wtorek, 1 listopada 2016

Rozdział 20: ,,Ty możesz być Alicją, ja będę Kapelusznikiem"


*Sally*
 - Proszę was, niech Vicky jedzie z nami. Bardzo chce zobaczyć Anglię, marzy by tam w przyszłości zamieszkać!- przekonywałam chłopaków.- Jest moją przyjaciółką, bardzo mi zależy na jej szczęściu.
- Nie może jechać z rodzicami?- spytał nieco już zirytowany Jake.
- Nie.. Zresztą to co innego jechać z rodzicami, a co innego z przyjaciółką.
- Kogo jeszcze chcesz zabrać? Carla, Alice, Robbiego, ich rodziców, rodzeństwo, krewniaków?- rzucił sarkastycznie.
- Chłopaki, proszę. Tylko Vicky, tylko ten jeden raz.. Przecież to nie jest dla was jakiś problem.
- Właśnie, że tak, to kolejna osoba do pilnowania! Nie ma mowy, i tak już mamy dużo problemów.
- Przecież będę jej pilnować, Vicky to nie jest Andy!
- Dyskusja skończona, nie ma mowy. I tak będziesz musiała pilnować swojego chłopaka.
Zdenerwowałam się. Nie byłam jakąś niańką, chciałam jedynie zabrać przyjaciółkę, do tego najspokojniejszą i najmilszą. Przez Andy'ego i jego dziwne zdziczenie reszta całkowicie już zbzikowała.
- Sami go sobie pilnujcie, jeśli Vicky nie jedzie, to ja też nie - zawsze mogłam znaleźć jakiś inny sposób, by ją ocalić. W tej chwili była dla mnie ważniejsza od demonicznego, brutalnego chłopaka.
- Jak wolisz..- urwał Pitts, bo w pokoju pojawił się Jinxx.
- Niech Vicky jedzie - powiedział, a ja zastanawiałam się, czy mam wierzyć swoim uszom. Oczom też do końca nie ufałam. Ferguson wydawał się być przygarbiony i zmartwiony. Jego ton głosu brzmiał delikatnie. Chyba się czymś martwił.
- Co?- zdziwiła się reszta.
- Musi go pilnować. Coś znowu knuje.
No oczywiście, znów wszystko kręciło się wokół Biersacka. Gdyby nie jego autodestrukcyjne obsesje, mogłabym już dawno zniknąć. Jedyna korzyść była z tego taka, że mogłam zabrać przyjaciółkę.
- Dzięki - rzuciłam cicho. Już chciałam wyjść, ale Jeremy mnie zatrzymał.
- Sally, zaczekaj. Wy możecie iść - zwrócił się do mężczyzn. Opuścili pomieszczenie, a my zostaliśmy sami. Spuściłam głowę, chowając ciągle widoczne siniaki i blizny pod czarnymi włosami.
- Sally.. Wiem, co zrobił Andy. I jestem pewien, że żałuje, nawet jeśli jest skurwysynem.
- Tak, tak, na pewno.. Nawet się do mnie nie odzywa.
- Wiem. Ale jemu naprawdę przykro z tego powodu, widzę to - na zdrowy rozum brzmiało to absurdalnie, ale serce kazało mi się ulitować.
- Masz świadomość, że z Andy'm nie jest dobrze i przy Sykesie może się zachowywać koszmarnie. A nikt nie chce żadnych scen, prawda?
- No nie..
- Więc daj mu jeszcze jedną, ostatnią szansę i postaraj się mu wybaczyć.
Nawet się nie kłóciłam, choć powinnam odmówić. Tylko skinęłam głową.
- Postaram się z nim porozmawiać.
Chłopak uśmiechnął się blado, ale od razu posmutniał.
- Dziękuję, Sally. Obawiam się, że jesteś jedyną osobą, która może teraz na niego wpłynąć. Postaraj się go nie oceniać po tym, jak się zachowuje. Popatrz na wasz związek od samego początku.
,,Pomóż mu w tym"- odezwał się głos Lynn w głowie. Podskoczyłam, a starszy popatrzył na mnie zdziwiony.
- Wszystko w porządku?
- Zamyśliłam się.
,,Jak mam go wydostać z takiego doła, siostrzyczko?"- spytałam.
,,Pomożesz mu w tym"
,,Dobrze"- zgodziłam się, nie do końca rozumiejąc.
Tymczasem poszłam szybkim krokiem do swojego pokoju, by powiadomić Victorię, że już połowa planu zrealizowana. Andy mógł poczekać.
Teraz miałam już dwie osoby do uratowania. 
,,Vicky, udało się, zgodzili się!"
Odpisała już po chwili:
,,Dzięki Bogu! Jest jeszcze gorzej. Więc kiedy mam być gotowa?"
,,Za dwa tygodnie w czwartek. To będzie.. 25 sierpnia."
,,Jasne. Postaram się nie przesadzić z bagażem. Do tego czasu raczej w ogóle się nie spotkamy."
,,Będę tęsknić."
,,Ale potem będziemy mieć czas tylko dla siebie. Już odliczam!"
,,Ja też.."

***
 
 

*Andy*
- Andy, wstawaj!- Ashley przywalił w drzwi mojego pokoju, budząc mnie ze snu. Był środek nocy, a ja dopiero przed chwilą zasnąłem. Nie miałem ochoty wyłazić z łóżka teraz i wlec się do busa z taką ilością osób. Potem jeszcze lotnisko i samolot.. A na koniec hotel.
,,Lynn, naślij na mnie jakąś chorobę, bym nie musiał jechać. Lub cokolwiek.."
Ale tym razem się nie odezwała.
- Andy!- powtórzył zniecierpliwiony chłopak.
- Już!- warknąłem.
Zwlokłem się z wyra i ociągając się, jak tylko mogłem, naciągnąłem na siebie czarne ciuchy z długimi rękawami (choć miało być ciepło). W końcu po jakiś dwudziestu minutach, gdy już upewniłem się, że nikt nie czyha pod drzwiami, wysunąłem się na korytarz. Spakowanie mnie powierzyłem wcześniej durnemu perkusiście. Oczywiście bez pozwolenia na wejście do mojej świątyni. Gdy zszedłem na dół, oczywiście zostałem przez wszystkich zmierzony nerwowym spojrzeniem. Tylko Sally odwróciła wzrok.
- Gdzie ci cholerni Angole?- odezwałem się.
- Wyjechali wcześniej - odpowiedział oschle Jinxx.
- I kurwa, dobrze.
- Nie gadaj, idź i grzecznie usiądź w busie - rozkazał Jake. Wyjątkowo się zgodziłem, tylko po to, by usiąść jak najdalej od nich. Wyminąłem wszystkich w drzwiach, trącając wszystkich poza swoją ,,dziewczyną" i prześlizgnąłem się do pojazdu. Od razu zaszyłem się w swoim kącie, zasłaniając się zasłonkami. Chciałem już zakładać słuchawki na uszy, ale wtedy usłyszałem głos dziewczyny:
- Zatrzymaj się ulicę dalej, ja po nią pójdę.
- Przecież wygodniej jej będzie, jak podjedziemy pod dom - zdziwił się Purdy.
- Emm.. Nie chce budzić rodziny.
,,Co, wiejemy?"- od razu pomyślałem. Miało się w tym doświadczenie..
- No dobra, choć to trochę dziwne z jej strony.
- Prosiła mnie o to, więc czemu nie?
Zapanowała cisza, nikt już się nie odzywał. Po krótkim czasie zatrzymaliśmy się gdzieś, a Rogers się ulotniła.
 
*Sally*
,,Vicky, już jestem!"
,,Zaparkowaliście busa gdzie indziej?"
,,Na wszelki wypadek"
,,Okej, dzięki. Już idę.."
Zaraz potem pojawiła się w drzwiach z dużym plecakiem na plecach.
- Pomyślałam, że tak będzie wygodniej i ciszej - powiedziała szeptem.
- Chodź, zmywamy się stąd, zanim ktoś się zorientuje.
Gdy drzwi już były zamknięte, pośpiesznie rzuciłyśmy się do biegu. Na ulicy, gdzie zaparkowany był nasz transport, gwałtownie zwolniłyśmy. Ja wyglądałam tak samo jak zawsze, ale przyjaciółka aż ociekała potem i była czerwona. Zmartwiło ją to.
- Sally, wyglądam, jakbym biegła w maratonie! A to dwie ulice!
- Jest ciemno, nie zauważą!- powiedziałam.
- Oby. Choć spocę się do reszty ze strachu.
Drzwi się otworzyły, a Vicky widząc podejrzliwych mężczyzn, od razu się speszyła.
- Emm.. Hej!- rzuciła nieśmiało.
 
*Andy*
Wychyliłem się lekko zza kotary, ale chyba i tak w półmroku nikt nie zauważył. Victoria, przyjaciółka Sally, wtarabaniła się z bagażami do busa. Całkowicie się od siebie różniły. Rogers była niska i drobna jak dziesięciolatka, zupełnie jak mój skarb. Natomiast Summers przewyższała ją o głowę i na pewno więcej ważyła. W sumie to zwykle nie wyglądała tak źle, ale dzisiaj czerwieniła się, pociła i miała rozczochrane włosy. Na 100% śpieszyła się, uciekając z domu, ale nie miałem ochoty, by ją wsypać. Ja sam często ulatniałem się bez pozwolenia, także za młodu, więc w pewnym sensie doskonale ją rozumiałem. Poza tym zawsze krępowały ją spotkania z większą ilością ludzi, więc wolałem jej nie peszyć. Byłem w końcu powszechnie znany jako pierdolnięty psychopata, schizofrenik i chuj wie, kto jeszcze.
,,Coś ty taki dobroduszny, Andy?"
Zasłoniłem się, gdy obie przeszły obok.
- Niedługo dojedziemy na lotnisko, ale wystarczy by się zdrzemnąć - szepnęła do dziewczyny Sall.
- Nie mogę spać, jestem zbyt podekscytowana. Sally, boję się.. Boję się, a jednocześnie strasznie cieszę.
- Ja też.. Ale teraz radziłabym skoncentrować się na tym drugim.
,,Ach, te ckliwe dziewczęce gadki"- pomyślałem z ironią. Nie chciało mi się słuchać, więc założyłem na uszy słuchawki, cały czas pozostając czujny.
 
***
 
Czułem się wielce szczęśliwy, gdy nareszcie przebrnęliśmy przez wszystkie odprawy na tym cholernym lotnisku. O ile ja stresowałem się, że wykryją u mnie jakimś cudem narkotyki, to Vicky przejmowała się praktycznie każdym szczegółem. Chyba nawet ja nie byłem aż tak przerażony życiem w społeczeństwie. Ręce trzęsły jej się przy każdym ruchu, była strasznie niezdarna. Gdy ktokolwiek się do niej odzywał, kuliła się i w pierwszej chwili nie słyszała. Trochę jak ja zanim poznałem moją ukochaną. Dla jej dobra nawet się nie odzywałem, bo gdybym zaczął jej dogryzać, to dopiero by się przeraziła. Snułem się jak cień za całą grupą, słuchając Burzum.
W końcu nadszedł czas, by wsiąść do samolotu. Pozostał mi dylemat: miałem usiąść z którymś z chłopaków czy z Sally i jej przyjaciółką? Gdybym zajął miejsce obok dziewczyn, tylko bym przeszkadzał. Chyba mogłem się poświęcić. Na takie tam długie godziny.
Może trochę zbyt gwałtownie pchnąłem Christiana na fotel, gdzie to ja powinienem się usadowić.
- Siad - warknąłem pod nosem, a on tylko skinął głową i przysiadł się do zdziwionych dziewczyn.
Przeszedłem obok nieco zaniepokojonych pasażerów i podszedłem do Ashleya. No to teraz pozostawało pytanie: który się do mnie dosiądzie? Niestety zobaczyłem, że zbliża się do nas Jinxx.
- Siadaj - tym razem on rozkazywał.
- Ja chcę od okna - oznajmił Ashley. I tym samym skazał mnie na siedzenie po środku. 
,,Dzięki, chuju!"- pomyślałem. Zrezygnowany rzuciłem się na fotel.
,,Wytrzymasz, to tylko kilka lub kilkanaście długich godzin!"
Zamknąłem oczy.
 
*Sally*
Nie wiedziałam, co myśleć o geście Andy'ego. Z jednej strony poczułam ulgę, bo chciałam na spokojnie pogadać z Vicky, a z drugiej wkurzyłam się, że znowu mnie unika.
- Sally, moi rodzice mogli się już zorientować!- z zamyślenia wyrwała mnie przerażona Vicky.- Nie powinnam była tego robić!
- Daj spokój, nie zatrzymają samolotu! Nawet nie wiedzą, że jesteś ze mną, a co dopiero, że lecisz do Anglii!
- Boże, faktycznie! Co ja w ogóle robię?!- ukryła twarz w dłoniach.- Ja chyba muszę śnić!
- Nie, nie śnisz, bo mi też trudno w to uwierzyć - starałam się ja uspokoić.
- Uszczypnij mnie - poprosiła. Zawahałam się, ale wykonałam jej polecenie.
- Widzisz, to wszystko się dzieje naprawdę! Właśnie jesteś ze mną w samolocie i lecimy do Europy! Będziesz kilkanaście godzin od domu, na pewno tak szybko cię nie namierzą.
- Ja.. ja już nie wiem, czy to był dobry pomysł - miała łzy w oczach.
- Tak, nawet jeśli to był totalnie zbzikowany, obłąkany pomysł. Vicky, jesteś moją przyjaciółką. Jeśli cokolwiek złego będzie się z tobą działo, to ja za to odpowiem. A już moja w tym głowa, by wszystko dobrze poszło. Zresztą, jeśli chcesz, możemy upozorować porwanie, wtedy ja pójdę do pierdla, a tobie odpuszczą!- udało mi się rozśmieszyć dziewczynę.
- Jeśli ty pójdziesz siedzieć, to ja z tobą! A jeśli nie, to przepiłuję kraty twojej celi i cię wydostanę!
- Już jesteśmy zbiegami - zaśmiałam się.
- Fajnie jest się tak czasem uwolnić, zmienić swoje życie, prawda?
Mój uśmiech trochę osłabł, bo przypomniała mi się moja ucieczka z psychiatryka. Coś, czego wolałabym nie pamiętać. Właściwie nie była to nawet ucieczka, ale tak się czułam. Wybiegłam z tego strasznego miejsca na ulicę i czułam się wolna. I nawet, jeśli teraz życie nie toczyło się idealnie, to było o wiele lepsze od tamtego mrocznego zakładu. A wszystko przez to, że ja jako jedyna znałam prawdę i chciałam się z nią podzielić. W moim mózgu pojawił się okropny obraz policyjnych taśm, czarnego pokoju i dziwnych znaków, lśniącego noża, białego samochodu.. I mojej własnej najukochańszej siostry z wielką raną w brzuchu, całej w kałuży krwi. Jej otwarte, przerażone oczy.. Tamtego dnia moje dzieciństwo zostało zrujnowane. Już nigdy nie czułam się tą samą, słodką i szczęśliwą dziewczynką..
- Wszystko gra?- zaniepokoiła się Victoria.
- Poza tym, że właśnie realizujemy tajny plan ucieczki, to tak!
- Panie i panowie, proszę o podniesienie foteli do pozycji pionowej, zamknięcie stolików i umieszczenie bagażu podręcznego na miejscu. Za chwilę odlatujemy!- usłyszałyśmy komunikat.
Oparłam się o fotel i spojrzałam na przyjaciółkę. Wyglądała przez okno i trochę tak jak ja prawie dwa lata temu zaczynała nowe życie.
 
***
 
*Andy*
Robiło mi się coraz bardziej niedobrze. Brakowało mi powietrza, przed oczami pląsały mi cholerne kolorowe gwiazdki i coraz bardziej wydawało mi się, że jestem we śnie. Z jednej strony nie przejmowałbym się uwagami mammy Jinxxa i obrażonego pana Purdy'ego, ale czułem się naprawdę ciulowo. Lynn chyba wysłuchała mojej prośby o nasłanie jakiegoś choróbska. Cholera, gdybym teraz zemdlał, to zaraz wywołałbym panikę i skupił uwagę wszystkich na swojej osobie. Musiałem jakoś wytrzymać, albo chociaż udawać, że jest okej.
- Andy, coś nie tak?- zapytał Ashley.
- Nudzi mi się, chyba się prześpię.. ekhm - rzuciłem na poczekaniu i oparłem głowę na fotelu. Zamknąłem oczy i starałem skoncentrować się na ciężkim oddechu.
- Ty śpisz w dzień?- zdziwił się.- A niby taki Książę Ciemności..- zadrwił.
- Nie dałeś mi, kurwa, spać w nocy, to śpię póki mam czas - skomentowałem w typowy dla siebie sposób i chyba odpędziłem od siebie podejrzenia.
- Niech śpi, przynajmniej będzie grzeczny - powiedział ponuro Jinxx. Gdybym miał siłę, na pewno bym odpysknął, ale poczułem, że odlatuję całkowicie, zupełnie jak na haju. Po chwili nie czułem już nic, tylko pustkę i czerń.  
 
***
 
- ANDY!- usłyszałem nad sobą dość głośno i poczułem jak ktoś mnie szturcha.- Co się z nim dzieje?!
Czyżby już się zorientowali, że wcale nie zasnąłem tylko (chyba) zasłabłem? Mimo ogromnego ciężaru własnych powiek, podniosłem je. Na szczęście nie znajdowałem się w szpitalu, choć widok samolotu również mnie nie ucieszył.
- Po co mnie budzisz?!- próbowałem brzmieć groźnie, ale zabrzmiało to jak szept. Musiałem wyglądać jak flak rozciągnięty na tym fotelu.
- Bardzo długo spałeś. Za kilka godzinek dolecimy. Na pewno wszystko okej?- zapytał zaniepokojony Ashley. Lekko skinąłem głową jak jakaś ciota.
- Tak. Tylko.. Ja chyba.. Muszę iść do łazienki - zanim zdążył zadać kolejne pytanie, wyrwałem się z fotela mało nie przewracając się z powrotem.
- Andy, chodź tu!- syknął Jinxx. ,,Jeszcze dodaj do nogi!" Nie odwróciłem się, runąłem na przód samolotu, choć przed oczami latały mi rozgwiazdy w kolorach tęczy i chwiałem się, potrącając wszystko, co stanęło mi na drodze.
- Przepraszam - mamrotałem tylko, niepodobnie do siebie.
- Czy mogę panu w czymś pomóc?- zaatakowała mnie wyszczerzona niczym wampir stewardessa.
- Nie - odparłem trochę zbyt gwałtownie, wymijając ją. Dotarłem do drzwi toalety. Już chciałem wejść, ale było zajęte. Cała sytuacja wyglądała komicznie. Ja- wielki zły gość, który wszystkim łamał serca, teraz panikował, bo zajęli mu kibel. Choć chyba wolałbym srakę od tego niewyjaśnionego haju. Oparłem się ostrożnie o ścianę. Ostatnio nie ćpałem, więc tę możliwość też wykluczyłem. Halucynacje? No błagam, moja przyjaciółka odwiedzała mnie po śmierci.
,,Lynn, proszę, pomóż.. Byłem debilem, że zawracałem dupę błaganiami o chorobę. Ale teraz nie jest miło. Chyba umrę.. Jeszcze nie teraz, wybłagaj go w moim imieniu!"
Tymczasem robiło mi się coraz dziwniej i dziwniej, czułem, że brakuje mi powietrza. Stąpałem po wacie, głowa ciążyła jakby wypełniał ją ołów. A w płuca chyba wpompowano mi kwas żrący.
Wtedy na szczęście drzwi się otworzyły. Nie dbałem o to, że to będzie wyglądać niezwykle chamsko, popchnąłem wychodzącą osobę i zamknąłem się w środku. Mimo że miejsca do dyspozycji było mało, to tego czystością to miejsce nie słynęło, położyłem się na klejącej się, śmierdzącej podłodze i wyciągnąłem nogi do góry. Przydałaby się też maska tlenowa..
Z całej siły walczyłem, by zostać i nie zatracić się w ciemności. Szeroko otworzyłem oczy i chełstami łapałem powietrze. Moje ciało się trzęsło, ale dzięki metodzie z nogami w górze, która była jedyną, jaka przychodziła mi do głowy, troszeczkę mi się poprawiło. Obraz nadal się rozmywał, a w płucach paliło, ale serce zaczęło bić w równiejszym tempie. Po dość długim czasie przekonałem się też do wypicia wody z kranu.
Podniosłem się i nadal na chwiejnych nogach dowlokłem na miejsce.
- Andy, co się z tobą, kurwa, dzieje?!- wszyscy członkowie zespołu zerknęli na mnie nerwowo. Kilku obcych ludzi również zlustrowało mnie wzrokiem, raczej niezbyt przychylnie.
- Musiałem się odlać - wzruszyłem ramionami, lecąc na fotel jak jakaś jebana marzanna.
- Kłamiesz, coś się z tobą dzieje!
- Wszyscy macie paranoję - udawałem pewnego siebie.- A teraz idę spać, obudźcie mnie, jak dolecimy.. To rozkaz.
Zostałem obrzucony nerwowymi spojrzeniami. Usłyszałem parę uwag w stylu ,,Kompletnie oszalał" lub ,,On jest poważnie chory, nie tylko na głowę", ale tuż potem urwał mi się film.
 
