*Sally*
- Proszę was, niech Vicky jedzie z nami. Bardzo chce zobaczyć Anglię, marzy by tam w przyszłości zamieszkać!- przekonywałam chłopaków.- Jest moją przyjaciółką, bardzo mi zależy na jej szczęściu.
- Nie może jechać z rodzicami?- spytał nieco już zirytowany Jake.
- Nie.. Zresztą to co innego jechać z rodzicami, a co innego z przyjaciółką.
- Kogo jeszcze chcesz zabrać? Carla, Alice, Robbiego, ich rodziców, rodzeństwo, krewniaków?- rzucił sarkastycznie.
- Chłopaki, proszę. Tylko Vicky, tylko ten jeden raz.. Przecież to nie jest dla was jakiś problem.
- Właśnie, że tak, to kolejna osoba do pilnowania! Nie ma mowy, i tak już mamy dużo problemów.
- Przecież będę jej pilnować, Vicky to nie jest Andy!
- Dyskusja skończona, nie ma mowy. I tak będziesz musiała pilnować swojego chłopaka.
Zdenerwowałam się. Nie byłam jakąś niańką, chciałam jedynie zabrać przyjaciółkę, do tego najspokojniejszą i najmilszą. Przez Andy'ego i jego dziwne zdziczenie reszta całkowicie już zbzikowała.
- Sami go sobie pilnujcie, jeśli Vicky nie jedzie, to ja też nie - zawsze mogłam znaleźć jakiś inny sposób, by ją ocalić. W tej chwili była dla mnie ważniejsza od demonicznego, brutalnego chłopaka.
- Jak wolisz..- urwał Pitts, bo w pokoju pojawił się Jinxx.
- Niech Vicky jedzie - powiedział, a ja zastanawiałam się, czy mam wierzyć swoim uszom. Oczom też do końca nie ufałam. Ferguson wydawał się być przygarbiony i zmartwiony. Jego ton głosu brzmiał delikatnie. Chyba się czymś martwił.
- Co?- zdziwiła się reszta.
- Musi go pilnować. Coś znowu knuje.
No oczywiście, znów wszystko kręciło się wokół Biersacka. Gdyby nie jego autodestrukcyjne obsesje, mogłabym już dawno zniknąć. Jedyna korzyść była z tego taka, że mogłam zabrać przyjaciółkę.
- Dzięki - rzuciłam cicho. Już chciałam wyjść, ale Jeremy mnie zatrzymał.
- Sally, zaczekaj. Wy możecie iść - zwrócił się do mężczyzn. Opuścili pomieszczenie, a my zostaliśmy sami. Spuściłam głowę, chowając ciągle widoczne siniaki i blizny pod czarnymi włosami.
- Sally.. Wiem, co zrobił Andy. I jestem pewien, że żałuje, nawet jeśli jest skurwysynem.
- Tak, tak, na pewno.. Nawet się do mnie nie odzywa.
- Wiem. Ale jemu naprawdę przykro z tego powodu, widzę to - na zdrowy rozum brzmiało to absurdalnie, ale serce kazało mi się ulitować.
- Masz świadomość, że z Andy'm nie jest dobrze i przy Sykesie może się zachowywać koszmarnie. A nikt nie chce żadnych scen, prawda?
- No nie..
- Więc daj mu jeszcze jedną, ostatnią szansę i postaraj się mu wybaczyć.
Nawet się nie kłóciłam, choć powinnam odmówić. Tylko skinęłam głową.
- Postaram się z nim porozmawiać.
Chłopak uśmiechnął się blado, ale od razu posmutniał.
- Dziękuję, Sally. Obawiam się, że jesteś jedyną osobą, która może teraz na niego wpłynąć. Postaraj się go nie oceniać po tym, jak się zachowuje. Popatrz na wasz związek od samego początku.
,,Pomóż mu w tym"- odezwał się głos Lynn w głowie. Podskoczyłam, a starszy popatrzył na mnie zdziwiony.
- Wszystko w porządku?
- Zamyśliłam się.
,,Jak mam go wydostać z takiego doła, siostrzyczko?"- spytałam.
,,Pomożesz mu w tym"
,,Dobrze"- zgodziłam się, nie do końca rozumiejąc.
Tymczasem poszłam szybkim krokiem do swojego pokoju, by powiadomić Victorię, że już połowa planu zrealizowana. Andy mógł poczekać.
Teraz miałam już dwie osoby do uratowania.
,,Vicky, udało się, zgodzili się!"
Odpisała już po chwili:
,,Dzięki Bogu! Jest jeszcze gorzej. Więc kiedy mam być gotowa?"
,,Za dwa tygodnie w czwartek. To będzie.. 25 sierpnia."
,,Jasne. Postaram się nie przesadzić z bagażem. Do tego czasu raczej w ogóle się nie spotkamy."
,,Będę tęsknić."
,,Ale potem będziemy mieć czas tylko dla siebie. Już odliczam!"
,,Ja też.."
***
*Andy*
- Andy, wstawaj!- Ashley przywalił w drzwi mojego pokoju, budząc mnie ze snu. Był środek nocy, a ja dopiero przed chwilą zasnąłem. Nie miałem ochoty wyłazić z łóżka teraz i wlec się do busa z taką ilością osób. Potem jeszcze lotnisko i samolot.. A na koniec hotel.
,,Lynn, naślij na mnie jakąś chorobę, bym nie musiał jechać. Lub cokolwiek.."
Ale tym razem się nie odezwała.
- Andy!- powtórzył zniecierpliwiony chłopak.
- Już!- warknąłem.
Zwlokłem się z wyra i ociągając się, jak tylko mogłem, naciągnąłem na siebie czarne ciuchy z długimi rękawami (choć miało być ciepło). W końcu po jakiś dwudziestu minutach, gdy już upewniłem się, że nikt nie czyha pod drzwiami, wysunąłem się na korytarz. Spakowanie mnie powierzyłem wcześniej durnemu perkusiście. Oczywiście bez pozwolenia na wejście do mojej świątyni. Gdy zszedłem na dół, oczywiście zostałem przez wszystkich zmierzony nerwowym spojrzeniem. Tylko Sally odwróciła wzrok.
- Gdzie ci cholerni Angole?- odezwałem się.
- Wyjechali wcześniej - odpowiedział oschle Jinxx.
- I kurwa, dobrze.
- Nie gadaj, idź i grzecznie usiądź w busie - rozkazał Jake. Wyjątkowo się zgodziłem, tylko po to, by usiąść jak najdalej od nich. Wyminąłem wszystkich w drzwiach, trącając wszystkich poza swoją ,,dziewczyną" i prześlizgnąłem się do pojazdu. Od razu zaszyłem się w swoim kącie, zasłaniając się zasłonkami. Chciałem już zakładać słuchawki na uszy, ale wtedy usłyszałem głos dziewczyny:
- Zatrzymaj się ulicę dalej, ja po nią pójdę.
- Przecież wygodniej jej będzie, jak podjedziemy pod dom - zdziwił się Purdy.
- Emm.. Nie chce budzić rodziny.
,,Co, wiejemy?"- od razu pomyślałem. Miało się w tym doświadczenie..
- No dobra, choć to trochę dziwne z jej strony.
- Prosiła mnie o to, więc czemu nie?
Zapanowała cisza, nikt już się nie odzywał. Po krótkim czasie zatrzymaliśmy się gdzieś, a Rogers się ulotniła.
*Sally*
,,Vicky, już jestem!"
,,Zaparkowaliście busa gdzie indziej?"
,,Na wszelki wypadek"
,,Okej, dzięki. Już idę.."
Zaraz potem pojawiła się w drzwiach z dużym plecakiem na plecach.
- Pomyślałam, że tak będzie wygodniej i ciszej - powiedziała szeptem.
- Chodź, zmywamy się stąd, zanim ktoś się zorientuje.
Gdy drzwi już były zamknięte, pośpiesznie rzuciłyśmy się do biegu. Na ulicy, gdzie zaparkowany był nasz transport, gwałtownie zwolniłyśmy. Ja wyglądałam tak samo jak zawsze, ale przyjaciółka aż ociekała potem i była czerwona. Zmartwiło ją to.
- Sally, wyglądam, jakbym biegła w maratonie! A to dwie ulice!
- Sally, wyglądam, jakbym biegła w maratonie! A to dwie ulice!
- Jest ciemno, nie zauważą!- powiedziałam.
- Oby. Choć spocę się do reszty ze strachu.
- Oby. Choć spocę się do reszty ze strachu.
Drzwi się otworzyły, a Vicky widząc podejrzliwych mężczyzn, od razu się speszyła.
- Emm.. Hej!- rzuciła nieśmiało.
*Andy*
Wychyliłem się lekko zza kotary, ale chyba i tak w półmroku nikt nie zauważył. Victoria, przyjaciółka Sally, wtarabaniła się z bagażami do busa. Całkowicie się od siebie różniły. Rogers była niska i drobna jak dziesięciolatka, zupełnie jak mój skarb. Natomiast Summers przewyższała ją o głowę i na pewno więcej ważyła. W sumie to zwykle nie wyglądała tak źle, ale dzisiaj czerwieniła się, pociła i miała rozczochrane włosy. Na 100% śpieszyła się, uciekając z domu, ale nie miałem ochoty, by ją wsypać. Ja sam często ulatniałem się bez pozwolenia, także za młodu, więc w pewnym sensie doskonale ją rozumiałem. Poza tym zawsze krępowały ją spotkania z większą ilością ludzi, więc wolałem jej nie peszyć. Byłem w końcu powszechnie znany jako pierdolnięty psychopata, schizofrenik i chuj wie, kto jeszcze.
