz jak księżniczka - stwierdziła Vicky.- Szkoda, że ten wyjazd się kończy.. Boję się wracać do domu.
- Nie myśl o tym, skup się na tym, że spotkamy się z Carlem, Alice i Robbie'm, nagramy płytę, zrobimy karierę, przebijemy się i skopiemy wszystkim dupy!
- Zrobiłaś się zadziorna, nie poznaję cię. Zawsze wydajesz się taka delikatna. Zwłaszcza w tym stroju, jak jakieś milion dolarów.. I to dosłownie.
- Daj spokój, nie chcę marnować kasy na wystawne życie. Chcę po prostu udowodnić światu, że potrafię sama coś osiągnąć i nie jestem tylko kulą u nogi.
- Ja też chcę się uniezależnić. Nie chcę wracać do swojej rodziny. Niech zobaczą, jak świetnie radzę sobie bez ich pieprzonych zasad!
- Dokładnie! Nie zamierzam się dziś nikomu podporządkowywać. Ani Andy'emu ani jego niańkom. Cieszę się, że wyjdę do ludzi. Choć, wiesz, nie chciałabym być kojarzona tylko jako czyjaś dziewczyna.
- Pomyśl sobie, że to już koniec. Taki bogaty koniec. Baw się dobrze w otoczeniu gwiazd, bo masz okazję czuć się jedną z nich.
- To mnie trochę przeraża! Ci ludzie na to zasługują, są utalentowani..
- Ty też - przerwała mi.- I jeszcze kiedyś same odbierzemy tę nagrodę!
Uśmiechnęłam się.
- Cieszę się, że stałaś się taka.. otwarta.
Zarumieniła się lekko.
- Wiesz, to chyba wina mojej rodziny. To przez nich czułam się brzydka, głupia i bezwartościowa. Teraz jestem sobą.
- Też tak chcę.. - rozmarzyłam się
Nagle usłyszałam jakieś głośne krzyki, zdecydowanie wściekłości.
- Chyba na mnie czas.. Odprowadzisz mnie?
- Jasne.
Wyszłyśmy na zewnątrz, obie nieco zdenerwowane. W oddali zobaczyłam chłopaków, którzy prowadzili przewracającego się Biersacka. Wystraszyłam się, że może miejsce miał jakiś wypadek.
Podbiegłam w ich stronę, mało nie zabijając się na obcasach.
- Co się stało?!- wydarłam się.
- Nic, poza tym, że się uchlał - odparł oschle Ashley. W jego tonie czułam takie wyrzuty, jakby to była moja wina. ,,Czy on naprawdę potrzebuje 24-godzinnej opieki?!".
Popatrzyłam na swojego ,,chłopaka", który tylko coś bredził i wybuchał pustym śmiechem.
- Żałosne - szepnęłam pod nosem.- On naprawdę musi iść? Narobi wam i sobie wstydu!
- Musi, formalnie jest liderem zespołu!- oburzył się Ferguson.- Musisz go pilnować jeszcze chociaż tego wieczoru. Kiedy dojedziemy, stój przy nim, trzymaj go i staraj się odpowiadać za niego. I pilnuj, by już nic nie wypił.
- Dlaczego to ja mam go pilnować?!- wkurzałam się. Chyba miał ochotę odpysknąć, ale po chwili uspokoił się.
- Proszę, jeszcze ten jeden wieczór. Błagam cię, Sally.
Zdecydowanie nie odpowiadało mi to wyjście. Gdyby ten skurwiel chociaż pozostał trzeźwy.. Teraz nawet nie przypominał człowieka, którego znałam. Zachowywał się jak obrzydliwy żul i na takiego właśnie wyglądał. Do tego był cały mokry, chudy i rozczochrany.
- Pomożesz nam go szybko ogarnąć?- poprosił, patrząc mi w oczy Jinxx.
Westchnęłam. Ruszyłam za nimi, prawie płacząc.
- Ej.. Trzymaj się - przytuliła mnie na odchodnym Victoria.- Baw się dobrze.
,,Ta, na pewno. Coś odwali, mogę się założyć.."
Nerwowo wyciągnęłam z szafy przygotowane na wyjście ubrania pijaka i zostawiłam je na łóżku. Potem stanęłam w kącie pokoju, zagryzając wargę.