***
 
- Andy, wstawaj!- dotarło do mojej świadomości.
- On w ogóle żyje?
- Mam nadzieję.. Andy!
Mimo że powieki ciążyły mi niemiłosiernie, udało mi się je podnieść
- Co jest, kurwa?- wydusiłem.
- Dolecieliśmy! Spałeś jak zabity. I chyba niewiele ci brakuje.
Rozejrzałem się lekko oszołomiony. Czułem się trochę tak, jakby ktoś mnie ogłuszył. Ludzie dookoła wstawali, ale w pierwszej chwili hałas do mnie nie docierał. Czułem tylko duszność, suchość, palenie w płucach i narastający ból głowy. Zacząłem się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby się przyznać. Gdybym trafił do szpitala, nie musiałbym iść na pieprzoną galę MTV i oglądać ryja Sykesa. Do tego wkurzyłbym choć trochę resztę Black Veil Brides. Niestety taki plan miałby więcej minusów- ze szpitala na pewno zbyt szybko bym nie wyszedł, do tego Jinxx zadbałby pewnie, by udowodnić, że potrzebuję stuprocentowej opieki, bo jestem niepoczytalny. Przy tym dowiedziałby się o tym cały świat, nawet ten jebany Anglik. Pozostawało mi walczyć o życie, a jeśli plan by nie wypalił, pozostawała pierwsza opcja.
Targnąłem się do góry, mając wrażenie, że moje nogi zostały zrobione z gąbki. Pomimo tej ogólnej dziwności runąłem jak najszybciej przed siebie, byle by wydostać się z samolotu. W końcu to mogło być tylko działanie zmiany ciśnień, prawda?
,,Nie narzekaj, tylko targaj swoją dupę!"- usłyszałem. Lynn czy po prostu intuicja? Dezorientował mnie mój stan. Nawet myśli przypominały oślizgłą, rozmazaną papkę.
Gdy już znalazłem się na zewnątrz, zaciągnąłem się świeżym powietrzem (o ile takie istnieje na lotnisku). Minimalnie pomogło. Wszyscy patrzyli na mnie jak na psychola.
- Andy, coś nie tak?- spytał nieśmiało nędzny perkusista, kuląc się, gdy usiłowałem zabić go wzrokiem.
- Milcz - skomentowałem bez namysłu.
- Coś jest nie tak, na miłość boską, powiedz, co?!- naskoczył na mnie Ferguson, starając się, by Sally i Victoria nas nie słyszały.
- Gówno, odpierdol się. Zaraz z twoim ryjem coś będzie nie tak!- warknąłem. I wtedy, by pokazać swoją wyższość i bunt, zrobiłem chyba najgłupszą rzecz, jaką mogłem w tej sytuacji zrobić. Wyjąłem fajki i drżącymi palcami wyciągnąłem papierosa. Gdy zaciągałem się dymem, niemal poczułem śmierć prześlizgującą się między żebrami.
- Zgaś to, kurwa, mały gnoju! Nie rozumiesz?!- patrzył na mnie z dołu. Nie odpowiedziałem, tylko minąłem go i ruszyłem przodem. Poruszałem się nieco jak pijak. Musiałem wzbudzać niezłą sensację.
 
***
 
Cały ten proces odbierania bagaży i reszty tobołów spędziłem siedząc na podłodze, opierając się plecami o ścianę i starając się skupić na słowach ,,wdech, wydech". Gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądać, prawdopodobnie bym nie wyjeżdżał.
Powiodłem wzrokiem po wszystkich ludziach. Mimo że kuliłem się w kącie i prawdopodobnie tym razem wzbudzałem litość, a nie strach, Sally nie odezwała się do mnie słowem, a za każdym razem, gdy nasze spojrzenia się spotykały, odwracała wzrok. Było mi głupio, cholernie głupio.. Powinienem ją przeprosić. To było wbrew mojej logice, ale tak bardzo tego chciałem. Przy okazji miałbym choć jednego sojusznika. Ale odrzucając sprawy mojego celu.. Cholera, zależało mi na niej! Wydawała mi się taka piękna, słodka i niewinna, na pewno by mi jej brakowało. Była jak pierwiastek tego, co straciłem. Nawet Lynn, nie zważając na nasze zainteresowania, dawała mi trochę ciepła.
Podniosłem się i lekko się garbiąc podszedłem do dwóch dziewczyn. W oczach swojej własnej ,,dziewczyny" dostrzegłem przerażenie i niepewność. I zrobiło mi się smutno, cholernie smutno.
 
*Sally*
Trochę się zaniepokoiłam, gdy Andy stanął, gapiąc się na nas z góry tymi swoimi pustymi oczami. Ciężko oddychał i zastanawiałam się, czy może nie myśli, jak nas wszystkich zamordować.
- Sally, muszę z tobą porozmawiać - powiedział w końcu lodowatym tonem. Co ja mu niby zrobiłam?! Znowu zamierzał rozładować na mnie napięcie?! ,,O nie, kurwa, prędzej ja ci pokażę!".
- Może kiedy indziej, Andy - odparłam łagodnie, wbrew swoim myślom.- Teraz rozmawiam z Vicky.
Nic nie powiedział, chwycił mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę toalet. Victoria nieco się wystraszyła, wytrzeszczyła oczy i już chciała za nami podążyć.
- Sally!.. Em, Andy, co ty robisz?- spytała nieśmiało.
- To pilne - zapewniał.
Odwróciłam się tylko w stronę przyjaciółki i wzruszyłam ramionami. Cała nasza grupka spojrzała na nas podejrzanie.
Po chwili znaleźliśmy się w damskiej toalecie, a Andy zamknął nas w jednej kabinie. Dlaczego wszystkie nasze ,,poważne" spotkania musiały się odbywać w kiblach?
- O co chodzi, że musimy się tak ukrywać?!- strach we mnie narastał, bo co jeśli planował ze mną zrobić to, co niedawno?
Już szykowałam się do samoobrony. Jednak on oparł się bezradnie o ścianę i wlepił spojrzenie w podłogę.
- Chcę cię przeprosić.. Przepraszam - wydukał tonem, który był u niego raczej niespotykany.
- Posłuchaj, skurwysynie - pokręciłam głową, ale on jedynie złapał moją twarz i przywarł do moich ust. Rozsądek podpowiadał, że powinnam się od niego odkleić i dać mu z liścia, ale.. w końcu nadal byłam jego dziewczyną, tak? Przy okazji tego chciałam, nie powinnam lekceważyć takiej wrażliwości od osoby, która zachowywała się jak brutal.
,,Ale ty jesteś tępa!"- skarciłam samą siebie.
Rozluźniłam się nieco i pozwoliłam chłopakowi na ten miły akt. W końcu odstąpił ode mnie.
- Cholernie cię przepraszam, wiem, że postąpiłem jak kretyn - popatrzył na lekkie pozostałości po ranach.- Ale naprawdę nie chciałem.. Po prostu ja już nie mogę tego wszystkiego..
- Ale czego?! Co cię, kurwa, do ,,czegoś" zmusza. Dlaczego raz jesteś milusi, a raz traktujesz mnie jak worek treningowy?!- nie rozumiałam.
- No.. Nieważne.. Po prostu potrzebuję cię. Nawet nie wiesz, jak trudno jest być twardzielem, gdy nikogo nie masz po swojej stronie.
- A co jeśli wykorzystasz mnie tylko do swoich celów?! Potrzebujesz mnie tylko wtedy, gdy masz problemy?- odsunęłam się.- Brzydzi mnie to, wiesz?!
- Nie, Sally. Kocham cię, naprawdę. I nie zamierzam cię już skrzywdzić.
Staliśmy przed sobą w milczeniu. Cały czas marszczyłam brwi i nie chciałam patrzeć mu twarz, bo teraz przybrała wyraz smutku. A może jednak powinnam się poświęcić? Ze względu na resztę, by trochę go zdyscyplinować?
- Sally, błagam - po tych słowach runął na ziemię i ukląkł przy mnie na kolanach, składając ręce jak do modlitwy. Zdębiałam.- Daj mi ostatnią szansę. Wiem, że jestem chujem, ale się poprawię!
Westchnęłam i podałam mu rękę. Nie umiałam być twarda.
- Podnieś się. No dobra. Ostatnią, ale masz farta!
Podniósł się i po tak długim czasie rozłąki, wpadliśmy sobie w ramiona. Nie mogłam postąpić inaczej, cały czas darzyłam go tym dziwnym rodzajem miłości.
- Kurwa, ja też cię kocham - wyszeptałam.- Ale nawet nie wiesz, jak mi wtedy było przykro..
- Wiem - odpowiedział, ale po chwili posmutniał.- Chciałbym ci to wszystko teraz wynagrodzić, ale kibel to chyba nie najlepsze miejsce. Choć lepsze niż siedzenie z tamtymi niańkami. Szkoda, że musimy tam wrócić.. Musisz mi pomóc. Błagam, nagadaj im coś, byle by się ode mnie odczepili. Nie chcę jechać do żadnego jebanego szpitala. Zwłaszcza w tym zjebanym kraju! Nie chcę by dotykał mnie jakiś jebany Angol-doktorek, który rano swoimi łapami dotykał pierdolonych jajek i kiełbasy!
Parsknęłam. Szczerze brakowało mi trochę tego naszego buntu. Po chwili jednak dotarła do mnie powaga sytuacji.
- Właśnie, co się z tobą dzieje?- zmartwiłam się, bo widziałam dziwne zachowanie chłopaka. Wszyscy je widzieli, wyglądał jak parodia kaleki.
- To nieważne.. Nic wielkiego, zajmę się tym, jak wrócimy do USA, okay?- chciał mnie chyba udobruchać. Nie miałam nastroju na prawienie kazań.
- No dobra - pocałowałam go szybko.- Ale uważaj na siebie. Czyli że teraz zachowujemy się tak jak przed kłótnią?
- Tak. Jak chłopak i dziewczyna.
Uśmiechnęłam się.
- Ty możesz być Alicją, ja będę Kapelusznikiem - uśmiechnął się delikatnie, nawiązując do Carrolla.
- To klasyk angielskiej literatury!
- A no tak, cofam to!
Tak naprawdę to jego wyraz twarzy nie był Słoneczkiem z ,,Teletubisiów", ale w obliczu wszystkich wkurzonych min, wyglądał jak uosobienie radości i beztroski.
Chwilę później gwałtownie szarpnął mnie za rękę i wypadliśmy z pomieszczenia.

*Andy*
Trochę dziwne wydawało się, że jeszcze przed chwilą ja i Sally nawet nie zwracaliśmy na siebie uwagi, a teraz trzymaliśmy się za ręce. Z drugiej strony mogło to trochę uspokoić moje ,,niańki".
Odprowadziłem swoją dziewczynę do jej przyjaciółki (której widocznie ulżyło, że ona jeszcze żyje), udając, że nie widzę pozostałych. Niestety oni zobaczyli mnie i już po chwili przyparował do mnie Jinxx.
- Andy, pozwól - odezwał się, jakbym był jakąś damą. ,,Jaka obrzydliwość cię znowu widzieć, szanowny kutafonie."
Mimo wszystko oddaliłem się z nim w stronę chłopaków.
- Czego chcesz?- rzuciłem z lekkim uśmieszkiem, licząc, że trochę go rozdrażniłem.
- Pierwszy raz to mówię, ale jestem z ciebie dumny, że ją przeprosiłeś - chyba chciał mnie poklepać po ramieniu, ale ten gest wydał mi się tak ohydny i ciotowaty, że odsunąłem się z odrazą. Moja radość zniknęła. Wszyscy pozostali cicho zachichotali, zwłaszcza Ash. ,,Odechce wam się, śmieszki.."
Zagotowałem się w środku, włącznie z płucami.
- Dobry chłopiec - prychnął.- Oby tak dalej.
Podszedłem do niego i przyłożyłem z liścia. Zatoczył się lekko do tyłu i chyba chciał mi oddać, ale Jake go zatrzymał.
- Coś mówiłeś?!- spojrzałem na niego z góry.
- Spierdalaj, psycholu!- odpowiedział.
- Ashley, Andy..- usiłował rozdzielić nas najstarszy, ale ja nie zamierzałem się teraz tam plątać. Prędzej czy później zeszłoby na temat mojego zdrowia. Zacząłem się oddalać, ale udało mi się usłyszeć ciche szepty, coś w stylu ,,Teraz mamy Sally".
,,To się nie zdziwcie"- pomyślałem i ponownie usiadłem pod ścianą. 

***
 
W końcu dojechaliśmy do hotelu. Był całkiem niezły na pierwszy rzut oka, choć tęskniłem za swoim pokojem i trochę obawiałem się, czy moi wspaniałomyślni najdrożsi wrogowie nie zapłacili komuś, by się tam włamał.
- Dlaczego nie mogę od razu pojechać do Danny'ego?- spytałem niezadowolony.
- Bo tutaj mamy cię pod kontrolą - odparł Pitts. Chyba już przestali maskować to, że według nich jestem nienormalny. ,,Czyli co, robicie mi wesołe wakacje w ośrodku zamkniętym?"
Łaziłem w kółko po dużym holu, czując się naprawdę podle. Marzyłem tylko o tym, by mieć na chwilę spokój i nie musieć przebywać w tak wielkiej gromadzie ludzi. Cieszyłem się, że jest noc i nie nękają nas żadni fani. W końcu usłyszałem komendę Jinxxa:
- Sally, Vicky, wy macie pokój oddzielnie!
Cholera.. Faktycznie, może moje towarzystwo by im trochę przeszkadzało, ale byłem chłopakiem Sally.  Dlaczego więc musiałem dzielić pokój z jakimiś facetami?
- A ja? Może dacie mi chociaż oddzielny pokój?- miałem roszczenia.
- Nie wygłupiaj się, we wszystkich trasach śpimy razem w pokojach, w busie też. Ale możesz być z Ash'em lub Christianem, jeśli chcesz.
Wzruszyłem ramionami, choć w rzeczywistości taki układ mi pasował. Mógłbym wybrać tego nędznego garotłuka i mieć spokój, ale jakoś nie miałem nastroju go straszyć, więc rzuciłem:
- Mogę być z Ash'em. Chyba, że ma mnie szpiegować.
Westchnął, bo sam wiedział, że tak czy siak nasza relacja na tym się opierała.
- Jak nie będziesz rozrabiał, to nie będzie o czym donosić.
Zaśmiałem się pusto.
- Mamma Jinxx, dowaliłeś.
Zmarszczył brwi, ale chyba nie miał mi tego za złe.
- Dobra, pogadamy jutro - powiedział oschle.- A w przyszłości w towarzystwie psychiatry.
- Spierdalaj, okej?- uśmiechnąłem się wrednie, ale on odwrócił się i odszedł do Purdy'ego. Szeptał coś do niego, jakby celowo co chwilę patrząc na mnie. Sam Ashley chyba nie był zbyt ucieszony tym, że ma robić za niańkę. Podszedł do mnie powoli i wycedził:
- Dobra, chodź, ale najlepiej się nie odzywaj.
,,Dziękuję za czułość i zachętę, kochany przyjacielu"- podziękowałem mu sarkastycznie w myślach.- ,,Oczywiste jest chyba, że jeśli traktujecie mnie w ten sposób, to ja wam odpłacam tym samym, hę?"
Wychodząc z recepcji, pocałowałem jeszcze Sally w czoło.
- Dobranoc - powiedziałem dość miło. Uśmiechnęła się.
- Dobranoc - odpowiedziała stając na palcach, by zrobić to samo.- Nie daj się.
- Andy, chodź!- ponaglał mnie basista.- Ja pierdolę..- dodał cicho.
Ruszyłem za nim do windy. Już się do mnie nie odzywał.
 