,,Coś ty taki dobroduszny, Andy?"
Zasłoniłem się, gdy obie przeszły obok.
- Niedługo dojedziemy na lotnisko, ale wystarczy by się zdrzemnąć - szepnęła do dziewczyny Sall.
- Nie mogę spać, jestem zbyt podekscytowana. Sally, boję się.. Boję się, a jednocześnie strasznie cieszę.
- Ja też.. Ale teraz radziłabym skoncentrować się na tym drugim.
,,Ach, te ckliwe dziewczęce gadki"- pomyślałem z ironią. Nie chciało mi się słuchać, więc założyłem na uszy słuchawki, cały czas pozostając czujny.
***
Czułem się wielce szczęśliwy, gdy nareszcie przebrnęliśmy przez wszystkie odprawy na tym cholernym lotnisku. O ile ja stresowałem się, że wykryją u mnie jakimś cudem narkotyki, to Vicky przejmowała się praktycznie każdym szczegółem. Chyba nawet ja nie byłem aż tak przerażony życiem w społeczeństwie. Ręce trzęsły jej się przy każdym ruchu, była strasznie niezdarna. Gdy ktokolwiek się do niej odzywał, kuliła się i w pierwszej chwili nie słyszała. Trochę jak ja zanim poznałem moją ukochaną. Dla jej dobra nawet się nie odzywałem, bo gdybym zaczął jej dogryzać, to dopiero by się przeraziła. Snułem się jak cień za całą grupą, słuchając Burzum.
W końcu nadszedł czas, by wsiąść do samolotu. Pozostał mi dylemat: miałem usiąść z którymś z chłopaków czy z Sally i jej przyjaciółką? Gdybym zajął miejsce obok dziewczyn, tylko bym przeszkadzał. Chyba mogłem się poświęcić. Na takie tam długie godziny.
Może trochę zbyt gwałtownie pchnąłem Christiana na fotel, gdzie to ja powinienem się usadowić.
- Siad - warknąłem pod nosem, a on tylko skinął głową i przysiadł się do zdziwionych dziewczyn.
Przeszedłem obok nieco zaniepokojonych pasażerów i podszedłem do Ashleya. No to teraz pozostawało pytanie: który się do mnie dosiądzie? Niestety zobaczyłem, że zbliża się do nas Jinxx.
- Siadaj - tym razem on rozkazywał.
- Ja chcę od okna - oznajmił Ashley. I tym samym skazał mnie na siedzenie po środku.
,,Dzięki, chuju!"- pomyślałem. Zrezygnowany rzuciłem się na fotel.
,,Wytrzymasz, to tylko kilka lub kilkanaście długich godzin!"
Zamknąłem oczy.
*Sally*
Nie wiedziałam, co myśleć o geście Andy'ego. Z jednej strony poczułam ulgę, bo chciałam na spokojnie pogadać z Vicky, a z drugiej wkurzyłam się, że znowu mnie unika.
- Sally, moi rodzice mogli się już zorientować!- z zamyślenia wyrwała mnie przerażona Vicky.- Nie powinnam była tego robić!
- Daj spokój, nie zatrzymają samolotu! Nawet nie wiedzą, że jesteś ze mną, a co dopiero, że lecisz do Anglii!
- Boże, faktycznie! Co ja w ogóle robię?!- ukryła twarz w dłoniach.- Ja chyba muszę śnić!
- Nie, nie śnisz, bo mi też trudno w to uwierzyć - starałam się ja uspokoić.
- Uszczypnij mnie - poprosiła. Zawahałam się, ale wykonałam jej polecenie.
- Widzisz, to wszystko się dzieje naprawdę! Właśnie jesteś ze mną w samolocie i lecimy do Europy! Będziesz kilkanaście godzin od domu, na pewno tak szybko cię nie namierzą.
- Ja.. ja już nie wiem, czy to był dobry pomysł - miała łzy w oczach.
- Tak, nawet jeśli to był totalnie zbzikowany, obłąkany pomysł. Vicky, jesteś moją przyjaciółką. Jeśli cokolwiek złego będzie się z tobą działo, to ja za to odpowiem. A już moja w tym głowa, by wszystko dobrze poszło. Zresztą, jeśli chcesz, możemy upozorować porwanie, wtedy ja pójdę do pierdla, a tobie odpuszczą!- udało mi się rozśmieszyć dziewczynę.
- Jeśli ty pójdziesz siedzieć, to ja z tobą! A jeśli nie, to przepiłuję kraty twojej celi i cię wydostanę!
- Już jesteśmy zbiegami - zaśmiałam się.
- Fajnie jest się tak czasem uwolnić, zmienić swoje życie, prawda?
Mój uśmiech trochę osłabł, bo przypomniała mi się moja ucieczka z psychiatryka. Coś, czego wolałabym nie pamiętać. Właściwie nie była to nawet ucieczka, ale tak się czułam. Wybiegłam z tego strasznego miejsca na ulicę i czułam się wolna. I nawet, jeśli teraz życie nie toczyło się idealnie, to było o wiele lepsze od tamtego mrocznego zakładu. A wszystko przez to, że ja jako jedyna znałam prawdę i chciałam się z nią podzielić. W moim mózgu pojawił się okropny obraz policyjnych taśm, czarnego pokoju i dziwnych znaków, lśniącego noża, białego samochodu.. I mojej własnej najukochańszej siostry z wielką raną w brzuchu, całej w kałuży krwi. Jej otwarte, przerażone oczy.. Tamtego dnia moje dzieciństwo zostało zrujnowane. Już nigdy nie czułam się tą samą, słodką i szczęśliwą dziewczynką..
- Wszystko gra?- zaniepokoiła się Victoria.
- Poza tym, że właśnie realizujemy tajny plan ucieczki, to tak!
- Panie i panowie, proszę o podniesienie foteli do pozycji pionowej, zamknięcie stolików i umieszczenie bagażu podręcznego na miejscu. Za chwilę odlatujemy!- usłyszałyśmy komunikat.
Oparłam się o fotel i spojrzałam na przyjaciółkę. Wyglądała przez okno i trochę tak jak ja prawie dwa lata temu zaczynała nowe życie.
***
*Andy*
Robiło mi się coraz bardziej niedobrze. Brakowało mi powietrza, przed oczami pląsały mi cholerne kolorowe gwiazdki i coraz bardziej wydawało mi się, że jestem we śnie. Z jednej strony nie przejmowałbym się uwagami mammy Jinxxa i obrażonego pana Purdy'ego, ale czułem się naprawdę ciulowo. Lynn chyba wysłuchała mojej prośby o nasłanie jakiegoś choróbska. Cholera, gdybym teraz zemdlał, to zaraz wywołałbym panikę i skupił uwagę wszystkich na swojej osobie. Musiałem jakoś wytrzymać, albo chociaż udawać, że jest okej.
Robiło mi się coraz bardziej niedobrze. Brakowało mi powietrza, przed oczami pląsały mi cholerne kolorowe gwiazdki i coraz bardziej wydawało mi się, że jestem we śnie. Z jednej strony nie przejmowałbym się uwagami mammy Jinxxa i obrażonego pana Purdy'ego, ale czułem się naprawdę ciulowo. Lynn chyba wysłuchała mojej prośby o nasłanie jakiegoś choróbska. Cholera, gdybym teraz zemdlał, to zaraz wywołałbym panikę i skupił uwagę wszystkich na swojej osobie. Musiałem jakoś wytrzymać, albo chociaż udawać, że jest okej.
- Andy, coś nie tak?- zapytał Ashley.
- Nudzi mi się, chyba się prześpię.. ekhm - rzuciłem na poczekaniu i oparłem głowę na fotelu. Zamknąłem oczy i starałem skoncentrować się na ciężkim oddechu.
- Ty śpisz w dzień?- zdziwił się.- A niby taki Książę Ciemności..- zadrwił.
- Nie dałeś mi, kurwa, spać w nocy, to śpię póki mam czas - skomentowałem w typowy dla siebie sposób i chyba odpędziłem od siebie podejrzenia.
- Niech śpi, przynajmniej będzie grzeczny - powiedział ponuro Jinxx. Gdybym miał siłę, na pewno bym odpysknął, ale poczułem, że odlatuję całkowicie, zupełnie jak na haju. Po chwili nie czułem już nic, tylko pustkę i czerń.
***
- ANDY!- usłyszałem nad sobą dość głośno i poczułem jak ktoś mnie szturcha.- Co się z nim dzieje?!
Czyżby już się zorientowali, że wcale nie zasnąłem tylko (chyba) zasłabłem? Mimo ogromnego ciężaru własnych powiek, podniosłem je. Na szczęście nie znajdowałem się w szpitalu, choć widok samolotu również mnie nie ucieszył.