,,Dobra, opanuj się. Show musi trwać.."
*Andy*
Jake wymierzył mi policzek, dzięki któremu choć trochę oprzytomniałem. Jednak nie byłem mu wdzięczny. Obchodzili się ze mną, jak z dzieciakiem. Czekałem, aż ściągną mi spodnie i założą pieluchę.
- Sam się przebierzesz, czy mamy cię ubierać jak niańki, idioto?!- syknął do mnie Jinxx.
- Spierdalaj, nigdzie nie idę - odwarknąłem.
- O nie, nie wymigasz się.. Przegiąłeś pałę! Gazety na pewno zgotują ci jakiś skandal, więc bez kary nie ujdziesz. A potem zobaczysz, jaką mamy dla ciebie niespodziankę!
- To nie jest, kurwa, żadna niespodzianka! Wszystko słyszałem! Wszyscy to, kurwa, wiedzą, pojebusy! A ja się, kurwa, nie zgadzam!
- Dobra, masz ostatnią szansę, albo się ogarniesz i idziesz albo jeszcze jeden cios, leżysz i jedziesz do szpitala!
Już zastanawiałem się, czy jakoś się jednak nie wyrwać, ale przypomniałem sobie, że jestem praktycznie opleciony drutem kolczastym, a przy sobie mam także ostre szczypce.
Bez słowa wstałem na chwiejnych nogach i zabrałem ciuchy. Kątem oka zobaczyłem Sally płacząca w kącie pokoju. Nie miałem jednak siły, by spojrzeć jej w oczy, a tym bardziej się odezwać. Miałem świadomość, że to nie wszystko, co szykowałem na dzisiejszy wieczór.
Wszedłem do kibla. Słyszałem jak wszyscy głośno przeklinają, mówią, jak to chętnie, by mnie zabili i kopią w meble i ściany.
,,Dobra, to szykujcie się na prawdziwe przedstawienie. Tym razem z moim scenariuszem!"
Wyciągnąłem zakrwawione narzędzia spod mokrego materiału i ukryłem w kosmetyczce pod licznymi ręcznikami. Ubrałem się szybko, by nie wzbudzać podejrzeń.
,,Nie możesz się doczekać tej wspaniałej zabawy"- powtarzałem sobie. Miałem już pewne plany.
Wypadłem z kibla i od razu zostałem przechwycony przez moje idiotyczne niańki. Musiało to wyglądać komicznie. Zupełnie, jakby aresztowało mnie gestapo. A Sally kroczyła za nami niby jakiś piękny anioł śmierci.
,,Przykro mi, kochanie, ale złamię ci dziś serce"
Już czułem, że to koniec. I naprawdę starałem się o tym nie myśleć.
,,Skup się na wrogu! Daj z siebie wszystko!"
Wpakowano mnie do jakiegoś samochodu, w którym czułem się jak w radiowozie. Niewyraźnie słyszałem jakieś pełne złości kazanie Jinxxa. Z kolei Jake i Ashley trzymali mnie kurczowo za ręce, jakbym zamierzał wyskoczyć z auta i rzucić się na ulicę. Straciłem rachubę, czy już to kiedyś robiłem czy nie. Z kolei nędzny perkusista i moja dziewczyna usadowili się z tyłu, modląc się zapewne do swoich kretyńskich bóstw, bym nic nie zrobił. Na razie wyglądałem jak niegroźny pijak. I na tym mi zależało. By nie podejrzewali niczego poważniejszego.
*Sally*
Dojechaliśmy na miejsce. Za szybą limuzyny dojrzałam czerwony dywan, mnóstwo reporterów pism muzycznych, fotografów, ale także rzucających się na wszystkich paparazzi. Zupełnie jak w filmach. Nie mogłam w to uwierzyć. Oślepiał mnie przytłaczający blask, jakiś taki niebiański. Wolałabym tu widzieć Lynn niż tyle obcych twarzy.
- Sally, idziecie jako para, więc uważaj - ostrzegł mnie Jinxx. Westchnęłam przytłoczona tym całym chaosem.- Nie panikuj, tylko się skup. Andy to jedyna osoba, której możesz się bać. Powodzenia!