***
 
- O chuj ci chodzi?- zapytałem, gdy sprawdzał po ciemku Messengera. Ja siedziałem na balkonie, paląc papierosa. Tak, potrzebowałem tego. Chyba by się dobić.
- A jak myślisz?
- Nie wiem, rozumiem, że Jinxx i Jake mnie nienawidzą, a Christian się mnie boi, ale ty? Myślałem, że jesteś po mojej stronie.. - starałem się mówić w miarę opanowanym głosem.
- Serio, kurwa?! Jak można być po twojej stronie, spierdolino?!- oburzył się.- Dałeś mi dziś po ryju!
- To czemu mi kiedyś pomagałeś? Może nie zawsze ci wychodziło, ale chociaż próbowałeś.
- Próbowałem, ale mnie oszukiwałeś i wykorzystywałeś to, że jako jedyny uważałem tę całą akcję z niańczeniem cię za głupią i bezsensowną. Obiecywałeś, że się zmienisz, a potem wszystko powtarzałeś i powtarzałeś, a na końcu wyszło, że ja też jestem tym złym. Prawda jest taka, że to ty nienawidzisz nas wszystkich i chyba nie ma sensu, bym ci pomagał, no nie?!- wkurzył się.
- Nie nienawidzę cię, w sumie tego garotłuka też nie. Chodzi głównie o Jinxxa i Jake'a.
- Wiesz, zaczynam ich rozumieć - spojrzał na mnie z wyrzutem.- Jesteś jak dziecko, gdybyśmy ci dali luz, już dawno leżałbyś pod ziemią!
- Cholera, czy ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, co oni chcą mi zrobić?!- prawie krzyknąłem.- Chcą mnie ubezwłasnowolnić! Jakbym był jakimś niedorozwojem!
Walnąłem pięścią w jebany plastikowy stolik, prawie go rozwalając.
- Należy ci się - prychnął.- Tak jakbyś nie mógł się zmienić, ale nie, kurwa, duma ci nie pozwala! W ogóle skąd ten pomysł bycia totalnym psychopatą?! Jesteś serio pierdolnięty?! Chyba nikt ci nie każe?!
Westchnąłem, zaciągając się dymem.
- Nie każe, ale nie robię tego dla siebie..
Zaśmiał się pusto, co tylko mnie rozjuszyło.
- Co, wyimaginowany przyjaciel? Głos w głowie?
- Nie. Była prawdziwa. I nadal jest - odwróciłem głowę.
- Daj sobie już z nią spokój. Słuchaj, wiem, że bardzo ci na niej zależało, byliście w końcu prawie parą. Ale to było w 2006, czyli lata temu. Nie możesz przestać się na nas wyżywać? Nie zamordowaliśmy jej, sama się zabiła!
Poczułem jakby ukłucie w sercu na myśl o zwłokach ze zmasakrowanym brzuchem, całych we krwi i wyrazu przerażenia na twarzy. Jej oczy nadal na mnie patrzyły, zupełnie, jakby chciała mi coś powiedzieć. Ale czemu do dziś tego nie zrobiła? Dobrze tylko, że poinstruowała mnie, co robić, gdy zostanę sam. Do dzisiaj miałem gdzieś księgę, którą mi dała, ale niestety nie mogłem jej znaleźć, dlatego używałem kopii. Miałem nadzieję, że to nie wpływało na jakość oddawanej przeze mnie chwały.
- Dla mnie Lynn nigdy nie umrze. Mam nie pozwolić umrzeć pamięci o niej.
- Zresztą.. Kurwa, obaj byliście stuknięci! To chyba przez nią tak oszalałeś.. Widziałeś jej pokój?! A no tak, przecież ty, zjebie, z nią tam siedziałeś codziennie! Chuj wie, co wy tam robiliście! Już po tamtym zajściu powinni cię ubrać w kaftanik i wysłać do wariatkowa!
Nie wytrzymałem, rzuciłem się na niego. Chwyciłem go gwałtownie za górę od piżamy i podciągnąłem do góry.
- Nigdy, kurwa, masz już nie obrażać Lynn, jasne, kurwa?!
- Dobra, puszczaj, spierdolino! Mam nakablować do Jinxxa?! Przy okazji powiem mu, że całą noc paliłeś! I wtedy ubezwłasnowolnimy cię już jutro! Będziesz, kurwa, leżał jak roślina w szpitalnym łóżku, najlepiej przykuty, żebyś nie zwiał!
Cholera, miał mnie. Musiałem go puścić, bo tylko on znał szczegóły tego, co robiliśmy z moją najukochańszą, słodką przyjaciółką. Mógł mnie sypnąć w każdej chwili, choć kiedyś też się przyjaźniliśmy.
- Dobra, przepraszam. Emocje.
- Jak zawsze?- zmarszczył brwi.- Sally też przetrzepałeś tak, by się wyładować?
- Serio, nie chcę się z tobą kłócić. Proszę, wybacz mi. Naprawdę, nie chcę mieć spiny z każdym z was.
- I tylko dlatego to mówisz? Przy lepszej okazji znów będzie jak zawsze!
- Nie. Po prostu tęsknię za tym jak się przyjaźniliśmy, okay? Chcę by było po staremu, chcę z tobą rozmawiać, brać porady na temat randek i tak dalej - zdobyłem się na uśmiech.
Popatrzył na mnie i zapanowała dłuższa chwila milczenia.
,,Jaki piękny stek bzdur ci właśnie wcisnąłem, idioto. Łykniesz haczyk?"
- No dobra, mały kurwiu - uśmiechnąłem się pod nosem.- Na razie masz okres próbny. Jak nie będziesz się na mnie wyżywał, to zobaczymy..
- Dzięki!- zaśmiałem się pusto i delikatnie go przytuliłem. ,,Tylko, kurwa, nie pomyśl, że jestem gejem!"
Odsunąłem się szybko i rzuciłem:
- Idę do kibla.
- Żebym ci nie przyjebał za to, co mi dziś zrobiłeś.. Zmieńmy temat. W ogóle o co chodziło z tym dzisiejszym zachowaniem w samolocie?- zapytał już spokojniej.
Speszyłem się, bo domyślałem się, na co jestem chory. To była kwestia czasu, kiedy dopadnie mnie jakiś atak. Albo śmierć.
- Nie mam pojęcia - już chciałem się oddalić.
- Andy..
- Co?
- Jak będziemy w USA, to jako przyjaciel nie daruję ci tego szpitala. Bo nie chcę by było za późno.
Udawałem, że nie słyszę. Zamknąłem się w kiblu, by uniknąć jakiejś głębszej rozmowy. Może przydałaby się jakaś gadka, by jeszcze bardziej przekonać Asha do siebie, ale przecież go w końcu okłamałem.. Tak?
Nagle poczułem ostre ukłucie w piersi i aż osunąłem się na podłogę sycząc.
- Andy, wszystko w porządku?- usłyszałem zza ściany.
- Tak, poślizgnąłem się!- odpowiedziałem.- Hehe! Jebana woda!- kłamałem jak z nut.
Pochyliłem się, starając się zahamować dziwne uczucie, choć wiedziałem, że to niemożliwe. Czy to moje płuca powodowały ścisk? Czy może coś więcej?
Jakby na zawołanie organizm zaprzeczył i ból prześlizgnął się w inne zakamarki ciała, paraliżując moje ruchy. Leżałem na podłodze patrząc z przestrachem przed siebie. Bicie mojego serca przyśpieszyło, gdy przed moimi oczami zaczęła formować się kobieca sylwetka. Momentalnie ją rozpoznałem. Stanęła przede mną Lynn, tylko w innej wersji, niż ją znałem. Miała iście pusty wyraz twarzy, patrzyła na mnie jak zza mgły. Nie mrugała. Jej dolna warga opadała bezwładnie jak wszystkie kończyny. Ubrana była w białą szpitalną koszulę, a z jej brzucha zwisały wnętrzności. Dokładnie tak, jak zapamiętałem. Żyły na dłoniach nabrzmiały, a z małych rozcięć na skórze sączyła się krew. Czarne włosy opadały na wychudzone policzki, powodując, że prezentowała się dość nędznie. I upiornie w chuj.
Bezgłośnie poruszałem wargami, przypierając do ściany.
,,Nie bój się, tchórzu.."- powtarzałem sobie w głowie. Przełknąłem ślinę, nadal wpatrując się w nieprzytomnego ducha. Powoli wyciągnąłem rękę, cały czas obserwując reakcje, czyli w sumie ich brak. Poczułem się nieco pewniej. Chciałem dotknąć ducha, ale ubranie sparzyło mnie w rękę, sprawiając, że całkowicie przerażony upadłem na kolana. Poczułem powstające pęcherze na skórze. Po moich policzkach popłynęły łzy, myślałam, że moje serce zaraz wyskoczy ze swojego miejsca. Złożyłem ręce w błagalnym geście, bo najwyraźniej czekała mnie kara za coś poważnego.
- Nie podoba mu się to.
- Ale co?- brzmiałem tępo i czułem się jak zupełnie inna osoba. ,,Cholera, wiesz, o co chodzi! Czytałeś całą książkę!"
- Znienawidzi cię - nie zwracała uwagi na moje pytanie.- Znienawidzi cię.
Wpadłem w jeszcze większy strach. Jeśli on mnie znienawidzi.. To.. To co się ze mną stanie?! Będzie mną pomiatać jak zwykłym gównem?! Jak tymi nieświadomymi nędznikami?! Przecież tych męk nawet nie dało się opisać!
- Co mam zrobić, by go zadowolić?!- po moich policzkach pociekły łzy.
- Znienawidzi się. Nienawiść.. nienawiść.. nienawiść - powtarzała w kółko to słowo i spojrzała na mnie tymi zaćmionymi oczami.- Nienawiść. Śmierć - zaakcentowała ostatnie słowo.- Śmierć idzie, powoli, powoli, powoli.. Wślizguje się w nas, oh, jak przyjemna i słodka w swego bólu rozkwicie- zaczęła rzygać krwią i flakami.- Zabiera wszystkich: starców, dzieci, młodych, starych.. Kto nie dostrzega prawdy, zostanie ukarany.. Kto się nie stara, będzie skazany. Ból, ból, ból - zaczęła podśpiewywać. Kiedyś śpiewałem to razem z nią, ale teraz jej wysoki głos wydawał się taki upiorny.- On patrzy, on widzi, on zabija, on karze. Cierpienie ból, nienawiść, nienawiść, nienawiść..
Na chwilę przerwała, cisza potęgowała napięcie.
- Zbłądziłeś!- krzyknęła przeraźliwie, prawie eksplodując.
Zniknęła.
Każdy milimetr mojego ciała dygotał. Zamknąłem oczy i zacząłem bezgłośnie szlochać. Jeśli totalnie to teraz spieprzyłem, to jestem skończony na wieki. Na nieskończoność. Musiałem coś zrobić, cokolwiek. Ale co teraz? Właśnie pogodziłem się z Ashem, nie miałem serca, by teraz ponownie go obrazić. ,,Właśnie, powinieneś nie mieć serca, a ty się, kurwa, rozpraszasz!" Choć pewnie stwierdzono by mi zaburzenie dwubiegunowe czy coś w tym stylu.
Zbłądziłem. Naraziłem się na najgorsze, przez bezsensowną dobroć.
A Sally? Przecież ona była tak kurewsko podobna do Lynn, do tego nadal nie odkryłem do końca jej tajemnic. Może ona mogła mi jakoś pomóc?
Podniosłem się i obmyłem czerwoną twarz zimną wodą. Musiałem tam iść teraz, zaraz. I tak nie mógłbym zasnąć. W uszach dudniła mi upiorna melodia.
,,Nienawiść, nienawiść, nienawiść. Zbłądziłeś."

*Sally*
Akurat siedziałam na swoim łóżku, nie mogąc zasnąć. Nie wiem co, ale coś mnie trapiło. Jakiś niepokój. Vicky patrzyła na mnie, leżąc nieopodal, w jej oczach połyskiwały poszczególne łzy.
- Wiesz, kurewsko się cieszę, że im uciekłam. Wolałabym do nich nie wracać, ale to chyba niemożliwe.
- Nie mów sobie, że to niemożliwe. Niemożliwe jest możliwe. Siedzimy teraz razem w hotelu w Anglii ze znanym zespołem, by odebrać nagrodę muzyczną, pójdziemy na galę MTV! Do tego Andy mnie przeprosił.. To jest dopiero cud!
Istotnie, nadal trochę nie dowierzałam, ale tym razem miałam wrażenie, że naprawdę mnie potrzebuje. Nie miałam pojęcia, co się z nim dzieje, ale chciałam dać mu jakiekolwiek oparcie.
- No, trochę dziwne. Dla mnie też jest całkiem miły, z tego, co mi mówiłaś, myślałam, że będzie mnie nienawidził. Nawet myślałam, że cię pobił. Wiesz, to głupio brzmi, ale te wszystkie zadrapania..
- Nie, to wcale nie tak - zasymulowałam śmiech.- Wiesz.. emm.. Byłam z Carlem w lesie i się wywaliłam. Nieźle się urządziłam.
- Co robiłaś z Carlem w lesie?- uśmiechnęła się jak zboczeniec. Odpowiedziałam niemrawym uśmiechem.
- To Carly, znasz go. Debil, ale czarujący.
- Tak, tak, ja wiem, co jest grane!
Zaśmiałam się, ale po chwili zamilkłam. Wsłuchałam się w krople deszczu za oknem.
- Sally - poprosiła słodkim tonem.- Opowiedz mi bajkę!
Zachichotałam.
- Może być o dwóch wariatkach, które uciekły od złych lalek?
- Jak najbardziej!- ucieszyła się.
Już miałam zacząć mówić, ale nagle ktoś zapukał do drzwi. Momentalnie zesztywniałyśmy.
- Kurwa, kto to o tej porze?!- zapytała szeptem Victoria.- Co jak to jakiś pedofil lub zboczeniec?!
- Udawajmy, że śpimy!- zasugerowałam.- Choć.. dlaczego pedofil miałby pukać?..
Podniosłyśmy się, czując się jak debilki.
- Sally, to ja, Andy - doszło do moich uszu.
Odetchnęłyśmy z ulgą.
- Ja się tym zajmę, ty możesz iść spać. Dobranoc - pocałowałam ją w policzek.
- Dobranoc, wariatko.
Wstałam i chwiejnym krokiem ruszyłam do drzwi. Gdy otworzyłam, ujrzałam swojego chłopaka. Był ubrany tak jak w czasie podróży. Był tylko bardziej rozczochrany i nawet w tych ciemnościach zauważyłam wory pod oczami.
- Coś się stało?- spytałam cicho.
- A czemu niby miałoby się coś stać?- udawał wesołego, ale mu nie wyszło.
- Jest środek nocy. Średnio dobra pora na odwiedziny - zauważyłam ironicznie.
- Ale do ciebie chyba mogę przyjść, co? I tak nie śpisz.
Wyglądał tak żałośnie, że zniknęły moje wszystkie wątpliwości.
- Tak, ale może pogadajmy gdzie indziej - pokazałam gestem głowy na przyjaciółkę.
- Dobra, to chodź.
- Teraz? W piżamie?- popatrzyłam na swoją piżamkę składającą się z t-shirtu w kotki i szortów.
- Może być, nikt nie będzie nas oglądał.. Ale potrzebuję cię teraz - popatrzył na mnie jeszcze raz tymi niebieskimi oczami.
Zmarszczyłam brwi i podążyłam za nim. Znaleźliśmy się w nieoświetlonym korytarzu, który przywodził mi na myśl niemiłe rzeczy. Mianowicie rozległy biały korytarz psychiatryka. Wszystkie te sale, szczególnie numer 15.
- Gdzie idziemy?- spytałam, rozglądając się nerwowo.
Stanął i popatrzył na mnie, jakby dopiero uświadomił sobie, co kazał mi zrobić.
- Nie wiem.. Nie mam pojęcia. Ale chcę być z tobą gdziekolwiek. Boję się..
Potem zrobił coś, czego nie robił przez chyba jakiś rok. Podszedł do mnie i zwyczajnie mnie przytulił. Odwzajemniłam uścisk, czułam nierówne i pośpieszne bicie jego serca. ,,Czyli jednak coś tam masz, twardzielu!"
- Andy, powiedz mi, co się dzieje - zabrzmiałam strasznie czule. Usłyszałam ciężki oddech, nie tylko od papierosów, ale i od płaczu.- Nie mów mi, że wszystko jest okej.. Czego się boisz?
Chwycił moją twarz w dłonie i złączył nasze usta w pocałunku. Przelotnie dojrzałam strach w jego oczach, ale skupiłam się na wargach. Odwzajemniłam całusa, rozluźniając wszystkie mięśnie. W tej chwili miałam ochotę całkowicie zaprzeczyć grawitacji i lewitować z mężczyzną. Zniknął obskurny korytarz i poczucie stresu, w tej chwili pragnęłam skoncentrować się na chwili przyjemności.
Może nadszedł ten moment, gdy nasz związek nareszcie zacznie oznaczać coś więcej niż tylko fascynację? Może nadeszła chwila, by stał się bardziej... fizyczny? Nie mogliśmy tylko razem ,,czytać" siebie nawzajem. Choć może to, co działo się w tej chwili, otwierało jakieś drzwi, które wcześniej były niemożliwe do otworzenia?
Poczułam na sobie kościste, zimne place, które teraz wydawały mi się ciepłe i czułe mimo tego, że jeszcze niedawno bezlitośnie mnie okładały. Trochę zabolało mnie to wspomnienie, ale chyba miłość polegała na tym, by zaufać drugiej osobie i jej wybaczać. 
Bez wysiłku uniósł mnie, a ja oplotłam go swoimi nogami. Zaczęłam się podniecać, co było do mnie niepodobne. Ale co ja mogłam powiedzieć o sobie? Teraz byłam Sally Rogers, nie sobą. A on nawet nie znał mojego imienia.. Z drugiej strony ja niewiele wiedziałam o nim. O nim i o niej, co się z nią stało. A on nie wiedział, co stało się z moją siostrą. Ale czy to nam przeszkadzało? Wręcz przeciwnie. Może z biegiem czasu, otworzylibyśmy się dla siebie.
Poczułam coś mokrego na swoim policzku, ale to była raczej łza szczęścia, że mam przy sobie kogoś równie zwariowanego.
 
*Andy*
Czułem się tak dziwacznie, zupełnie, jakbym miał rozdwojenie jaźni. Z jednej strony byłem tu z Sally i chyba właśnie migdaliliśmy się na środku korytarza. Z drugiej cały czas czułem się przerażony słowami Lynn. Byłem rozdarty pomiędzy dwoma światami- cielesnym i duchowym. Chyba powoli wątpiłem w całą swoją misję, a to tylko pogarszało sytuację. Teraz musiałem zacząć wszystko od nowa. Musiałem wyrzucić z siebie całą radość i szczęście, które ostatnio mi się spodobały. Musiałem wrócić do zła, do ciemności i umartwiania się. I to było swojego rodzaju pożegnanie.
- Sally. Kocham cię. Wybacz mi, wybacz to wszystko.. Spieprzyłem wszystko od początku. Nie powinienem był zaczynać - zacząłem ryczeć i nagle obudziła się we mnie jakaś zakopana głęboko wrażliwość. Zawsze gardziłem uczuciami, a teraz byłem na skraju załamania nerwowego. Pękałem. Miałem ochotę tylko przykleić się do dziewczyny, połączyć się z nią i płakać z bezradności.
- Też cię kocham. Zawsze bez względu na wszystko będę cię kochać. Nawet, jeśli coś nas rozdzieli - powiedziała, a jej słowa idealnie wpasowały się w sytuację, jakby wiedziała, co się dzieje.- Ale nie chcę by było to.. no wiesz, najgorsze. Jak to, co stało się z twoją dawną bliską osobą.
Spojrzałem jej w oczy, już myślałem, że zapomniała. Po co ja ją w to wplątałem? Po co zdradzałem jej swoje mroczne sekrety?
Chwyciłem jej twarz mocno w dłonie.
- Nigdy na to nie pozwolę. Jeśli tobie coś się stanie, to mi też. Ale nie na odwrót, jasne?
Skinęła głową.
Wyprostowaliśmy się i zapadła cisza. Spoglądaliśmy na siebie, oświetlani delikatnym blaskiem księżyca zza okna.
- Może na dzisiaj bez pytań.. Przepraszam, ale po prostu wiem, że tak będzie lepiej dla ciebie - pocałowałem ją ostatni raz.- Lepiej zbytnio się mną nie przejmuj. Po prostu bądź.
Przywarła do mnie, a ja ścisnąłem jej kruchą osóbkę. Zagryzając wargę, wpatrywałem się w pustkę.
 
 
***
 
Resztę nocy nie zmrużyłem oka. Spędziłem ją paląc na balkonie, starając się zamęczyć swój organizm. Ashley nie odzywał się, nie wiedziałem, czy nas nie słyszał. Właściwie nawet nie byłem pewien, w którym miejscu na korytarzu się ,,kochaliśmy".
Cholera, nie poznawałem siebie, powinienem pogardzać tym słowem!
Cały czas płytko oddychałem, nie mogłem uporządkować bajzlu w swojej głowie.
Dzisiaj miałem zamiar wyrwać się do Danny'ego, by spędzić jakiś ,,męski" dzień. Nie miałem nastroju, ale liczyłem, że to przywróci we mnie jakiś bunt. Zresztą reszta pewnie poszłaby zwiedzać miasto.
Ashley poszedł na śniadanie, ale ja nie mógłbym niczego przełknąć. Poza tym czułbym się taki ,,dobry", wpierdalając jakieś zasrane kanapeczki. Aktualnie leżałem na łóżku, gapiąc się w sufit, gdy do pokoju, niczym jakieś gestapo, wparowali Jake i Jinxx. Nie wyglądali na zadowolonych, zresztą jak zawsze. Zamknęli za sobą drzwi tak, jakby chcieli, by nikt nas nie słyszał. Stanęli nade mną, krzyżując ręce.
- Dobra, co się z tobą działo?- zapytał Jinxx, marszcząc brwi.
- Co ma się niby, kurwa, dziać?!- warknąłem oschle.
- Ash twierdzi, że poszedłeś na bardzo długo do łazienki i wydawałeś dziwne odgłosy, kaszlałeś i dusiłeś się. A do tego palisz więcej niż zwykle - niestety na stoliku nocnym leżała otwarta paczka Marlboro.
- Co wam jeszcze ten skurwiel powiedział?!- wkurwiłem się, bo myślałem, że teraz Purdy jest po mojej stronie.
- Po pierwsze nie skurwiel, bo się o ciebie martwimy..- chciał się usprawiedliwiać Ferguson, ale podniosłem się, pokazując mu środkowy palec. Już chciałem wstać, by rozprawić się z Ash'em, ale Pitts złapał mnie za rękę, przyciągnął do siebie i dał mi z liścia. Zatoczyłem się, przez chwilę widząc gwiazdki przed oczami. Drugi gitarzysta chyba też się nie spodziewał. ,,Czyżby nowe formy dyscypliny? Zaostrzony rygor?"
- Do tego bredziłeś coś sam do siebie. Pogódź się z tym, że jesteś pierdolnięty!- zdenerwował się.
- Jak ja cię, kurwa, stuknę!- aż zaczerwieniłem się z wściekłości i oddałem mu z pięści. Gdy poczuł się oszołomiony, dołożyłem mu mocniej i powaliłem go na ziemię. Zacząłem okładać go z całej siły, próbowałem nawet użyć stojącego nieopodal krzesła. Już chciałem uderzyć jego głową o ostry kant biurka, ale starszy złapał mnie za włosy i odciągnął do tyłu.
- Ja pierdolę, ogarnij się choć na te kilka dni! Mogę ci, kurwa, obiecać, że wytrzasnę ci skierowanie do psychiatryka i jeszcze nie będziesz miał prawa się sprzeciwić. I wtedy ci, kurwa, nikt nie pomoże. Nawet, jakbyś mnie błagał na kolanach!
Wyrwałem się i pośpiesznie wybiegłem, nawet nie udzielając innym odpowiedzi. Wyciągnąłem telefon w celu zadzwonienia do kumpla.
 
***
 
- Jak to, kurwa, nie możesz?! Robisz sobie jaja, zaraz mnie zabiją!- wydarłem się na Danny'ego.- Właśnie brutalnie skopałem Jake'a, jak się wkurwi jeszcze bardziej, to może i wezwie jebane psy!
- Gnoju, nie ma mnie w mieście, mówiłem ci! Było zadzwonić wcześniej! A.. no i jebać psy!
Westchnąłem.
- Będziesz jutro?- zapytałem spokojniej.
- Wpadaj, mały gówniarzu.
- Jesteś o rok starszy, kurwiu!
- A jebać - rozłączył się.
Nasze rozmowy zawsze tak wyglądały, zwykle jeszcze parodiowaliśmy tych wszystkich kretynów. A teraz byłem na nich skazany. Choć w sumie mógłbym się gdzieś wyrwać z Sall.
Ruszyłem przez korytarz, wymijając dziwnie patrzącą na mnie sprzątaczkę. Chyba właśnie sprzątała drobny bałaganik, który po sobie zostawiliśmy w nocy. Zdrapywała coś białego ze ściany, co raczej nie wyglądało na brytyjską jajecznicę. Cieszyłem się, że w hotelu nie ma kamer.
 
***
 
*Sally*
Vicky i ja wstałyśmy wyjątkowo wcześnie. Mimo że powinnam być zmęczona, to jednak czułam się wyjątkowo ożywiona i nie mogłam się doczekać dzisiejszego dnia. Vicky była bardziej nerwowa, ponieważ jej rodzice mogli już zauważyć, że ich córka zniknęła. Jednocześnie cieszyła się, bo dzisiaj planowaliśmy zwiedzać Londyn- miasto jej marzeń. Na śniadaniu pytałam Asha, co robi reszta. Mieli iść na jakiś tam wywiad i sesję zdjęciową. Miałyśmy więc wolną rękę. Zapakowałam do torebki mapę i przewodnik, byśmy mogły urządzić sobie wspólny dzień.
Czekając na przyjaciółkę, odnalazłam swoją komórkę. Zaczęłam przeglądać wiadomości, odpisałam na pokemoniaste szyfry Carla i parę normalniejszych wiadomości Alice i Robbie'go. Niechętnie też udzieliłam odpowiedzi Sammi, ale nie miałam nastroju rozmyślać na temat nierównego wkładu w naszą ,,przyjaźń". Nagle dostrzegłam, że napisał do mnie Oliver. Mimo że nie byłam fanką jego zespołu, to czułam się całkiem zaszczycona, że taka gwiazda pisze SMS-a szarej myszki jak ja. Przeczytałam jego treść:
,,Słyszałam, że jesteście już w Londynie. Jak tam podróż? :)"
Odpisałam:
,,Tak, podróż całkiem oki. A jak tam odczucia przed MTW? ;)"
,,W sumie to nie stresujemy się.. No wiesz. W ogóle możesz zadzwonić?"
Nacisnęłam zieloną słuchawkę. Od razu odebrał.
- O co chodzi?- spytałam.
- Hej - odezwał się z tym angielskim akcentem.- Co dziś robisz?
Poczułam się zdziwiona. Może byłam przewrażliwiona, ale chyba nie zamierzał się ze mną umawiać?
- A czemu taki gwiazdor pyta?
- Ej, daj spokój.. Żaden gwiazdor..
- Dostajesz nagrodę MTV i się jeszcze pytasz?
- No dobra. Ale nie nazywaj mnie tak. Gdyby nie ty, Andy na pewno zostawiłby mnie w tym lesie. Albo by mnie zamordował i znaleźliby moje zwłoki.
Zastanowiłam się. Prawda.
- Mam ci znowu uratować tyłek?- zażartowałam.
- Nie. Moja dziewczyna, Hannah, chce cię poznać.
Kolejny szok.
- Dlaczego?
- Błagam, nie zadawaj tyle pytań! To chyba normalne, co nie? Po prostu spotkamy się na kolacji jak grupka kumpli i pogadamy!- przekonywał.- To jak?
- Nie no, spoko, mogę iść. Tylko wiesz.. Andy.. To będzie wyglądało trochę dziwnie, gdy pójdę do ciebie na kolację. Pomyśli, że my..- urwałam, bo wiedział, o co chodzi.
Westchnął.
- Nienawidzi mnie, ale.. weź go ze sobą. Tak będzie bezpieczniej.
Trochę zaniepokoił mnie ten pomysł. Ale może mogłabym jakoś pogodzić Oliego i Biersacka?
- Spróbuję go przekonać. A jeśli nie pozwoli mi iść i się obrazi?- powiedziałam z ironią.
- To ucieknij sama. Inaczej Hannah mnie zabije.
- No dobra, to jednak przyjdę.
Podał mi godzinę i adres swojego domu*.
- Zatem w sumie po raz drugi uratuję ci dupsko.
- Ostatni raz. Dziękuję.
Rozłączył się, jak na zawołanie przez drzwi wparował Andy. Wyglądał na wściekłego, a na czole rysował mu się spory siniak.
- Nie pytaj - poprosił na wstępie. Podszedł i uścisnął mnie, jakby nie widział mnie od dawna.- Co dzisiaj robisz?
Znowu mówił szybko i nerwowo, ale starałam się nie zwracać uwagi.
- Idę z Vicky zwiedzać miasto. Wiesz, babski dzień - zaakcentowałam ostatnie słowa. Kochałam go, ale nie chciałam, by stresował przyjaciółkę.
- To kiedy znów będziemy razem?- zapytał. Westchnęłam i nieśmiało zaczęłam:
- Sykes zaprosił nas na kolację. Jego dziewczyna chce nas poznać.
Wzdrygnął się na sam dźwięk nazwiska i chyba miał ochotę mi przyjebać.
- Nigdy w życiu, kurwa, nie pójdę do tej meliny!- starał się opanować.- Nie ma, kurwa, opcji, niech się chuj wypcha!
Zmarszczyłam brwi, bo wiedziałam, jak go nakłonić.
- Trudno, pójdę sama.
Wkurzył się jeszcze bardziej, ale stopniowo złość ustąpiła z jego twarzy.
- Niech ci będzie, Sall, ale chcesz mnie zabić. Jeśli myślisz, że będę siedział przy stole pod krawacikiem i wpierdalał fasolkę w pomidorach, to się grubo mylisz.
Zrobiło mi się trochę żal, ja też nie miałabym ochoty przesiadywać przy stole ze swoim wrogiem. Jednak skrycie marzyłam, by dowiedzieć się, co tak podzieliło dwóch mężczyzn.
Uśmiechnęłam się zadziornie, a wtedy Victoria wyszła z łazienki.
- W czymś przeszkodziłam?- zapytała nieśmiało, osłaniając się szlafrokiem.
- Nie, w niczym. Szykuj się, zaraz idziemy na miasto!- rzuciłam do niej i pocałowałam swojego chłopaka, pokazując mu gestem głowy drzwi.

*Andy*
Wyszedłem na korytarz i gdy drzwi się zamknęły, walnąłem w ścianę obok z całej siły.
O niczym innym nie marzyłem bardziej, niż o siedzeniu z tym kutasem! Złamałem się tylko dlatego, że nie chciałem, by Rogers szła tam sama. Mógł jej zrobić to samo, co mi, a może i coś gorszego, była w końcu delikatną dziewczynką.
Wręcz gotując się w środku, zacząłem obmyślać plan, jak przeobrazić to spotkanie w pożyteczne dla siebie. Zabić go? Może otruć?..
Czułem się okropnie.
 
***
Oto powracam. CZAS, CZAS, CZAS, pożyczy ktoś? W sumie to chyba wyszło nieźle. Nwm, możecie oceniać. W sumie to się stęskniłam ♥




piątek, 9 września 2016

Rozdział 19: ,,Uratuj nas"


*Sally*
 Obudziłam się. Dopiero zaczynało świtać. Całą noc spędziłam leżąc na zimnej ziemi. Chyba się przeziębiłam, nie czułam się dobrze. Właściwie to trudno było nawet powiedzieć, czy leżenie w takich warunkach można było nazwać snem. Cały czas się przewalałam, dużo myślałam. O tym, co mnie spotkało i czy to się stanie jeszcze raz. Doszłam też do wniosku, że przecież nie mogę się tak pokazać Carlowi. Zaniepokoiłby się, to chyba logiczne. Całą twarz miałam pooraną, nie dało się tego ukryć. Nie chciałam kłamać, zresztą jak? Nie powiedziałabym, że poddałam się skaryfikacji. Postanowiłam więc, że mimo wszystko.. wrócę tam. Inni chyba nie pozwolą, by Andy powtórzył swój czyn. Bo raczej domyślą się, że to on.
Nie czułam się bezpieczna. Moje życie zamieniło się w jeden wielki bajzel, którego za cholerę nie udawało mi się zrozumieć i uporządkować. Z jednego nieszczęścia wplątałam się w drugie, chyba jeszcze gorsze.
Podniosłam się i nałożyłam bluzę, która w nocy służyła mi za okrycie. Przeczesałam palcami splątane włosy. Na palcach podeszłam do kranu na tyłach domu, gdzie ogrodnik podłączał wąż. Odpięłam go i nabrałam trochę wody na dłonie. Zaczęłam zmywać krew i okropny rozmazany makijaż. Musiałam się jednak streszczać i po chwili czmychnęłam. Wszyscy mieszkaliśmy raczej w spokojnej dzielnicy Los Angeles i około 5-6 (jak szacowałam) rano wiele osób się tu nie szwendało. Do tego ja i tak nikogo nie znałam, więc na pewno nikt nawet nie zwróciłby uwagi. Na wszelki wypadek założyłam kaptur i choć umierałam z głodu i wycieńczenia, to szłam całkiem szybko.
W końcu niespostrzeżona dotarłam do odpowiednich drzwi i wślizgnęłam się do budynku. Chyba wszyscy zebrali się na górze. Pobiegłam do kuchni i rzuciłam się do lodówki. Po kolei brałam do ust wszystko, co tam było. Nawet nie czułam smaku, chciałam po prostu zaspokoić głód.
Nagle usłyszałam czyjś głos:
- Co się stało?
Niemal podskoczyłam. Odwróciłam się i ujrzałam za sobą Olivera. Odetchnęłam z ulgą.
- Uff, to tylko ty..
- Czemu się wystraszyłaś?.. Myślałaś, że to..?- nie dokończył, ale wiedziałam, o co mu chodzi.
- Nieważne..- speszyłam się. Przez chwilę panowała cisza, po czym zaczęłam, by jak najszybciej zmienić temat:- Em.. Może Zapoznać cię.. was z Carlem?
Wzruszył ramionami.
- Okej, jasne. Emm, i tak musimy trochę poczekać.
Wtedy usłyszałam kroki. ,,O kurwa, Andy.."
Nie odzywałam się, Oli też zesztywniał. Od razu omiótł nas morderczym spojrzeniem, zupełnie, jakbyśmy to my wyrządzili mu krzywdę. Zmiękły mi kolana, zrobiłam krok w tył. Oli stanął przede mną, choć nie wydawało mi się, by zamierzał mnie bronić. Sam się zakołysał i wlepił wzrok w podłogę.
- Łapy przy sobie..
- Ale my tylko.. - chciał odpowiedzieć Oli, ale oczywiście bez skutku.
- Zamknij się - przerwał mu Biersack.
No i istotnie, zamknęliśmy się. Nawet nie próbowaliśmy nic mówić. Zamurowało nas jak jakieś manekiny, ale tego właśnie chciał Andy. Zirytowała mnie ta cisza pełna napięcia, więc poszłam wziąć prysznic i się przebrać.

*Andy*
- I co, podoba ci się? Rączki świerzbią?- spojrzałem na tego cholernego Angola.
- Andy, proszę się..- chciał zacząć, ale mu przerywałem:
- Taa, wziąłbyś ją i tak..
- Mam dziewczynę - udało mu się wtrącić. Zdziwiłem się.
- Co, uległa ci? Ile jej zapłaciłeś? Już ją..
Tym razem on mi przewał:
- Traktuję ją o niebo lepiej niż ty Sally. Naprawdę jej współczuję. I powinienem..
Zaszedłem go od tyłu, a po chwili mój ramię owijało jego szyję. Przycisnąłem mocniej, a on kaszlnął. Zaczynał się robić czerwony.
- Jeśli komukolwiek o tym piśniesz, to nie żyjesz - zagroziłem i nie żartowałem.
- A jeśli pisnę, to ty nie żyjesz..
Wykonałem następny chwyt. Chwyciłem go za gardło i przycisnąłem do ściany. Byłem wyższy o prawie 10 centymetrów, więc czułem przewagę. Zastanawiałem się, czy na serio go nie udusić.
- Ja mówię poważnie. Jeśli powiesz chociażby swojej cholernej matce. Zapierdolę ciebie, tę dziewczynę, twoją rodzinę, wypatroszę twoje kundle. A ciebie spalę w ofierze.
Rozmarzyłem się. Zauważyłem, że już naprawdę niewiele brakuje, by zdechł. Spojrzałem na niego z satysfakcją, ale zrezygnowałem. Puściłem, nie chciałem go jeszcze mordować, tylko napuścić mu stracha. Nie odzywał się więcej. I dobrze. Popchnąłem go, gdy zagradzał mi drogę do lodówki. Musiałem jednak przystopować z poniżaniem go, bo wszyscy zaczęli schodzić na dół. Ci jebani Anglicy nawet nie zdawali sobie sprawy, z tego, co się tu działo. Gorzej już z naszymi, patrzyli na mnie z powagą. W ogóle poza pierdolonymi śmieszkami z UK nikt się nie uśmiechał. A kto kroczył na końcu pochodu? Sally. Właściwie wcześniej nawet się jej nie przyjrzałem. Emm.. Chyba trochę przesadziłem. Miała rozciętą wargę i wyraźnie podbite oko. Założyła bluzę z długim rękawem, choć wcale nie było tak zimno. Włosów nie spięła w kucyk jak zwykle, tylko spuściła je na twarz. Bardzo przypominała mi ją.. Lynn. Wyglądała ponuro i tajemniczo. Tylko trochę bardziej nędznie..
,,Nie masz prawa się rozklejać!"- skarciłem siebie w myślach.
Dziewczyna usiadła na kanapie i włączyła telewizję. Chyba nie chciała się wszystkim pokazywać. Jinxx, Jake, CC i Ash ustąpili miejsca gościom. Krzątali się tam, gadając z tym swoim nadętym akcentem. Ja nigdy z nimi nie jadłem. Tylko dziś uległem, by móc obserwować Sykesa. Chciałem, by czuł się nieswojo. Zresztą.. Wszyscy, którzy mnie znali to wiedzieli. Choć tym pojebom mogło wydawać się dziwne, że jem zimnego kotleta na śniadanie. Choć jeśli u siebie jedli kiełbasę i kupę innego świństwa.. A no tak, Oliś przecież nie krzywdził zwierzaczków. Ciota.
- Sally, wszystko ok?- zapytał Ashley, widząc skuloną drobinę.
- Jasne, wszystko super - odwarknęła dość sarkastycznie. Tak naprawdę to prędzej była smutna.
Chłopak nie był takim idiotą, że chyba zorientował się, że to moja wina. Posłał mi mordercze spojrzenie. Potem zaczął coś mówić do Bring Me The Chujrajzon. Nasłuchiwałem.
- Wy też zostaliście nominowani do MTV Awards?- zapytał. ,,Czyli zostaliśmy nominowani?"
Ostatnio jakoś mało zwracałem uwagę na sprawy zespołu.
- Tak - odpowiedział Matt.- Jeśli będziecie potrzebować noclegu w UK, to zapraszam!
,,Hehe, uśmiałem się.. Najlepiej u Sykesa, żeby mnie.."
- Jedziecie do UK?- spytał ten kutas.- Kiedy?
- Za dwa tygodnie - Jake popatrzył na mnie.
,,Nigdy!"
Wolałbym już nie dostać tej cholernej nagrody.. Choć.. Przynajmniej wpadłbym do Danny'ego. Załatwilibyśmy Srajksa.

***

*Sally*
Przez jakąś dobrą godzinę bez sensu wpatrywałam się w telewizor, oglądając jakiś film, na którym w ogóle nie mogłam się skupić. Słuchałam o wyjeździe do UK. Z jednej strony to chętnie bym gdziekolwiek pojechała. Ale chyba wiedziałam, jak to będzie wyglądać. Andy będzie robił sceny. Chociaż może nie tam. Albo przynajmniej nie publicznie.
O ile w ogóle zabiorą mnie ze sobą. Z drugiej strony fajnie by było pobyć w domu samej. Może udałoby mi się wejść do pokoju Andy'ego? Już wiele razy brałam różne klucze, ale żaden nie pasował do tych drzwi.
Dobra, wiedziałam, że to mi się nie uda.
Nagle usłyszałam nad sobą głos Olivera.
- Emm.. To może pójdziemy do tego Carla?
- O, tak, jasne. Chętnie - uśmiechnęłam się krzywo.
Wstałam z kanapy, nic nie mówiąc na głos. Podeszłam tylko do Christiana, bo wydawał się najprzyjaźniejszy.
- Idziemy do Carla - szepnęłam.
- O-ok..
Trochę jakby skradając się, opuściliśmy dom. Dopiero, gdy znaleźliśmy się na ulicy, udało się nam wyluzować.
- Przepraszam za Andy'ego..- powiedziałam na wstępie.
- Nie.. Nie przepraszaj, to nie twoja wina.. Znam go - wypowiadając każde słowo się peszył.- Wiesz, to skomplikowane. Może lepiej o tym nie rozmawiajmy.
Zaciekawiło mnie to. Co takiego Oliver mógł zrobić Andy'emu? Pobić go? Przecież faceci się tak tym nie przejmują! Zwykle po prostu dają sobie w twarz i jest po sprawie! Carl i Robbie zawsze tak robili i mimo specyficznej relacji, przyjaźnili się. Nawet ja nie przejęłam się aż tak strasznie pobiciem mnie.
Właśnie.. Może z nim było bardziej jak między mną i moim ,,chłopakiem"? Może tak na prawdę nic nie zaszło, a Sykes po prostu zirytował Biersacka jakimś szczegółem? Coś źle powiedział?..
- Wiesz, Andy na ciebie nie zasługuje.. Jesteś dobrą dziewczyną - wyrwał mnie z zadumy.- Wiesz, wiem, co się stało.. Przykro mi, naprawdę. Moim zdaniem powinnaś z nim zerwać. Czemu nadal z nim chodzisz?
- To skomplikowane. Bardzo.
Nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia.
- Wiesz, może o tym też nie gadajmy- przerwałam, bo czułam, że ma rację, a jednocześnie moje serce podpowiadało coś innego. Nie mogłam tylko powstrzymać jednego:
- Ale.. Jeśli byłeś świadkiem, to czemu nie reagowałeś?
Wpędziłam go w zakłopotanie. Trochę się zdenerwowałam.
- To skomplikowane. Może lepiej nie rozmawiajmy o Andy'm..
- Tak. Tak będzie lepiej.
Chrząknął i znów się spięliśmy.
- W każdym razie Carl jest zupełnie inny - uśmiechnęłam się, gdy stanęliśmy pod drzwiami rezydencji Cowardów. Zastukałam w drzwi. Usłyszałam za nimi radosne śmiechy. Od razu zorientowałam się, że czekają na nas też Rob i Ali. Po chwili w progu pojawił się, aż duszący się ze śmiechu, ,,Panicz". Obwiesił się najróżniejszymi bransoletkami i jak to on mówił ,,dzyndzolkami". Miał na sobie fioletowy t-shirt z kotem-ninją, nabardziej obcisłe gacie, jakie miał i kapcie-króliczki. Praktycznie wpadł mi w ramiona, śmiejąc się i nie mogąc przestać. Rzucił spojrzenie na wokalistę ulubionego zespołu. Gwałtownie zatrzymał się i spoważniał. Skamieniał. Wyprostował się, wytrzeszczył te swoje wielkie czarne paczadła i otworzył usta. Gapił się na zakłopotanego idola, nie mówiąc słowa. Po paru głuchych sekundach odepchnął mnie i padł na kolana przed muzykiem, chwytając go za nogi.
- O, Oliverze Sykesie Wielki, witaj w moich skromnych progach! Udziel mi tylko błogosławieństwa!
Oli zaśmiał się, kładąc rękę na głowie Karolka, który wyglądał tak nędznie, ale i szczęśliwie.
- Doznałeś błogosławieństwa, synu - wybuchnął śmiechem ,,święty".
- Możesz pocałować pannę młodą!- skomentowała jak zawsze piękna Alice.
- O Boże, jestem ateistą, ale co tam! Od dziś jestem prawowitym wyznawcą Sykesizmu!- począł całować stopy zakłopotanego ,,bóstwa".
- Zdradzasz mnie!- Parker udawał focha. Dostał kuksańca w żebra od swojej dziewczyny.- No dobra, pozwalam.
Wtedy Carrie wstał i rzucił się na Olivera.
- Oli, kocham cię. kocham cię, nie opuszczaj mnie, kocham cię, jesteś najpiękniejszy, najmądrzejdzy, kocham cię, najcudowniejszy, najśliczniejszy, najsłodszy, kocham cię!- nie mógł skończyć.- Nie wierzę w to! Jeśli to sen, to to jest najśliczniejszy sen, jaki kiedykolwiek miałem, kocham cię!
Nie dawał idolowi dojść do słowa, ale ten miał praktycznie łzy od śmiechu w oczach.
- Jak nie przestaniesz, to zleję się w gacie ze śmiechu!
- O matko naturo, proszę bardzo, to będzie zaszczyt! Możesz nasikać na mnie! Spełnisz kolejne marzenie! A jeśli nie, to chociaż oddaj mi bokserki!
- On tak zawsze?- zwrócił się do mnie wesoły Anglik. Cieszyłam się, że poprawiłam mu nastrój.
- Tak.. Ale za to go kochamy!
- Nie dziwię się, masz charyzmę, Carl - popatrzył na fana.
- Dziękuję, panie! Wytatuuję to sobie! Na.. na twarzy.. Największą czcionką! I na swojej twarzy wytatuuję sobie twoją twarz, a z tej twarzy będzie wychodził taki dymek z tymi słowami!
- Hannah może ci wytatuować..
- O właśnie, mogę być świadkiem na ślubie? Albo chociaż druhną?! Albo chociaż pozwól mi sypać kwiatki! W ogóle możecie mnie adoptować, rodzice się zgodzą!
- Pogadam z Hannah'ą. Nie planowaliśmy dzieci, ale powinna być zadowolona.
- Dziękuję, dziękuję! Mogę ci mówić tato? A teraz zapraszam! Mam się położyć na ziemi byś mógł po mnie przejść?!
- Niekoniecznie, ale zjadłbym coś.
- Oczywiście! Zaraz zawołam kucharkę, by ci przyrządziła, co tylko chcesz..- bełkotał Kot, obskakując gościa.- Jaką kuchnię lubisz: azjatycką, włoską, meksykańską, francuską?!
- Myślałem raczej o chipsach..
- Tak, oczywiście, chipsy! Jaki smak?! Może herbaty?!- wciągnął biednego Oli'ego do środka.
- Znalazł sobie ofiarę - zauważyli zgodnie Robbie i Alice.- To porwanie w jego stylu. Skończył się dla Olivera czas wolności.
Pobiegłam za nimi. Zauważyłam, że brakuje mojej najlepszej przyjaciółki.
- Nie ma Vicky?- spytałam.
- Nie przyszła dzisiaj, źle się czuje.. Wiesz, damskie sprawy - mrugnęła do mnie Tisdale.
- O.. Szkoda.
- Choć ostatnio była ogólnie małomówna. Może z nią pogadaj?
- Tak, tak zrobię.
Czułam, że coś się stało. Coś poważnego. Victoria nie wydawała się być typem człowieka, który otwarcie mówi o swoich problemach, ale z byle powodu też nie odcinała się od świata. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, bo ostatnio nawet nic do niej nie napisałam. Zapomniałam, że jako przyjaciółka też mam jakieś obowiązki.
Miałam nadzieję, że jej nie stracę, bo naprawdę mi zależało. Choć oczywiście jak zwykle tego nie okazałam. Powinnam pójść do niej teraz, ale niegrzecznie było zostawiać Olivera u praktycznie obcych mu ludzi. Wyciągnęłam komórkę i szybko wystukałam:
,,Wpadnę za jakieś 3 godziny. Przepraszam, że nie pisałam.."
Nie odpisała, na pewno czuła się rozczarowana. I smutna, bo praktycznie tylko mi zależało na niej do tego stopnia.
Szlag, to pojęcie o własnej obojętności zepsuło mi chwilowy przypływ radości.
Grupka kumpli podeszła do mnie z miską chipsów, a ja, jakby nieobecna, podążyłam za nimi na górę, cały czas będąc myślami totalnie gdzie indziej.
- Pokażę ci moją świątynię, którą dla ciebie postawiłem.
- Nie wiem, co mnie jeszcze zaskoczy.
Wparowaliśmy do miejsca kultu Cowarda. Wokalistę BMTH aż chyba zatkało, gdy ujrzał ten cały merch. Jego reakcja była podobna do mojej. Chyba nawet oficjalna strona zespołu nie miała wszystkich tych rzeczy w ofercie.
- Wydałeś na mnie fortunę!
- Naturalnie, wasza miłość. Dzisiaj nawet ja, jako piękny książę, prawie król, się uniżam - ukłonił się komicznie.
- Mów mi Oliver, nie musimy się bawić w pana i niewolnika.
Znowu został wyściskany. Zaczęła się rozmowa, która kręciła się głównie wokół zajebistości Oli'ego, ale i tak była przyjemna. Mimo to w mojej głowie cały czas była Victoria Mary Summers.