- Po co mnie budzisz?!- próbowałem brzmieć groźnie, ale zabrzmiało to jak szept. Musiałem wyglądać jak flak rozciągnięty na tym fotelu.
- Bardzo długo spałeś. Za kilka godzinek dolecimy. Na pewno wszystko okej?- zapytał zaniepokojony Ashley. Lekko skinąłem głową jak jakaś ciota.
- Tak. Tylko.. Ja chyba.. Muszę iść do łazienki - zanim zdążył zadać kolejne pytanie, wyrwałem się z fotela mało nie przewracając się z powrotem.
- Andy, chodź tu!- syknął Jinxx. ,,Jeszcze dodaj do nogi!" Nie odwróciłem się, runąłem na przód samolotu, choć przed oczami latały mi rozgwiazdy w kolorach tęczy i chwiałem się, potrącając wszystko, co stanęło mi na drodze.
- Przepraszam - mamrotałem tylko, niepodobnie do siebie.
- Czy mogę panu w czymś pomóc?- zaatakowała mnie wyszczerzona niczym wampir stewardessa.
- Nie - odparłem trochę zbyt gwałtownie, wymijając ją. Dotarłem do drzwi toalety. Już chciałem wejść, ale było zajęte. Cała sytuacja wyglądała komicznie. Ja- wielki zły gość, który wszystkim łamał serca, teraz panikował, bo zajęli mu kibel. Choć chyba wolałbym srakę od tego niewyjaśnionego haju. Oparłem się ostrożnie o ścianę. Ostatnio nie ćpałem, więc tę możliwość też wykluczyłem. Halucynacje? No błagam, moja przyjaciółka odwiedzała mnie po śmierci.
,,Lynn, proszę, pomóż.. Byłem debilem, że zawracałem dupę błaganiami o chorobę. Ale teraz nie jest miło. Chyba umrę.. Jeszcze nie teraz, wybłagaj go w moim imieniu!"
Tymczasem robiło mi się coraz dziwniej i dziwniej, czułem, że brakuje mi powietrza. Stąpałem po wacie, głowa ciążyła jakby wypełniał ją ołów. A w płuca chyba wpompowano mi kwas żrący.
Wtedy na szczęście drzwi się otworzyły. Nie dbałem o to, że to będzie wyglądać niezwykle chamsko, popchnąłem wychodzącą osobę i zamknąłem się w środku. Mimo że miejsca do dyspozycji było mało, to tego czystością to miejsce nie słynęło, położyłem się na klejącej się, śmierdzącej podłodze i wyciągnąłem nogi do góry. Przydałaby się też maska tlenowa..
Wtedy na szczęście drzwi się otworzyły. Nie dbałem o to, że to będzie wyglądać niezwykle chamsko, popchnąłem wychodzącą osobę i zamknąłem się w środku. Mimo że miejsca do dyspozycji było mało, to tego czystością to miejsce nie słynęło, położyłem się na klejącej się, śmierdzącej podłodze i wyciągnąłem nogi do góry. Przydałaby się też maska tlenowa..
Z całej siły walczyłem, by zostać i nie zatracić się w ciemności. Szeroko otworzyłem oczy i chełstami łapałem powietrze. Moje ciało się trzęsło, ale dzięki metodzie z nogami w górze, która była jedyną, jaka przychodziła mi do głowy, troszeczkę mi się poprawiło. Obraz nadal się rozmywał, a w płucach paliło, ale serce zaczęło bić w równiejszym tempie. Po dość długim czasie przekonałem się też do wypicia wody z kranu.
Podniosłem się i nadal na chwiejnych nogach dowlokłem na miejsce.
- Andy, co się z tobą, kurwa, dzieje?!- wszyscy członkowie zespołu zerknęli na mnie nerwowo. Kilku obcych ludzi również zlustrowało mnie wzrokiem, raczej niezbyt przychylnie.
- Musiałem się odlać - wzruszyłem ramionami, lecąc na fotel jak jakaś jebana marzanna.
- Kłamiesz, coś się z tobą dzieje!
- Wszyscy macie paranoję - udawałem pewnego siebie.- A teraz idę spać, obudźcie mnie, jak dolecimy.. To rozkaz.
Zostałem obrzucony nerwowymi spojrzeniami. Usłyszałem parę uwag w stylu ,,Kompletnie oszalał" lub ,,On jest poważnie chory, nie tylko na głowę", ale tuż potem urwał mi się film.
***
- Andy, wstawaj!- dotarło do mojej świadomości.
- On w ogóle żyje?
- Mam nadzieję.. Andy!
Mimo że powieki ciążyły mi niemiłosiernie, udało mi się je podnieść
- Co jest, kurwa?- wydusiłem.
- Dolecieliśmy! Spałeś jak zabity. I chyba niewiele ci brakuje.
Rozejrzałem się lekko oszołomiony. Czułem się trochę tak, jakby ktoś mnie ogłuszył. Ludzie dookoła wstawali, ale w pierwszej chwili hałas do mnie nie docierał. Czułem tylko duszność, suchość, palenie w płucach i narastający ból głowy. Zacząłem się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby się przyznać. Gdybym trafił do szpitala, nie musiałbym iść na pieprzoną galę MTV i oglądać ryja Sykesa. Do tego wkurzyłbym choć trochę resztę Black Veil Brides. Niestety taki plan miałby więcej minusów- ze szpitala na pewno zbyt szybko bym nie wyszedł, do tego Jinxx zadbałby pewnie, by udowodnić, że potrzebuję stuprocentowej opieki, bo jestem niepoczytalny. Przy tym dowiedziałby się o tym cały świat, nawet ten jebany Anglik. Pozostawało mi walczyć o życie, a jeśli plan by nie wypalił, pozostawała pierwsza opcja.
Targnąłem się do góry, mając wrażenie, że moje nogi zostały zrobione z gąbki. Pomimo tej ogólnej dziwności runąłem jak najszybciej przed siebie, byle by wydostać się z samolotu. W końcu to mogło być tylko działanie zmiany ciśnień, prawda?
,,Nie narzekaj, tylko targaj swoją dupę!"- usłyszałem. Lynn czy po prostu intuicja? Dezorientował mnie mój stan. Nawet myśli przypominały oślizgłą, rozmazaną papkę.
Gdy już znalazłem się na zewnątrz, zaciągnąłem się świeżym powietrzem (o ile takie istnieje na lotnisku). Minimalnie pomogło. Wszyscy patrzyli na mnie jak na psychola.
Gdy już znalazłem się na zewnątrz, zaciągnąłem się świeżym powietrzem (o ile takie istnieje na lotnisku). Minimalnie pomogło. Wszyscy patrzyli na mnie jak na psychola.
- Andy, coś nie tak?- spytał nieśmiało nędzny perkusista, kuląc się, gdy usiłowałem zabić go wzrokiem.
- Milcz - skomentowałem bez namysłu.
- Coś jest nie tak, na miłość boską, powiedz, co?!- naskoczył na mnie Ferguson, starając się, by Sally i Victoria nas nie słyszały.
- Gówno, odpierdol się. Zaraz z twoim ryjem coś będzie nie tak!- warknąłem. I wtedy, by pokazać swoją wyższość i bunt, zrobiłem chyba najgłupszą rzecz, jaką mogłem w tej sytuacji zrobić. Wyjąłem fajki i drżącymi palcami wyciągnąłem papierosa. Gdy zaciągałem się dymem, niemal poczułem śmierć prześlizgującą się między żebrami.
- Zgaś to, kurwa, mały gnoju! Nie rozumiesz?!- patrzył na mnie z dołu. Nie odpowiedziałem, tylko minąłem go i ruszyłem przodem. Poruszałem się nieco jak pijak. Musiałem wzbudzać niezłą sensację.
***
Cały ten proces odbierania bagaży i reszty tobołów spędziłem siedząc na podłodze, opierając się plecami o ścianę i starając się skupić na słowach ,,wdech, wydech". Gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądać, prawdopodobnie bym nie wyjeżdżał.
Powiodłem wzrokiem po wszystkich ludziach. Mimo że kuliłem się w kącie i prawdopodobnie tym razem wzbudzałem litość, a nie strach, Sally nie odezwała się do mnie słowem, a za każdym razem, gdy nasze spojrzenia się spotykały, odwracała wzrok. Było mi głupio, cholernie głupio.. Powinienem ją przeprosić. To było wbrew mojej logice, ale tak bardzo tego chciałem. Przy okazji miałbym choć jednego sojusznika. Ale odrzucając sprawy mojego celu.. Cholera, zależało mi na niej! Wydawała mi się taka piękna, słodka i niewinna, na pewno by mi jej brakowało. Była jak pierwiastek tego, co straciłem. Nawet Lynn, nie zważając na nasze zainteresowania, dawała mi trochę ciepła.
Powiodłem wzrokiem po wszystkich ludziach. Mimo że kuliłem się w kącie i prawdopodobnie tym razem wzbudzałem litość, a nie strach, Sally nie odezwała się do mnie słowem, a za każdym razem, gdy nasze spojrzenia się spotykały, odwracała wzrok. Było mi głupio, cholernie głupio.. Powinienem ją przeprosić. To było wbrew mojej logice, ale tak bardzo tego chciałem. Przy okazji miałbym choć jednego sojusznika. Ale odrzucając sprawy mojego celu.. Cholera, zależało mi na niej! Wydawała mi się taka piękna, słodka i niewinna, na pewno by mi jej brakowało. Była jak pierwiastek tego, co straciłem. Nawet Lynn, nie zważając na nasze zainteresowania, dawała mi trochę ciepła.
Podniosłem się i lekko się garbiąc podszedłem do dwóch dziewczyn. W oczach swojej własnej ,,dziewczyny" dostrzegłem przerażenie i niepewność. I zrobiło mi się smutno, cholernie smutno.
*Sally*
Trochę się zaniepokoiłam, gdy Andy stanął, gapiąc się na nas z góry tymi swoimi pustymi oczami. Ciężko oddychał i zastanawiałam się, czy może nie myśli, jak nas wszystkich zamordować.
- Sally, muszę z tobą porozmawiać - powiedział w końcu lodowatym tonem. Co ja mu niby zrobiłam?! Znowu zamierzał rozładować na mnie napięcie?! ,,O nie, kurwa, prędzej ja ci pokażę!".
- Może kiedy indziej, Andy - odparłam łagodnie, wbrew swoim myślom.- Teraz rozmawiam z Vicky.
Nic nie powiedział, chwycił mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę toalet. Victoria nieco się wystraszyła, wytrzeszczyła oczy i już chciała za nami podążyć.
- Sally!.. Em, Andy, co ty robisz?- spytała nieśmiało.
- Sally!.. Em, Andy, co ty robisz?- spytała nieśmiało.
- To pilne - zapewniał.
Odwróciłam się tylko w stronę przyjaciółki i wzruszyłam ramionami. Cała nasza grupka spojrzała na nas podejrzanie.
Po chwili znaleźliśmy się w damskiej toalecie, a Andy zamknął nas w jednej kabinie. Dlaczego wszystkie nasze ,,poważne" spotkania musiały się odbywać w kiblach?
- O co chodzi, że musimy się tak ukrywać?!- strach we mnie narastał, bo co jeśli planował ze mną zrobić to, co niedawno?
Już szykowałam się do samoobrony. Jednak on oparł się bezradnie o ścianę i wlepił spojrzenie w podłogę.
- Chcę cię przeprosić.. Przepraszam - wydukał tonem, który był u niego raczej niespotykany.
- Posłuchaj, skurwysynie - pokręciłam głową, ale on jedynie złapał moją twarz i przywarł do moich ust. Rozsądek podpowiadał, że powinnam się od niego odkleić i dać mu z liścia, ale.. w końcu nadal byłam jego dziewczyną, tak? Przy okazji tego chciałam, nie powinnam lekceważyć takiej wrażliwości od osoby, która zachowywała się jak brutal.
,,Ale ty jesteś tępa!"- skarciłam samą siebie.
,,Ale ty jesteś tępa!"- skarciłam samą siebie.
Rozluźniłam się nieco i pozwoliłam chłopakowi na ten miły akt. W końcu odstąpił ode mnie.
- Cholernie cię przepraszam, wiem, że postąpiłem jak kretyn - popatrzył na lekkie pozostałości po ranach.- Ale naprawdę nie chciałem.. Po prostu ja już nie mogę tego wszystkiego..
- Ale czego?! Co cię, kurwa, do ,,czegoś" zmusza. Dlaczego raz jesteś milusi, a raz traktujesz mnie jak worek treningowy?!- nie rozumiałam.
- No.. Nieważne.. Po prostu potrzebuję cię. Nawet nie wiesz, jak trudno jest być twardzielem, gdy nikogo nie masz po swojej stronie.
- A co jeśli wykorzystasz mnie tylko do swoich celów?! Potrzebujesz mnie tylko wtedy, gdy masz problemy?- odsunęłam się.- Brzydzi mnie to, wiesz?!
- Nie, Sally. Kocham cię, naprawdę. I nie zamierzam cię już skrzywdzić.
Staliśmy przed sobą w milczeniu. Cały czas marszczyłam brwi i nie chciałam patrzeć mu twarz, bo teraz przybrała wyraz smutku. A może jednak powinnam się poświęcić? Ze względu na resztę, by trochę go zdyscyplinować?
- Sally, błagam - po tych słowach runął na ziemię i ukląkł przy mnie na kolanach, składając ręce jak do modlitwy. Zdębiałam.- Daj mi ostatnią szansę. Wiem, że jestem chujem, ale się poprawię!
Westchnęłam i podałam mu rękę. Nie umiałam być twarda.
- Podnieś się. No dobra. Ostatnią, ale masz farta!
Podniósł się i po tak długim czasie rozłąki, wpadliśmy sobie w ramiona. Nie mogłam postąpić inaczej, cały czas darzyłam go tym dziwnym rodzajem miłości.
- Kurwa, ja też cię kocham - wyszeptałam.- Ale nawet nie wiesz, jak mi wtedy było przykro..
- Wiem - odpowiedział, ale po chwili posmutniał.- Chciałbym ci to wszystko teraz wynagrodzić, ale kibel to chyba nie najlepsze miejsce. Choć lepsze niż siedzenie z tamtymi niańkami. Szkoda, że musimy tam wrócić.. Musisz mi pomóc. Błagam, nagadaj im coś, byle by się ode mnie odczepili. Nie chcę jechać do żadnego jebanego szpitala. Zwłaszcza w tym zjebanym kraju! Nie chcę by dotykał mnie jakiś jebany Angol-doktorek, który rano swoimi łapami dotykał pierdolonych jajek i kiełbasy!
Parsknęłam. Szczerze brakowało mi trochę tego naszego buntu. Po chwili jednak dotarła do mnie powaga sytuacji.
Parsknęłam. Szczerze brakowało mi trochę tego naszego buntu. Po chwili jednak dotarła do mnie powaga sytuacji.
- Właśnie, co się z tobą dzieje?- zmartwiłam się, bo widziałam dziwne zachowanie chłopaka. Wszyscy je widzieli, wyglądał jak parodia kaleki.
- To nieważne.. Nic wielkiego, zajmę się tym, jak wrócimy do USA, okay?- chciał mnie chyba udobruchać. Nie miałam nastroju na prawienie kazań.
- No dobra - pocałowałam go szybko.- Ale uważaj na siebie. Czyli że teraz zachowujemy się tak jak przed kłótnią?
- Tak. Jak chłopak i dziewczyna.
Uśmiechnęłam się.
- Ty możesz być Alicją, ja będę Kapelusznikiem - uśmiechnął się delikatnie, nawiązując do Carrolla.
- To klasyk angielskiej literatury!
- A no tak, cofam to!
Tak naprawdę to jego wyraz twarzy nie był Słoneczkiem z ,,Teletubisiów", ale w obliczu wszystkich wkurzonych min, wyglądał jak uosobienie radości i beztroski.
- To klasyk angielskiej literatury!
- A no tak, cofam to!
Tak naprawdę to jego wyraz twarzy nie był Słoneczkiem z ,,Teletubisiów", ale w obliczu wszystkich wkurzonych min, wyglądał jak uosobienie radości i beztroski.
Chwilę później gwałtownie szarpnął mnie za rękę i wypadliśmy z pomieszczenia.
*Andy*
Trochę dziwne wydawało się, że jeszcze przed chwilą ja i Sally nawet nie zwracaliśmy na siebie uwagi, a teraz trzymaliśmy się za ręce. Z drugiej strony mogło to trochę uspokoić moje ,,niańki".
Odprowadziłem swoją dziewczynę do jej przyjaciółki (której widocznie ulżyło, że ona jeszcze żyje), udając, że nie widzę pozostałych. Niestety oni zobaczyli mnie i już po chwili przyparował do mnie Jinxx.
- Andy, pozwól - odezwał się, jakbym był jakąś damą. ,,Jaka obrzydliwość cię znowu widzieć, szanowny kutafonie."
Mimo wszystko oddaliłem się z nim w stronę chłopaków.
- Czego chcesz?- rzuciłem z lekkim uśmieszkiem, licząc, że trochę go rozdrażniłem.
- Pierwszy raz to mówię, ale jestem z ciebie dumny, że ją przeprosiłeś - chyba chciał mnie poklepać po ramieniu, ale ten gest wydał mi się tak ohydny i ciotowaty, że odsunąłem się z odrazą. Moja radość zniknęła. Wszyscy pozostali cicho zachichotali, zwłaszcza Ash. ,,Odechce wam się, śmieszki.."
Zagotowałem się w środku, włącznie z płucami.
Zagotowałem się w środku, włącznie z płucami.
- Dobry chłopiec - prychnął.- Oby tak dalej.
Podszedłem do niego i przyłożyłem z liścia. Zatoczył się lekko do tyłu i chyba chciał mi oddać, ale Jake go zatrzymał.
- Coś mówiłeś?!- spojrzałem na niego z góry.
- Spierdalaj, psycholu!- odpowiedział.
- Ashley, Andy..- usiłował rozdzielić nas najstarszy, ale ja nie zamierzałem się teraz tam plątać. Prędzej czy później zeszłoby na temat mojego zdrowia. Zacząłem się oddalać, ale udało mi się usłyszeć ciche szepty, coś w stylu ,,Teraz mamy Sally".
,,To się nie zdziwcie"- pomyślałem i ponownie usiadłem pod ścianą.
***
W końcu dojechaliśmy do hotelu. Był całkiem niezły na pierwszy rzut oka, choć tęskniłem za swoim pokojem i trochę obawiałem się, czy moi wspaniałomyślni najdrożsi wrogowie nie zapłacili komuś, by się tam włamał.
- Dlaczego nie mogę od razu pojechać do Danny'ego?- spytałem niezadowolony.
- Bo tutaj mamy cię pod kontrolą - odparł Pitts. Chyba już przestali maskować to, że według nich jestem nienormalny. ,,Czyli co, robicie mi wesołe wakacje w ośrodku zamkniętym?"
Łaziłem w kółko po dużym holu, czując się naprawdę podle. Marzyłem tylko o tym, by mieć na chwilę spokój i nie musieć przebywać w tak wielkiej gromadzie ludzi. Cieszyłem się, że jest noc i nie nękają nas żadni fani. W końcu usłyszałem komendę Jinxxa:
- Sally, Vicky, wy macie pokój oddzielnie!
Cholera.. Faktycznie, może moje towarzystwo by im trochę przeszkadzało, ale byłem chłopakiem Sally. Dlaczego więc musiałem dzielić pokój z jakimiś facetami?
- A ja? Może dacie mi chociaż oddzielny pokój?- miałem roszczenia.
- Nie wygłupiaj się, we wszystkich trasach śpimy razem w pokojach, w busie też. Ale możesz być z Ash'em lub Christianem, jeśli chcesz.
Wzruszyłem ramionami, choć w rzeczywistości taki układ mi pasował. Mógłbym wybrać tego nędznego garotłuka i mieć spokój, ale jakoś nie miałem nastroju go straszyć, więc rzuciłem:
- Mogę być z Ash'em. Chyba, że ma mnie szpiegować.
Westchnął, bo sam wiedział, że tak czy siak nasza relacja na tym się opierała.
- Jak nie będziesz rozrabiał, to nie będzie o czym donosić.
Zaśmiałem się pusto.
- Mamma Jinxx, dowaliłeś.
Zmarszczył brwi, ale chyba nie miał mi tego za złe.
- Dobra, pogadamy jutro - powiedział oschle.- A w przyszłości w towarzystwie psychiatry.
- Spierdalaj, okej?- uśmiechnąłem się wrednie, ale on odwrócił się i odszedł do Purdy'ego. Szeptał coś do niego, jakby celowo co chwilę patrząc na mnie. Sam Ashley chyba nie był zbyt ucieszony tym, że ma robić za niańkę. Podszedł do mnie powoli i wycedził:
- Dobra, chodź, ale najlepiej się nie odzywaj.
,,Dziękuję za czułość i zachętę, kochany przyjacielu"- podziękowałem mu sarkastycznie w myślach.- ,,Oczywiste jest chyba, że jeśli traktujecie mnie w ten sposób, to ja wam odpłacam tym samym, hę?"
Wychodząc z recepcji, pocałowałem jeszcze Sally w czoło.
- Dobranoc - powiedziałem dość miło. Uśmiechnęła się.
- Dobranoc - odpowiedziała stając na palcach, by zrobić to samo.- Nie daj się.
- Andy, chodź!- ponaglał mnie basista.- Ja pierdolę..- dodał cicho.
Ruszyłem za nim do windy. Już się do mnie nie odzywał.
***
- O chuj ci chodzi?- zapytałem, gdy sprawdzał po ciemku Messengera. Ja siedziałem na balkonie, paląc papierosa. Tak, potrzebowałem tego. Chyba by się dobić.
- A jak myślisz?
- Nie wiem, rozumiem, że Jinxx i Jake mnie nienawidzą, a Christian się mnie boi, ale ty? Myślałem, że jesteś po mojej stronie.. - starałem się mówić w miarę opanowanym głosem.
- Serio, kurwa?! Jak można być po twojej stronie, spierdolino?!- oburzył się.- Dałeś mi dziś po ryju!
- To czemu mi kiedyś pomagałeś? Może nie zawsze ci wychodziło, ale chociaż próbowałeś.
- Próbowałem, ale mnie oszukiwałeś i wykorzystywałeś to, że jako jedyny uważałem tę całą akcję z niańczeniem cię za głupią i bezsensowną. Obiecywałeś, że się zmienisz, a potem wszystko powtarzałeś i powtarzałeś, a na końcu wyszło, że ja też jestem tym złym. Prawda jest taka, że to ty nienawidzisz nas wszystkich i chyba nie ma sensu, bym ci pomagał, no nie?!- wkurzył się.
- Nie nienawidzę cię, w sumie tego garotłuka też nie. Chodzi głównie o Jinxxa i Jake'a.
- Wiesz, zaczynam ich rozumieć - spojrzał na mnie z wyrzutem.- Jesteś jak dziecko, gdybyśmy ci dali luz, już dawno leżałbyś pod ziemią!
- Cholera, czy ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, co oni chcą mi zrobić?!- prawie krzyknąłem.- Chcą mnie ubezwłasnowolnić! Jakbym był jakimś niedorozwojem!
Walnąłem pięścią w jebany plastikowy stolik, prawie go rozwalając.
- Należy ci się - prychnął.- Tak jakbyś nie mógł się zmienić, ale nie, kurwa, duma ci nie pozwala! W ogóle skąd ten pomysł bycia totalnym psychopatą?! Jesteś serio pierdolnięty?! Chyba nikt ci nie każe?!
Westchnąłem, zaciągając się dymem.
- Nie każe, ale nie robię tego dla siebie..
Zaśmiał się pusto, co tylko mnie rozjuszyło.
- Co, wyimaginowany przyjaciel? Głos w głowie?
- Nie. Była prawdziwa. I nadal jest - odwróciłem głowę.
- Daj sobie już z nią spokój. Słuchaj, wiem, że bardzo ci na niej zależało, byliście w końcu prawie parą. Ale to było w 2006, czyli lata temu. Nie możesz przestać się na nas wyżywać? Nie zamordowaliśmy jej, sama się zabiła!
Poczułem jakby ukłucie w sercu na myśl o zwłokach ze zmasakrowanym brzuchem, całych we krwi i wyrazu przerażenia na twarzy. Jej oczy nadal na mnie patrzyły, zupełnie, jakby chciała mi coś powiedzieć. Ale czemu do dziś tego nie zrobiła? Dobrze tylko, że poinstruowała mnie, co robić, gdy zostanę sam. Do dzisiaj miałem gdzieś księgę, którą mi dała, ale niestety nie mogłem jej znaleźć, dlatego używałem kopii. Miałem nadzieję, że to nie wpływało na jakość oddawanej przeze mnie chwały.
- Dla mnie Lynn nigdy nie umrze. Mam nie pozwolić umrzeć pamięci o niej.
- Zresztą.. Kurwa, obaj byliście stuknięci! To chyba przez nią tak oszalałeś.. Widziałeś jej pokój?! A no tak, przecież ty, zjebie, z nią tam siedziałeś codziennie! Chuj wie, co wy tam robiliście! Już po tamtym zajściu powinni cię ubrać w kaftanik i wysłać do wariatkowa!
Nie wytrzymałem, rzuciłem się na niego. Chwyciłem go gwałtownie za górę od piżamy i podciągnąłem do góry.
- Nigdy, kurwa, masz już nie obrażać Lynn, jasne, kurwa?!
- Dobra, puszczaj, spierdolino! Mam nakablować do Jinxxa?! Przy okazji powiem mu, że całą noc paliłeś! I wtedy ubezwłasnowolnimy cię już jutro! Będziesz, kurwa, leżał jak roślina w szpitalnym łóżku, najlepiej przykuty, żebyś nie zwiał!
Cholera, miał mnie. Musiałem go puścić, bo tylko on znał szczegóły tego, co robiliśmy z moją najukochańszą, słodką przyjaciółką. Mógł mnie sypnąć w każdej chwili, choć kiedyś też się przyjaźniliśmy.
- Dobra, przepraszam. Emocje.
- Jak zawsze?- zmarszczył brwi.- Sally też przetrzepałeś tak, by się wyładować?
- Serio, nie chcę się z tobą kłócić. Proszę, wybacz mi. Naprawdę, nie chcę mieć spiny z każdym z was.
- I tylko dlatego to mówisz? Przy lepszej okazji znów będzie jak zawsze!
- Nie. Po prostu tęsknię za tym jak się przyjaźniliśmy, okay? Chcę by było po staremu, chcę z tobą rozmawiać, brać porady na temat randek i tak dalej - zdobyłem się na uśmiech.
Popatrzył na mnie i zapanowała dłuższa chwila milczenia.
,,Jaki piękny stek bzdur ci właśnie wcisnąłem, idioto. Łykniesz haczyk?"
- No dobra, mały kurwiu - uśmiechnąłem się pod nosem.- Na razie masz okres próbny. Jak nie będziesz się na mnie wyżywał, to zobaczymy..
- Dzięki!- zaśmiałem się pusto i delikatnie go przytuliłem. ,,Tylko, kurwa, nie pomyśl, że jestem gejem!"
Odsunąłem się szybko i rzuciłem:
- Idę do kibla.
- Żebym ci nie przyjebał za to, co mi dziś zrobiłeś.. Zmieńmy temat. W ogóle o co chodziło z tym dzisiejszym zachowaniem w samolocie?- zapytał już spokojniej.
Speszyłem się, bo domyślałem się, na co jestem chory. To była kwestia czasu, kiedy dopadnie mnie jakiś atak. Albo śmierć.
- Nie mam pojęcia - już chciałem się oddalić.
- Andy..
- Co?
- Jak będziemy w USA, to jako przyjaciel nie daruję ci tego szpitala. Bo nie chcę by było za późno.
Udawałem, że nie słyszę. Zamknąłem się w kiblu, by uniknąć jakiejś głębszej rozmowy. Może przydałaby się jakaś gadka, by jeszcze bardziej przekonać Asha do siebie, ale przecież go w końcu okłamałem.. Tak?
Nagle poczułem ostre ukłucie w piersi i aż osunąłem się na podłogę sycząc.
- Andy, wszystko w porządku?- usłyszałem zza ściany.
- Tak, poślizgnąłem się!- odpowiedziałem.- Hehe! Jebana woda!- kłamałem jak z nut.
Pochyliłem się, starając się zahamować dziwne uczucie, choć wiedziałem, że to niemożliwe. Czy to moje płuca powodowały ścisk? Czy może coś więcej?
Jakby na zawołanie organizm zaprzeczył i ból prześlizgnął się w inne zakamarki ciała, paraliżując moje ruchy. Leżałem na podłodze patrząc z przestrachem przed siebie. Bicie mojego serca przyśpieszyło, gdy przed moimi oczami zaczęła formować się kobieca sylwetka. Momentalnie ją rozpoznałem. Stanęła przede mną Lynn, tylko w innej wersji, niż ją znałem. Miała iście pusty wyraz twarzy, patrzyła na mnie jak zza mgły. Nie mrugała. Jej dolna warga opadała bezwładnie jak wszystkie kończyny. Ubrana była w białą szpitalną koszulę, a z jej brzucha zwisały wnętrzności. Dokładnie tak, jak zapamiętałem. Żyły na dłoniach nabrzmiały, a z małych rozcięć na skórze sączyła się krew. Czarne włosy opadały na wychudzone policzki, powodując, że prezentowała się dość nędznie. I upiornie w chuj.
Bezgłośnie poruszałem wargami, przypierając do ściany.
,,Nie bój się, tchórzu.."- powtarzałem sobie w głowie. Przełknąłem ślinę, nadal wpatrując się w nieprzytomnego ducha. Powoli wyciągnąłem rękę, cały czas obserwując reakcje, czyli w sumie ich brak. Poczułem się nieco pewniej. Chciałem dotknąć ducha, ale ubranie sparzyło mnie w rękę, sprawiając, że całkowicie przerażony upadłem na kolana. Poczułem powstające pęcherze na skórze. Po moich policzkach popłynęły łzy, myślałam, że moje serce zaraz wyskoczy ze swojego miejsca. Złożyłem ręce w błagalnym geście, bo najwyraźniej czekała mnie kara za coś poważnego.
- Nie podoba mu się to.
- Ale co?- brzmiałem tępo i czułem się jak zupełnie inna osoba. ,,Cholera, wiesz, o co chodzi! Czytałeś całą książkę!"
- Znienawidzi cię - nie zwracała uwagi na moje pytanie.- Znienawidzi cię.
Wpadłem w jeszcze większy strach. Jeśli on mnie znienawidzi.. To.. To co się ze mną stanie?! Będzie mną pomiatać jak zwykłym gównem?! Jak tymi nieświadomymi nędznikami?! Przecież tych męk nawet nie dało się opisać!
- Co mam zrobić, by go zadowolić?!- po moich policzkach pociekły łzy.
- Znienawidzi się. Nienawiść.. nienawiść.. nienawiść - powtarzała w kółko to słowo i spojrzała na mnie tymi zaćmionymi oczami.- Nienawiść. Śmierć - zaakcentowała ostatnie słowo.- Śmierć idzie, powoli, powoli, powoli.. Wślizguje się w nas, oh, jak przyjemna i słodka w swego bólu rozkwicie- zaczęła rzygać krwią i flakami.- Zabiera wszystkich: starców, dzieci, młodych, starych.. Kto nie dostrzega prawdy, zostanie ukarany.. Kto się nie stara, będzie skazany. Ból, ból, ból - zaczęła podśpiewywać. Kiedyś śpiewałem to razem z nią, ale teraz jej wysoki głos wydawał się taki upiorny.- On patrzy, on widzi, on zabija, on karze. Cierpienie ból, nienawiść, nienawiść, nienawiść..
Na chwilę przerwała, cisza potęgowała napięcie.
- Zbłądziłeś!- krzyknęła przeraźliwie, prawie eksplodując.
Zniknęła.
Na chwilę przerwała, cisza potęgowała napięcie.
- Zbłądziłeś!- krzyknęła przeraźliwie, prawie eksplodując.
Zniknęła.
Każdy milimetr mojego ciała dygotał. Zamknąłem oczy i zacząłem bezgłośnie szlochać. Jeśli totalnie to teraz spieprzyłem, to jestem skończony na wieki. Na nieskończoność. Musiałem coś zrobić, cokolwiek. Ale co teraz? Właśnie pogodziłem się z Ashem, nie miałem serca, by teraz ponownie go obrazić. ,,Właśnie, powinieneś nie mieć serca, a ty się, kurwa, rozpraszasz!" Choć pewnie stwierdzono by mi zaburzenie dwubiegunowe czy coś w tym stylu.
Zbłądziłem. Naraziłem się na najgorsze, przez bezsensowną dobroć.
Zbłądziłem. Naraziłem się na najgorsze, przez bezsensowną dobroć.
A Sally? Przecież ona była tak kurewsko podobna do Lynn, do tego nadal nie odkryłem do końca jej tajemnic. Może ona mogła mi jakoś pomóc?
Podniosłem się i obmyłem czerwoną twarz zimną wodą. Musiałem tam iść teraz, zaraz. I tak nie mógłbym zasnąć. W uszach dudniła mi upiorna melodia.
,,Nienawiść, nienawiść, nienawiść. Zbłądziłeś."
,,Nienawiść, nienawiść, nienawiść. Zbłądziłeś."
*Sally*
Akurat siedziałam na swoim łóżku, nie mogąc zasnąć. Nie wiem co, ale coś mnie trapiło. Jakiś niepokój. Vicky patrzyła na mnie, leżąc nieopodal, w jej oczach połyskiwały poszczególne łzy.
- Wiesz, kurewsko się cieszę, że im uciekłam. Wolałabym do nich nie wracać, ale to chyba niemożliwe.
- Nie mów sobie, że to niemożliwe. Niemożliwe jest możliwe. Siedzimy teraz razem w hotelu w Anglii ze znanym zespołem, by odebrać nagrodę muzyczną, pójdziemy na galę MTV! Do tego Andy mnie przeprosił.. To jest dopiero cud!
Istotnie, nadal trochę nie dowierzałam, ale tym razem miałam wrażenie, że naprawdę mnie potrzebuje. Nie miałam pojęcia, co się z nim dzieje, ale chciałam dać mu jakiekolwiek oparcie.
- No, trochę dziwne. Dla mnie też jest całkiem miły, z tego, co mi mówiłaś, myślałam, że będzie mnie nienawidził. Nawet myślałam, że cię pobił. Wiesz, to głupio brzmi, ale te wszystkie zadrapania..
- Nie, to wcale nie tak - zasymulowałam śmiech.- Wiesz.. emm.. Byłam z Carlem w lesie i się wywaliłam. Nieźle się urządziłam.
- Co robiłaś z Carlem w lesie?- uśmiechnęła się jak zboczeniec. Odpowiedziałam niemrawym uśmiechem.
- To Carly, znasz go. Debil, ale czarujący.
- Tak, tak, ja wiem, co jest grane!
Zaśmiałam się, ale po chwili zamilkłam. Wsłuchałam się w krople deszczu za oknem.
- Tak, tak, ja wiem, co jest grane!
Zaśmiałam się, ale po chwili zamilkłam. Wsłuchałam się w krople deszczu za oknem.
- Sally - poprosiła słodkim tonem.- Opowiedz mi bajkę!
Zachichotałam.
- Może być o dwóch wariatkach, które uciekły od złych lalek?
- Jak najbardziej!- ucieszyła się.
Już miałam zacząć mówić, ale nagle ktoś zapukał do drzwi. Momentalnie zesztywniałyśmy.
- Kurwa, kto to o tej porze?!- zapytała szeptem Victoria.- Co jak to jakiś pedofil lub zboczeniec?!
- Udawajmy, że śpimy!- zasugerowałam.- Choć.. dlaczego pedofil miałby pukać?..
Podniosłyśmy się, czując się jak debilki.
Podniosłyśmy się, czując się jak debilki.
- Sally, to ja, Andy - doszło do moich uszu.
Odetchnęłyśmy z ulgą.
- Ja się tym zajmę, ty możesz iść spać. Dobranoc - pocałowałam ją w policzek.
- Dobranoc, wariatko.
Wstałam i chwiejnym krokiem ruszyłam do drzwi. Gdy otworzyłam, ujrzałam swojego chłopaka. Był ubrany tak jak w czasie podróży. Był tylko bardziej rozczochrany i nawet w tych ciemnościach zauważyłam wory pod oczami.
- Coś się stało?- spytałam cicho.
- A czemu niby miałoby się coś stać?- udawał wesołego, ale mu nie wyszło.
- Jest środek nocy. Średnio dobra pora na odwiedziny - zauważyłam ironicznie.
- Ale do ciebie chyba mogę przyjść, co? I tak nie śpisz.
Wyglądał tak żałośnie, że zniknęły moje wszystkie wątpliwości.
- Tak, ale może pogadajmy gdzie indziej - pokazałam gestem głowy na przyjaciółkę.
- Dobra, to chodź.
- Teraz? W piżamie?- popatrzyłam na swoją piżamkę składającą się z t-shirtu w kotki i szortów.
- Może być, nikt nie będzie nas oglądał.. Ale potrzebuję cię teraz - popatrzył na mnie jeszcze raz tymi niebieskimi oczami.
Zmarszczyłam brwi i podążyłam za nim. Znaleźliśmy się w nieoświetlonym korytarzu, który przywodził mi na myśl niemiłe rzeczy. Mianowicie rozległy biały korytarz psychiatryka. Wszystkie te sale, szczególnie numer 15.
- Gdzie idziemy?- spytałam, rozglądając się nerwowo.
Stanął i popatrzył na mnie, jakby dopiero uświadomił sobie, co kazał mi zrobić.
- Nie wiem.. Nie mam pojęcia. Ale chcę być z tobą gdziekolwiek. Boję się..
Potem zrobił coś, czego nie robił przez chyba jakiś rok. Podszedł do mnie i zwyczajnie mnie przytulił. Odwzajemniłam uścisk, czułam nierówne i pośpieszne bicie jego serca. ,,Czyli jednak coś tam masz, twardzielu!"
Potem zrobił coś, czego nie robił przez chyba jakiś rok. Podszedł do mnie i zwyczajnie mnie przytulił. Odwzajemniłam uścisk, czułam nierówne i pośpieszne bicie jego serca. ,,Czyli jednak coś tam masz, twardzielu!"
- Andy, powiedz mi, co się dzieje - zabrzmiałam strasznie czule. Usłyszałam ciężki oddech, nie tylko od papierosów, ale i od płaczu.- Nie mów mi, że wszystko jest okej.. Czego się boisz?
Chwycił moją twarz w dłonie i złączył nasze usta w pocałunku. Przelotnie dojrzałam strach w jego oczach, ale skupiłam się na wargach. Odwzajemniłam całusa, rozluźniając wszystkie mięśnie. W tej chwili miałam ochotę całkowicie zaprzeczyć grawitacji i lewitować z mężczyzną. Zniknął obskurny korytarz i poczucie stresu, w tej chwili pragnęłam skoncentrować się na chwili przyjemności.
Może nadszedł ten moment, gdy nasz związek nareszcie zacznie oznaczać coś więcej niż tylko fascynację? Może nadeszła chwila, by stał się bardziej... fizyczny? Nie mogliśmy tylko razem ,,czytać" siebie nawzajem. Choć może to, co działo się w tej chwili, otwierało jakieś drzwi, które wcześniej były niemożliwe do otworzenia?
Poczułam na sobie kościste, zimne place, które teraz wydawały mi się ciepłe i czułe mimo tego, że jeszcze niedawno bezlitośnie mnie okładały. Trochę zabolało mnie to wspomnienie, ale chyba miłość polegała na tym, by zaufać drugiej osobie i jej wybaczać.
Bez wysiłku uniósł mnie, a ja oplotłam go swoimi nogami. Zaczęłam się podniecać, co było do mnie niepodobne. Ale co ja mogłam powiedzieć o sobie? Teraz byłam Sally Rogers, nie sobą. A on nawet nie znał mojego imienia.. Z drugiej strony ja niewiele wiedziałam o nim. O nim i o niej, co się z nią stało. A on nie wiedział, co stało się z moją siostrą. Ale czy to nam przeszkadzało? Wręcz przeciwnie. Może z biegiem czasu, otworzylibyśmy się dla siebie.
Poczułam coś mokrego na swoim policzku, ale to była raczej łza szczęścia, że mam przy sobie kogoś równie zwariowanego.
*Andy*
Czułem się tak dziwacznie, zupełnie, jakbym miał rozdwojenie jaźni. Z jednej strony byłem tu z Sally i chyba właśnie migdaliliśmy się na środku korytarza. Z drugiej cały czas czułem się przerażony słowami Lynn. Byłem rozdarty pomiędzy dwoma światami- cielesnym i duchowym. Chyba powoli wątpiłem w całą swoją misję, a to tylko pogarszało sytuację. Teraz musiałem zacząć wszystko od nowa. Musiałem wyrzucić z siebie całą radość i szczęście, które ostatnio mi się spodobały. Musiałem wrócić do zła, do ciemności i umartwiania się. I to było swojego rodzaju pożegnanie.
- Sally. Kocham cię. Wybacz mi, wybacz to wszystko.. Spieprzyłem wszystko od początku. Nie powinienem był zaczynać - zacząłem ryczeć i nagle obudziła się we mnie jakaś zakopana głęboko wrażliwość. Zawsze gardziłem uczuciami, a teraz byłem na skraju załamania nerwowego. Pękałem. Miałem ochotę tylko przykleić się do dziewczyny, połączyć się z nią i płakać z bezradności.
- Też cię kocham. Zawsze bez względu na wszystko będę cię kochać. Nawet, jeśli coś nas rozdzieli - powiedziała, a jej słowa idealnie wpasowały się w sytuację, jakby wiedziała, co się dzieje.- Ale nie chcę by było to.. no wiesz, najgorsze. Jak to, co stało się z twoją dawną bliską osobą.
Spojrzałem jej w oczy, już myślałem, że zapomniała. Po co ja ją w to wplątałem? Po co zdradzałem jej swoje mroczne sekrety?
Chwyciłem jej twarz mocno w dłonie.
Chwyciłem jej twarz mocno w dłonie.
- Nigdy na to nie pozwolę. Jeśli tobie coś się stanie, to mi też. Ale nie na odwrót, jasne?
Skinęła głową.
Wyprostowaliśmy się i zapadła cisza. Spoglądaliśmy na siebie, oświetlani delikatnym blaskiem księżyca zza okna.
- Może na dzisiaj bez pytań.. Przepraszam, ale po prostu wiem, że tak będzie lepiej dla ciebie - pocałowałem ją ostatni raz.- Lepiej zbytnio się mną nie przejmuj. Po prostu bądź.
Przywarła do mnie, a ja ścisnąłem jej kruchą osóbkę. Zagryzając wargę, wpatrywałem się w pustkę.
***
Resztę nocy nie zmrużyłem oka. Spędziłem ją paląc na balkonie, starając się zamęczyć swój organizm. Ashley nie odzywał się, nie wiedziałem, czy nas nie słyszał. Właściwie nawet nie byłem pewien, w którym miejscu na korytarzu się ,,kochaliśmy".
Cholera, nie poznawałem siebie, powinienem pogardzać tym słowem!
Cały czas płytko oddychałem, nie mogłem uporządkować bajzlu w swojej głowie.
Dzisiaj miałem zamiar wyrwać się do Danny'ego, by spędzić jakiś ,,męski" dzień. Nie miałem nastroju, ale liczyłem, że to przywróci we mnie jakiś bunt. Zresztą reszta pewnie poszłaby zwiedzać miasto.
Ashley poszedł na śniadanie, ale ja nie mógłbym niczego przełknąć. Poza tym czułbym się taki ,,dobry", wpierdalając jakieś zasrane kanapeczki. Aktualnie leżałem na łóżku, gapiąc się w sufit, gdy do pokoju, niczym jakieś gestapo, wparowali Jake i Jinxx. Nie wyglądali na zadowolonych, zresztą jak zawsze. Zamknęli za sobą drzwi tak, jakby chcieli, by nikt nas nie słyszał. Stanęli nade mną, krzyżując ręce.
- Dobra, co się z tobą działo?- zapytał Jinxx, marszcząc brwi.
- Co ma się niby, kurwa, dziać?!- warknąłem oschle.
- Ash twierdzi, że poszedłeś na bardzo długo do łazienki i wydawałeś dziwne odgłosy, kaszlałeś i dusiłeś się. A do tego palisz więcej niż zwykle - niestety na stoliku nocnym leżała otwarta paczka Marlboro.
- Co wam jeszcze ten skurwiel powiedział?!- wkurwiłem się, bo myślałem, że teraz Purdy jest po mojej stronie.
- Po pierwsze nie skurwiel, bo się o ciebie martwimy..- chciał się usprawiedliwiać Ferguson, ale podniosłem się, pokazując mu środkowy palec. Już chciałem wstać, by rozprawić się z Ash'em, ale Pitts złapał mnie za rękę, przyciągnął do siebie i dał mi z liścia. Zatoczyłem się, przez chwilę widząc gwiazdki przed oczami. Drugi gitarzysta chyba też się nie spodziewał. ,,Czyżby nowe formy dyscypliny? Zaostrzony rygor?"
- Do tego bredziłeś coś sam do siebie. Pogódź się z tym, że jesteś pierdolnięty!- zdenerwował się.
- Jak ja cię, kurwa, stuknę!- aż zaczerwieniłem się z wściekłości i oddałem mu z pięści. Gdy poczuł się oszołomiony, dołożyłem mu mocniej i powaliłem go na ziemię. Zacząłem okładać go z całej siły, próbowałem nawet użyć stojącego nieopodal krzesła. Już chciałem uderzyć jego głową o ostry kant biurka, ale starszy złapał mnie za włosy i odciągnął do tyłu.
- Ja pierdolę, ogarnij się choć na te kilka dni! Mogę ci, kurwa, obiecać, że wytrzasnę ci skierowanie do psychiatryka i jeszcze nie będziesz miał prawa się sprzeciwić. I wtedy ci, kurwa, nikt nie pomoże. Nawet, jakbyś mnie błagał na kolanach!
Wyrwałem się i pośpiesznie wybiegłem, nawet nie udzielając innym odpowiedzi. Wyciągnąłem telefon w celu zadzwonienia do kumpla.
***
- Jak to, kurwa, nie możesz?! Robisz sobie jaja, zaraz mnie zabiją!- wydarłem się na Danny'ego.- Właśnie brutalnie skopałem Jake'a, jak się wkurwi jeszcze bardziej, to może i wezwie jebane psy!
- Gnoju, nie ma mnie w mieście, mówiłem ci! Było zadzwonić wcześniej! A.. no i jebać psy!
Westchnąłem.
- Będziesz jutro?- zapytałem spokojniej.
- Wpadaj, mały gówniarzu.
- Jesteś o rok starszy, kurwiu!
- A jebać - rozłączył się.
Nasze rozmowy zawsze tak wyglądały, zwykle jeszcze parodiowaliśmy tych wszystkich kretynów. A teraz byłem na nich skazany. Choć w sumie mógłbym się gdzieś wyrwać z Sall.
Ruszyłem przez korytarz, wymijając dziwnie patrzącą na mnie sprzątaczkę. Chyba właśnie sprzątała drobny bałaganik, który po sobie zostawiliśmy w nocy. Zdrapywała coś białego ze ściany, co raczej nie wyglądało na brytyjską jajecznicę. Cieszyłem się, że w hotelu nie ma kamer.
***
*Sally*
Vicky i ja wstałyśmy wyjątkowo wcześnie. Mimo że powinnam być zmęczona, to jednak czułam się wyjątkowo ożywiona i nie mogłam się doczekać dzisiejszego dnia. Vicky była bardziej nerwowa, ponieważ jej rodzice mogli już zauważyć, że ich córka zniknęła. Jednocześnie cieszyła się, bo dzisiaj planowaliśmy zwiedzać Londyn- miasto jej marzeń. Na śniadaniu pytałam Asha, co robi reszta. Mieli iść na jakiś tam wywiad i sesję zdjęciową. Miałyśmy więc wolną rękę. Zapakowałam do torebki mapę i przewodnik, byśmy mogły urządzić sobie wspólny dzień.
Czekając na przyjaciółkę, odnalazłam swoją komórkę. Zaczęłam przeglądać wiadomości, odpisałam na pokemoniaste szyfry Carla i parę normalniejszych wiadomości Alice i Robbie'go. Niechętnie też udzieliłam odpowiedzi Sammi, ale nie miałam nastroju rozmyślać na temat nierównego wkładu w naszą ,,przyjaźń". Nagle dostrzegłam, że napisał do mnie Oliver. Mimo że nie byłam fanką jego zespołu, to czułam się całkiem zaszczycona, że taka gwiazda pisze SMS-a szarej myszki jak ja. Przeczytałam jego treść:
,,Słyszałam, że jesteście już w Londynie. Jak tam podróż? :)"
Odpisałam:
,,Tak, podróż całkiem oki. A jak tam odczucia przed MTW? ;)"
,,W sumie to nie stresujemy się.. No wiesz. W ogóle możesz zadzwonić?"
Nacisnęłam zieloną słuchawkę. Od razu odebrał.
- O co chodzi?- spytałam.
- Hej - odezwał się z tym angielskim akcentem.- Co dziś robisz?
Poczułam się zdziwiona. Może byłam przewrażliwiona, ale chyba nie zamierzał się ze mną umawiać?
- A czemu taki gwiazdor pyta?
- Ej, daj spokój.. Żaden gwiazdor..
- Dostajesz nagrodę MTV i się jeszcze pytasz?
- No dobra. Ale nie nazywaj mnie tak. Gdyby nie ty, Andy na pewno zostawiłby mnie w tym lesie. Albo by mnie zamordował i znaleźliby moje zwłoki.
Zastanowiłam się. Prawda.
- Mam ci znowu uratować tyłek?- zażartowałam.
- Nie. Moja dziewczyna, Hannah, chce cię poznać.
Kolejny szok.
- Dlaczego?
- Błagam, nie zadawaj tyle pytań! To chyba normalne, co nie? Po prostu spotkamy się na kolacji jak grupka kumpli i pogadamy!- przekonywał.- To jak?
- Nie no, spoko, mogę iść. Tylko wiesz.. Andy.. To będzie wyglądało trochę dziwnie, gdy pójdę do ciebie na kolację. Pomyśli, że my..- urwałam, bo wiedział, o co chodzi.
Westchnął.
- Nienawidzi mnie, ale.. weź go ze sobą. Tak będzie bezpieczniej.
Trochę zaniepokoił mnie ten pomysł. Ale może mogłabym jakoś pogodzić Oliego i Biersacka?
- Spróbuję go przekonać. A jeśli nie pozwoli mi iść i się obrazi?- powiedziałam z ironią.
- To ucieknij sama. Inaczej Hannah mnie zabije.
- No dobra, to jednak przyjdę.
Podał mi godzinę i adres swojego domu*.
- Zatem w sumie po raz drugi uratuję ci dupsko.
- Ostatni raz. Dziękuję.
Rozłączył się, jak na zawołanie przez drzwi wparował Andy. Wyglądał na wściekłego, a na czole rysował mu się spory siniak.
- Nie pytaj - poprosił na wstępie. Podszedł i uścisnął mnie, jakby nie widział mnie od dawna.- Co dzisiaj robisz?
Znowu mówił szybko i nerwowo, ale starałam się nie zwracać uwagi.
- Idę z Vicky zwiedzać miasto. Wiesz, babski dzień - zaakcentowałam ostatnie słowa. Kochałam go, ale nie chciałam, by stresował przyjaciółkę.
- To kiedy znów będziemy razem?- zapytał. Westchnęłam i nieśmiało zaczęłam:
- Sykes zaprosił nas na kolację. Jego dziewczyna chce nas poznać.
Wzdrygnął się na sam dźwięk nazwiska i chyba miał ochotę mi przyjebać.
- Nigdy w życiu, kurwa, nie pójdę do tej meliny!- starał się opanować.- Nie ma, kurwa, opcji, niech się chuj wypcha!
Zmarszczyłam brwi, bo wiedziałam, jak go nakłonić.
- Trudno, pójdę sama.
Wkurzył się jeszcze bardziej, ale stopniowo złość ustąpiła z jego twarzy.
- Niech ci będzie, Sall, ale chcesz mnie zabić. Jeśli myślisz, że będę siedział przy stole pod krawacikiem i wpierdalał fasolkę w pomidorach, to się grubo mylisz.
Zrobiło mi się trochę żal, ja też nie miałabym ochoty przesiadywać przy stole ze swoim wrogiem. Jednak skrycie marzyłam, by dowiedzieć się, co tak podzieliło dwóch mężczyzn.
Uśmiechnęłam się zadziornie, a wtedy Victoria wyszła z łazienki.
- W czymś przeszkodziłam?- zapytała nieśmiało, osłaniając się szlafrokiem.
- Nie, w niczym. Szykuj się, zaraz idziemy na miasto!- rzuciłam do niej i pocałowałam swojego chłopaka, pokazując mu gestem głowy drzwi.
*Andy*
Wyszedłem na korytarz i gdy drzwi się zamknęły, walnąłem w ścianę obok z całej siły.
O niczym innym nie marzyłem bardziej, niż o siedzeniu z tym kutasem! Złamałem się tylko dlatego, że nie chciałem, by Rogers szła tam sama. Mógł jej zrobić to samo, co mi, a może i coś gorszego, była w końcu delikatną dziewczynką.
Wręcz gotując się w środku, zacząłem obmyślać plan, jak przeobrazić to spotkanie w pożyteczne dla siebie. Zabić go? Może otruć?..
Czułem się okropnie.
***
Oto powracam. CZAS, CZAS, CZAS, pożyczy ktoś? W sumie to chyba wyszło nieźle. Nwm, możecie oceniać. W sumie to się stęskniłam ♥