- Postaram się..
Ochroniarz otworzył nam drzwi, a ja na chwiejnych nogach wyszłam z limuzyny. Andy stanął obok mnie. Trącił alkoholem i trząsł się gorzej niż ja. Nie wiedziałam, czy poza piciem nie ćpał. Bałam się go, słusznie mnie ostrzegali.
Pozostali wysiedli z auta, uśmiechając się sztucznie. Na twarzy Andy'ego zagościł głupawy banan, ale prezentował się obrzydliwie. Jak roześmiany trup. Czułam się głupio. Do tego ci wszyscy poszukiwacze sensacji od pierwszego kroku nas fotografowali. Chwyciłam chłopaka mocniej i pięłam się dalej. Widziałam ścianki, na których pozowali inni muzycy. Zauważyłam, że zbliżają się do nas dziennikarze, chcący przeprowadzać wywiady. Musiałam się ośmielić i udawać gadułę, by Biersack nie palnął niczego głupiego.
W końcu zostałam osaczona ze wszystkich stron. Skuliłam się w sobie, czując się jak dziecko. Na szczęście dziewczyna ze specjalnym mikrofonem uśmiechała się szeroko i wydawała się w miarę sympatyczna. Z wiadomych powodów nie miałam jednak zaufania dla mediów.
- Och, Andy, Sally, wyglądacie przeuroczo jako para! Zupełnie jak z kreskówki! Jak tam się układa waszej parze?
- Umm..- popatrzyłam na swojego partnera, miałam wrażenie, że chce coś powiedzieć.- Bardzo dobrze, właściwie idealnie. Choć faktycznie, umm, jesteśmy specyficzną parą. To znaczy.. Chodzi mi o to, że się wyróżniamy.. No, wyglądem.. Chyba się dobrze dobraliśmy, no nie?- kłamałam i zagadywałam kobietę.
- Tak, fani też was uwielbiają jako parę! Może macie do nich jakąś wiadomość?
- Pobieramy się!- teatralnie krzyknął Andy, wymachując przy tym ręką.- To moja przyszła żona! Biorę tę kobietę!
Poczułam się ośmieszona.
,,Nigdy, bym za ciebie nie wyszła, Andy"- pomyślałam.
- Och, jaka wspaniała wiadomość!- przeprowadzająca wywiad widocznie ucieszyła się, że ma sensację do nagłośnienia.- Kiedy planujecie ślub?! Czy to będzie duże wydarzenie?!
Denerwowała mnie jej dociekliwość, ale mój przyszły ,,mąż" widocznie się ożywił.
- Tuż po powrocie urządzamy wielką balangę! To będzie ślub stulecia! Ale urządzimy go w krypcie na powietrzu, tak, tak.. Nałożę kraciastą marynarkę.. I już mam drużbę.. No to ten chuj, eee..- pierdolił bez ładu i składu. Na szczęście wyratowała mnie reszta BVB, która akurat wkradła się przed kamerę. Przez chwilę pozowali i robili sztuczne miny ku zachwycie mediów. Dziwiło mnie, że potrafią tak zgrabnie wszystkich okłamywać.
- Och, reszta zespołu! Jaki macie stosunek do ślubu Sally i Andy'ego? Który będzie świadkiem?
Nie zrozumieli. Popatrzyli na mnie, ale ja odwróciłam się zakłopotana.
- Nie możemy się doczekać.. Tak samo jak nagrywania nowej płyty - zmienił temat Ashley.
- Och, opowiedzcie o niej! Czy będzie podobna do poprzednich czy to taki przełom?!
Nikt wcześniej nic mi nie wspominał o nowym albumie. Zastanawiałam się, czy chłopak kłamie czy Andy nie będzie miał dużego wpływu na jej formę i dlatego nic nie wspominali. Coś na pewno chcieli stworzyć, ale mój chłopak im to utrudniał. Nie sądziłam, by podobał mu się pomysł współpracy w studiu.
- Będzie zajebista!- przekrzyczał pozostałych sam wokalista.- Będzie za miesiąc! Będę rapował, czaisz?!