*Andy*
- Posłuchaj..- zwrócił się do mnie, jakże uprzejmy, Jinxx, popychając mnie na ścianę, o którą obiły się moje wystające kości.- Na wyjeździe masz się nie wygłupiać. Zero narkotyków..- zaczął wyliczać na palcach, jakby tłumaczył to dzieciakowi.
- Niby jakich?
- Daj spokój, masz siniaki i nakłucia na rękach i rozszerzone źrenice! Po drugie.. żadnego: chlania, bójek, ucieczek, targnięć na własne życie, poniżania Sykesa, rasizmu, głośnych uwag..
- Dorzuć jeszcze zakaz deptania trawników, co?- skwitowałem z ironią.
- Na pewno zakaz szczania na nie..
- Dobze, mamusiu, będę gzecny- wycedziłem dziecięce słowa z jak największym jadem.
Wyrwałem się z uścisku, dotykając obojczyków. Już chciałem odejść, ale mnie zatrzymał.
- I jeśli jeszcze raz zobaczę jakikolwiek krwotok z nosa, rzyganie, jeśli jeszcze raz zemdlejesz albo nawet będzie ci słabo- idziesz do szpitala, nawet jakbym miał cię tam targać za kudły. Jesteś chory nie tylko na głowę i wszyscy to wiedzą!
- Dziękuję za tę troskę!- krzyknąłem gwałtownie. Odsunąłem się jak najdalej. Skuliłem się, dotykając sterczących żeber.
Nie wiem dlaczego, ale nagle niemiła atmosfera się ulotniła, a mężczyzna zmienił ton.
- Martwimy się. Wszyscy. My, rodzice.. i Sally. Może chociaż dla niej?
Zawahałem się, ale opanowałem jak najszybciej.
- Nie złapiesz mnie na uczucia. Ja nie mam uczuć.
Jedyna osoba, dla której zrobiłbym wszystko umarła. I ja też powinienem umrzeć. A czułem, że ten wyjazd może być moim końcem.
- I tak cieszę się, że jedziesz.. Bez względu na wszystko.
,,Masz jakieś nowe podejście psychologiczne? Co ty taki milusi i troskliwy nagle?"
Odwróciłem twarz, wzbudzając wręcz szatańskie spojrzenie. Podszedłem do chłopaka i przysunąłem twarz do jego ucha.
- Zgotuję wam piekło - wyszeptałem.- To będzie najgorsze parę dni w waszym życiu.
,,To będzie zemsta. Zemsta na wszystkich za wszystko. Zemsta na świecie. Zemsta na tym, kto odebrał mi mój skarb."
Wyszedłem, pozostawiając lekko niespokojnego Fergusona przy schodach.

*Sally*
Gdy przebrnęłam przez te parę godzin, które w sumie zleciały przyjemnie, w końcu przerwałam rozmowę, która wydawała się nie mieć końca:
- Emm.. Słuchajcie.. Obiecałam Vicky, że odwiedzę ją dziś po południu..
- Już musimy iść?- spytał mnie Sykes, co wyglądało dość śmieszne, bo w końcu to on był starszym ode mnie gwiazdorem.
- Możesz zostać dłużej, tylko daj znać, jak będziesz wracał do domu - odparłam niczym starsza siostra. Niby Lynn tak nie mówiła, ale.. Właśnie, Lynn.. Czyżbym ją też zaniedbywała?
- Dziękuję, kochana, piękna, cudowna, dobroduszna, kobieto!- przytulił mnie Carl, który już chwilę potem znów rzucił się na idola. Zaczęli się czuć w swoim towarzystwie swobodnie, zupełnie jakbym poznała nowego Olivera. Nie był już spięty, rozchmurzył się i zrobił się z niego równy jajcarz. Nie mógł stłumić śmiechu i rzucał jakimiś ,,brudnymi" żartami, czym imponował fanowi. Trochę też się śmiałam, ale to nie mój typ. Poza tym na głowie miałam przyjaciółkę.
- No to cześć - rzuciłam tylko na wyjściu i wybiegłam z pokoju. Śpieszyłam się, bo i tak obiecałam Summers, że będę wcześniej.
Na schodach wpadłam na panią Coward. Popatrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi oczami pełnymi empatii (które odziedziczył po niej jej syn).
- Sally, kochanie, coś się stało?- spytała obejmując mnie ramieniem.
- Nie.. Po prostu się śpieszę.. Przepraszam - już chciałam ją wyminąć, ale zatrzymała mnie.
- Jeśli chcesz mogę cię podwieźć, nie ma problemu!
W pierwszej chwili miałam ochotę odmówić, ale do celu miałam co najmniej pół godziny piechotą.
- Dobrze, dziękuję.
- Chodź - wskazała mi drogę gestem ręki.
Wyszłyśmy na zewnątrz, a wkrótce moim oczom ukazał się stylowy biały kabriolet. Nawet Andy nie miał takiego wypasionego samochodu. Trochę niezdarnie zajęłam miejsce obok kierowcy. Czułam się niezręcznie, bo to było zupełnie nie na miejscu, a ja nie pasowałam do modernistycznego stylu. Wyglądałam jak żul, do tego te ślady po ,,sprzeczce" z chłopakiem..
I faktycznie, kiedy matka przyjaciela usadowiła się obok, od razu to dostrzegła.
- Co ci się stało? To coś poważnego?- zaniepokoiła się. Milczałam, wpatrując się w tablicę rozdzielczą.- Mi możesz wszystko powiedzieć.
Westchnęłam.
- Wolałabym o tym nie mówić..- spuściłam głowę, zasłaniając się taflą czarnych włosów. Chyba zrozumiała.
- W każdym razie pamiętaj, że nasz dom zawsze stoi dla ciebie otworem. Carly cię uwielbia. Ja też i mój mąż też. Jesteś dla nas jak dziecko. Naprawdę się cieszymy, że wróciłaś do Carla po latach, bardzo dobrze na niego wpływasz. Cały czas o tobie mówi.
- Eh.. Wiem - uśmiechnęłam się niemrawo. Następnie zapadła cisza i już przez resztę drogi się nie odzywałyśmy.

***
 
W końcu ujrzałam pastelowy domek Summersów. Chwiejnym krokiem podeszłam do żółtej ściany i zastukałam w białe drzwi. Może trochę zbyt gwałtownie.
- Nie trzeba tak agresywnie, już idę!- usłyszałam. Po chwili ukazała mi się pani Summers. Dzisiaj fartuszek był niebieski z różową kokardką. Jak zawsze wyglądała ślicznie, ale niezadowolony wyraz twarzy odpychał.- A, to tylko ty, ta wieśniaczka..
Nie miałam nastroju na kłótnie.
- Przyszłam odwiedzić Victorię - odparłam rzeczowo, pamiętając, o jakie szczegóły zrobiła mi ostatnio awanturę.
- W takim razie jesteś bardzo nie na miejscu. Wynocha - wycedziła przez zęby.
Już była gotowa zatrzasnąć mi drzwi przed nosem, ale wtedy za nią pojawiła się sama Vicky.
- Wpuść ją, mamo - jej matka skamieniała.- Słyszysz?! Wpuść ją!
Ja też poczułam się zaszokowana, gdy popchnęła ją na bok. Jednak sama ,,poszkodowana" miała szeroko otwarte oczy, zupełnie jakby ujrzała najstraszniejszą scenę w życiu.
- Co.. Co to ma być, Victorio?! Czy coś cię opętało?!
- Chodź - dziewczyna chwyciła mnie za rękę.
Podążyłam za nią, mijając także jej ojca, który wpatrywał się we mnie morderczym wzrokiem. Objął swoją żonę, która przybrała teraz wygląd cukierkowego diabła.
- Spokojnie, Pleasance..- powtarzał.
Już miałyśmy wejść do pokoju, ale na naszej drodze stanął pudel. Molly Jo Summers, znienawidzona siostra.
- Znowu szlajasz się z menelami? Wow, teraz już naprawdę wyglądasz jak jebana ćpunka..
Co?! Ona sobie przeklinała w takim wieku, a ja nie miałam prawa zagiąć chodniczka?
- Wypierdalaj, karle - syknęła starsza.
- I tak już nie ma dla ciebie wyjścia, zrozum, że rodziców obchodzę tylko ja. Najchętniej wyjebią cię z domu na zbity pysk.. Ale i tak już znasz pewnie jakieś meliny - to mówiąc spojrzała na mnie.- Masz przejebane!
To mówiąc, lekko szturchnęła Victorię pod żebro.
- Jesteś tylko grubą, bezwartościową, tępą dziwką..- powtarzała. Nie chciałam na to patrzeć. Jakiś karzeł z gniazdem na głowie i wypryszczoną twarzą nie mógł obrażać mojej najlepszej przyjaciółki!
Stanęłam między rodzeństwem i głosem pełnym jadu wycedziłam do Molly:
- Posłuchaj, mała.. ODPIERDOL SIĘ - odepchnęłam ją.
- O, odezwała się szmata.. Co mi zrobisz? Naślesz na mnie swój gang?
- A żebyś wiedziała. Kurwa, naślę, by ci wpierdolili. I będzie to o wiele gorsze od tego - pokazałam siniaki i rozcięcia po starciu z Biersackiem.  Dziewczynka nieco się wystraszyła i wyminęła nas nerwowo.
- Jeszcze pożałujesz!
- Dzięki za obronę, ochroniarzu.. Mamy pięć minut, zanim cię sypnie. Pierdolona kłamczucha - zmarszczyła brwi dziewczyna.
Weszłyśmy do jej pokoju, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Dopiero teraz się jej przyjrzałam. Wydawało mi się, że schudła, pod jej oczami rysowały się brunatne sińce, nie nosiła też okularów. Wyglądała ponuro i zrobiło mi się jej żal.
Gdy znalazłyśmy się w pomieszczeniu, z jej twarzy znikł kamienny wyraz. Gwałtownie targnęły nia emocje.
- Okej, a teraz mów, co się tu dzieje..
- Sally.. To straszne.. Tak się cieszę, że przyszłaś! Mam poważne kłopoty i moje życie chyba traci sens - niemal rzuciła mi się w ramiona.
- Przepraszam, że się nie odzywałam. Miałam..
Przerwała mi:
- Widzę - pokazała moje świeże blizny.- Opowiesz mi, co się stało?
Skrzywiłam się niechętnie.
- Możesz mi powiedzieć wszystko.. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś się spotkamy. Nie wiem, jak będzie..
- Jak to?!- zamrugałam, nie rozumiejąc jej słów.- Powiem o sobie, jeśli wystarczy nam czasu. Teraz wyjaśniaj: co się tu, do cholery, dzieje?! Co to za cyrk?!
- Nie jest dobrze, Sally.. Jestem taka wkurzona.. i taka bezradna..- jej oczy zaczęły się szklić.- Kurwa.. Chodzi o to, że moi rodzice chcą mnie wysłać do katolickiej szkoły z internatem. Setki kilometrów stąd!
Zamurowało mnie.
- Co?- tylko na to było mnie stać.
- Uważają, że mam złe towarzystwo.. Chodzi o was. Teraz chcą sprawić, bym w ogóle nie miała przyjaciół! Nienawidzę ich!- tu już zaczęła płakać. Podeszłam do niej i przytuliłam, choć mi także zbierało się na łzy.
- Wszystko będzie dobrze..
- Nie, nie będzie!- oburzyła się.
- No dobra, wiem.. Ale nie pozwolę cię sobie odebrać!
- Sally, nie mamy szansy tego zmienić! To już postanowione, mam nawet załatwione miejsce! Papierki podpisane! Mam wyjechać za dwa tygodnie! Planowali to od dawna!
- Cholera.. Ja wyjeżdżam z chłopakami do UK za dwa tygodnie.. Nawet nie będzie okazji się pożegnać! Kurwa!
- Kurwa, kurwa, kurwa!- szlochała na moim ramieniu.- Niby katolicka szkoła to nie psychiatryk ani poprawczak, ale sam fakt, że nie będzie tam ciebie..
Nagle wpadłam na pewien pomysł.
- A gdybyś tak pojechała ze mną do Anglii?
- Rodzice mi nie pozwolą, to oczywiste - załamała się.
- Nie o to mi chodzi. Pojedź bez ich zgody. Zwiej.
- Co?..
- Nie będą mieli pojęcia, gdzie jesteś. Nie znajdą cię. Co prawda policja będzie cię szukać, ale coś się wymyśli..
- To zbzikowany pomysł. Całkowicie porąbany, szalony. Ale lepszy od chrześcijańskiej szkoły.
- Jakoś sobie poradzimy.. Ważne, że będziemy razem.
- Tak.. Umówimy się jakoś dokładniej.
- Opracujemy cały plan! Gorzej, jeśli zabiorą ci telefon.
- Nie pozwolę im! Ale to nie aż taki problem. Powiedz mi jeszcze.. Co ci się stało w..?- nie dokończyła, bo usłyszałyśmy kroki na schodach.
Po chwili drzwi po prostu się otworzyły. Widocznie jej rodzice mieli zapasowy klucz.
- Wynocha stąd! Ale już! Bo wezwę policję! To twoja ostatnia szansa!- wydarł się na mnie pan Summers, łapiąc mnie gwałtownie za rękę. Poczułam wszystkie siniaki i rozcięcia, które zgotował mi mój chłopak. Syknęłam. Zostałam siłą wyciągnięta z pokoju, zupełnie jak jakiś niewolnik, a następnie zawleczona siłą na dolne piętro. Czułam, że mężczyzna ma ochotę mi dokopać.
- Nigdy więcej tu nie przychodź!- darła się jego żona, machając rękami.- Musisz być wytworem diabła! Jebany śmieć..- ostatnie słowa wymówiła jak najciszej pod nosem.
,,Nie znasz Andy'ego.."- pomyślałam.
Zostałam wypchnięta za próg, rzuciłam ostatnie spojrzenie na załzawioną twarz Victorii. Jej wyraz mówił ,,pomóż mi", a w oku widziałam błysk nadziei. Nie mogłam jej zawieść.
Gdy już wyrzucono mnie z parceli, jak najszybciej pognałam do domu, by powiedzieć, że mamy dodatkowego pasażera do Anglii. 

***
 
 Znalezione obrazy dla zapytania long brown hair glasses bangs
Znalezione obrazy dla zapytania girl black hair green eyes
 
 

środa, 13 kwietnia 2016

Rozdział 18: ,,Nie do końca zły i nie do końca dobry. I całkowicie zły"


*Sally*
 Siedzieliśmy właśnie u Carla. Właściwie to już miałam się zbierać. Po części z tego, że cała udawana rodzinka mnie wzywała, a po drugie.. miałam trochę dość, po prostu ostatnio był tylko jeden temat: zespół. Chciałam wszystkim przypomnieć, że praktycznie zostałam jego członkiem przez przypadek i wcale się nie upominałam o stałe członkostwo. Planowałam im to powiedzieć, ale jakoś (jak zwykle) zabrakło mi odwagi i asertywności. W zamian musiałam słuchać wykładów o tym, jak powinna brzmieć nasza pierwsza płyta. I w zupełności nie zgadzałam się z Kotem.
- Nasze gitary powinny grać tak - oświadczył, po czym zaprezentował jakieś okropne sprzężenie.
Połowie się podobało, ale ja i Vicky nie byłyśmy aż tak zadowolone. Alice, Robbie i Carl mogli być fanami metalu, ale my raczej upodobałyśmy sobie delikatniejszą muzykę. Zresztą mój głos chyba nie pasował do ciężkiej muzy. To tak jakby kazać śpiewać dziecku do Behemotha. Musiałam w końcu zaproponować jakiś kompromis.. W razie czego zawsze mogłam po prostu odejść.
- Carly.. Ale.. Nie uważasz, że Train To Wonderland nie bardzo pasuje do takiej ciężkiej muzyki?- spytałam niepewnie. Zastanowił się.
- Zawsze możemy zmienić nazwę, jeśli ci się nie podoba..- wzruszył ramionami.- Na przykład na Five Bitches albo podobnie!
Westchnęłam. Victoria chyba chciałaby się do mnie przyłączyć.
- Chodzi mi o to, że może nasza muzyka mogłaby być trochę lżejsza? Bo wiesz.. Ja - tu popatrzyłam też na przyjaciółkę - nie słucham takiej muzyki jak ty.
Nie wydawał się zachwycony. Nie lubił, gdy ktoś go nie słuchał. Był dość władczy, gdyby ktoś jeszcze nie zauważył.
- Posłuchajcie, mam pomysł - wtrąciła Ali.- Podzielcie się- Sally będzie miała spokojniejsze, a ty, Carrie, cięższe partie. Zastosujemy taki kontrast, może fanie wyjść.
Mi trochę ulżyło.
- Ok - niechętnie zgodził się Carl.- Ale musimy zacząć pracować nad piosenkami! No, do roboty, śmierdzące leniuchy! Piszcie jakieś melodie, może coś z tego złożymy!
- A jeśli ja nie gram na instrumencie?- dopytałam.
- Podnoś rękę, niedobre dziecko!- zażartował Kitty.- Pisz teksty.
Zdziwiłam się. Nigdy niczego nie pisałam. Nawet pamiętnika. Miałam niby fantazję, ale czy dosyć umiejętności?
- Ale.. O czym mam właściwie pisać?
- O wszystkim, co ci przyjdzie do głowy.. Nie musi mieć sensu, ważne by ładnie brzmiało! Tak poetycko i głęęęboko!
Jeśli już mam pisać, to wolałam z sensem. Byłam chyba wystarczająco inteligentna, by stworzyć coś ładnego. Nie chciałam pisać tekstów o jebaniu się i szalonym trybie życia. Nie chciałam używać przekleństw. Pragnęłam zostać prawdziwą poetką. Moje życie było chyba wystarczającą inspiracją..
Nagle mój telefon zadźwięczał, SMS.
,,Andy?"- aż się zdziwiłam. Widać rozmowa cokolwiek dała.
,,Chodź do domu. Jak odbędziesz karny obiad, to możemy gdzieś pójść. Tylko o niczym nie mów jebanym strażnikom."
Parsknęłam. Chyba miał w miarę dobry humor.
- Muszę iść - powiedziałam.
- Okiiii, spotykamy się jutro. Pracuj nad tekstami!
Następnie wszyscy mnie wyściskali.
Wyszłam i skierowałam się w stronę domu.

***
Niechętnie zasiadłam ze wszystkimi do stołu. No oczywiście wszystkimi poza Andy'm. Wierciłam widelcem w roladzie mięsnej, niecierpliwiłam się. Chciałam już się gdzieś wyrwać. Tymczasem wylądowałam z powrotem w drętwej atmosferze. Ostatnio miałam wrażenie, że jest trochę nudno. Ciągle miotałam się między dwoma światami. Jeden z nich był krainą cholernie radosną, aż kiczowatą, drugi- jakby martwą. Może to i brzmiało ciekawie, ale chciałam jakiegoś przerywnika. Zaczynałam mieć dość obu stron, nie mogłam się po żadnej odnaleźć. A Andy był jakby po środku, dlatego mnie do niego ciągnęło.
- Sally, błagam, starałem się z tym jedzeniem - oznajmił Jake.- Nie zachowuj się jak ten chudy palant.
Uniosłam brew lekko zirytowana.
- Nie zapominaj, że to mój chłopak.
Jedynie warknął.
Czy to była jakaś kolacja wilków?!
- Co?!- odwarknęłam.- Taki niezadowolony?!..
- Przecież nic nie mówię!- bronił się.
Wstałam od stołu. Trochę chyba przesadzałam, robiłam z igły widły.
- A ty dokąd?!- Jinxx zrobił minę godną szczura.
- Do siebie!- głośno zasunęłam krzesło i ruszyłam w kierunku schodów.
- Oj, może i niebawem nie tak bardzo ,,do siebie"!
,,A spierdalaj!"- odpowiedziałam mu w myślach, pokazując przy tym środkowego palca.
I poszłam ,,do siebie"! Położyłam się na ,,swoim" łóżku i wypuściłam nerwowo powietrze nosem.
Serio, chyba miałam ochotę się stąd wynieść. Musiałam tylko znaleźć jakiś pomysł na życie. Na razie była szkoła, ale to już ostatnia klasa. Powinnam zarobić trochę pieniędzy, bo bez nich ani rusz. Ale co ja mogłam robić? Nie miałam żadnych talentów..
I wtedy pomyślałam o zespole. O Train To Wonderland.
Może powinnam się za to poważnie wziąć? W końcu za ostatni koncert, jak na początkujących, zarobiliśmy całkiem niezłą sumkę. Może daleko nam było do sławy, ale nie chodziłabym głodna. Po wydaniu albumu zwykle przecież skacze popularność i też są z tego pieniądze.
Nagle moje podejście do całej sprawy się zmieniło. Zobaczyłam w tym szansę ucieczki od ,,martwicy" (bo tak z Biersackiem zaczęliśmy określać stronę BVB).
Nie myślałam już więcej. Trzeba się było wziąć do roboty. Wyjęłam kartkę papieru i długopis. Zaczęłam myśleć nad tekstem do pierwszej piosenki. W głowie miałam pustkę. Nigdy nie zajmowałam się ani liryką ani muzyką. Ale melodię mógł przecież wymyślić Carly z ekipą. A tekst.. Musiało się tylko co jakiś czas rymować i mieć ogólny sens, no nie?
Potrzebowałam tematu.
,,Życie"- nasunęło się samo.
,,Ale co? Lynn? Andy? BVB? TTW? Jakieś marzenia?"
,,Cokolwiek, przecież i tak napiszesz więcej tekstów niż ten jeden."
,,Racja."
Postanowiłam zacząć od tego, co się dzieje teraz i co się działo wcześniej. Tak jakby zacząć od samego początku historii.. Od morderstwa Lynn, psychiatryka i całego tego szaleństwa.
Poczęłam pisać jakieś rymy, ogólnie słowa. O tym, jak to musiałam oglądać śmierć siostry. Upozorowaną na samobójstwo, w które wszyscy uwierzyli. O tym facecie.. O tej całej jego grze.. O sekrecie obojga, który doprowadził ich do mściwości i autodestrukcji. I o mojej roli w tym wszystkim. O tym strachu i zagubieniu małej dziewczynki, której ludzie bali się słuchać.
Prawie się wzruszyłam.. Ale czasu już nie cofnę. Czasami wolałabym, by to wszystko się przydarzyło komuś innemu. Gdyby ktoś inny szukał zabójcy.. Gdyby jakaś inna dziewczyna żyła w strachu, bo on chce ją dopaść.
,,I just don't wanna be
Your another toy
Just a part of this freak show"- zapisałam. Przypomniała mi się scena w lesie. Ta ucieczka..
Zakończyłam kawałek. Najpierw myślałam, by nazwać go ,,Lynn", ale nie chciałam się w ten sposób ujawniać. Ludzie nie powinni wiedzieć o tej całej tragedii. Skorzystałam ze słów w refrenie i zdecydowałam się na ,,Freak Show". Przeczytałam całość. Jak na pierwszy raz było nieźle, ale potrzebowałam fachowej pomocy. Mogłam o to poprosić Andy'ego.
Spojrzałam na zegarek. Była 18. Wysłałam swojemu chłopakowi SMS-a. Trochę dziwne, bo był w pokoju naprzeciw, ale tak było bezpieczniej. Nie chciałam, by ktoś wiedział o naszym wyjściu, bo zasypano by nas pytaniami.
,,O której i gdzie?"
,,Może do naszego miejsca w lesie? I myślę, że około 23 będzie ok. Jakby nie spali, to powiedz, że idziesz na domówkę u kogoś, czy jakoś tak.."
,,Dobra. Załatwione."- i na tym się urwała nasza rozmowa.
Postanowiłam wykorzystać kilka godzin i zabrałam się ponownie do pisania.

***

Chyba wybraliśmy zbyt wczesną godzinę, bo faktycznie nikt nie spał. No nic, postanowiłam wykorzystać plan Andy'ego. Zrobiłam dość mocny makijaż i założyłam ,,małą czarną". Ta, stylówa do lasu.. Ale nie pójdę na imprezę w bluzie z kapturem i w dresach.
Zeszłam na dół.
- A ty dokąd? I czemu ubrałaś się jak prostytutka?- zapytał z pogardą Ferguson.
- Idę na domówkę do Alice - odparłam.- I dziękuję za komplement.
- Tylko nie sprzedawaj się za tanio!
- Spokojnie, mam swoją godność w przeciwieństwie do niektórych!
Założyłam szpilki i skórzaną kurtkę. W sumie wyglądałam nawet podobnie do Tisdale.
- Nie wrócę za wcześnie, a zresztą i tak byście na mnie nie czekali!
- Czytasz mi w myślach, bezczelna..
Wyszłam, trzaskając drzwiami. Nie miałam nastroju na kłótnie.
Biersack się jeszcze nie zjawił. Wysłałam mu SMS-a:
,,Kiedy będziesz?"
,,To patrz nad sobą.."
Nie wiedziałam, o co chodzi, trochę się wystraszyłam. Ale, gdy podniosłam oczy w górę, naprawdę się przeraziłam.
Andy siedział na parapecie, wesoło machając nogami. Bałam się, że spadnie i zrobi sobie krzywdę, ale on zwinnie zszedł na dół, opierając się na rynnie i innych parapetach. Chciałam go opieprzyć, bo napędził mi stracha, ale gestem ręki przytkniętej do ust nakazał ciszę.
Wsiedliśmy do auta i dopiero wtedy mogliśmy się odzywać.
- Skąd masz taką wprawę?- zapytałam.
- Wiele razy mi się to przydawało. Ciesz się, że ty nie musisz jeszcze stosować takich metod.
- A jak usłyszą, że odjeżdżamy?
- To i tak nie zdążą nam nic zrobić. Nie prześcigną nas, a nawet, gdyby próbowali nas śledzić, to czarnego samochodu w nocy za bardzo nie widać..
- A zresztą.. I tak nas chyba śledzić nie będą.
- Otóż to.
Zamilkliśmy i ruszyliśmy. Poczułam swobodę choć częściowo.

***

Dojechaliśmy na miejsce. Było już totalnie ciemno i zimno. Trochę upiornie, przypomniała mi się moja ucieczka. Zadrżałam.
- To co robimy?- zapytał Andy.
- A co właściwie możemy tu robić?- odpowiedziałam pytaniem. Tu nasz ,,super" plan trochę zblakł. No bo tak na zdrowy rozum, co można robić w nocy w lesie? Bawić się w szkołę przetrwania?
- No.. Możemy tu posiedzieć.. Pogapić się na niebo?.. O czym ja pieprzę?- zastanawiał się na głos.
- No dobra, możemy rozmawiać - zdecydowałam. W końcu moglibyśmy nadrobić braki i uzupełnić ogólną wiedzę o sobie.
- No.. dobra.
Weszliśmy trochę głębiej w las. Biersack chciał zagłębiać się dalej, ale ja się bałam. Przysiedliśmy więc na nagrobku.. tej dziewczyny. Był cały porośnięty mchem, zaniedbany. Sama nigdy bym nie powiedziała, że to mogiła.
- No dobra.. To jak ją poznałeś?- zaczęłam.
- Czemu chcesz akurat o niej rozmawiać?- zdziwił się.
- No chyba nie będziemy rozmawiać o pogodzie? A tak na poważnie.. Ja też straciłam bliską osobę. Wiem, co to znaczy.
- No dobrze.. Ale jeśli mi opowiesz swoją historię.
- Jasne - rzuciłam, choć to było by chyba trudniejsze niż myślałam.
Tymczasem mój chłopak przełknął ślinę i cichym głosem począł opowiadać:
- Poznaliśmy się w szkole. Była w moim wieku. Na pierwszy rzut oka była całkowicie zwyczajna. Ale jakoś tak zaczęliśmy się przyjaźnić. Nawet nie pamiętam, jak to się zaczęło. Po prostu.. oboje byliśmy jacyś tacy.. Brakuje mi słowa.. Z drugim dnem? No, nietypowi.. Ja miałem trochę problemów, ona też i się tak nawzajem wspieraliśmy. Ale to nigdy nie była taka słodka znajomość. Zawsze był między nami jakiś dystans, ja czułem w stosunku do niej podziw. Powiedzmy, że zainteresowaliśmy się dziwnymi rzeczami. Lepiej, żebyś nie wiedziała, jakimi. Wdrażaliśmy się w to coraz bardziej. Wszystko stało się jakby oficjalne, ale nic nie wydawało się zmierzać w złym kierunku. Aż tu nagle..- zatrzymał się.- Zabiła się.. To było..
Nagle gwałtownie się wyprostował. Spoważniał i się zaniepokoił.
- O co chodzi?- przestraszyłam się. Zaczęłam słyszeć jakieś szmery.- Andy!- pisnęłam.
- Co to, kurwa, jest?- wyszeptał niemal niesłyszalnie.
- Andy, boję się..
- To nie mogą być ludzie.. Po co by mieli wchodzić do lasu w środku nocy w losowym miejscu?
- Zwierzęta?
- Nie.. Zwierzęta zawsze żyją trochę głębiej. No chyba że takie małe, ale one nie robią takich szmerów.
Do naszych uszu dobiegło trzaśnięcie i.. ludzkie głosy.
- To muszą być ludzie!- stwierdziłam.
- Musimy stąd wyjść i powstrzymać ich od wejścia tutaj..
- Ale.. czemu? Przecież nic tu nie znajdą!- zapewniałam, ale chłopak tylko szedł przed siebie.- ANDY!
- Zamknij się! Nie mają prawa tu wejść!- warknął. Zmarszczyłam brwi. ,,A jeszcze niedawno taki potulny!"
- Jesteś pojebany!
- Zamknij się!
Kucnęliśmy w krzakach i przyjrzeliśmy się sprawie.
- Kurwa, co tu robi jakiś autokar?! Przecież to się kupy nie trzyma!
- To nie jest chyba zwykły autokar - zauważyłam. Usłyszałam też żywą konwersację.- Musimy wyjść i zapytać tych ludzi.
- Nie, kurwa! Nie ufam im! Zmiana planów!
- Ale, kurwa, czemu?! Sam chciałeś do nich iść!
- Zamknij ryja!- rozkazał. Miałam ochotę mu przyłożyć.
- Zaraz sama do nich pójdę!
- Nie!
- Tak!
- Kurwa, idę! I powiem im, że chcesz mnie zgwałcić w krzakach!
- Niech ci będzie..- wysyczał.- Tylko się tak nie drzyj..
Powstaliśmy i powoli podeszliśmy do pojazdu. Naszym oczom ukazała się grupa mężczyzn. Popatrzyli na nas zdziwieni. Ale najbardziej był przerażony jeden z nich. Był wysoki, choć niższy od Andy'ego, miał na sobie ocieplaną kurtkę. Był niesamowicie wytatuowany, i chyba miał brązowe włosy. Było ciemno, nie mogłam dostrzec więcej szczegółów. Stał po prostu jak wryty i gapił się na Andy'ego. Jego też zamurowało. Zapanowała niezręczna cisza. Zaczęłam się zastanawiać, kto to może być.
- Andy?- wypowiedział w końcu mężczyzna.- To ja.. Emm.. Oliver. Pamiętasz mnie?..- miał silny angielski akcent. Jego głos wydawał mi się jakiś znajomy.. Imię też.

*Andy*
,,Kurwa, jakim cudem?!"- nie pojmowałem tego wszystkiego, co się właśnie wydarzyło. Czy to był jakiś zły sen?! No serio, ten chuj był ostatnią osobą, którą chciałbym spotkać. Już prawie o nim zapomniałem, a teraz musiał tu się tak nagle pojawić.
,,To, kurwa, nie może być prawda!"
Stałem się tak i gapiłem na niego. Najchętniej rzuciłbym się teraz na niego i może nawet go zamordował, ale było za dużo świadków. Do tego Sally, a wolałbym, by o niczym nie wiedziała. Mogliśmy po prostu wejść do auta i odjechać. Ale wtedy ona uznałaby to za dziwne i zaczęłoby się przesłuchanie. Zresztą ja też nie umiałbym go wymieść z pamięci. Nagle wszystko tak powróciło, szczególnie chęć zemsty. Tylko takiej na poważnie. Jeśli moje zdrowie i wszystko inne psuło się z każdym dniem, to chyba mogłem się w końcu na to zdobyć.
,,Nie potrafisz!"- zaśmiał się w mojej głowie dziewczęcy głos Lynn.-,,Słaby!"
Trochę mnie to zirytowało. W tej chwili na pewno udusiłbym tego skurwiela. Świat bez niego byłby o wiele lepszy!
,,Pierdolisz. Ciota."
Zgarbiłem się i spojrzałem na Anglika spode łba. To on był ciotą. Stał sobie i oczekiwał, że co zrobię? Rzucę mu się w ramiona i rozpłaczę ze wzruszenia?
Usiłowałem zabić go wzrokiem.
- Kim wy jesteście? Mam wrażenie, że cię skądś kojarzę..- odezwała się Sally.
- Jesteśmy Bring Me The Horizon.
- Aaa!- uśmiechnęła się dziewczyna.- Mój przyjaciel jest waszym fanem! Teraz pamiętam!
- Miło wiedzieć. Dobrze dobiera przyjaciółki!
Zarumieniła się..
,,Ja cię, kurwa, sukinsynie, uduszę!"- gotowałem się w duchu. Złapałem Rogers za rękę. Sykes trochę się speszył. ,,I co teraz powiesz, kutasie?"
- My.. My wracamy z trasy, ale to żelastwo się psuje - wskazał ruchem głowy na tour bus.- Dostaliśmy go w zastępstwie i ciągle są z nim problemy.
- Nic nie umiecie robić dobrze. Jebani Angole..- wymamrotałem dość głośno pod nosem.
- Dobrze, że was znaleźliśmy!- przerwał ciszę Matt Nicholls, perkusista. Tak, niestety ich znałem.- Bez was pewnie byłoby trudniej.. No wiecie, czekać na pomoc drogową..-,,To się nie rozczaruj!"- Oczywiście, jeśli chcecie nam pomóc..
- Jasne, nie ma problemu!- wyprzedziła mnie Sally. Zmarszczyłem brwi.
- To zróbmy tak: na razie weźmiecie zespół, a my zadzwonimy po pomoc drogową. Nie potrzebujemy tu tylu ludzi, zostaniemy my i kierowca. Potem gdzieś się spotkamy - oznajmił jeden techniczny.
- Zmieszczą się wszyscy?- zapytał cieniutkim głosikiem ten zjebany gnój.
- Wezmę cię na kolana, księżniczko - odparł bębniarz chujowej formacji.
- A co jak już nas zabiorą do miasta?- dopytywał Lee Malia, szarpidrut.
- No.. Chyba nas..?- ,,O, na to, wy chuje, nie liczcie!"
- Myślę, że na tę noc możecie być u nas. Jutro poproszę Carla, zresztą jego nie trzeba będzie prosić. Jeszcze będziecie musieli się do niego wprowadzić na stałe!
Debile się zaśmiali. ,,Haha, naprawdę, przezabawne!"
Teraz to miałem ochotę zarżnąć swoją kochaną dziewczynę. W nocy w jednym domu z tym zjebem?!
- No to wsiadajcie, jedziemy!
- Sally, pragnę ci przypomnieć, że ja prowadzę - wysyczałem.- Pogadamy sobie w domu - warknąłem cicho.
Już chciała się odszczeknąć, ale przerwał jej Srajks:
- Proszę, nie kłóćcie się.. Nie chcemy robić problemu..
- Wsiadaj - wypowiedziałem to słowo z jak największym jadem.

*Sally*
Coś poważnego musiało zajść między Andy'm i Oliverem. Przy okazji ten nowy wydawał się raczej niewinny, a przynajmniej nie do końca zły, nie miałam pojęcia, co takiego mógł on zrobić wiecznie agresywnemu Biersackowi. Może i rzeczywiście trochę chamskie było z mojej strony, że zaprosiłam cały zespół na nocowanie. Mogliby się przecież zameldować w jakimś hotelu. Wiedziałam, że reszta także nie będzie zadowolona. Ale po prostu ciekawość mną zawładnęła. Taka prowokacja mogła mi wskazać drogę. W końcu to był mój chłopak, chciałam tylko więcej o nim wiedzieć. Chociaż wizja poważnej rozmowy w wykonaniu najwredniejszego typa, jakiego znałam, nie wydawała się jakaś kusząca.
Wsiedliśmy wszyscy do auta. Zespół zajął miejsca z tyłu. Andy miał dość duży samochód, więc gdy się ścisnęli w niezbyt wygodnej pozycji, zmieścili się. Przez całą drogę się do siebie nie odzywaliśmy, ale w powietrzu jakby coś zawisło. Panowała cholernie napięta atmosfera. Andy chyba chętnie celowo rozwaliłby auto, by tylko nas wszystkich zabić. Właściwie mógłby to nawet zrobić, więc miałam nadzieję, że na to nie wpadnie. Ale dojechaliśmy na miejsce bez problemu. Wysiedliśmy i skierowaliśmy się do drzwi.
,,Oni wszyscy mnie chyba zajebią.."- pomyślałam.
Wkroczyliśmy do środka.
- Em.. Bardzo ładny dom - stwierdził Matt. Nikt nie zdobył się na odpowiedź.
- Tak, bardzo..- chciał zacząć Oliver, ale Andy przerwał mu samym swoim spojrzeniem.
- Gdzieś się wam upchnie - warknął.- JINXX! JAKE! ASH!
Od samego jego krzyku przeszły mnie ciarki. Trochę straciłam pewność siebie.
 - CO SIĘ DRZESZ, TY..?!- nie dokończył Jinxx, który zobaczył przed sobą BMTH. Wszyscy wyglądali na zszokowanych.
- Co oni tu robią?!- zapytał następnie, mało nie wychodząc z siebie.
- Sally ich tu przyprowadziła. Zamieszkają tu - odparł Biersack z ironicznym, złośliwym uśmiechem.
- Tylko na tę noc.
Napięcie chyba zbliżało się ku ostatniej kresce.
- Oh.
Zapadła cisza.
Głos zabrał Ashley:
- No.. To gdzie ich położymy?
,,No dalej, powiedz cokolwiek!"
- To może ja pójdę do sypialni Andy'ego, a oni do mojej sypialni?- zasugerowałam.
- Ani mi się waż!- wysyczał wspomniany, ściskając mnie a rękę. Wbił mi w nią paznokcie niemal do krwi.
- To.. To ja zostanę u siebie i wezmę ze dwóch..
- Możemy iść ja i Oli..- zaproponował Nicholls, co spotkało się z kolejnym sprzeciwem.
- Ona z nim w jednym pokoju?! Na pewno nie!
- No to niech się położy na kanapie w salonie..
- Dobra - zgodził się dobrowolnie Sykes. Chyba obaj pożałowaliśmy: ja, że na to wpadłam, a on, że się zgodził.
- To wy się urządzajcie, jak chcecie. Mnie w to nie mieszać!- stwierdził Ferguson, a reszta się zgodziła. Po chwili już ich nie było.
- Zaprowadzę was do pokoju - powiedziałam do deathcore'owców.
Już chcieliśmy iść na górę.
- A ty co tak sterczysz?! Leżeć!- rzucił najwyższy w stronę wokalisty. Ten momentalnie udał się do salonu, zamykając za sobą drzwi. Miałam ochotę na to samo.
Choć na chwilę uwolniłam się spod presji, pokazując nowym lokatorom swoje lokum. Chyba im się podobało, dość szybko się rozłożyli. Ja tej nocy i tak nie zmrużyłabym oka.
Spokój nie trwał zbyt długo, bo wychodząc z pomieszczenia, napotkałam swojego rozwścieczonego chłopaka.
- O co ci znowu chodzi?..- chciałam mówić dalej, ale szarpnął mnie za włosy. Podskoczyłam z zaskoczenia. Tego to się nie spodziewałam.. Zaczął ciągnąć mnie do komórki, w której kiedyś zamknęła mnie dziennikarka. ,,To nie wygląda dobrze"..
Ogarnęło mnie przerażenie, gdy zamknął nas w pokoju.
- Posłuchaj, suko - zaczął. Chciałam w oburzeniu się odgryźć, ale ona zatkał mi usta ręką.- Zamknij się, bo za dużo gadasz! Zamknij pysk, to wszystko, kurwa, twoja wina!
- Bo co? Boisz się ich? Co ci zrobią?!
- Zamknij się!- przywalił mi w policzek. Zatoczyłam się, coraz bardziej przerażona.- Ostatnio za bardzo się rządzisz, ty.. ty kurwo! Ale nie.. Koniec tego dobrego!- po tych słowach ponownie mi przywalił.
Teraz to strach serio mnie sparaliżował. Jakie miałam szanse walcząc z prawie dwumetrowym facetem?
- Nie poznaję cię..- wyszeptałam.
- I słusznie, kurwa! Mam cię dość, jesteś taka zjebana, głupia i pierdolnięta!- syknął, celując we mnie nogą.
- Wiesz, oni mają rację, jesteś pojebany! Wychodzę!- usiłowałam się ruszyć, ale utknęłam w miejscu. Chłopak rzucił się na mnie, dając mi z liścia. Usiłowałam się wyszarpnąć, ale naparł na mnie całym ciężarem swojego ciała, okładając mnie bezlitośnie pięściami.
- Spierdalaj! Mam zacząć krzyczeć?!
- Oo.. Tylko spróbuj!- zacisnął palce na mojej szyi.
- CHCESZ MNIE ZABIĆ?!- łzy napłynęły mi do oczu. ,,CO W NIEGO, DO CHOLERY, WSTĄPIŁO?!"- dopytywałam Lynn, ale akurat teraz milczała.
Czułam jak się pocę i zaczynam się dusić. Miałam ochotę ryczeć, ale musiałam się jakoś uwolnić.
Zaczęłam przesuwać nogę po podłodze, szukając jakiegokolwiek przedmiotu. Pod stopą poczułam coś długiego i twardego. Podsunęłam to bliżej ręki i jak najszybciej złapałam. Uderzyłam szaleńca w głowę.
- KURWA!- zaklął, a ja zyskałam dosłownie chwilę na ucieczkę. Gdy byłam już blisko drzwi, złapał mnie za kostkę. Runęłam w dół, uderzając się przy tym klamką. Kij znalazł się w rękach napastnika, zaczął mnie nim okładać, poprawiając każdy cios nogami. Nagle tak mocno walnął mnie w czoło, że chyba rozciął mi skórę. Poczułam krew spływającą po skórze. Po chwili zostałam podniesiona do pozycji stojącej. Traciłam powoli nadzieję. Pozwoliłam brutalowi poorać się pazurami po twarzy. W mroku migały tylko jego złowieszcze oczy. Do tego tak cholernie mocno kopnął mnie w brzuch, że musiałam się skulić. Rozryczałam się, ale naprawdę bolało. Rozłożyłam się na ziemi, czując się pokonana.
Ale wtedy dostrzegłam szansę. Andy odszedł ode mnie na chwilę, ciężko dysząc. Zaczął rozglądać się w poszukiwaniu nowego przedmiotu do zadawania mi bólu. Leżałam stosunkowo blisko drzwi.
,,Teraz albo nigdy.."
Szarpnęłam swoim ciałem i na drżących nogach stanęłam. Gwałtownie pociągnęłam klamkę i wybiegłam na korytarz. Szok nadal mnie paraliżował, ale zmusiłam się do ucieczki. Jak najszybciej zbiegłam po schodach na dół. Nic nawet nie brałam, choć było trochę zimno. Cała roztrzęsiona opuściłam budynek. Usłyszałam już tylko wściekły krzyk, ale noc mnie kryła. Nie miałam pojęcia, gdzie iść. Nie chciałam niepokoić Carla lub Vicky o tej porze. Ale na ulicy też nie czułam się bezpiecznie. Postanowiłam, że przenocuję w ogrodzie Cowardów. Mogłam wejść do ich szopy w ogrodzie. Była tam też woda, więc mogłabym się obmyć z krwi..
Chwiejnym krokiem, nadal chlipiąc, ruszyłam przed siebie.
,,On jest całkowicie zły. Do szpiku kości."


*Andy*
- Co.. co się stało?- zapytał Sykes, którego widocznie obudziliśmy.
- Zamknij ryja, chuju!- warknąłem.- Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy, bo ci go rozpierdolę!
Głos ucichł.
Na pewno nie powinienem bić Sally, ale w tej chwili czułem się jak pan. Adrenalina buzowała w moich żyłach, wypełniałem wolę Lynn. Czułem się jak sam szatan.
Pełen euforii poszedłem do swojego pokoju. Po raz pierwszy udało mi się normalnie zasnąć. Byłem szczęśliwy.

***

Właściwie to już nikt i tak tego nie czyta, ale postanowiłam, że dokończę to dla samej siebie.
Absurdalność całej sytuacji mnie rozwala, ale..
Ale w sumie to uważam, że jest ok :)


Jakoś akurat t alaska przypomina mi Sally i tło pasuje


piątek, 29 stycznia 2016

Rozdział 17: ,,Dom lalek"


*Sally*
 Minęło trochę czasu. Naprawdę polubiłam Vicky. A ona polubiła mnie i resztę. Chyba na stałe dołączyła do naszego ,,gangu". Gdy tylko wybierałam się do rezydencji Cowardów, zabierałam także ją. Teraz pokazała swoją prawdziwą naturę. Była wesoła, sympatyczna, urocza. Nie miałam pojęcia, dlaczego ludzie jej nie doceniali. Choć z drugiej strony tak zachowywała się tylko w moim towarzystwie. Gdy tylko ktoś inny się do niej odezwał, od razu się peszyła i zamykała w sobie. Teraz jeszcze trudniej było mi patrzeć, jak ludzie się z niej śmieją. Starałam się ją odciągać od takiego towarzystwa. Wiedziałam, że to tylko głupie żarty. Mogli ją wyśmiać, ale tak naprawdę chcieli się tylko popisać. Choć nie byłam pewna, co do zakapturzonego typa. Od niego wolałam się trzymać z daleka, choć często się za nami snuł. Naprawdę, byłam pewna, że on jest gotów zrobić nam wszystko. Przerażał mnie. Zwłaszcza po tym, co spotkało moją siostrę.. I nie wiem, czemu, ale kogoś mi przypominał. Chyba to zamieniało się w lekką paranoję.
Z kolei ona na razie ucichła. Głos w mojej głowie przybrał inny ton. Bardziej mój. Wiedziałam, że w pewnym momencie powróci, zawsze się tak działo. Cieszyłam się, że nawet po życiu chce dla mnie dobrze.
Teraz gdy miałam nią, Victorię, Carla, Robbiego i Alice czułam się lepiej. Jakbym stworzyła sobie nową rodzinę.
Z kolei w ,,domu" wszystko wyglądało coraz gorzej, to był istny koszmar tam wracać. Serio, jakbym żyła w patologicznej rodzinie. Wszyscy stale na mnie napadali, szczególnie Jinxx. Naprawdę, o wszystko miał pretensje. Czasami mało mnie nie uderzył, a ja tylko się wściekałam. Ale mnie miał teraz w dupie. Teraz najważniejszy był Andy. Ten zaczął chwilami wychodzić i wyglądał, jakby spędził miesiące w obozie koncentracyjnym. I chyba czuł się podle. Na dół schodził tylko po lekarstwa i fajki, słyszałam też jak tłucze się w nocy. Właściwie chętnie podzieliłabym tę metodę. Całkiem logiczny pomysł. Ale wtedy bym się nie wysypiała, a i tak miałam z tym problemy. Choć ostatnio i tak mi się poprawiło. Wracając do Biersacka.. Czy my jeszcze w ogóle byliśmy parą? Bo coś mi się nie wydawało.. Było mi go żal, ale jednocześnie czułam złość. Dlatego nawet nie starałam się z nim dyskutować. To i tak nic by nie dało.
Tak więc na chwilę odcięłam się od całego BVB. Byłam nawet gotowa się wynieść. Ale nie teraz..
Nagle odezwał się mój telefon. SMS. Akurat dziś Summers miała do mnie przyjść. Chciałyśmy się trochę powłóczyć po mieście, a potem udać się do Carly'ego.
Przeczytałam wiadomość:
,,Sory, chora jestem, nie puszczą mnie.. Ale może chcesz do mnie?"
Zastanowiłam się. W sumie mi wisiało, gdzie się spotkamy. Chciałam tylko gdzieś się wyrwać i miło spędzić czas. Dom był tam, gdzie była ona.
,,Okej. Zaraz tam będę."
Chciałam zejść za dół, ale usłyszałam jakieś krzyki. Zaciekawiona wyszłam na korytarz, by lepiej słyszeć. Wsłuchałam się w kłótnię.

*Andy*
- Dobra, posłuchaj!- wrzasnął do mnie Jinxx. Uhu, groził mi?
Siedzieliśmy w piwnicy. A więc, co ja robiłem w piwnicy z czteroma facetami? Nic specjalnego. Po prostu postanowili mi grozić. Moim zdaniem robili z siebie zjebanych idiotów. Czy oni jeszcze się nie zorientowali, że nie zrobią na mnie wrażenia?
Popatrzyłem na nich z góry. Miałem tę przewagę, że chociaż byłem od nich wyższy. Gdybym tak nie wyrósł i był jakimś jebanym karłem, poradziliby sobie ze mną bez trudu. Ale teraz chyba nawet jakby wszyscy się na mnie zwalili, oddałbym im bez trudu. Nie wykluczałem takiej możliwości. Układałem sobie cały scenariusz. Najpierw załatwię Jinxxa, potem z Pittsem poradzę sobie za pomocą deski, tak samo z Ashleyem i Christianem, w razie czego zaatakuję nogą. Potem zawalę im drogiem wielkim pudłem, przeskoczę zamrażarkę i dam dyla. A potem wyjdę na dwór, gdzie jest jebane słońce. Ale cóż, już raz latałem po dworze w piżamie, teraz też musiało się udać. Nie miałem pojęcia, gdzie pójdę, ale zawsze gdzieś znalazłoby się miejsce. Do rodziców raczej nie, czasem miałem wrażenie, że woleliby mieć za swojego syna kogoś innego. Juliet też już by mnie nie ukryła, Scout pewnie by mnie zabiła. Shadia kazałaby mi zapłacić, a potem i tak by mnie wydała (za pieniądze). Megan od zawsze nienawidziłem. Kto jeszcze?.. Sally na pewno by mi pomogła, ale.. Kto wie? Chyba musiałem łamać jej serce, a za swoją miłość nie dostawała nic w zamian, więc pewnie uznałaby, że ją wykorzystuję. Pozostawało mi wykombinować coś na własną rękę. A byłem na tyle głupi, że nie zostawiłbym tego miejsca, bo opuściłbym grób Lynn. Cholera, przecież tam leżało jej ciało.. LEŻAŁO. Teraz pewnie przeżarły je robaki. Nie mógłbym go wykopać. Co prawda niby mógłbym przyjeżdżać tu z innego miasta, ale ja czułem się z nim emocjonalnie związany.
Sam kopałem pod sobą dołki.
- ANDY!- z zamyślenia wyrwały mnie głosy.
- CO?!
- Posłuchaj, tak dłużej już nie może być..
- Jak?- udawałem, że nie rozumiem.
- Nas ciągle próbujesz wkurwić, wszystkich, sprzeciwiasz się dosłownie wszystkiemu, masz wszystko w dupie, nawet siebie!- mówił Jake. ,,No co ty, kurwa, nie powiesz?"- Mamy wrażenie, że robisz wszystko źle tylko po to, by zrobić nam na złość..
,,Kurwa, Einstein!"
- I co w tym złego? Mam do tego prawo! Jak wam się coś nie podoba, to mogę się od was zabrać i nigdy więcej się nie spotkamy! Kurwa, proste?!
Znałem odpowiedź.
- Andy, nie.. Nie w tym rzecz..
- BO CO?! BO JESTEM WASZĄ MASZYNKĄ DO ZARABIANIA PIENIĘDZY?! BEZE MNIE JESTEŚCIE NIKIM. NIKIM!- rzuciłem się. Wiedzieli, że taka prawda.
- Chyba zaczynasz bredzić!- usprawiedliwiał się Jinxx.- Ale wróćmy do naszego głównego tematu..
- Oczywiście, oczywiście.. Przecież jesteście niewinni!- szeptałem z ironią.- Całkowicie niewinni..
- Uznaliśmy, że jeśli terapia nie przynosi skutków, a wręcz odwrotnie, to..
- To chyba nie ma to sensu?- wtrąciłem się.- Bo nie jestem obłąkany, tylko nie łapię waszego haczyka?
- To trzeba podjąć bardziej zdecydowane kroki - poprawił.
- Co tym razem? Wezwiecie jebane psy? Zrobicie ze mnie roślinkę? A może wyślecie mnie do obozu zagłady?
- Już niewiele ci brakuje - rzekł szeptem Ash.
- Zastanowimy się. Ale możesz się od tego uchronić, jeśli zaczniesz się zachowywać normalnie.
- Czyli?
- Będziesz miły, będziesz chodził na terapię, zaczniesz się zachowywać jak człowiek, nie jak jakiś wampir, pójdziesz z nami na badania..- chciał się chyba rozgadać, ale od razu przerwałem:
- Nie, to za dużo dla mnie! Nie ma opcji! Nie oczekujcie za wiele! Jeszcze się nie poddałem!
- Przecież do nic wielkiego, na Boga!- załamał ręce Purdy.- Czy tak trudno się czasem zamknąć i przy okazji uchronić się od jakiegoś choróbska?!
- Dla mnie tak, spadam..
- Stój!- krzyknął Jake, ale wcieliłem mój plan w życie. Po chwili wszyscy runęli na ziemię. Wyskoczyłem z piwnicy i wybiegłem przez frontowe drzwi. Nie zawracałem sobie głowy butami, kurtką, porządnym ubraniem. Od razu wsiadłem do auta, by mnie nie dogonili. Po drodze zabrałem kluczyki, więc odpaliłem i zacząłem szybko jechać gdzieś daleko przed siebie, bez konkretnego celu. Chyba mnie nawet nie gonili, ale wolałem zachować bezpieczeństwo. Jeździłem krętymi uliczkami, aż w końcu zostałem sam. Nie mogłem dostrzec żywej duszy. Zatrzymałem się. Tutaj na pewno by mnie nie znaleźli.

*Sally*
Widziałam tylko Andy'ego w samych skarpetkach, wybiegającego na dwór, odjeżdżającego samochodem. Nie czułam do niego nienawiści. Lekki żal, ale właściwie wszystkiemu winni byli jego wspaniałomyślni ,,przyjaciele', którzy robili z niego idiotę. Doszłam to tego już dawno. Mogli go obwiniać, ale to oni ustawiali za surowe warunki. Powinni mu pozwolić być sobą. On potrzebował tylko trochę swobody, wolności jak każdy człowiek. Tymczasem oni chcieli go przyrównać do jakiegoś poziomu.
Nie chciało mi się tu z nimi siedzieć. Wysłałam wiadomość do Vicky:
,,Zaraz tam będę."
Zabrałam swoje rzeczy i jak najszybciej udałam się do drzwi. Oczywiście mnie zatrzymano.
- Jeśli zamierzasz mu pomagać, to..
- Spierdalaj..
I wyszłam.

*Andy*
Odetchnąłem. Niby piwnica miała dać nam dyskrecję, ale chyba stało się zupełnie inaczej. Rogers musiała wszystko zobaczyć. Choć pewnie i tak o większości wiedziała.. Była całkiem inteligentną dziewczyną. I trzymała moją stronę. Co prawda nie rozmawialiśmy, ale była między nami jakaś.. telepatia? Los nie mógł nas przez przypadek połączyć.. Nie wierzyłem w przypadki.
No cóż.. Chyba musiałem w końcu jej wszystko wyjaśnić. W końcu, jeśli choć trochę mi na niej zależało.. Potrzebowałem choć jednego sojusznika. Wziąłem telefon, który leżał na fotelu obok mnie. Miałem jakiegoś kurewskiego farta, że go tam zostawiłem. Przez chwilę nie mogłem się przemóc, ale w końcu wybrałem właściwy numer i zadzwoniłem. Czekałem i czekałem, ale w końcu odebrała.
- An..- chciała zacząć, ale szepnąłem:
- Jeśli są z tobą to ćśśśś..
- Nie.. Idę do Vicky. Jestem na ulicy, zaraz u niej będę..
- To dobrze.. Posłuchaj, Sally.. Musimy się spotkać, wszystko ci wtedy wytłumaczę. Naprawdę.
Chyba się zdziwiła, po drugiej stronie zapanowała cisza.
- No dobra.. Ale dzisiaj już nie mogę.. Może.. Jutro wieczorem?
- Okej.. Dobrze.. Napiszę ci adres.. Do zobaczenia..
- Ym.. Pa.
- Kocham cię..- rzuciłem jeszcze bardzo cicho.
,,Może jeszcze nie wszystko stracone.."- pomyślałem.
Rozłączyła się.

*Sally*
Czułam się nieco zaszokowana. W głębi ducha się cieszyłam, ale przez tę gwałtowną zmianę nie wiedziałam, czy nie ma w tym ukrytego celu. Jednak jakiś głos podpowiadał mi, że to wszystko to prawda. Andy musiał kochać swojego jedynego sojusznika. W końcu tylko ja mu pozostałam. A mi tylko on.. Przypadki nie istniały.
Choć może i ktoś więcej? Może trafiłoby się jeszcze kilka osób? Moglibyśmy stanowić niezłą drużynę odmieńców. Ale nie, między sobą też się różniliśmy. Ja i Andy na pewno odstawaliśmy od Carla, Alice i Robba. Nie wiedziałam, co sądzić o Vicky. Może ona też posiadała tak dziwną duszę? Choć nie, chyba mimo wszystko najbliżej mi było to Biersacka. Naprawdę, czasami odnosiłam wrażenie, że mój ,,duch" jest taki dziecinny, jest tylko skrawkiem bladego materiału, który się rwie..
,,Boże, nie zaczynaj znowu!"- odezwał się głos w głowie.
Tu znowu wkradła mi się rozkmnina, czy całkowicie rezygnować ze swojej szalonej wyobraźni. Nudziłabym się strasznie. Możliwe, że cały świat, w którym żyłam, był tylko moją jego wizją. Może naprawdę był zupełnie inny? Choć czułam też, że istnieje jakiś lepszy świat, gdzie panuje pokój, nie ma zła, jest spokojnie. Rządzą ład i harmonia.
Niczego nie potrafiłam dokładnie opisać. Ani świata, ani życia, ani nawet siebie. Lynn też nie. Wszystko stało się niepewne. Chyba chorowałam na głowę..
Mało nie uderzyłam łbem w drzewo. Chyba mocno zboczyłam z drogi. W chwilach pobytu w swoim rozmyślaniach potrafiłam całkowicie oderwać się od rzeczywistości.
Na szczęście dom Vicky rysował się na horyzoncie. Leżał w bardzo dziwnej dzielnicy. Wszystkie domki wyglądały jak wyjęte z bajki- w pastelowych kolorach, bardzo zadbane ogródki, kwiatki. Przywodziło to na myśl świat Edwarda Nożycorękiego. Rezydencja przyjaciółki była w kolorze żółtym, chyba najbardziej wymuskana. Zastanawiałam się, co o mnie pomyślą. Miałam na sobie wytarte czarne jeansy, t-shirt z wizerunkiem uśmiechniętego kota (z krwią na zębach) i za dużą zieloną bluzę. Do tego nie zawracałam sobie głowy zbytnim układaniem włosów, zajął się tym wiatr, z kolei pod oczami rysowały się sińce. Przypominałam narkomankę.
Zaczynałam odczuwać tremę.
Podeszłam do drzwi, starając nic nie zepsuć po drodze. Wahałam się, czy zapukać, ale w końcu przyszłam tu tylko odwiedzić Vicky.. Nic specjalnego.
Uderzyłam. Usłyszałam kroki, a po chwili w drzwiach stanęła kobieta około czterdziestki. Zawstydził mnie jej widok. Była niewysoką blondynką o idealnie szczupłej figurze. Włosy podkręciła w piękne fale, sięgały jej nieco za ramiona. A jej twarz.. Odniosłam wrażenie, że mam przed sobą anioła. Niebieskie oczy, lekko zaróżowione policzki i subtelny makijaż. Ubrana była w bladoróżowy fartuszek, niemal jak perfekcyjna pani domu. Mimo swej urody wydawała się zimna od środka.
- Kim jesteś, dziewczyno?- spytała oschle.
,,Dziewczyno? Nikt się tak do mnie nigdy nie odzywał.."
- Przyszłam odwiedzić Vicky..- odparłam cichutko.
- Och, chyba masz na myśli Victorię?- rzuciła z pogardą i irytacją.- Nie po to nazywałam dzieci po królewsku, by teraz nosiły te wasze głupie przydomki..
- Ymm.. Tak, chodziło mi o Victorię, przepraszam.
- Jak się nazywasz?- wypytywała.
- Sally Rogers. Ja i Vicky.. Victoria chodzimy razem do szkoły.
- No cóż.. Wyglądasz dość biednie. Lepiej wejdź szybko, by sąsiedzi cię nie zauważyli - po tych słowach wręcz wepchnęła mnie do środka, zamykając przy tym drzwi.
Rozejrzałam się. Wszędzie znajdowały się jakieś urocze rekwizyty. Nie wiem, czemu, ale teraz napawały mnie obrzydzeniem.. Po prostu nie pasowały do tak chamskiej kobiety.
- Tylko zdejmij buty.. Są tak brudne, a ja niedawno prałam dywan!- denerwowała się.
Ostrożnie zdjęłam martensy. Chciałam powiesić moją kurtkę na wieszaku, ale babsztyl zatrzymał mnie.
- To jest wieszaczek Franka!- zdenerwowała się.- Powieś na tym dla gości!
,,Paranoja."
- Przepraszam..- powtarzałam tylko.- Może lepiej byłoby, gdybym już poszła do Victorii?
- Eh.. Chyba tak.. Może zrobić wam herbatę i dać trochę ciasteczek domowej roboty?
- Nie, dziękuję - nie chciałam sprawiać kłopotów. Niestety bezskutecznie.
- No tak.. Pewnie wolałabyś piwo i pajdę chleba ze smalcem, ale u nas nie jada się takich rzeczy.. Zaprowadzę cię.
Zaczynałam mieć tego dość, ale robiłam to tylko dla koleżanki. W końcu ona zachowywała się normalnie. To znaczy normalnie, jak dla mnie..
Chyba pisane mi było natykać się na samych pojebów.
Zmierzałyśmy do pokoju perfekcyjnie wypucowanymi schodami. Ale wtedy na górze trzasnęły drzwi i usłyszałyśmy damskie krzyki. Matka przyspieszyła, podążyłam w jej ślady. Na górze ujrzałam Vicky z potarganymi włosami i jakiegoś małego pudla. Po chwili okazało się, że to nie pies, tylko jakiś karzeł.
- Dziewczęta! Jak tak śmiecie, co dopiero w obecności gościa?!- podniosła głos, rozdzielając dwie panny.
- Sally, to jest moja siostra, Molly Jo!- oznajmiła starsza.- Ta mała larwa, do której wolę się nie przyznawać!
- Spokój!- zarządziła dorosła.
Tymczasem ja przyjrzałam się ,,larwie". Prezentowała się raczej niewinnie. Wyglądała na jakieś dwanaście lat, była chuda. Blond loki ozdobione kokardkami okalały piegowatą twarz. Przypominała matkę- niebieskie oczy, słodkie usteczka. Niby aniołek. Ale pod tymi dziecinnymi ubrankami musiała kryć się zołza, bo na ogół jej siostra zawsze zachowywała się spokojnie.
- Może chodźmy do ciebie..- zaproponowałam szeptem.
- Jasne.. Nie będę tu siedzieć z tym kurwiszonem - ostatnie słowo również wyszeptała.
Ku niezadowoleniu obu ,,aniołków" zamknęłyśmy się same i nawet nie myślałyśmy o wpuszczaniu ich. Przyjrzałam się pokojowi. Wydawał się przytulny. Ściany pomalowano na ciemnozielony kolor, meble wykonano z ciemnego drewna. Szczególną uwagę przyciągało bogato zdobione łóżko. W oczy rzucały się również plakaty z Harry'ego Pottera i.. syntezator.
- Grasz na tym?- zdziwiłam się.
- Tak, w sumie jestem całkiem niezła. Napisałam nawet kilka własnych melodii.. Ale.. Ale nikomu się nie podobały.
- Zagrasz mi?- spytałam.
Dziewczyna westchnęła.
- Nie będziesz się śmiać?
- No co ty! Przecież jestem twoją przyjaciółką!
Uśmiechnęła się nieśmiało i zasiadła przy instrumencie.
- Ręce mi się pocą z nerwów.. Pewnie wyglądam jak burak.
- Nie denerwuj się.. Pomyśl, że mnie tu nie ma.
Zamknęła oczy i postawiła palce na klawiszach.
Po kilku minutach nie miałam wątpliwości- musiała dołączyć do Train To Wonderland!
- Jesteś zajebista!- niemal krzyknęłam i zaczęłam bić brawo.- Musisz dołączyć do naszego zespołu!
- Sally.. Ty się dobrze czujesz?- spytała.- To beznadziejna amatorszczyzna napisana w zeszycie od matmy..
- Nigdy nie czułam się lepiej! Ale jeśli nie wierzysz, to ktoś może to potwierdzić!
- Kto?
- Carl, Alice i Robbie!
- No.. - wahała się.- Ok.. Zaproś ich.
- O, serio? Teraz?
- I tak jestem chora. Co mamy lepszego do roboty? Tylko nie spodziewaj się niczego wielkiego..
- Zobaczysz, spodoba im się!
Napisałam do Carriego, by wpadał. Dodałam też, by zachowywał się przyzwoicie przy pani mamie. Po niecałej sekundzie przyszła odpowiedź:
,,Oki, moja Sallem :> O moje manjery jusz siem nje marrrrtw ;*****"
- Zaraz będzie - odparłam z uśmiechem.
- To ja już się boję. Ale jebać to!- zaśmiała się keyboardzistka.

***

,,Zaraz bendem pókau w drzwi ^^ :D"- napisał w końcu.- ,,Robsonia i Alicjusz też są ;o *-*"
Z radością zakradłyśmy się na schody. Byłyśmy ciekawe, co ten głupek wykombinuje.
Istotnie- po kilku chwilach usłyszałyśmy walenie w drzwi, zupełnie, jakby jakiś dzięcioł.
- Już idę!- zaćwierkała pani domu. ,,Uważaj, laluniu." Otworzyła.
- Och, cóż to za anioł u drzwi, całuję rączki pięknej pani!- od razu zakrzyknął Carly swoim flirciarskim tonem. Mało nie pękłyśmy ze śmiechu, gdy rzucił się na nią i zaczął obśliniać na całym ciele. Ona nawet nie wiedziała, co powiedzieć, cała oniemiała. Na jej twarzy malowało się obrzydzenie. Musiała być przerażona tym, co ujrzała- ubrany w damskie ciuchy Kot, wytatułowany typ i dziewczyna z ciuchami nabitymi ćwiekami. Dostrzegłam, że Robb trzyma wielki bukiet kwiatów. Gdy Coward zdołał odkleić się od ,,anioła", wziął go od kumpla i niemal cisnął nimi kobiecie w twarz. Kichnęła.
- Kim wy jesteście?! Co robicie w moim domu?!- zdołała się odezwać.
- Ach oczywiście, gdzie moje maniery?- Carrie palnął się w czoło.- Jam jest Carl Coward, spadkobierca majątku Cowardów, a tamci dwaj to moje przydupasy!
Kobieta była bliska załamania.
- Po co tu przyleźliście?.. Odstraszycie wszystkich sąsiadów!
- Nie sądzę.. Prędzej odstraszy ich ten strach na wróble, który stoi przy kwiatach!
- TO MÓJ MĄŻ, FRANK!- oburzyła się. Już chciała zatrzasnąć trójce drzwi przed nosem, ale Carl ją zatrzymał.
- Najmocniej przepraszam za nieporozumienie! Mam nadzieję, że szanowna pani nam wybaczy! Przyszliśmy odwiedzić pani córkę, Vicky!
- Kolejny!- wypuściła parę nosem.- No dobrze.. Wejdźcie, ale szybko! I wytrzyjcie buty! Poprzednia przybłęda naniosła tu pełno błota!
- Ten to jest niezły - rzuciłam do Vicky.
- Jest nieziemski! Jak prawdziwy komik!- zawtórowała.
W końcu nasz ,,komik" wszedł na górne piętro.
- Uroczą panią także witam - zwrócił się żartobliwie do przyjaciółki.- I ,,przybłędę" także!
- Rozwaliłeś system, kocie - rzekł Parkan.
- To moja specjalność! Jak zresztą wszystko inne!- wyszczerzył się.- No dobrze, ale po co mnie wezwano do tego domku dla lalek?
- Lalki wezwały cię do domku, by pokazać ci jak jedna lalka gra na syntezatorze - odpowiedziałam.
- Hmm, kuszące! Chyba wasz szalony kot się zgodzi!
Weszliśmy do pokoju, a po chwili Summers zaczęła grać. Wszyscy umilkli, słuchając.

***

 - Jesteś zajebista, czemu się, do cholery, nie przyznajesz?!- zdziwiła się Alice.
- Ja.. ja nie wiedziałam, że wam się spodoba!- zarumieniła się dziewczyna.
- To ty chyba, w cholerę żartujesz!
- Okej.. A więc.... WYGRYWASZ THE VOICE, CAŁE JURY JEST NA TAK!!!!- wydarł się Carl.
Wybuchliśmy śmiechem.
- A tak na serio?- nie dowierzała Vicky.
- Tak na serio dołączasz do zespołu - powiedzieliśmy zgodnie.
Oczy jej się zaświeciły.
- Super..- tylko to udało jej się wydusić.
- Właśnie propos TTW.. Carly chciał coś obwieścić, tylko nam też nie mówił, co - wtrącił się Robbie.
- To miała być niespodzianka, kochanie - puścił mu oczko Coward.- Ale tak bez ogródek, zaporów, zaparć i innych przeszkód: uważam, że powinniśmy nagrać album!
Wszyscy się zdziwili, chyba nikt się nie zgadzał.
- Carl, nie uważasz, że to zbyt pochopna decyzja? Do albumu trzeba mieć więcej materiału, a my mamy kilka niedopracowanych numerów, Vicky nie napisała żadnych partii.. Może powinniśmy chwilę zaczekać?- spytała Ali.
- Nie powinniśmy tracić czasu.. W ogóle zastanawiałem się nad zmianą. Uważam, że więcej wokalu powinna mieć Sally, a ja powinienem też normalnie śpiewać, nie tylko screamować..
- No i niech nie będzie tyle przekleństw w tekstach - wtrąciła się Victoria.
- To też się zmieni..
- No widzisz, ile zmian? Na to trzeba czasu!
- Najlepsze są improwizki! Zróbmy to na spontana, mówię wam, wyjdzie zajebiście!
- No nie wiem..
- To się dowiedz, no błagam! Nie możemy się bać!
- Nie boję się. Po prostu zależy mi na jakości..
Rozpętała się kłótnia, ale w końcu Carly ją zakończył.
- Jeszcze was przekonam - rzucił tylko.

***

Wróciłam do domu w nieco dziwnym nastroju. Nie miałam pojęcia, co myśleć o pomyśle na album. Liczyłam na to, że się nie przyjmie, bo praktycznie nie mieliśmy żadnych szans.
Gdy weszłam na hol, Andy'ego oczywiście nie było, ale tego też się spodziewałam. Gdy coś postanowił, zawsze to realizował. Na jego miejscu zrobiłabym to samo. Szczerze to chętnie spotkałabym się z nim już teraz, ale wtedy musiałabym się spieszyć, by zdążyć przed nocą. W końcu wszyscy mieli dość także mnie.. Musiałam spełniać choć część ich oczekiwań, by nie znaleźć się na bruku. Choć może z moim chłopakiem moglibyśmy uciec i sobie poradzić? On miał pieniądze, urządzilibyśmy się jakoś. Choć on nie wydawał się chętny. Chyba czuł coś do tego miejsca. Albo skrywał kolejną tajemnicę..
Na szczęście nikt się mnie nie czepiał, panował ponury nastrój. Skorzystałam z okazji, by przemknąć szybko do pokoju. Zamknęłam się i runęłam na łóżko. Zaczęłam myśleć o tej całej dziwacznej karuzeli, jaką stało się moje życie. Nie mogłam tego okiełznać.

***

*Andy*
Otworzyłem oczy, oślepiony przez słoneczny promień. Niewiele ich docierało, ale ten jeden przedarł się przez korony drzew. Nie mogłem wczoraj w nocy zasnąć, więc przyjechałem do swojej kryjówki. Momentalnie poczułem bliskość Lynn, a ona była na tyle dobra, że pozwoliła mi spać. Mimo tych kilku godzin nadal odczuwałem zmęczenie. No cóż, warunki nie były najlepsze. Twarde siedzenia z tyłu i w moim przypadku kulenie się z powodu prawie dwóch metrów i braku miejsca. Do tego nie miałem łazienki.. No cóż, dało się przeżyć. Choć chyba pierwszy raz tak zwiałem..
Podniosłem się w końcu i wylazłem z samochodu. Nie miałem butów, więc skarpetki przemokły mi poranną rosą. Zdjąłem je. Musiałem wyglądać komicznie. Wysoki patykowaty typ ubrany w stary t-shirt, stare jeansy, bez kurtki. Trochę marzłem. Ale to miejsce było całkiem klimatyczne.. Przysiadłem obok nagrobka.
- Lynn, co się ze mną stanie?- dopytywałem.
Czekałem chwilę, a w głowie usłyszałem jakby szept:
,,To co ze mną. Chwała."
Westchnąłem.
,,No tak. Ale dla tej chwały muszę ścierpieć tyle samo, co ty.."
,,Prawda. Ale to ekstaza."
Wstałem i bez sensu wpatrzyłem się w napis i datę. Nikt o niej nie pamiętał.. A była kimś wielkim. Cały czas cierpiała. I na co jej się to zdało? Ze mną miało być tak samo..
Choć może po życiu czeka coś lepszego?
Nagle mój telefon zaczął dzwonić. Wyjąłem go z kieszeni przy okazji patrząc na godzinę. O chuj, nie wiedziałem, że już 11..
Sally.
- Cześć - odezwałem się od razu. Brakowało mi jej.
- Cześć - odparła zaskoczona.- Możesz mówić spokojnie, bo jestem w drodze do Carla.
Carl.. Nadal go nie lubiłem. Ona ciągle tylko do niego chodziła.. Coś się święciło.
- O, okej - powiedziałem mimo to.- Nasze spotkanie aktualne?
- Tak jasne. Podaj mi tylko adres i godzinę..
- To niech będzie.. 18? I.. może pójdziemy do jakiejś knajpy? Żeby było.. romantyczniej?
Kolejne zdziwienie.
- No.. dobra..
Już chciała się rozłączyć, ale dorzuciłem.
- Sally! Możesz mi wyświadczyć przysługę?..
- Tak?..
- Przynieś mi buty..

***

*Sally*
Odebrałam telefon.
- Właśnie do ciebie idę.. Gdzie jesteś?- spytałam od razu.
- Wejdź w tę ciemną uliczkę - nie brzmiało zachęcająco.- Albo może lepiej rzuć mi buty, bo pomyślą, że jesteś ćpunką.
- Czemu niby mieliby tak pomyśleć?- zdziwiłam się.- Ktoś tam..
Rozłączył się.
Wykonałam jego polecenie i podeszłam do odpowiedniego miejsca. Niesamowicie ,,dyskretnie" rzuciłam buty. Rozległy się jakieś szmery, a po chwili ujrzałam przed sobą Andy'ego. Wyglądał na zmęczonego, miał rozczochrane włosy, sińce pod oczami. Na sobie miał górę od piżamy, na szczęście czarną.
- Teraz to ty wyglądasz jak ćpun - stwierdziłam. Nie usłyszałam odpowiedzi.
- Chodźmy..
Przeszliśmy kilka kroków i weszliśmy do ciepłego wnętrza kawiarni. Wyglądała trochę jak dom Vicky- wszystko było cholernie przesłodzone, ale tu mi to nie przeszkadzało.
Usiedliśmy przy stoliku w kącie, by nikt nam nie przeszkadzał. Momentalnie podbiegła do nas kelnerka. Chciała zacząć mówić, ale gdy spojrzała na mojego chłopaka, momentalnie się skurczyła i odeszła. Chyba jej nie zachęcał. A szkoda, zjadłabym coś.
- Przepraszam - powiedział.- Po prostu nie chciałem, by się tu plątała.
- Ok - odparłam.
Zapadła cisza. Nikt nie odzywał się przez jakieś piętnaście minut, czuliśmy się bardzo nieswojo. Ale wtedy nagle Biersack się odezwał:
- Posłuchaj, Sally.. Ja.. Ja nie umiem sklecić nic sensownego, więc ci po prostu coś powiem..
- No.. dobra..
- Posłuchaj: nadal mi na tobie zależy.. Nadal cię kocham.. Jesteś moją dziewczyną. Po prostu.. jest mi trudno to udowodnić. Ja.. jestem trochę dziwny i.. po prostu to do mnie nie pasuje. Ja nie ustalam formalności, wystarczy, że coś wiem.. Więc.. Wiedz, że ja nadal cię.. kocham. O kurwa..
Słuchałam nieco zadziwiana. Domyślałam się, że mi to powie, ale w jego ustach to brzmiało tak nienaturalnie, niecodziennie. Jednocześnie pięknie.
- Andy..
- Poczekaj, zaraz skończę - przerwał.- Chodzi mi o to, że w domu.. Nie jest najlepiej. I ja już nie wiem, co robić. Dlatego te wszystkie dziwne akcje się dzieją. Muszę coś wykombinować. Wiem, to dziwne, ale czuję się bezradnie.. Jesteś moim jedynym sojusznikiem. Mam nadzieję, że cię nie stracę przez swoje zachowanie..
- Oczywiście, że nie!- rzuciłam od razu.- Ja.. nie mogę bez ciebie żyć.. Choć jesteś takim świrem.
- Ty też nie jesteś normalna - zauważył.
- No tak, ale nie zamykam się w pokoju na całe dnie i nie nie pozwalam tam nikomu wchodzić..
- Ehh..- westchnął.- To zbyt skomplikowane. Lepiej skupmy się na naszej dwójce. Co mam zrobić, byś czuła się lepiej?
Poczułam się, jakby celowo zmieniał temat, ale ten także mi odpowiadał. Musieliśmy naprawić swoje relacje. W końcu rzuciłam:
- Chociaż czasem okazuj mi uczucia, może być nawet, jak inni nie patrzą. Wychodźmy gdzieś razem od czasu do czasu jak dzisiaj.. I po prostu się do mnie odzywaj, nie oczekuję wiele.
Skinął głową.
- Mam nadzieję, że dotrzymam słowa..
Nieco się zaniepokoiłam. Co było takie trudne w tych rzeczach?  Ale się nie odzywałam. Byłam szczęśliwa, że chociaż próbuje.
Zamilkliśmy. Atmosfera zrobiła się nieco gęsta. Siedzieliśmy tak i tylko czasem na siebie spoglądaliśmy. Obaj pogrążyliśmy się w myślach.
Nie wiedziałam, o co się zapytać. Nie chciałam palnąć czegoś niestosownego. Ale w końcu coś przyszło mi na myśl:
- Andy.. Jak to jest z nagrywaniem płyt i w ogóle?..
Zdziwił się.
- No.. w moim przypadku dość chujowo.
- Ale mi chodzi o to, jak to się robi?
- Hm.. No więc albo masz materiał albo nie. Jak nie masz, to piszesz w studiu, choć ja tego nienawidzę.. Zero atmosfery. No a potem te wszystkie skurwiele dokładają gitary, perkusję i jakieś inne.. No i potem to rejestrują i na koniec zamieniają wszystko w cukierkową papkę. A czemu pytasz?
- Bo.. Carl ma taki pomysł nagrywania albumu.
Na dźwięk jego imienia od razu się najeżył. Może to nie był dobry pomysł. Mimo wszystko wydawał się dzisiaj wyjątkowo opanowany.
- Moja rada jest taka: możecie coś nagrać, ale za bardzo się nie angażuj. Nie żyj tym, bo potem będziesz od nich zależna. W pewnym momencie to się zamienia w biznes.
- Ja też tak myślałam.. Ale może warto by spróbować? Mówią, że mam talent i nie mogę go zmarnować..
- Można posiadać talent tylko dla siebie. Jeśli nie nagrasz płyty, to nie znaczy, że nie masz talentu..
- Chyba tak..
I znów zamilkliśmy. Czułam się, jakbym stąpała po nieutwardzonym, niepewnym terenie. Ale gdybym go przeszła, mogłabym znaleźć coś niezwykle urodzajnego. Uczucie, jakiego jeszcze nie znałam. Miłość. I to prawdziwą.
- Andy.. Kocham cię.
- Ja ciebie też, Sall - użył zdrobnienia, które tak lubiłam.
I wtuliliśmy się w siebie.

***
 
Trochę cukierkowo. W następnym chyba dojdzie ktoś nowy ;p
That's all.