- Andy!- syknął Ferguson, ale niewiele mógł zrobić.- To znaczy.. Za miesiąc zaczniemy nagrywanie..
Pytania dziennikarki stawały się zbyt niewygodne i prywatne, więc wyrwaliśmy się, usprawiedliwiając się tym, że musimy udzielić wypowiedzi innym pismom.
- Co ci strzeliło do głowy z tym ślubem?!- wściekłam się, gdy odeszliśmy. Zaśmiał się kretyńsko i miałam ochotę go uderzyć.
- Nie bawi cię to? Oni wierzą we wszystko! Banda kretynów!- zmienił ton w krzyk przy ostatnich słowach. Popatrzyła na nas grupa ludzi, a paparazzi przystąpili do cykania fotek. Uśmiechałam się dla niepoznaki.
- Ogarnij się, jasne?! Żadnych głupich uwag, najlepiej zamknij ryja i siedź cicho!- skarcili go członkowie zespołu, ale on tylko durnowato chichotał. Nie mogliśmy jednak prawić mu kazań, bo przyczepiła się do nas kolejna ekipa filmowa. Nie zdążyliśmy powiedzieć słowa, bo kto się przebił? Oczywiście Biersack:
- POBIERAMY SIĘ I NAGRYWAMY PŁYTĘ! PRZEKAŻ DALEJ!
,,Kurwa, dlaczego jesteś taki gadatliwy akurat teraz?!"
Zapłonęłam rumieńcem.
Reporterka zadawała niemal identyczne pytania, jak jej poprzedniczka, a ja udzielałam jak najmniej odpowiedzi, maskując się tym, że to sprawy prywatne. Niestety mój ,,mąż" mi zaprzeczał.
- Sally, nałożę majtki w grochy i wjadę na koniu, dobra?!- rżał ten idiota.- Zastanawiamy się nad sprzedażą biletów!
- Genialnie, urządzimy ślub w Anglii teraz, wiesz?- rzuciłam sarkastycznie, bo już miałam dość.
- I zaprosimy tego.. No.. Oli'ego.. Mojego przyjaciela, poproszę go na świadka, o niego mi chodziło! Gdzie on jest?!- rozejrzał się.- KOCHANIE?! OLIŚ?!
Niestety wtedy dziennikarka zeszła na najgorszy możliwy temat. Sykes. Chciałem spotkać jego i jego dziewczynę, ale musiałam się jakoś uwolnić.
- Może pójdę go poszukać?- zaoferowałam niewinnie.
- O, super, pójdę z tobą- złapał mnie za rękę. Teraz to już w ogóle byłam pewna masakry. Jinxx odsunął mnie od pozostałych i szepnął:
- Nie, Sally, błagam! Tylko nie Sykes, Andy już coś pewnie wymyślił!
- I co, mam z jego powodu zrezygnować z własnej przyjemności?! Czekałam cały dzień, by go spotkać!
- Sally, proszę!- złapał mnie za rękę, ale wyrwałam się.
- Odwal się!- syknęłam i uciekłam.
,,Tym razem to ja decyduję!"
Szybko ruszyłam przed siebie, nie zwracając uwagi na resztę. To oni mieli problem, nie ja.
*Andy*
Nagle Sally gdzieś przepadła. Nie miałem pojęcia, kiedy się tak rozpłynęła, ale wydawała się wkurzona.
Słyszałem dobiegający do moich uszu zewsząd hałas, w oczy raziły mnie światła fleszy, a wokół krzątali się ludzie. Mimo to, musiałem ją znaleźć, by trafić na tego durnia Sykesa. Źle zrobił, jeśli przyszedł. Zamierzałem mu dobitnie wytłumaczyć, jakie mam o nim zdanie.
Tym razem czułem swoją przewagę. W końcu reszta zespołu nie mogła mnie teraz szarpać, dawać mi z liścia lub prawić mi kazań. Byłem wolny i zamierzałem to wykorzystać.
- Idę poszukać Sally!- obwieściłem. Zobaczyłem nerwowe spojrzenia całej grupy i coś w stylu potu spływającego po ich czołach. Parsknąłem, wzbudzając zmieszanie dziennikarki.
- Dobra, jakby coś spotykamy się na miejscu, gdy będą dawać nagrody - dla niepoznaki zezwolił Ashley.
,,Mam was, mam was!"- jarałem się. Mogłem bardziej angażować się w gale!
Ruszyłem przed siebie chwiejnym krokiem, czując się, jakbym latał. Rozglądałem się dookoła, ale nigdzie nie widziałam śladu tej drobnej osóbki. Ani wielkiego łba swojego wroga i ofiary.
Latałem tak bez celu po terenie imprezy, co chwilę na kogoś wpadając. Zastanawiałem się, czy to ktoś znany, czy zwyczajni śmiertelnicy. Nikt nie wykazywał zadowolenia, chyba mnie nawet przeklinali.
Nagle trafiłem na starego gościa, którego skądś kojarzyłem. Gapił się na mnie zza okrągłych okularów, gdy się zataczałem. Uśmiechał się z politowaniem. Był niewysoki, przygarbiony, ciemnobrązowe włosy sięgały mu ramion. Na pewno wyróżniał się na tle tych pop-rockowych gówien ze swoją czarną skórzaną kurtką i akcesoriami godnymi jednego z nas.
Podbiłem do niego bez obaw, mało nie padając na kolana. Wydawał się jako jedyny przyjaźnie nastawiony.
- Szukam mojej dziewczyny, widziałeś?!- powiedziałem mimo plączącego się języka. Nie wytrzymał i wybuchł śmiechem.- Co jest?!
- Musisz ostro dawać w kocioł, chłopie, przypominasz mi mnie samego, gdy jeszcze nie byłem takim dinozaurem! Ach, te małolaty! Zawsze takie same, nie ważne czy to lata 70-te, 80-te czy jeszcze późniejsze!
Nie rozumiałem za bardzo, o czym on gada. Chyba coś bredził.
- No dobra, ile butelek dziś wysuszyłeś?
Wzruszyłem ramionami.
- No.. kilka, nic wielkiego.. Może kilkanaście.. Jakiś sikacz pewnie, nie pamiętam. Kolega mi kazał..
- Dobra, i tak bym cię pobił. Tylko po chuja? Wyglądasz i zachowujesz się jak debil, wiesz? Mam wrażenie, że rozmawiam z bezmózgiem!
Nic nie ogarniałem.
- Yhy..
- Coś mi mówi, że przeskrobałeś, bo szła tu jakaś wkurzona laska. O ile wiem, to twoja dziewczyna.
- Jestem sławny? Aż tak?- zdziwiłem się.
- Młody, ty nie wiesz jeszcze, co to sława. Ale tak, jesteś sławny, jakbyś zapomniał.
- Ale odjaaaazd..
- Jutro pewnie i tak wszystkiego zapomnisz. Ale jak nie chcesz w przyszłości moczyć się w łóżku, obudzić się na autostradzie, obsrać Alamo w sukience lub srać ze strachu, że masz Parkinsona, to rzuć to w cholerę. Zwłaszcza, że i tak cienko wyglądasz. A jak to mawiał Freddie, gdy jeszcze żył, show musi trwać!
- Dzięki.. tato - zaczęło do mnie dochodzić, że być może to mój własny ojciec.
- Proszę, proszę, królu złoty, może być i tata. I przeproś dziewczynę, poszła w tamtą stronę - pokazał mi drogę palcem. Nareszcie trop!- I uważaj, bo pewnie dostaniesz zjebkę. A jeśli jej nie przeprosisz, to poproszę Sharon, by się tobą zajęła i dała ci lekcję wychowania!
- Dziękuję.. To było tee, no.. E, życiowe..
- Doktor Ozzy, do usług - poklepał mnie ze śmiechem po plecach. Byłem pewien, że jak wytrzeźwieję, przypomnę sobie, kto to, kurwa, był. Po chwili zniknął w tłumie.
Wtedy odwróciłem się we wskazanym kierunku. I ujrzałem ją. Moją śliczną Sally, a obok puchę Srajksa.
,,Przedstawienie się zaczyna!"
***
Dobra, musiałam tu dać Ozzy'ego, chciałam by ta scena wyszła taka słodka xd W następnym rozpierducha, ale jeszcze nie największa. Stay tuned ;3

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz