poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział 6: Ucieczka przed kartami.


*Andy*
- Kurwa, to gdzie w końcu jest Sally?!- wydarłem się na tego nędznego perkusistę.
- No ja nie wiem..- ryczał jak baba. Co za ciota!
- Nie wrzeszcz tak na niego, bo się nic nie dowiemy. I gardło oszczędzaj - zwrócił uwagę Ashley.
- Będę, kurwa, wrzeszczał, bo ją zgubił, pieprzona pierdoła! A gardło mnie teraz chuj obchodzi!
- Uspokój się, dzieciaku! Rozumiem, że masz swoje humorki, ale nie teraz!- wtrącił się Jinxx.- Ty, Christian, też! Opowiedz nam na spokojnie, co się stało.
Chłopak spojrzał z przestrachem najpierw na mnie, potem na drugiego. Pewnie tchórz się spodziewał, że się na niego rzucimy. No cóż, ja chętnie bym tak zrobił, ale musiałem się czegokolwiek dowiedzieć. Musiałem ją odnaleźć. Była cholernie ważna w tej chwili. Może i potraktowałem ją nieco za ostro, ale teraz uznałem to za głupie. Chciałem wyciągnąć z niej wszystkie informacje, zanim umrze lub ucieknie na dobre. No właśnie..
- Może uciekła?- spytałem.
- Jeśli tak, to przez twoje humorki, idioto!- wkurzył się nasz pan mama.
- Moje?! Ty bez mojej zgody zabrałeś mnie do tego obłąkanego starca!
- Sam jesteś obłąkany i to na poważnie! Ale nie nawrzeszczałem na Sally, że jest głupią suką i może się wynosić! Jesteś obłąkany kretyn!
- Co?!
Już byłem gotowy urwać mu ten przerośnięty łeb, ale w ostatniej chwili Jake nas rozdzielił.
- Ty też jesteś skurwysyn, suń się!- rozkazałem.
- Uspokójcie się obaj! Dajcie dojść do głosu CC' emu!
Niezadowolony odszedłem od tego starego piernika i podszedłem do kulącego się strachajły.
- Dobra, nędzny perkusisto, a teraz gadaj!- rozkazałem.
- Andy!- skarcił mnie Ash.
- No co?!
- Christian, opowiedz..
W końcu jednak ,,Christian" opanował płacz i do pewnego stopnia nad sobą zapanował. Zaczął swoim cienkim głosikiem:
- Jak wy wyszliście to Sally powiedziała, że pójdzie na spacer. Mówiłem jej, że nie wiem, czy mogę jej pozwolić, ale ona zapewniała, że pójdzie niedaleko i w razie czego zadzwoni. Ale nie dzwoniła..
- Kurwa, puściłeś ją samą po całym LA?! Oszalałeś?! Może ona już nie żyje, do kurwy nędzy!- zdenerwowałem się.
Tak to było zostawić kogoś z tym idiotą. Nie potrafił odmówić, był tak cholernie delikatny i kobiecy. Bardziej niż kobieta. Byłem tak kurewsko wściekły, chętnie bym mu przywalił. Już wyciągałem pięść, kiedy kolejny skurwiel, Pitts, mnie złapał.
- Nie za dużo na dziś tych demonstracji dla ciebie?! Boże, jesteś okropny!
Uśmiechnąłem się diabelsko pod nosem.
- To moja specjalność - pochwaliłem się.
- Dlatego teraz grzecznie pójdziesz do siebie i tam zostaniesz, kiedy my pojedziemy poszukać twojej przyjaciółeczki.
- Co, kurwa?!
Teraz jeszcze chcieli mnie tu zamknąć, kiedy sami najpewniej wszystko popierdolą?! Nie dam się, nie jestem ich jebanym więźniem. Nie mają prawa tak mną pomiatać..
- Tak - powtórzył Jinxx.- Chyba, że mamy to zrobić za ciebie, na siłę.. Z pomocą pewnych akcesoriów.
Zastanawiałem się, czy po prostu ich wszystkich teraz nie zabić i zmyć się z miejsca zbrodni. To byłoby niezłe na moją listę, w sumie najlepsze i ułatwiłoby mi dalsze działania. Ale wtedy złapałyby mnie psy i miałbym powtórkę z przeszłości. To musiało poczekać, co nie oznaczało, że z tego rezygnowałem. Po prostu czekałem.
Wpadłem za to na lepszy pomysł. Zostanę, udając, że się słucham, zniosę to upokorzenie, a potem poszukam Sally na własną rękę. Po prostu dam nogę.
Bo naprawdę nie miałem teraz ochoty na ich wszystkich bawiących się w psychiatrów.
Zrobiłem naburmuszoną minę i udałem się po schodach na górę.
- No, mamy go z głowy..- usłyszałem przez te wyjątkowo cienkie ściany.
Potem zaczęto ustalać ,,cudowny" plan. A ja tylko czekałem, aż się ulotnią.

*Sally*
Mój oddech gwałtownie przyspieszył. Powoli zaczynało mi go brakować. Nie miałam pojęcia, co dokładnie za mną biegło, ale wydawało się dziwnie znajome. Tak , jakbym już kiedyś widziała tę postać. Ten kształt, ten sposób chodu..
Ale czemu była tylko cieniem? Przynajmniej tak mi się zdawało. To nie mógł być człowiek. To było coś groźniejszego. Chciało mnie dopaść, inaczej by za mną nie goniło. Mogło przecież równie dobrze wykorzystać kogoś innego, znaleźć inną ofiarę. To coś miało swój cel i na pewno nie uczynny.
Nie chciałam podzielić losu Lynn. Obiecałam jej po śmierci, że zemszczę się na jej zabójcy.  I na wszystkich z nim powiązanych. Że będę dzielna, silna. To będzie wykroczenie prawne, przestępstwo, ale on na to zasługiwał. Oszukiwał ją przez połowę jej krótkiego życia, zwodził ją. Sprawił, że stała się jak potwór. Nie wiedziałam, w co do końca ona się bawi, ale to nie zachwycało nikogo. Mi nie chcieli tego wyznać, byłam za mała. Nie chcieli bym ja się w to wplątała. Ale poza tym ona była dobrą siostrą. Złą duszą, ale dobrym człowiekiem. Pomogłaby mi teraz, musiała wiele razy coś takiego przeżyć. Ale jej nie było, a ja byłam skazana na coś przerażającego. Bo co jeśli to już koniec?
Potknęłam się i runęłam twarzą w mech, ale jak najszybciej się podniosłam i znów mijałam wysokie świerki. Niestety to bardzo przybliżyło do mnie tego.. kogoś, coś. Gdybym tylko miała latarkę.. Ale nie miałam. Oszczędziłaby mi ona tylu potknięć i bólu i w końcu wiedziałabym, co się dookoła mnie dzieje. I z kim mam do czynienia.
Przebiegłam kolejne dziesięć metrów, a moje serce pracowało chyba z rekordową prędkością i z każdą chwilą przyspieszało. Słyszałam jego dudnienie, wypełniało je strach i adrenalina, z przeważaniem tego pierwszego. Żołądek podchodził mi do gardła, chętnie bym zwymiotowała. Skręcało mnie w nim do tego stopnia, że nie mogłam się do końca wyprostować. Trzymałam się za niego, ale nic nie pomagało. Wkrótce poczułam też uścisk w klatce piersiowej. Nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. A on ciągle za mną podążał, szeleściły pod nim gałązki i liście. Ale i tak poruszał się zgrabniej ode mnie, ja biegłam teraz bez opamiętania. On był niezmordowany.
Ostrzejsze przedmioty cięły moją twarz, gdy o nie zahaczałam, rozrywało mi też ubrania, czułam piekące rany na całym ciele. Krew spływała mi po skórze, czułam się jak ranna gazela.
Łup! Upadłam po raz kolejny. Chciałam się już podnieść, ale złapał mnie za kostkę. Szarpałam się, ale był zbyt silny, wytrenowany. Jego ręka była taka zimna, jakby to był trup. A może to był jakiś truposz? Nie wierzyłam w zombie, ale kto wie? Na pewno nie był zjawą.
Wydarłam się najgłośniej jak mogłam, ale zasłonił mi usta dłonią. Zaczął przyciągać mnie do siebie. Chciałam się wyswobodzić z jego uścisku, ale mój wysiłek był na nic. ,,Ktoś" chwycił mnie tylko mocniej, a wkrótce.. przystawił mi nóż do gardła. Dech zaparło mi w piersi. Pierwsza łza spłynęła po moim policzku. O co mu do cholery chodziło?
- Jeśli się ruszysz, to cię zabiję, rozumiemy się?!- syknął szeptem, co nie pozwoliło mi zidentyfikować głosu. Ale pachniał znajomo.. Niestety nie mogłam skojarzyć tego zapachu. Taki miedziany, zupełnie jak jakaś.. krew. Do tego wyjątkowo stara woda kolońska.
,,Rusz głową, Sally, tylko jedna osoba na świecie tak pachnie!"
Jednak mój mózg odmawiał posłuszeństwa. Strach sparaliżował mnie całą. W efekcie trwałam bez ruchu. Zastanawiałam się tylko, jak mnie zabije i czy to będzie aż tak bolesne.
Tymczasem nieznajomy wyciągnął z kieszeni jakiś nadajnik i oznajmił:
- Mamy ją.
Jego głos zabrzmiał, jakby był zmodyfikowany. Nie miałam szansy go poznać.
Tymczasem byłam bezlitośnie ciągnięta w jakąś stronę.
- Pojedziesz sobie z nami, maleńka..- śmiał się złowieszczo.
Łzy płynęły po moich policzku jedna po drugiej. Nie miałam już pojęcia, co robić. Poczułam się przegrana. To wszystko działo się za szybko.
Nagle reflektor samochodu rozświetlił moją twarz. Jeśli teraz mnie zabiorą, to będzie po wszystkim.
,,Wymyśl coś!"
Nie zastanawiałam się dłużej. Bez dłuższego namysłu, kopnęłam faceta w jaja. Zgiął się w pół jak ja przed chwilą i runął na ziemię.
Jego ludzie nie czekali długo i wypadli z auta. Ale chwila wystarczyła mi, by znów zacząć biec. Byłam naprawdę wykończona, do tego targał mną szloch, który tylko wszystko utrudniał. Krew mieszała się z łzami. Mimo wszystko to było lepsze od łapsk tego mordercy.
Ale jeszcze bardziej przeraziło mnie, gdy usłyszałam huk. Pocisk przeleciał tuż nad moją głową.
,,No pięknie, zabiją mnie!"
Zagryzłam wargę, by nie dostać jakiejś histerii. Kolejne naboje pojawiały się tuż obok mnie. Jeden nawet musnął moje ramię. Czułam się, jakbym była sarną, na którą polują jacyś myśliwi. Czułam się jak ich zwierzyna, ofiara. Byłam pewna, że jeśli wrócę, zostanę wegetarianką. Jeśli wrócę.
Stanęłam chwilowo za jakimś drzewem liściastym, by mnie nie trafili. Nabrałam powietrza w płuca.
A potem ruszyłam dalej.
Las robił się coraz gęstszy i ciemniejszy, nie wiem jak daleko od domu już byłam. W każdym razie coraz mniej mi się to podobało. Słabłam, a ich zdawało się być coraz więcej. Ich światła latarek były jak lasery, wypalały mnie od tyłu.
Do tego wpadłam w jakieś gęste zarośla i zanim się z nich wyplątałam, byli już bardzo blisko. I znów wszystko się powtarzało: szaleńcza pogoń, mój błąd, ich błąd, strzały. Upiorne koło się zataczało. Nie chciałam się w to bawić, najchętniej dałabym sobie spokój. Ale kto wtedy będzie walczył za moją Lynn?
Nie poddawałam się.
I nagle zapadła cisza. Błagałam w myślach, by skończyły im się naboje. Ale nie, teraz było kompletnie cicho. Nie słyszałam nawet kroków. Dziwne. Nie było też głosów. Latarki zgasły. Ten brak czegokolwiek w pierwszej chwili wydawał się nieco upiorny, podejrzany, al. nic się nie działo. Odetchnęłam z ulgą. Poczułam, że jestem wolna, uratowana.
Przysiadłam zmęczona na ziemi i po raz pierwszy od kilku godzin, zaczerpnęłam powietrza. Jaka to była ulga. Przetarłam oczy bokiem dłoni i uspokoiłam się. Musiałam znaleźć drogę. Ale było tak ciemno.. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Ale nie mogłam też czekać. Bo co, jeśli by wrócili? Musiałam się ruszyć, teraz miałam szansę.
Nie szłam zbyt pośpiesznie, całe ciało dawało o sobie znać. Bolało, nawet bardzo. Chętnie poszłabym do lekarza, wymieniając Andy' ego. Naprawdę, szpital, którego nienawidziłam, byłby teraz zbawieniem. Białe łóżko i możliwość snu. To o niebo lepsze od życia w strachu i napięciu, które od niedawna powróciło.
Szłam, ale z roztargnienia wpadłam na drzewo. Rozmasowałam skroń i chciałam je minąć, ale.. drzewo poruszyło się i znów mnie złapało. Latarki padły na mnie, dręcząc moje zmęczone oczy. Byłam otoczona. Zasadzka.

*Andy*
Jacy z nich idioci.. Bez problemu wylazłem przez okno w salonie. Skoczyć z półtora metra to nie był żaden problem. A może i mniej? Na przyszłość musieli się bardziej wysilić. Łatwo było pokonać ich małe móżdżki. Oni nigdy nie doświadczą takiej mądrości jak ja..
Ale dość o mnie, teraz ważniejsza była Sally.
Ruszyłem ulicami Los Angeles. Najpewniej reszta grupy szukała w najbardziej oczywistych miejscach. Tam jej nie znajdą, gdyby się zgubiła, ludzie by jej pomogli. A gdyby coś jej się stało, zadzwoniliby po pomoc. Chyba że ta niepozorna dziewczyna wykazała się mózgiem i zwiała. Na jej miejscu już dawno bym to zrobił. Ale była mi teraz potrzebna, wiedziałem, że ją odnajdę. Może i miała chwilową przewagę, ale za to ja znałem najciemniejsze zakątki LA, w których niegdyś sam spędzałem czas. Nikt o nich nie wiedział. Ale jeśli ona były taka niezwykła, to może jednak?
Chodziłem od miejscówki do miejscówki, ale nigdzie jej nie było. Cholera. Została tylko jedna, ale zbyt daleko. Nie zdążyłaby chyba tak dotrzeć na piechotę.
Zaczynałem się martwić. Może faktycznie stało się coś bardzo złego?
Zapaliłem kolejnego szluga, by pozbierać myśli.

*Sally*
Chcieli mnie omamić, bym już myślała, że wszystko jest okej. Ale nie było. Moja ekscytacja była przedwczesna. W którą stronę bym nie poszła, otaczali mnie jacyś faceci. Tak jak w życiu- ono całe było tylko pułapką. Zawsze znalazł się ktoś, kto chciał spieprzyć moją wizję szczęścia. Byłam skazana na wieczną porażkę, wypełnioną próbami upolowania mnie.
A wracając do tych terrorystów. Nie znałam ich do końca. Wiedziałam, że coś się kiedyś stało, z czym mieli związek, ale nie miałam pojęcia z czym. Teraz mój umysł nie pracował normalnie, wypełniły go obawy.
Facet najbliżej mnie wyciągnął broń, pistolet. Skierował go prosto na mnie.
Zaraz zginę. Zaczynałam rozumieć, co czuła Lynn. Przerażenie i tylko chęć, by to się skończyło. Cierpienie nie było takie poetyckie, jak niektórzy myśleli. Było tylko śmierdzącą kupą gówna, od którego czasami nie można uciec.
- Do widzenia, księżniczko. Chcieliśmy cię ubić inaczej, ale po co tracić czas? Prawie nam się wyrwałaś!- powiedział szeptem ściskający mnie facet.
Już zamierzałam się poddać, ale wtedy w mojej głowie odezwała się obietnica złożona przed laty Lynn. Nie mogłam, po prostu nie mogłam.
Nie czekałam ani chwili dłużej. Nie chciałam jeszcze umierać, nie wypełniłam przeznaczenia. Obiecałam zemstę i dopnę swego.
Chwyciłam broń, której pocisk musnął moją dłoń, ale nie wyrządził większych szkód. Nacisnęłam niezdarnie spust i strzeliłam facetowi w nogę. Upadł, a ja go wyminęłam i zaczęłam biec, ile sił w nogach.
Mimo to miałam świadomość, że długo tak nie pociągnę. Przydałaby mi się pomoc. Ale teraz uciekałam.
Odwróciłam się i posłałam jeszcze kilka średnich strzałów. Może i umiałam jako tako strzelać z bliska, ale na pewno nie z daleka.
W końcu jednak zarośla stały się tak gęste, że krzyki robiły się coraz cichsze, a prześladowcy chyba się oddalali.
Uklękłam za jakimiś krzakami i wyjęłam telefon. Teoretycznie powinnam zadzwonić na policję, ale serce podpowiedziało mi, bym wykręciła numer do.. Andy' ego.
Wstukałam numer i w napięciu czekałam.
Dzięki Bogu, odebrał.

*Andy*
Sally? Nareszcie! Może w końcu wyjaśni tę głupią sprawę.
Nacisnąłem zieloną słuchawkę i powiedziałem:
- Halo?
Cisza. Zbyt głucha cisza. Zmarszczyłem brwi. Szczerze zaczynałem się bać. Już teraz zrozumiałam, że to jest powalone ponad wszelką miarę.
- Halo?!- powtórzyłem głośniej.
- Andy..- odezwał się w końcu cichy głos.
Odetchnąłem z ulgą. Przynajmniej żyła. Ale skąd miałem wiedzieć, że nie jest śmiertelnie ranna, czy coś?
Zdenerwowałem się.
- Gdzie ty jesteś, do cholery?!- wydarłem się.- Wiesz jak my wszyscy, zwłaszcza ja, się..
Nie dokończyłem, bo przerwała:
- Mów ciszej. Ścigają mnie..
Zamarłem.
- Jak to? Kto?..
- Nie wiem.. Nie wiem, czego ode mnie chcą. Mają broń..
Rozpłakała się. Ja też miałem mokro w majtkach. Co jeśli to jacyś gwałciciele? A może mordercy? Może jeden z tych gangów? A co jeśli zrobią jej krzywdę?
- Jesteś cała?- dopytywałem już łagodniej, jednak ona nadal się nie uspokoiła.- Nie płacz. Nie zrobili ci nic? Nie jesteś ranna?
- Nie.. To tylko kilka zadrapań, ale nic poważnego - wyrzuciła z siebie.
- Całe szczęście..- odetchnąłem z ulgą.- Gdzie teraz jesteś?
Na chwilę znów zapadła cisza.
- Nie mam pojęcia.. W jakimś lesie.. Gęsty.
Dużo mi to powiedziało..
- No dobra.. Może inaczej.. Mijałaś coś szczególnego? Którędy szłaś?
Zastanawiała się chwilę, a potem zaczęła opowiadać. Całe szczęście, że jej pamięć nie szwankowała.
- Najpierw szłam w prawo, bardzo długo, a potem przeszłam obok jakiegoś spożywczaka. Potem doszłam do parku i szłam do końca, aż zaczęło się robić pusto. Potem szłam chodnikiem, dookoła były tylko drzewa. A potem zobaczyłam komis samochodowy i chciałam, by mi pokazali, jak wrócić. Ale był już zamknięty. Potem odeszłam kilka kroków w las i dostrzegłam kogoś obcego. Jakiś cień. Zbliżał się do mnie. To było upiorne. A potem rzuciłam się przed siebie i było zbyt ciemno, by coś widzieć.. Ale las zrobił się gęstszy.
Zaczynałem kojarzyć, gdzie poszła. Zdziwiłem się, że zaszła aż tak daleko na piechotę, przeszła prawie połowę lasu. Chyba, że zapierdalała przez cały czas, to by nawet pasowało.
- Co masz dookoła siebie?- spytałem.
- Krzaki, krzewy.. Siedzę w nich.
Już rozumiałem, gdzie jest.
- Są blisko ciebie?
- Nie, chyba mnie zgubili.
- W takim razie idź cały czas w lewo. W końcu krzaki się przerzedzą, a ty dojdziesz do jezdni. Czekaj tam na mnie, przyjadę samochodem!- rozkazałem i się rozłączyłem.
Ruszyłem biegiem po auto.

*Sally*
 Nie miałam pojęcia, jakim cudem facet, który praktycznie nie wychodzi z domu, zna jakiś zadupiasty las. Nie wnikałam, po prostu cieszyłam się, że mi pomógł. A niby taki skurwiel bez serca..
Za jego radą ruszyłam w lewo. Wszystko się sprawdziło, zupełnie, jakby był jasnowidzem. Gdy przeszłam już jakiś spory dystans, zarośla się przerzedziły i mimo ciemności ujrzałam asfalt.
Już myślałam, że jestem zbawiona.
Wyskoczyłam z krzaków i rzuciłam się na drogę. Łzy napłynęły mi do oczu, tym razem łzy ulgi. Miałam ochotę pocałować nawierzchnię, ale tego nie zrobiłam. Po prostu położyłam się tuż obok niej. Nie mogłam biec już dalej. I tak zbyt się zmęczyłam.
Prawie zasnęłam (a może zemdlałam?) kiedy dobiegł mnie jakiś niewyraźny krzyk. Otrząsnęłam się z transu. Myślałam już, że to Andy i leniwie się podniosłam, nawet pomachałam. Ale ponownie się zawiodłam. To był znajomy samochód. Terenówka, w którą chciano mnie dziś zapakować. Zbliżała się w zastraszającym tempie. Byłam zgubiona.
Znów miałam ochotę się rozpłakać. Ale nie mogłam się poddać, jeśli to zrobię, czeka mnie śmierć.
Moje nogi znów zaczęły pracować. Ledwie nimi powłóczyłam. Nie widziałam sensu w biegnięciu drogą, bo i tak ci ludzie by mnie dopadli. Wskoczyłam w las, tym razem po przeciwnej stronie. Zanim mężczyźni opuścili pojazd, ja byłam już dość daleko. Ale uczyłam się na swoich błędach- zdawałam sobie sprawę, że nie mogę przebyć już zbyt wielkiego dystansu. Zwolniłam nieco kroku i wyciągnęłam telefon. Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że tylko pogarszam sprawę. Nie mają latarek, ale są tuż za mną.
Mimo trzęsących się palców, udało mi się wykręcić numer.
- Już jadę!- ryknął Andy do słuchawki.
- Andy, nie mogłam zostać przy drodze! Znów mnie gonią! Jestem w lesie po drugiej stronie!
- Cholera..- zaklął.
- Powiedz mi lepiej, co mam robić?!- darłam się.
- Przede wszystkim się zamknij, tylko pogarszasz sprawę! Schowaj się w jakimś niespodziewanym miejscu! W takim, gdzie nie wejdą!
- Dobrze..- powiedziałam szeptem.- Jak dojedziesz zadzwoń..
- Obiecuję.
Rozłączyłam się i zaczęłam szukać jakiegoś mało dostępnego miejsca. Nie myśląc wiele runęłam w krzaki. Ale już tam docierali.
I wtedy dostrzegłam jedyną drogę ucieczki. Była co prawda zima, ale.. To była moja jedyna szansa.
Powoli zaczęłam zsuwać się do małej rzeczki. Woda niemal całkiem zmroziła moje mięśnie, cała zesztywniałam. Ale byli już tak blisko.. Musiałam.
Zanurzyłam całą swoją głowę, zatykając nos i zamykając powieki. Nastał chłód i ciemność. I odrobina ulgi.
- Pobiegła dalej!- usłyszałam niewyraźnie.
Poczułam się o niebo lepiej, gdy mogłam w końcu się wynurzyć. Widocznie moja walka o życie na dziś dobiegła końca. Wylazłam z lodowatej cieszy i usiadłam na brzegu. Cała byłam przemoczona, cholernie marzłam. Ściągnęłam wilgotną kurtkę i odgarnęłam całkowicie zniszczone włosy do tyłu. Na nieszczęście moja komórka też przemokła i nie zamierzała się włączyć.
Po raz setny tego dnia (a w sumie nocy) straciłam nadzieję.
No pięknie, teraz to nawet Andy mnie nie znajdzie..
Skuliłam się i zaczęłam cicho pochlipywać.
Nie było dla mnie ratunku.
Może znajdą moje zwłoki gdzieś za kilka tygodni? Ale wtedy nic już mi nie pomoże.. Równie dobrze mogłam dać się zastrzelić, byłoby nawet łatwiej.
Czemu nie wyjęłam tej cegły? Czemu nie zostawiłam jej na brzegu?
No trudno, nie było już odwrotu.
Pozostawało mi czekać na pewną śmierć.

*Andy*
Jechałem jak pirat drogowy (jak Sammi) i mało nie zabiłem kilku osób. Zastanawiałem się, kiedy policja zapuka do moich drzwi i zabierze mi prawo jazdy. Wtedy to już będę całkowicie ugotowany.
Ale nie bez przyczyny- nie odbierała, bałem się, że już po niej.
Straciłem już rachubę, ile na godzinę jadę, kiedy wskazówka przekroczyła 120 kilometrów na godzinę. Ale nie miałem wyboru, jeśli zabili Sally to nigdy nic już się od niej nie dowiem. Gdyby nie to, że była taka dziwna, na pewno nie ruszyłbym dupska z domu. Bo po co miałbym ryzykować życie dla pierwszej lepszej laski?
W końcu wjechałem na właściwą drogę, która znajdowała się na obrzeżach Los Angeles. Rogers nawet nie zdawała sobie sprawy, w jak ważne dla mnie miejsce trafiła. Choć i tak by nie zrozumiała. A może jednak? W każdym razie jeśli znajdę tu jej trupa, to będę zmuszony ją tam zakopać..
Na trasie panowała cisza, było pusto. Żywego ducha, mało kto jeździł kiedykolwiek tym szlakiem. Przecież wybudowano tyle autostrad, po cholerę tłuc się wyboistą leśną drogą?
Zahamowałem, gdy dotarłem do mniej więcej połowy. Przeczuwałem, że dziewczyna musi być gdzieś tutaj. No może niedokładnie, ale znałem to miejsce jak własną kieszeń- jak mógłbym się pomylić?
Zostawiłem auto pełny nadziei, że mi go nie ukradną. Wysiadłem i od razu rzuciłem się w krzaki. Tutaj były nieco przerzedzone, nietrudno było się przez nie przedostać. Szukałem wszędzie: pod każdym liściem, za każdym pniem, patrzyłem nawet w górę.
- Sally!- wołałem.
I nic.
Zacząłem się martwić, że może naprawdę ją zastrzelili. Albo przynajmniej porwali. Tylko kto? W jakim celu? Czy byłby jakiś sens w porywaniu obcej dziewczyny bez celu? Tylko idiota by się naraził. W ogóle to nie słyszałem o żadnym gangu, który kręciłby się po lasach i szukał ofiar. No chyba, że to jakiś pedofil, Sally wyglądała dość młodo, ale wątpię. Doszedłem do wniosku, że ona coś dla nich znaczy, musieli ją obserwować od dłuższego czasu. Czyli widzieli, gdzie dokładnie idzie, może w naszym domu były jakieś pułapki? No nie wiem, kamery, podsłuchy.. Może nawet w moim pokoju? Ale kiedy niby ktoś miał to wszystko zamontować? Nawet, gdy byliśmy w trasie Juliet tam siedziała.. Chyba, że to była jej forma zemsty. Ale jaki szanujący się gang uganiałby się za zagubioną panienką? Żadna z tych rzeczy nie trzymała się kupy.. Chyba że.. Ale nie, to niemożliwe.. To zbyt głupie. Oni nie zajmują się takimi bzdetami, są równie oświeceni, co ja. Właściwie nawet bardziej, oni są szanowani w całej naszej grupie. Przynajmniej byli, bo nie natknąłem się na nich od 6 lat.
Nie chciałem o tym myśleć, bo od razu do mojej głowy wkradały się najgorsze wspomnienia. Zmieniłem temat.
To zdumiewające, jak wiele kroków zrobiły dzisiaj te małe nóżki. Zagłębiałem się coraz dalej, coraz bliżej swojej własnej miejscówki, a nie było po niej śladu. Chyba, że już ją znalazła.. Choć pewnie by się tylko wystraszyła i nie odważyłaby się tam siedzieć. Mnie samego czasem przeszywał chłód, ale go lubiłem. Kochałem wszystko, czego inni się bali.
Całkiem się zamyśliłem, aż nagle z rozmyślania wyrwał mnie cieniutki głosik. Znajomy głosik.
- Sally?- zapytałem.
Płacz ustał.

*Sally*
- Andy?- wydusiłam z siebie w końcu.
- Sally?- powtórzył.- Gdzie jesteś?
- Tutaj..- powiedziałam.
W końcu coś poruszyło się między liśćmi, a przy mnie znalazł się mój ,,wybawiciel".
Chciałam zapanować nad emocjami, ale nie mogłam się powstrzymać. Z płaczem wpadłam w jego ramiona. Trochę się zdziwił.
- Żyjesz? Jesteś cała mokra! Przemókł ci telefon?
Jedynie kiwałam głową. Nie mogłam tak rozmawiać. Chciałam zapomnieć o tym wszystkim, co mnie dziś spotkało. Tylko więcej strachu mi brakowało do kompletu..
Uścisk się zacieśnił, ale nie protestowałam. Chciałam ciepła.
- Poczekaj..- oznajmił Andy. Zdjął swoją skórzaną kurtkę i mnie nią otulił. To wszystko wydawało się takie głupie- ja, jako dama w opresji i on, jako superbohater. Nic takiego nie miało miejsca. Ja byłam tylko zmokłą kurą, a on jakimś Buszmenem, który widocznie spędzał wiele czasu w zaroślach.
Właśnie.. Jakim sposobem on mnie odnalazł w tym lesie? Przecież nie znałam swojego dokładnego położenia, powiedziałam mu tylko o krzakach, drodze i kolejnych krzakach.. To za mało, by zidentyfikować miejsce, przecież ten las to głównie krzaki i drzewa, a droga jest bardzo długa.
- Jak mnie znalazłeś?- odważyłam się spytać.
Przez chwilę jakby zastanawiał się, czy mi to wyjawić, ale w końcu się odezwał:
- Musisz to sama zobaczyć.. Tu bardzo niedaleko jest takie ważne miejsce. Pamiętasz historię o tej dziewczynie? To zaraz ci coś pokażę..
Uniosłam pytająco brew. Co chciał mi pokazać? Co w tym lesie mogło być zdumiewającego?
Powinnam odmówić, bo nogi wręcz mi odpadały. Ale mimo to się zgodziłam. Przecież to mogło tyle wnieść do mojej sprawy.
Chłopak pomógł mi wstać, a potem ruszyliśmy w jakimś nieznanym mi kierunku.

*Andy*
Kompletnie nie wiedziałem, dlaczego chcę jej to pokazać. Nikt nigdy tu nie bywał. To była moja kryjówka, a teraz ktoś niewtajemniczony miał tak po prostu ją ujrzeć. Postępowałem lekkomyślnie, ale coś urzekło mnie w tej dziewczynie. Może coś ukrywała? Może miała jakiś związek z tym wszystkim? Może coś jej przypomnę, zmuszę do jakiejś refleksji? Może czegoś się od niej dowiem? Jeśli odpowiednio to rozegram, to może coś z niej wyciągnę i wyjdzie na moją korzyść?
,,Przepraszam, Lynn.. Wybacz"- zwróciłem się do dziewczyny w myślach.
Tymczasem Sally robiła się coraz bardziej podejrzliwa. No w sumie słusznie, ciągnąłem ją przez pół lasu, żeby pokazać jej.. cmentarz. Nawet nie cmentarz, a jeden grób. Grób obcej dla niej osoby. Teraz to na pewno uzna mnie za wariata.. Choć po tym, co ją niedawno spotkało, nikt jej nie przebije pod względem zbzikowania.
Poczułem, że się zbliżamy i nawet zastanawiałem się nad wycofaniem się. Jednak teraz nie było wyjścia. Musiałem być pewny siebie. Może akurat będzie zachwycona? Czysty sarkazm.
Nagle się zatrzymałem. Dotarliśmy. Niepewnie postawiłem kilka kroków i przystanąłem. Spojrzałem na zaskoczoną twarz dziewczyny.
- To chciałeś mi pokazać?- zdziwiła się.
- Tak.. Ale dokładniej to..- podszedłem do nagrobka i zgarnąłem część liści.- Tu ją pochowano.
Towarzyszka stanęła jak wryta.
- Och.. Nie wiedziałam..- speszyła się.- Ale czemu pochowano ją w środku lasu?
Westchnąłem.
- O to chodzi.. Sam do końca nie wiem. Ale znalazłem jej grób. Wiedziałem, że muszę to dla niej zrobić. Nikt by tu nie przyszedł. Tylka ja tu bywam. Jesteś najpewniej drugą osobą, która kiedykolwiek tu przyszła.
- To w pewnym sensie zaszczyt - stwierdziła.- Ale czemu nikt tu nie bywa? Chcieli zataić jej śmierć?
Chyba źle jednak postąpiłem.. Za dużo pytań, A ja musiałem na nie odpowiedzieć, bo inaczej zrobiłoby się dziwnie.
- Chyba tak. To było brutalne samobójstwo. Sam wolałbym wymazać ten obraz z wyobraźni..
- Byłeś przy nim?- spytała ponownie. Zaczynała działać mi na nerwy.
- Nie do końca. Tuż po nim.. W każdym razie teraz nikt o niej nie pamięta. Wszyscy ją olali. Tylko ja tu przychodzę. Czasem się tu ukrywam przed tymi skurwielami. Tu jest milej. Ona była prawdziwą przyjaciółką, wręcz czuję jej bliskość. Ale nie zrozumiesz..
- Czemu? Przecież ja też straciłam.. Bardzo bliską osobę. Z tym, że ją zamordowali. Byłam tego świadkiem.
- Bliską osobę?- dopytywałem. Musiałem w końcu ją rozpracować. Ja jej powiedziałem.
Westchnęła, tłumiąc łzy.
- Nie mówny o niej. To za trudne.
No cóż.. Może innym razem. Ale nie dawałem za wygraną.
- A myślisz, że dla mnie łatwo jest mówić o niej?- wskazałem palcem porośnięty mchem nagrobek.- Była moją jedyną przyjaciółką. O mały włos nie została moją dziewczyną. Tyle mnie nauczyła.. Nikt nie jest w stanie jej zastąpić. Bez niej życie jest takie puste.. Praktycznie niemożliwe. Nikt mnie bez niej nie rozumie.. Ja też czuję się czasem samotny.
- No proszę - przerwała.- A myślałam, że jesteś takim zimnym skurwielem. Wręcz skurwielem do kwadratu.
- Może i jestem. Ale ty też nie jesteś normalna. Jesteś cholernie dziwna, zbzikowana. Jesteś wręcz pojebana.

*Sally*
- Aż tak ze mną źle?- spytałam. Było mi smutno, że przez wszystkie swoje starania wychodzę na jeszcze bardziej szurniętą.
- A jak sama myślisz? Od samego początku jesteś dziwna.. Od twojego pojawienia się, poprzez randkę, aż do dzisiejszego pościgu. I ty się nazywasz normalną? Ile jeszcze masz w zanadrzu?- zaśmiał się, ale mi nie było do śmiechu.
Miał rację, byłam pojebaną wariatką. Może i nie bez powodu byłam w tym psychiatryku? Choć tam chyba tylko bardziej zdziwaczałam..
- Bardzo chciałabym w końcu znormalnieć.. Być taka jak wszystkie dziewczyny. W końcu się nie wyróżniać, móc żyć w spokoju. Być szczęśliwa - westchnęłam.
- Co? Naprawdę jesteś aż tak głupia?!- niemal krzyknął.
Zmarszczyłam brwi. I on niby nie był skurwielem? Ja wyznaję mu, o czym marzę, a on nazywa mnie głupią? Chuj do kwadratu.
- Niby czemu?
- Naprawdę myślisz, że bycie ,,normalną" da ci szczęście? No to proszę- popatrz na Juliet, na Jinxxa, na wszystkich dookoła. Czy oni są twoim zdaniem szczęśliwi?!
Przywołałam wspomnienie wiecznie niezadowolonego Jinxxa karcącego Andy' ego i Juliet- płaczącą, bo zaprzestała walki o swoje. Nie, oni na pewno nie byli szczęśliwi. Wręcz przeciwnie. Każdy z nich miał problemy, z którymi sobie nie radził. Każdy z nich się mścił. To nie tak była moja wizja szczęścia.
- No nie..- przyznałam po chwili.
- Właśnie. Nie sądzę byś chciała mieć na co dzień do czynienia z takim dupkiem jak ja - uśmiechnął się pod nosem.- Choć na razie jesteś na to skazana. Przynajmniej nie musisz się ze mną użerać.
Zaśmiałam się. Poczułam się raźniej.
- Powiem ci jedną rzecz: nie ma ludzi normalnych. Ludzie dzielą się po prostu na bardziej jebniętych i mniej jebniętych. I pewnie oczami nędznego śmiertelnika jesteśmy bardziej jebnięci. Nie da się więc znormalnieć. Możesz sobie dać z tym spokój.
Właściwie mi ulżyło. Mój plan w niczym nie pomógł. Nie znormalniałam, a przez niego miałam same problemy. Właściwie tylko wszystko skomplikowałam.
Panie Skurwysynie, dziękuję ci.
- Teraz nie jesteś aż takim skurwielem. Czemu na co dzień nim jesteś?- dopytałam.
- Hmm.. No wiesz.. Nie, nie zrozumiesz. To jakby mój sposób na życie. Na przetrwanie.. czy coś - wytłumaczył.
- Skutecznie dajesz innym w kość.
- To moja specjalność. Choć wytrącasz mnie z równowagi. Zbyt mnie intrygujesz.
- Co?
Nie wiem, czemu, ale odebrałam to trochę jak komplement. ,,Wytrącasz mnie z równowagi"? ,,Zbyt mnie intrygujesz?" To brzmiało odrobinę jak flirt. Skuteczny.
Biersack chyba zrozumiał, o co mi chodzi, bo natychmiastowo się speszył.
- Nie o to mi chodziło.. Po prostu jesteś jedna wielką zagadką. To tylko przyjaźń.
- Ale niedawno nie nazwałbyś tego nawet przyjaźnią..
- Cholera, Rogers, torturujesz mnie! Przestań być taka dociekliwa, mały detektywie!
Starał się udawać irytację, ale nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Właściwie był nawet przystojny, gdy się nie krzywił. Miał ładny uśmiech. Nie mogłam go nie odwzajemnić. Zaczynał mi się podobać.
O Boże, Sally, o czym ty myślisz?! Nie, nie, nie- to tylko przyjaźń!
Zaczynało się robić niebezpiecznie, widocznie ,,przyjaciel" też to zauważył. Już miał coś powiedzieć, kiedy nagle zaczął dzwonić jego telefon. Całe szczęście. Niezręczna chwila została przerwana, a w słuchawce buchnął wkurzony głos Jinxxa:
- Andy, skurwysynie, gdzie ty jesteś?! Mam po ciebie policję wysyłać?!
,,Skurwysyn" wywrócił oczami i odparł:
- Dobrze, mamusiu zaraz będę w domu. A potem solidnie ci wpierdolę!- dodał i się rozłączył.
- Musimy się zmywać?- zapytałam.
- Na to wygląda.. Ale najpewniej teraz będziemy tu wracać.
Uśmiechnęłam się, a potem ruszyliśmy do auta.

*Andy*
I znów wyszedłem na tego dobrego, miłego, grzecznego.. Mój plan zaczynał się sypać. Potrzebowałem jakiegoś zdecydowanego kroku, ciągle to sobie powtarzałem. A tymczasem robiłem wszystko na odwrót. Oddalałem się od celu.
Czułem na sobie jej wściekłe spojrzenie. Czułem dziurę wypalaną w sercu.
Obiecywałem jej.
Okłamałem ją? Nie..
Musiałem się opamiętać i zatrzymać to wszystko. Musiałem nad sobą zapanować.
Bo co mnie czeka, gdy tego nie zrobię?
Wolę nie myśleć.

*Sally*
I czy kiedyś mu powiem o Lynn, mojej kochanej, słodkiej siostrzyczce? Najpewniej tak. Byłam łatwa do złamania. Ale teraz miałam pewność, że mogę mu zaufać.
***
Tak, czekałam z ujawnieniem tożsamości Lynn, aż ktoś odgadnie! :D Brawo Abbey, wygrywasz gumowe jebadło!
I oto jest kolejny! Nie wiem, czy ten klimat mi się udał, ale uważam, że rozdział wyszedł całkiem nieźle ;) Jak widać wszystko powoli (albo i szybko) ulega zmianie..
A w następnym? Oj, czekałam na ten rozdział, prawdopodobnie będzie pojebany! Planuję zrobić wejście nowej postaci. I zapewne wiecie, o kogo mi tu chodzi ;)
Nuty na dziś tylko to potwierdzą:
Bring Me The Horizon- Throne
Bring Me The Horizon- Happy Song
Gif tradycyjnie ;p
 
P.S. Tytuł może sporo powiedzieć, jeśli znacie fabułę ,,Alicji..".


czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 5: ,,Tu wszyscy jesteśmy szaleni"


*Sally*
 Minęło kilka dni, przez które całkowicie straciłam poczucie czasu. Wkrótce nadeszły Święta, a zaraz po nich, jak się dowiedziałam, urodziny Andy' ego. Ale nie kupiłam mu prezentu. Było wiele powodów, które to wykluczały. Po pierwsze: niemal całkowicie go nie znałam, nie miałam pojęcia, z czego by się cieszył. Po drugie: od naszej randki nie wychodziłam z domu, zwyczajnie nie miałam żadnego celu. Po trzecie: chłopak mnie ignorował. Nie miałam pojęcia, dlaczego. Po prostu się nie odzywał, może nie chciał by uznawano nas za parę? Może to był tylko kamuflaż? A może po prostu mnie nie lubił? Było tyle pytań, na które nie znałam odpowiedzi. Ale nie tylko ja byłam niezadowolona. Przez całą aferę z Juliet, w wyniku której Jinxx stracił ulubioną wazę, atmosfera w domu stała się gęsta i nieprzyjemna. Nie wiedziałam, ile jeszcze tu wytrzymam. Njachętniej bym się ulotniła. Chyba.. Praktycznie każdy był zły, wszyscy byli w konflikcie. Mi pozostawało jedynie towarzystwo trajkoczącej Sammi, dlatego teraz siedziałam w jej sypialni. Jak to zwykle paplała mi coś o celebrytach, najnowszej kolekcji w jakiś sklepach, premierze nowego filmu (tytuł mówił mi, że to komedia romantyczna).
Miałam już dość i w końcu przerwałam:
- Sammi.. Jak wy obchodzicie Święta? Czy w ogóle obchodzicie, jesteście z tego co mówiłaś ateistami?
Dziewczyna się podekscytowała i zaczęła opowiadać:
- Teoretycznie jesteśmy, ale Święta to dla nas raczej spotkanie z rodziną. Wiesz, jest dużo jedzenia, choinka, prezenty. Do kościoła raczej się nie fatygujemy. W tym roku jako pierwsi przyjadą rodzice Andy' ego, potem dojedzie tata Jake' a, bo matka jest chora, a reszta nie może. Ja moich rodziców odwiedzę za tydzień!
- Rodzice Andy' ego?- zainteresował mnie ten szczegół.
- Tak, Chris i Amy, przyjadą jutro rano! Ale nie przejmuj się, są bardzo mili, będą tobą zachwyceni!
Zdziwiłam się. Co we mnie takiego zachwycającego? Jestem zwykłą przybłędą po przejściach, zbyt mądra ani urodziwa też nie jestem.. Do tego ciągle popełniam jakieś błędy, a moje towarzystwo przynosi raczej pecha, nie szczęście. Dobrze, że nie wiedzieli, co się działo w przeszłości, wtedy od razu by mnie wywalili. Bo kto chciałby mieć pod swoim dachem wariatkę?
- Czemu?- spytałam więc.
- Wiesz..- zaczęła niepewnie.- Andy jest dość niemiły, jakbyś nie zauważyła - ,,Przekonałam się na własnej skórze.."- i z rodzicami też ma na pieńku. Ma im coś za złe -,,Co?"- ale nie znam szczegółów. Wiem tylko, że liczą na to, że w końcu znajdzie się ktoś, kto będzie miał zbawienny wpływ na ich syna.
- Czyli, że mm go ,,wyleczyć" z bycia niemiłym?
- Coś w tym stylu.
Zmarszczyłam brwi. Sama miałam problemy, więc jak miałam pomóc komuś innemu? Na terapeutkę się nie nadawałam. Nawet, jakby prosił mnie o to ktoś naprawdę czarujący.
Ale teraz pozostawało mi czekać. Naprawdę byłam ciekawa, jaka musi być rodzina, która wychowała takiego dupka. Najpewniej coś spieprzyła, nie mogą być uroczy. A może jednak? Nie mogłam się doczekać.

Następnego ranka starałam się w miarę ogarnąć. Oczywiście nie odstawić się tak jak to wyszło na randce, tylko jakoś normalnie. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale nadal nie wybrałam się do fryzjera, dlatego włosy spięłam z tyłu głowy, zostawiając kilka mniej splątanych pasm. Nie robiłam mocnego makijażu, teraz miałam do niego urazę. Wytuszowałam rzęsy i na tym skończyłam. Czułam się o niebo lepiej niż pod grubą warstwą tapety, która wręcz mnie przytłaczała. Ubrałam się w jedną z nowych rzeczy- śliczną czarną sukienkę z białym kołnierzykiem. Właściwie wyglądałam chyba najlepiej od mojego pojawienia się, czyli.. od jakiegoś tygodnia? Ten strój zdecydowanie lepiej podkreślał urodę niż kaftan bezpieczeństwa. Nieważne.
Zeszłam na dół. Wszyscy już czekali, widziałam podarunki pod ozdobionym drzewkiem. Oczarowała mnie ta atmosfera, światełka, bombki. Brakowało tylko jednej osoby, jak się można domyślić- Andy' ego. Byłam ciekawa, czy w ogóle zejdzie.
- Gdzie Andy?- spytałam Asha, który jako jedyny zachowywał się w miarę normalnie.
- Na razie siedzi u siebie, ale podejrzewam, że zejdzie. Nie przegapiłby takiej okazji do popisów - po tych słowach wywrócił oczami.- Przy okazji ładnie wyglądasz.
- Dziękuję. Wy też się odstawiliście - zlustrowałam wszystkich wzrokiem.
- W końcu Święta są raz na rok - po tych słowach się uśmiechnął i powrócił do poprzednich zajęć.
Wszyscy krzątali się, poprawiając każdy szczegół. Cały dom lśnił, postarali się. Naprawdę panował świąteczny nastrój. Podobało mi się to, nareszcie poczułam w sobie choć odrobinę ciepła. Nie zaznałam czegoś takiego od 6 lat.
Podziwiałam wszystkie akcesoria, gwiazdki, śnieżynki, sztuczny śnieg..  Naprawdę magicznie. Ponieważ miałam czas na swoje ulubione bujanie w obłokach, spędziłam tak pół godziny, wdychając woń cynamonu i kakao.
W końcu jednak nadszedł czas, by zacząć oczekiwać odwiedzin.
Usiadłam na kanapie i nadal przyglądałam się wszystkiemu, lekko już zaniepokojona. Rodzice Andy' ego mieli zjawić się około 10, aktualnie była 9:48, więc nie miałam wyboru, siedziałam i czekałam na jakiś znak. Byłam ciekawa reakcji na mnie. Liczyłam na to, że Sammi miała rację i okażą się mili, nie tacy jak ich potomek. Bo co, jeśli on się wywodzi z jakiejś patologicznej rodziny? ,,Ale ty głupi myślisz!"- skarciłam się.
Minęło jeszcze jakieś dwadzieścia niezwykle długich minut. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
Poderwałam się na równe nogi. Nie wiedziałam, czy to ja powinnam otworzyć, czy nie, przecież byłam praktycznie obcą osobą. Jednak wszyscy byli zajęci, nikt się nie zjawił. Wzięłam więc głęboki oddech i ruszyłam do drzwi. Policzyłam do trzech i z uśmiechem je otworzyłam.
I przeżyłam miłą niespodziankę.
- Państwo Biersack?- spytałam.
- Tak!- od razu uderzył mnie ciepły głos.- Ja jestem Amy, matka Andy' ego, a to mój mąż Chris, jego ojciec. A ty na pewno jesteś Sally, o której mówili nam chłopcy!- odpowiedziała kobieta, wyciągając do mnie rękę.
- Tak, to ja..
Wydawali się bardzo mili, przynajmniej na takich wyglądali. Nie zawiodłam się, przeszli moje oczekiwania. Amy była niską kobietą o blond włosach, zachowywała się jak typowa urocza mamusia. Chris miał nieco więcej szczęścia ze wzrostem, choć jego włosy trochę już posiwiały. Był też pulchniejszy od swojej żony. Ale co mi się w nich najbardziej podobało? Uśmiechali się, i to tak szczerze, co ostatnimi czasy rzadko widywałam.
- O Boże jaka jesteś śliczna! Jaka cudowna sukienka!- zachwycała się mama, a ja ciągle tylko powtarzałam ,,dziękuję".- Zapewne jesteś nową dziewczyną Andy' ego!
- Nie!- zaprzeczyłam może trochę zbyt głośno.- Jestem tylko.. przyjaciółką.
Właściwie nawet to nie było do końca prawdą, a przynajmniej nie byłam pewna. Bo przyjaciele się nie ignorują, prawda? Ale na pewno byłam bardziej przyjaciółką niż dziewczyną. Bo jak mogłabym się zakochać w takim palancie? A on w takim dziwolągu?
- Och, rozumiem! Przepraszam!- rzuciła ze śmiechem. Podobała mi się.
- Proszę wejść do środka - zaprosiłam.- Jest zimno..
- Dziękujemy! Chris, bierz prezenty i torby! Rozumiesz, Sally, przywiozłam trochę jedzenia, Andy jest taki chudziutki, martwimy się o niego..
Faktycznie, Andy był nieco chudy, może nawet za bardzo. Ale nie sądziłam by tknął cokolwiek. Przecież taki z niego buntownik.. Nie wiedziałam praktycznie jak on żyje, bo nie widziałam by cokolwiek ostatnio zjadł. Może opychał się po kryjomu, w pokoju? Ale co jest wstydliwego w jedzeniu?
W każdym razie wpuściłam gości do środka, a zrezygnowany ojciec chwycił wszystkie ciężary. Andy powinien mu pomóc, jako dobry dzieciak. Ale gdzie tam! On był zajęty strzelaniem fochów!
- Może pomogę?- zaproponowałam. Starałam się zachowywać jak typowa, miła dziewczyna i zdobyć zaufanie pary. Może mogłam się czegoś dowiedzieć o przeszłości ich syna?
- Nie, to za ciężkie dla ciebie, dziękuję - odpowiedział, a ja zamknęłam za nim drzwi.
Wszyscy zaczęli się witać, ale młodego Biersacka nadal brakowało.
- Gdzie nasz syn?- zapytał mężczyzna Jinxxa.
- Siedzi w pokoju. Na pewno zaraz zejdzie, choć..- już miał mówić dalej, ale przerwał i zwrócił się do mnie:- Sally, zostaw nas na chwilę samych.
,,Dziwne.."
Nie zamierzałam być posłuszna. Jeśli Jinxx chciał gadać o Andy' m z jego rodzicami na osobności, to wiadomo, że szykowało się jakieś super ważne, tajne info. To było oczywiste. Nie mogłam zaprzepaścić takiej szansy.
Może i to niegrzeczne, ale udałam się do łazienki i zaczęłam podsłuchiwać przez ścianę, która była dość cienka:
- Jak jego stan?- spytała matka już mniej wesołym tonem. Zdawała się być zatroskana.
- Kiepsko z nim. Staje się coraz bardziej nieznośny, ciągle to wymyśla coś nowego. Stare problemy nadal nie znikają, spotkania i rozmowy nie pomagają. Widocznie wierzy, że ona nadal żyje..- zapewne tu chodziło o chodziło o dziewczynę, która popełniła samobójstwo - dlatego często do niej gada, choć wcale jej niema. To nienormalne. Ponadto jest bardzo agresywny, wredny i praktycznie nas wszystkich okropnie traktuje.. Siebie też. Na wszystkich poza Sally się wyżywa, ją tylko ignoruje.
- Ona jest naszą szansą, by go z tego wyciągnąć, Chris! Oby ona go wytrzymała, nie zna go jeszcze za dobrze.. O niczym nie ma pojęcia, oby jej nie skrzywdził..
A czego jeszcze mogłam nie wiedzieć? Co jeszcze się wydarzyło? Czego jeszcze mogłam się spodziewać? I czy to wytrzymam?
Zaczynałam się martwić o swoje bezpieczeństwo. Miałam do czynienia z destrukcyjną maszyną.
- A poza tym?
- Praktycznie nic nie je, chudnie z dnia na dzień, jest słaby, kilka razy nam mdlał, jak wspominałem, ale najgorsze jest to, że ciągle kaszle i w ogóle nie zwraca na to uwagi. To najpewniej od papierosów, pali jednego za drugim od rana do północy. To najbardziej niepokojące. Chyba nawet śpiewanie jest teraz dla niego trudne.. Poza tym nie wiem, czy nie ukrywa czegoś jeszcze..
- Ah.. Już nie wiem, co mamy z nim zrobić.. Dziękujemy, że się nim opiekujecie, ale widocznie to go nie powstrzymuje. Ale co jeszcze możemy zrobić?
- Szczerze.. Mam pewien pomysł..- wtedy urwał zdanie, a ja usłyszałam kroki. Nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, kto się zbliża. Andy. Dla niepoznaki spuściłam wodę i wyszłam z pomieszczenia.
Jak się można było domyślić, chłopak nie zawracał sobie głowy uroczystym charakterem wydarzenia. Nadal był w piżamie, która wisiała na nim jak na wieszaku. No i oczywiście palił. Nawet nie spojrzał na swoją rodzinę, co wydawało mi się aż nieludzkie. Czy on nie miał serca?
- Kochanie, przyjechaliśmy - powiedziała smutno mama.
- Przecież widzę, nie jestem ślepy..- odparł jej syn bez emocji w głosie.
- Nie przywitasz się? Tęskniliśmy za tobą - wyciągnęła do niego ręce, ale on tylko wzruszył ramionami i rozwalił się na krześle.
- A ja nie, mogliście się nie fatygować.
Kobieta mało się nie rozpłakała, zrobiło mi się jej żal. Chris objął ją pocieszająco. Nie mogłam patrzeć jak jej własne dziecko łamie jej serce. Nie zasługiwała na to bez względu na wszystko.
Na szczęście burczenie w brzuchu Christiana przerwało okropną rozmowę.
W końcu wszyscy udali się do kuchni, by przynieść jedzenie. Zjawił się też tata Jake' a, Mark. On był miły i widocznie zadowolony, bo młody Pitts cieszył się z jego towarzystwa. To właśnie tak powinna wyglądać prawdziwa rodzina..
Zajęłam miejsce obok Biersacka, ale nawet nie zwrócił uwagi. Denerwowało mnie to, że w ogóle mnie nie dostrzega. A może miał jeden ze swoich humorków? Dobrze. W takim razie ja też będę go unikać.
Wlepiłam wzrok w obrus i nawet nie próbowałam nawiązać kontaktu.
Nareszcie jednak wszyscy zasiedli przy stole. Miałam nadzieję, że nie będzie aż tak źle.
- Wiem, że wszyscy jesteście ateistami, ale chciałabym pomodlić się o wasze dobro - oświadczyła Amy.- Choć nie wiem, czy ty Sally?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, teoretycznie chyba wierzyłam, skoro uważałam, że Lynn żyje.. jest aniołkiem i mi pomaga..
- Nie wiem..- powiedziałam. Jednak przez grzeczność nie mogłam się nie zgodzić i chwyciłam dłoń kobiety. Od razu zostałam spiorunowana wzrokiem przez chłopaka po mojej prawej. Kobieta zauważyła to i nie ośmieliła modlić się na głos.
- Amen - powiedziała tylko pod koniec.
Wszyscy zabrali się do jedzenia. Rozmowa jakoś się nie kleiła, wszyscy skupili się na posiłku. Szczególną uwagę przykuwał indyk z kartoflami na środku stołu, który zresztą był wyśmienity, ale Andy nawet go nie tknął. Nie dziwiłam się. Oczywiście zachowywał się okropnie jak zwykle, ciągle nalewał sobie tylko alkoholu i pił go, jakby to była woda, palił bez przerwy, mało nie rozwalił stóp na stole i ciągle narzekał, że się nudzi. Wszystko psuł. Miałam ochotę go zganić, ale tylko go ignorowałam. W końcu atmosfera tak zgęstniała, że Chris przerwał ciszę pytaniem skierowanym do mnie:
- Twoja rodzina, Sally, nie chciała przyjechać?
Cholera, kompletnie ugrzęzłam. Nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. W końcu jednak wymyśliłam historię, która nie była aż tak zła, jak ta prawdziwa:
- Moi rodzice się rozwiedli, nie układało im się, dlatego chciałam pojechać do ciotki. Ale przez przypadek znalazłam się tu.
Wtedy wtrąciła się Sammi ze swoim długim monologiem, w którym zawarła całą tę idiotyczną historię.
- Jejciu, co za przygoda!- zaśmiała się pani Biersack.- Czy tu zostajesz? Masz jakieś plany na przyszłość?
Wiedziałam, że chce bym została z jej dzieckiem, ale czy ono samo tego chciało? Nie byłam pewna.
- Bardzo bym chciała tu zostać, ale nie wiem, czy tak wypada. Powinnam się sama jakoś urządzić..
- Zostajesz tutaj, bez dwóch zdań!- przerwała Doll.- Jesteś moją przyjaciółką!
- Sammi - uspokajał ją Jinxx.
- No co? Chyba nas lubisz Sally, prawda?
- Tak - powiedziałam całkiem szczerze.- Bardzo mi się tu podoba. I bardzo chciałabym tu być jak najdłużej. Przynajmniej dopóki sama się nie pozbieram..
- To świetnie - zachwycili się rodzice.- Sammi opowiadała nam też, że ostatnio mieliście jakiś wypad z Andy' m. Jak wam się udał?
Poczułam się niezręcznie. Nie mogłam powiedzieć, że wyszło to koszmarnie. Choć właściwie potem zmieniło się w całkiem miłą rozmowę.. Oszczędziłam sobie pewnych szczegółów. Nie sądzę,  by fragment o udawaniu kurwy i waleniu mnie w mordę komuś zaimponował.
- Mi się podobało, było bardzo.. miło - stwierdziłam.
- A tobie, synku, się podobało? Lubisz Sally?- wypytywała jego matka. Może trochę przesadzała, poczułam się głupio. Pytany na pewno był wściekły, nie chciał gadać o uczuciach. Poza tym my nie byliśmy parką zakochanych, czy tak trudno było to zrozumieć? Nie byliśmy nawet przyjaciółmi, nawet nie staraliśmy się tego okazać. Określiłabym to jako ,,związek śledczy".. Czy coś w tym stylu.
Tak jak się spodziewałam, mój ,,przyjaciel śledczy" nie odpowiedział. Wymyślił sobie za to wymówkę:
- Muszę do kibla!- rzucił tylko i wybiegł z pomieszczenia.
- Oburzające!- uznał Jinxx.

*Andy*
Na pewno pomyśleli, że zmyślam, ale to nie była do końca prawda. Od samego rana kiepsko się czułem. Kaszel nie dawał spokoju, gardło drapało jak cholera. Wolałem się nie odzywać, to sprawiało ból. A taka sytuacja, jak ta przy stole, była idealną wymówką, by wyjść.
Zamknąłem się w toalecie i zacząłem kasłać głośniej niż zwykle. Niestety nadal nie mogłem nic zaradzić. Czułem się, jakbym miał coś tam w środku. Jakąś maź, czy coś.. Pochyliłem się nad zlewem, nadal kaszląc. Poczułem jak to coś płynie, to było naprawdę nieprzyjemne. I obrzydliwe w smaku. W końcu jednak nie mogłem się już powstrzymać i zacząłem pluć. I to jak! Nigdy tyle śliny nie wyszło z moich ust, nawet, gdy byłem niemowlakiem. Już myślałem, że nie jest aż tak źle, ale wtedy przyjrzałem się wydzielinie. Cała była czerwona, w nielicznych miejscach żółta. Próbowałem sobie wmówić, że to wino, ale wiedziałem, że się okłamuję. Nie trudno było zgadnąć, co to jest..
Nie spodziewałem się, że akurat w Święta dostanę krwioplucia.. Czemu teraz?
Nie miałem pojęcia, co w takich przypadkach powinno się robić, więc jedynie plułem dalej i co jakiś czas płukałem usta. Niestety nadal nad tym nie zapanowałem. Usiłowałem nawet wepchnąć sobie papier toaletowy do ust i to przetrzeć, ale wtedy rozpętałem burzę. Czułem się, jakbym miał zaraz zwymiotować.
Zaczynałem się już dusić, kiedy w końcu wyszedłem i wziąłem jakieś tabletki hamujące kaszel. Zaczekałem chwilę aż w końcu przeszło. Przynajmniej w pewnym stopniu. Czemu nie wpadłem na to wcześniej?
- Andy, co ty tam robisz?!- wydarł się Jake.
Ruszyłem z powrotem do jadalni, choć nie byłem taki pewny swojego stanu.
Może powinienem powiedzieć?

*Sally*
Ściany w tym domu były zaskakująco cienkie, słyszałam każdy dźwięk. Wszyscy się zaniepokoiliśmy, gdy do naszych uszu dobiegło cholernie głośne, nieprzerywane kasłanie. Teraz to już nawet ja przejmowałam się stanem zdrowia Andy' ego. Kiedy wrócił do stołu wyglądał okropnie. Ale co najgorsze- wyciągnął kolejnego szluga. To było niedorzeczne i dziecinne. Czy on postradał zmysły? Odpowiedź: nie, chciał się popisać.
- Mówię ci, chłopie, nie powinieneś tyle palić. To wszystko przez te papierosy!- uznał pan Pitts.
Rozmowa zboczyła na niebezpieczny temat, czyli zdrowie Andy' ego. Byłam nieco przerażona, gdy zaczęli gadać, jakich chorób chłopak może się nabawić w najbliższym czasie. Wzdrygałam się co chwila. Nazwy tych schorzeń były mi znane, wiedziałam, że są bardzo niebezpieczne, niektóre mogą nawet doprowadzić do śmierci. Nie mogłam już tego znieść, atmosfera zrobiła się wręcz żałobna, jakby Biersack był już jedną nogą w grobie. Obawiałam się, że zaraz zaczną wybierać trumnę i planować pogrzeb.
Pierwszy byłam wdzięczna Sammi, że komuś przerwała:
- To są Święta, nie powinniśmy gadać o chorobach!
Wszyscy umilkli.
- Może dla rozluźnienia rozpakujemy prezenty?- dodała.
- Popieram - uznał Ashley.
CC się nie odezwał, ale też wyglądał na zadowolonego.
W końcu wstaliśmy od stołu i usiedliśmy dookoła choinki. Rozpoczęło się chyba najprzyjemniejsze w Bożym Narodzeniu.
Kolejne paczki były otwierane, wszędzie latały kolorowe papiery i wstążki. Purdy założył nawet czapkę Mikołaja, a Coma rogi renifera. Nawet ja się śmiałam. Czułam się jak to dawne beztroskie dziecko, którym kiedyś byłam.
Dorośli jak to dorośli- dostawali jakieś ładne gadżety do domu, coś wspólnego, choć Amy dostała też perfumy od Chrisa, chłopaki- jakieś gadżety do instrumentów, rockowe płyty, merch, Sammi- ciuchy, biżuterię i inne akcesoria. Nawet ja dostałam kilka drobnych podarunków, jednak bardzo mnie one wzruszyły, bo w końcu byłam tu od tygodnia. Najbardziej podobała mi się ramka z napisem ,,Witaj w domu!". To był chyba najlepszy wieczór mojego życia. Ale coś lub ktoś go psuł.
Wszyscy byli zachwycenia. Wszyscy oprócz Andy' ego. Jak zwykle, to robiło się nudne jak moje rozstargnienie. Nie wykazywał żadnego entuzjazmu, jakby nic go nie cieszyło. Nie wydusił z siebie słowa, nawet żadnej obelgi. To akurat wydawało się podejrzane.
Wkrótce się zmył i udał się do siebie na górę. Byłam na niego po części zła, bo rujnował całą atmosferę. Bez niego bawiłabym się o niebo lepiej. Ale też trochę było mi go żal, od dzisiaj wiedziałam o chociaż części jego problemów.
Reszta siedziała jeszcze długo przy ogniu kominka, zrobiło się już nieco weselej. Jedynie Amy nadal się niepokoiła. Nie mogłam znieść jej smutnej miny, więc podeszłam i zaoferowałam:
- Pójdę na górę i z nim pogadam..
Uśmiechnęła się ponuro.
- Dziękuję, Sally, jesteś prawdziwym skarbem.
Właściwie sama nie miałam ochoty iść i gadać z wiecznie wściekłym chłopakiem. Ale czy miałam wybór? Obiecałam. Może jednak mogłam mu pomóc, niedawno normalnie z nim rozmawiałam.
Pełna obaw ruszyłam na górę i dotarłam do drzwi szukanego pokoju. Powitał mnie napis ,,Nie wchodzić, skurwysyny!". Jak miło.. Typowy nastolatek, tylko 22- letni.
Przystawiłam ucho do ściany i zaczęłam nasłuchiwać. Zamieniłam się chyba w małego szpiega, ale to co usłyszałam lekko mnie zszokowało.
Do moich uszu dochodził odgłos wody. Nie wiedziałam, że ,,przyjaciel śledczy" miał swoją własną łazienkę. Zaraz potem nastąpiło jakby krztuszenie się i.. płacz.
Z zaskoczenia zasłoniłam usta ręką. Nie sądziłam, że on kiedykolwiek płacze.. Nie był wrażliwy. A może jednak? Może właśnie dlatego tak się zachowywał?
Zaniepokoiłam się.
- Andy, wszystko gra?- spytałam.
- Wy.. wypierdalaj!- wyrzucił z siebie z trudem, potem usłyszałam więcej szlochu i kasłania.
Nie wiedziałam już co robić. To wszystko było nienormalne.

Andy wyszedł z pokoju dopiero wtedy, gdy jego rodzice pojechali do domu. Wcześniej planowali zostać dłużej, ale stracili nadzieję, że ich syn okaże im uczucia. Poddali się.
Czułam się po części winna, że nie pomogłam ich dziecku, ale nikt się na mnie nie gniewał. Wiedzieli, że nie jestem boginią, nie zaczaruję ich diabła i nie zmienię go w aniołka.
Ów chłopak, gdy pojawił się na dole, wyglądał strasznie. Był nieziemsko blady, miał podkrążone oczy i rozczochrane włosy. Wyglądał na okropnie zmęczonego. Zresztą nie dziwiłam mu się, słyszałam jak krząta się po pokoju całą noc. Krztuszenie się nie dawało mu spokoju. Powoli zaczynałam rozumieć, dlaczego się nie odzywał. To nie była ignorancja, tylko cierpienie.
Usiadł przy stole i ukrył twarz w dłoniach. Wszyscy popatrzyli na niego zaniepokojeni, tylko ja wiedziałam, co się działo. A przynajmniej w jakim natężeniu. Nikt nie składał mu życzeń urodzinowych, wszyscy myśleli tylko o tym, jak on się teraz czuje i czy to jest niebezpieczne. Ale sam chyba też nie był podniecony swoją dwudziestką dwójką. Teraz chętniej by hyba zdechł.
- Andy, dobrze się czujesz?- zapytał nieśmiało Ashley.
- A jak myślisz?- zapytałam.
- Wyglądasz okropnie - wtrącił się Jake.- Coś jest nie tak.. Powiedz nam tylko, co? Może możemy pomóc?
- Nie możecie - warknął w końcu chłopak, bardzo wyraźną chrypą.- Zostawcie mnie w spoko..- urwał, kaszląc. Zasłonił usta dłonią i już chciał zapalić, kiedy złapałam go za rękę. Zdziwił się i spiorunował mnie wzrokiem.
- Dosyć tego. Przesadziłeś.
Już chciał wyrwać rękę z mojego uścisku, kiedy Mark (który został na jeszcze jeden dzień) powiedział:
- Sally ma rację. To wszystko przez te papierosy.
Biersack popatrzył na mnie gniewnie.
- Patrz, co narobiłaś! Znalazła się nauczycielka!- wycedził.
Powoli mnie wkurwiał..
- Po prostu chcę dla ciebie jak najlepiej. Sam powinieneś to zrozumieć. Chcesz powtórki dzisiejszej nocy?!
- A może i chcę i nic ci do tego?!
- A może i tak, bo zdrowie jest ważne?! Przecież nie robię ci krzywdy!
- Robisz, głupia suko! Jesteś tu tylko od tygodnia, nie masz prawa mną rządzić! W każdej chwili mogę cię wywalić!
- I dobrze, nie będę tu tkwić z takim dupkiem jak ty!
- Kurwa! Zaraz ci..
Chyba przesadnie podniósł głos, bo zaczął się krztusić tak jak ostatnio. I szczerze? Cieszyłam się. Miałam nadzieję, że wszyscy zobaczą to na własne oczy i coś poradzą.
Przy tym przestałam go lubić, teraz to zamieniało się w zwykłą nienawiść. Jak można być takim zimnym skurwielem?
W końcu na białym obrusie wylądowało kilka czerwono- żółtych plam. Wszyscy wytrzeszczali oczy. To ich chyba przekonało.
- To dlatego wczoraj chowałeś się w łazience!- krzyknął Jinxx.- Boże, teraz jeszcze plujesz krwią?
Podszedł do niego i usiłował zajrzeć mu do gardła, ale drugi jedynie walnął go w policzek. Już chciał zwiać, ale Jake chwycił go od tyłu i nie pozwalał odejść. Palacz szarpał się, ale zbyt silny nie był, więc nic nie zdziałał. Patrzył jedynie na wszystkich z wyrzutem, w szczególności na mnie.
- Nienawidzę was, głupie kutasy, pizdy, kurwy, skurwiele..- zaczął wymieniać, ale krew spływała mu po brodzie.
- Idziemy do lekarza, natychmiast.. Za dużo już tych wygłupów ze zdrowiem!- rozkazał Jinxx.
Starałam się nie wybuchnąć, gdy chory pokazywał mi środkowy palec. Jedynie się odwróciłam, choć kątem oka widziałam kolejną głupawą scenę. Skończyła się ona tym, że musieli załadować chłopaka do samochodu w piżamie.
W końcu jednak krzyki ucichły, a ja zostałam w domu sama z CC' m. Cieszyłam się, że wybrano akurat niego, bo był jedyną spokojną osobą w tej grupie. Mimo to rozmowa jakoś nam się nie kleiła. Bez wględu na moją wściekłość, martwiłam się o Andy' ego. Bo przecież to mógł być objaw czegoś bardzo złego.. Jakiejś poważniejszej choroby.
Łaziłam po domu, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Wszędzie było mi niedobrze. W końcu stwierdziłam, że nie mogę ciągle siedzieć w jednym miejscu, bo zwariuję. Postanowiłam wyjść na spacer, obejrzeć Los Angeles.
Zeszłam na dół, by powiedzieć o tym Christianowi.
- Christian, idę się przejść!
Chłopak błyskawicznie zjawił się w holu. Jak zawsze wyraz jego twarzy wskazywał na panikę.
- Nie wiem, czy mogę ci pozwolić..- niepokoił się.
- Daj spokój, jestem pełnoletnia, poradzę sobie.
- No nie wiem..
- Posłuchaj.. Mam telefon, w razie czego zadzwonię. Poza tym i tak nie idę daleko, chcę zobaczyć tylko okolicę, okej?
Wypuścił powietrze z rezygnacją, ale w końcu przystał na moje warunki.
- No dobra, ale jak coś ci się stanie, to będzie na mnie. I wszyscy znowu się na mnie wydrą, zwłaszcza Andy i Jinxx.
Poklepałam go po ramieniu.
- Nie martw się, nie dam im do tego powodu.
A potem wyszłam i zaczęłam iść, gdzie mnie nogi poniosą.

*Andy*
Siedziałem właśnie na kozetce lekarskiej w gabinecie jakiegoś starucha, czyli w ostatnim miejscu, w jakim chciałbym się teraz znajdować. Jedyną rzeczą, która sprawiała, że jeszcze się nie załamałem, był jakiś niesamowity środek, który zahamował krwioplucie. Co prawda gardło nadal drapało, ale nie było aż tak źle. Mimo że lekarz ciągle do niego zaglądał, co było dość.. nieprzyjemne, niekomfortowe. Czułem się jak ostatni debil.
- Dobrze to nie wygląda - powtarzał co chwilę. ,,No nie pierdol!".- Czy palisz?- zwrócił się do mnie.
,,Nie, trzymam te szlugi dla ciebie w prezencie! Ja pierdolę.."
Ale ja nie zamierzałem odpowiadać. Wbiłem wzrok w podłogę i milczałem. Jinxx wysłowił się za mnie:
- Pali, cholernie dużo, za dużo. Od kiedy jest na nogach, do zaśnięcia, jeden po drugim. Od sześciu lat.
- Tak jak myślałem..- ,,Co ty, kurwa, jasnowidz?".- To jest główny powód. Czy występowały jeszcze jakieś niepokojące objawy?
Czemu ja utknąłem na tym przesłuchaniu?.. Zaraz się wyda..
- Hm.. Zaczęło się od chrypy, która z czasem nabierała na sile, potem pojawił się kaszel. Potem miał dwa razy z rzędu zapalenie płuc, choć nie była zima. Daje też o sobie znać ogólne osłabienie i brak apetytu. No i teraz jeszcze to..
- To wydaje się bardzo poważne. Ale nie mogę tego teraz zdiagnozować. Radziłbym zrobić rentgen płuc.
O nie, nie, tylko nie to..  Znów będę musiał stać bez koszulki przy tym dziwnym czymś.. Kurwa. A w nagrodę do stanę niewyraźną fotkę ze swoimi flakami. Za takie coś powinni chociaż dawać naklejkę ,,Dzielny pacjent" czy coś takiego, a mi najpiewniej dadzą wpierdol słowny.
Potem lekarz snów podszedł do mnie.
- Na razie dostałeś leki, ale nie myśl, że długo z nimi pociągniesz. I od dzisiaj żadnego palenia!
Opadła mi szczęka, kiedy zabierał mi moją ostatnią paczkę. Wkurwiłem się na poważnie, ale..
Chyba nie myślał, że to mnie powstrzyma? Zaśmiałem się w duchu.
Miałem bliżej do Lynn niż dalej. Wreszcie znalazłem sposób.

*Sally*
Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Chyba zaszłam już za daleko..
Usiłowałam przypomnieć sobie, skąd przyszłam, ale nie mogłam, po prostu nie mogłam. Zaczynałam się bać, robiło się coraz ciemniej.
Godziny mijały, a ja szłam dalej i dalej, licząc, że znajdę pomoc. Jakiś ludzi, sklep, stację benzynową.. Ale nic takiego się nie pojawiło.
Ale mój strach sięgnął zenitu, gdy coś usłyszałam. Jakiś trzask.
Odwróciłam się.
Cień.. Znajomy cień.
Zaczęłam biec, a on za mną podążył.
                                ***
Creepypastę przełożyłam na nexta, teraz improwizowałam ^^ Gere, proszę ;* ale następny -klimaty Slendera itp. ;p
Co podejrzewacie u Andsa?
Bez gifów, bo siedzę na phonie :c

środa, 22 lipca 2015

Rozdział 4: Biały Królik.


*Sally*
 Marzyłam o tym, by spać. W końcu się udało. Tuż po obiedzie udałam się do swojej nowej sypialni i wskoczyłam pod kołdrę. Było mi tak dobrze.. To było zupełnie coś innego niż szpitalne łóżko. Wszystko zdawało się bardziej miękkie, przyjazne, nie idealnie białe i czyste. Bez żadnej perfekcji, tak jak z ludźmi. Przespałam kilka godzin, czułam się tak słodko. Przez sen nie dręczyły mnie żadne problemy, nie miałam zmartwień. Siedziałam w swojej Krainie Czarów. Z nią. Okazało się to dobrą odskocznią od dziwacznej rzeczywistości.
Otworzyłam oczy, ujrzałam pokój. Wysunęłam rękę i zaczęłam wodzić nią po szafce w poszukiwaniu zegarka. W końcu na coś natrafiłam. Powoli się podniosłam i przyjrzałam się wskazówkom. Wystraszyłam się, gdy dostrzegłam, że jest 20:30. Zaklęłam pod nosem i szybko zerwałam się na równe nogi. Wypadłam z pokoju jak burza, potrącając przy tym Christian' a. Nie zawracałam sobie nawet głowy przeprosinami. Biegałam i zbiegałam po schodach, aż w końcu odnalazłam Juliet. Czytała jakieś babskie pismo i w dupie miała, że już prawie 21. Potrząsnęłam nią i wrzasnęłam jej do ucha:
- Juliet, czas! Randka!
Nie śpiesząc się, spojrzała na telefon.
- Faktycznie! Ojej, muszę cię przygotować! Cholercia!
Wywróciłam oczami. ,,No nareszcie!"
- Siadaj, zaraz przyniosę kosmetyki!
Po chwili siedziałam już na brzegu kanapy, a Simms co chwila okładała mnie po twarzy jakimś wymyślnym pędzlem. A makijażu nie żałowała, widocznie wymagałam wielu poprawek. Oczywiście zapewniała mnie, że bardzo się starała, jest profesjonalistką i bla bla bla, wyszło super. Teraz jednak nie miałam czasu, by zamartwiać się szczegółami. Po chwili moje włosy również zostały upięte, a fryzura utrwalona, by tapir wytrwał całą noc. Jeszcze później miałam już na sobie małą czarną i bardzo skąpe majtki. No i oczywiście wysokie obcasy.
- O cholera!- krzyknęła nagle przyjaciółka.- Jest już 21! Trochę się spóźnisz! Zaraz poszukam lusterka, gdzie ono mogło być..
- Już nieważne - przerwałam.- Teraz muszę lecieć!
Byłam zbyt zdenerwowana i podekscytowana jednocześnie, by tak się spóźnić i zaprzepaścić szansę. Najwyżej znajdę jakieś lustro w klubie..
Porwałam wszystkie potrzebne rzeczy i już po chwili siedziałam w samochodzie. Nie mogłam usiedzieć na miejscu, wierciłam się i klęłam w myślach. Czemu nie nastawiłam budzika, no czemu? Zamiast się przypilnować, znów bujałam w obłokach. To się stawało nudne.
Zastanawiałam się, czy dziś dostanę ten ostatni element układanki, czy tylko się ośmieszę. Właściwie to stawiałam na to drugie, ale warto było chociaż spróbować. Nigdy nie byłam na randce, ale co tam.. Przecież to nic nie kosztuje, no nie?
W końcu dojechałyśmy pod ów klub, na szczęście Juliet znała drogę na pamięć, bo nie zdążyłam go sprawdzić. I.. zrobiło mi się niedobrze. Jednak mogłam go wygooglować. Tłoczyli się przed nim pijani i zjarani ludzie, wykrzykiwali coś dziwnego, darli się, śpiewali. Zastanawiałam się, czy to nie pomyłka, ale nad ich głowami widniał wielki, świecący szyld ,,Panther Bow". Czy to na serio było to miejsce ,,idealne na randki"? Jeśli tak, to dziwny jest ten świat...
- No idź, baw się dobrze!- rzuciła Simms.
Wzięłam głęboki oddech, otworzyłam drzwi i wyszłam na zewnątrz. Teraz zwykły klub wydawał się być domem strachów. Myślałam nawet nad zwianiem, ale samochód już odjechał. Zostałam zostawiona sama na pastwę losu. Musiałam samotnie stawić czoła niebezpieczeństwu.
Ruszyłam chwiejnym krokiem (i ze strachu i z powodu obcasów) do wejścia. Gdy przeszłam przez drzwi, szczęka mi opadła. ,,Co ja tu kurwa robię?"
Dyskotekowa muzyka, niemal całkowicie nagie tancerki, jeszcze więcej ludzi, zapach potu, wódki i dymu papierosowego, mnóstwo różowych świateł, napaleni kolesie, prostytutki, striptizerki. No pięknie..
Teraz to już na serio chciałam wyjść, ale zostałam pchnięta na środek parkietu, a potem nie mogłam już znaleźć wzrokiem wyjścia. Utknęłam tu na dobre. Liczyłam na to, że znajdę Andy' ego i z nim poczuję się choć trochę raźniej. A jeśli jemu się tu spodoba, to chyba się załamię.. Zaczęłam przedzierać się przez tych wszystkich pijaków, brakowało mi tchu, myślałam, że się uduszę. Ale na całe szczęście dostrzegłam kogoś przy barze.. Kogoś znajomego, ubranego na czarno.. Niestety dzieliła mnie od niego jeszcze długa droga..

*Andy*
Piłem drinka za drinkiem, wypaliłem prawie całą paczkę szlugów, nie wiedziałem, ile jeszcze będzie mi dane przeczekać. Ta dziewczyna zaczynała mi działać na nerwy, spóźniała się już pół godziny. Nie złościłbym się tak bardzo, gdybym nie musiał czekać w klubie. To było najgorsze miejsce, jakie mogliśmy wybrać. Pierdolony Ashley.. Moje uszy atakowała niesamowicie głośna, jebutna dyskotekowa muzyka, co chwila ktoś na mnie wpadał, na rurach wiły się skąpo odziane dziwki, które wyglądały jak pewna Megan, której oczywiście nienawidziłem..
Wściekłość we mnie narastała, niech ona się nade mną zlituje..
Nagle zaczęła zbliżać się do mnie jakaś obca baba, najpewniej jedna z prostytutek. Miała brwi jak odrysowane od szklanki, brązową tapetę i co najmniej 5 kilo makijażu. Włosy niemal kłuły w oczy, tyle wylała na nie nabłyszczacza. Do tego była ubrana w czarną sukienkę z cekinami, która sięgała jej mniej więcej do kości biodrowej, mogłem dostrzec stringi. Chodziła na piętnastocentymetrowych szpilkach. Uosobienie obrzydliwości, czy ona miała w domu lustro? Gardziłem takimi typami. Najchętniej pozbyłbym się ich na dobre.
Ale potem stało się coś dziwnego, co uświadomiło mi, z kim tak naprawdę mam do czynienia:
- Hej, kociaczku, sorki za spóźnienie - powiedziała udawanie słodkim tonem i usiadła obok mnie.
Kurwa, jeśli to jest Sally to ja jestem James Dean. Ale jeśli to prawda to..
Nie, to nie Lynn. To jakieś monstrum, z którym przez pomyłkę się umówiłem.
Zaśmiałem się z pogardą.
- Co cię tak śmieszy, kochanie?- zapytała już mniej pewnie.
- Ty - spojrzałem na nią z politowaniem. Widocznie nie zrozumiała, o co mi chodzi:
- Och, to u mnie normalne! Ma się rozumieć, ma się to poczucie humoru!- paplała. Naprawdę było mi jej żal, ale nie chciała słuchać, ciągle nawijała i to coraz głupiej.- To dlatego wszyscy chłopcy się do mnie zlatywali, w końcu mówią, że jestem taka sexy - ,,No co ty nie powiesz, idiotko?"- Ponoć jestem specjalistką w randkach. Wiesz, działam na chłopaków, oni takie lubią.
,,W każdym razie ja nie, wypierdalaj!" I chyba inni też nie, no chyba, że pan Purdy.. Właśnie, to było oczywiste, czemu poprosiłem o radę jego? Szykowałem już dla niego scenariusz wpierdolu.
- Ale ty też jesteś niezłe ciacho, pewnie inne do ciebie lgną. Ale zapewniam cię, nie dadzą ci tego, co mogę oferować ci ja..- pokazała ohydny gest palcami i polizała wargę.
To przedstawienie zrobiło się tak cholernie chore.. Już nie wiedziałem, co o tym wszystkim sądzić. Postanowiłem się nie odzywać i tylko słuchałem jej trajkotu. Zaczęła opowiadać o tym, jak to płeć przeciwna ją ubóstwia. Coraz bardziej chciało mi się walnąć facepalm. Widocznie wszystkie kobiety, który spotkałem w życiu były takie same.. Wyjątkiem pozostawała Lynn. Ale Sally nią nie była, zachowywała się raczej jak Megan.
- Czemu tak zamilkłeś, misiu? Onieśmielam cię?- zapytała.
- W pewnym sensie - powiedziałem ostrożnie, ale nie dała mi skończyć:
- Och, nie wstydź się, to nic złego! Nie bój się mnie! - Po tych słowach się do mnie przysunęła i chwyciła moją dłoń. Jej ręce były zimne jak lód i się trzęsły. Widocznie trudno jej było udawać.
- Nie za blisko jak na pierwszą randkę?- miałem wątpliwości,
- Z daleko..
Chciałem już tylko od niej uciec, wyrwać się, zapomnieć o niej. Tak bardzo się pomyliłem.. Ale ona nie dawała za wygraną:
- Coś ty taki mało rozmowny? Nie lubisz rozmawiać?- tym razem w jej głosie wyczułem nutkę irytacji. Może też chciała się czegoś dowiedzieć? Ale jest sposób był żałosny, powinna sama się tego domyślić.
Nie odpowiedziałem. Zmarszczyła brwi, a następnie wypowiedziała najgłupsze słowa, jakie w życiu słyszałem:
- A może przejdziemy od słów do czynów? No wiesz.. Pójdziemy do łóżka.
Jej dłoń niebezpiecznie zbliżyła się do moich spodni, konkretnie do rozporka. Nie mogłem dłużej czekać. Zerwałem się z miejsca i chwyciłem ją z całej siły za nadgarstki, aż pisnęła. Potem odepchnąłem ją tak daleko, jak to tylko możliwe.
- Pieprz się!- krzyknąłem i już chciałem uciec, ale ku mojemu zdziwieniu dziewczyna się otrząsnęła.
- Ja.. Jak to?- zdziwiła się, już normalnym tonem. Gwałtownie posmutniała, teraz była już bardziej podobna do siebie.
Pokręciłem głową i ponownie się zaśmiałem. Nic już do siebie nie pasowało. Jak taka delikatna, wrażliwa dziewczyna mogła zamienić się w typową kurwę? Co jej strzeliło d głowy, skąd taki pomysł? Czy ktoś jej tak poradził? Ale kto byłby tak podły?..
Chyba że..
- No co cię tak śmieszy?!- niemal się nie rozpłakała, głos jej się załamywał.
Zbliżyłem się do niej i zacząłem przesłuchanie:
- Kto cię tak odstawił?
Przez chwilę wahała się, czy odpowiedzieć, ale po chwili zdradziła swój sekret:
- Juliet.
No i wszystko stało się jasne, tak jak myślałem. Juliet była zazdrosna, więc postanowiła okłamać nic nie wiedzącą o życiu przeciwniczkę i zrobiła z niej potwora. Chciała ją po prostu ośmieszyć i zniechęcić mnie. Żeby potem się do mnie dobrać..
W pewnym sensie ulżyło mi, że nowa nie jest jednak głupia z własnej woli. Czyli nie wszystko stracone, może jest powiązana z Lynn? Mogłem się tego dowiedzieć, o ile mi nie ucieknie..
- A przeglądałaś się w lustrze? Pytałaś chociaż kogoś innego o zdanie, jak się prezentujesz?- kontynuowałem.
Znów zgadłem- pokiwała przecząco głową.
- Nie..
Westchnąłem i jak najspokojniej wyjaśniłem:
- No to zostałaś zrobiona w konia!
- O czym ty gadasz? Juliet jest z tobą blisko, mówiła, że faceci takich lubią i ty też.. Przecież razem chodziliście, ona cię zna i.. O Boże..- przerwała i zasłoniła usta ręką. Widocznie zrozumiała, o czym mówię.
- Rozumiesz już? A teraz chodź do łazienki, zobaczysz, co ta wiedźma z tobą zrobiła..

*Sally*
Przedarliśmy się przez dziki tłum ludzi i w końcu dotarliśmy do drzwi z napisem WC. Byłam przerażona tym, co właśnie zrozumiałam. Oszukała mnie, podstępna suka, chciała mnie upokorzyć. Aż bałam się dowiedzieć, jak bardzo..
Wrota się otworzyły, a my wpadliśmy do pomieszczenia, szczelnie się zamykając. Odetchnęliśmy. Nie śmierdziało tu już tak bardzo alkoholem i papierosami, może bardziej rzygami i odchodami, ale dało się znieść. Teraz wszystko zdawało się znośne. Naprawdę to było lepsze od tłumu spoconych, nienormalnych ludzi. No i cisza, nie disco.
Ale najgorsze dopiero mnie czekało.
- Choć do lustra, zaraz zrozumiesz, o czym mówię - Andy pociągnął mnie za rękę.
Wzięłam głęboki oddech, podniosłam głowę i.. zaczęłam gwałtownie drżeć targana emocjami. Co ta kurwa ze mną zrobiła? Wyglądałam jak typowa pusta lala- kilogramy tapety, lśniące niebieskie cienie, zbyt jasna, różowa szminka i cholernie polakierowane włosy. No i oczywiście outfit, który sam mówił ,,jestem dziwką, poruchaj mnie!".
Po moim policzku spłynęła łza.
Jakby tego było mało zachowywałam się jak panienka lekkich obyczajów, chociaż sama tego nie chciałam. Oszukiwałam samą siebie. Nawet dziecko by tak nie zrobiło..
Miałam ochotę skulić się w kłębek i płakać.
Czemu zaufałam Juliet, czemu nie posłuchałam głosu rozsądku? Przecież to było takie oczywiste, a moja naiwność znów dała o sobie znaki.. I udało się Simms- zrobiłam z siebie idiotkę, tak jak zapewne chciała. Była zazdrosna. Ale czemu nie mogła mi po prostu powiedzieć bym trzymała się z daleka?
Ponownie zalałam się łzami, tym razem już histeryzowałam.
- Jestem głupia, jestem kretynką, a ona to wykorzystała!- szlochałam.
Andy stał tylko nade mną i ciężko wzdychał. Starał się chyba mnie jakoś pocieszyć, ale jego słowa do mnie nie docierały. Był dla mnie ważny na swój sposób, ale nie chciało mi się znów słuchać tych kłamstw, że nie, że nie postąpiłam lekkomyślnie. Przecież wszyscy tak mówili,
Ale po raz kolejny tego dnia przeżyłam szok. Ten facet właśnie dał mi po mordzie..

*Andy*
Tak, przyłożyłem jej, nie mogłem się powstrzymać. To był chyba jedyny sposób, by wyrwać ją z histerii, bo momentalnie się ocknęła. Spojrzała na mnie, marszcząc swoje ,,szklankowe" brwi.
- Co ty robisz?!- oburzyła się. Wzruszyłem ramionami.- Właśnie zrobiłam z siebie pośmiewisko,a  ty zamiast mnie pocieszyć, walisz mnie po mordzie? Psychopata jesteś, czy co?!
- To nie w moim stylu być miłym.. A poza tym.. Inaczej byś nie posłuchała!
- Może i nie, ale.. Ale byłeś miły.. Wczoraj, dziś rano.. Udawałeś?..
Nie wiedziałem, co powiedzieć, bo przecież to była prawda. Ale gdyby dowiedziała się o innych kłamstwach... No trudno, lepiej jej powiedzieć, bo potem będzie jeszcze gorzej. Nie chciałem tego wszystkiego zbytnio poplątać i tak to wszystko było zdrowo popieprzone.
- Tak, kłamałem. Ale marny ze mnie aktor i chyba zbyt się pospieszyłem..
- Jak śmiesz! Ile jeszcze tych kłamstw, no ile?! To wszystko jest chore, teraz jestem okłamana, ośmieszona i brzydka!
Niestety znów zaniosła się płaczem. Wywróciłem oczami.
- Sama widzisz, nie da się z tobą normalnie porozmawiać!
- Z TOBĄ TEŻ, PALANCIE!- odwarknęła.
- Kurwa mać, uspokój się, dziewczyno..- wkurzyłem się.- Ludzie mają znacznie większe problemy niż jebany makijażyk i ohydna sukienka! Ja pierdolę, jesteś taka jak wszystkie laski, wszystkie jesteście pojebane! Przeliczyłem się! Jesteś pierdoloną pierdołą!
Potem, żeby sobie ulżyć, kopnąłem w drzwi jednej kabiny i odpaliłem następnego szluga.

*Sally*
Miał rację.. Zachowywałam się zwyczajnie głupio, tak postępując. Płacz i tak w niczym by nie pomógł. Byłabym tylko bardziej przygnębiona. Z moim szczęściem może nawet byłby to wstęp do depresji.
Potrzebowałam teraz czyjegoś wsparcia. Wsparcie Andy' ego było dość wściekłe i niemiłe, ale lepsze to niż nic. On przynajmniej przyznał się do błędu.
Stanęłam i starałam się opanować. Miałam szansę, by z nim pogadać, nie mogłam tego zmarnować, gdy to było tak blisko.
Potem poprosiłam:
- No dalej, zrób to jeszcze raz. Uderz mnie.
Zdziwił się trochę, ale nie zaprotestował. Zaciągnął się, a potem oberwałam drugi raz, policzek piekł, ale poczułam się lepiej.
Opanowałam rozpacz, zdobyłam się nawet na krótkie ,,Dzięki". Potem wzięłam głęboki oddech i po prostu przysiadłam nieco wkurzona na kancie umywalki. W końcu czarnowłosy przerwał ciszę:
- Sory, jeśli zareagowałem za ostro jak dla ciebie, ale jak już pewnie zauważyłaś, taki jestem. Lubię okazywać agresję - powiedział.- Wkurzyłaś mnie.
,,Och, jak uroczo! To może wpierdolisz Simms?"
- No dobra, ale jeśli według ciebie ja jestem wkurzająca i ogólnie kobiety, to po co zaprosiłeś mnie na randkę?
Zamilkł na chwilę, jakby coś w sobie dusił, ale po chwili odparł:
- To skomplikowane.. Długa historia. Nie sądzę, żeby toaleta była dobrym miejscem na dyskusję. Cały ten klub jest ostro pojebany. Chodźmy na spacer.
- Po ciemku?- zdziwiłam się.
- A co, boisz się, dziewczynko?- zażartował ponuro.
- Nie, oczywiście, że nie - skłamałam. Bałam się ciemności od 6 lat, ale chciał mi opowiedzieć swoją historię, więc byłam zdolna do poświęcenia.- Ale najpierw zmyję ten makijaż..
Podstawiłam twarz pod umywalkę, a Andy przyniósł papier toaletowy. Trudno było usunąć ten cały ,,beton", ale po naprawdę długim czasie się udało. Uśmiechnęłam się na widok czystej, bladej buzi.
- O niebo lepiej.
Usiłowałam też rozsupłać wcześniej tapirowane i polakierowane milion razy włosy, ale mi się nie udało.
- Cholera!- wściekłam się.
- Obetniesz, co za problem?- jakby nigdy nic rzucił chłopak. Ten to nie rozumiał kobiet..
- A tobie nie szkoda by było obciąć włosów na krótko? A jakbyś stracił je wszystkie? Nie przejąłbyś się?- dopytywałam.
- Ani trochę, chodziłbym łysy, co w tym niezwykłego?
,,Ta, jasne"
Zdjęłam też szpilki, wolałam wracać na bosaka. Zostawiłam je w koszu na śmieci.
W końcu opuściliśmy okropną placówkę i znaleźliśmy się na ulicy. Nie zabawiliśmy zbyt długo, była dopiero 22:30.
- Gdzie idziemy?- zapytałam.
- Gdzie nas nogi poniosą!- oznajmił starszy.
Przeszliśmy kilkaset metrów w milczeniu, aż dotarliśmy do parku. Tam zwolniliśmy kroku, a nowy ,,kumpel" zabrał głos. Rozpoczął się czas zwierzeń i wyznań.
- A więc czemu cię zaprosiłem? To dość skomplikowane.. Możesz poczuć się oszukana, czy coś, ale nie miałem złych zamiarów. Mam świadomość, że możesz żywić do mnie jakieś uczucia, ale ja ich nie odwzajemniam..
- Oczywiście, że nie!- przerwałam oburzona. Uspokoiłam się.- Zaraz ci wyjaśnię, ale mów dalej..
- Chciałem dowiedzieć się o tobie jak najwięcej, dlatego planowałam cię w sobie rozkochać. Bo wiesz.. bardzo mnie intrygujesz i jesteś bliźniaczo podobna do pewnej ważnej dla mnie osoby. Osoby, która jest, a raczej była - w tym miejscu przełknął ślinę - dla mnie bardzo ważna.
Zatrzymałam się na chwilę. A niby taki skurwiel.. Tymczasem okazało się, że mamy tyle wspólnego ze sobą. Może mogłam go nawet polubić? W gruncie rzeczy nie był aż taki zły, mielibyśmy o czym porozmawiać. Teraz wolałam go stokroć bardziej od wszystkich dziewczyn.
Ale ciekawa, kim była ta osoba. I co się z nią stało? Czemu już jej nie było? I czy naprawdę byłam do niej podobna? Tylko dlaczego?
- Co się stało z tą osobą?
Czarnowłosy westchnął smutno, nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Widać było, że przypomniałam mu o czymś okropnym. Pośpiesznie wyciągnął z kieszeni spodni szlugi i odpalił kolejnego, hamując łzy.
- Jeśli naprawdę musisz wiedzieć, to popełniła samobójstwo - wycedził twardo.
- O..- poczułam się głupio, że o to spytałam. Przyszło mi roztrząsać prywatne sprawy praktycznie obcej mi osoby. Idealnie.
Czyli nie był skurwysynem bez powodu. Cierpiał. Nie wiedział jak to rozładować i wyżywał się na innych. Ale czy to był jedyny powód? Może było ich więcej, przecież jedno wydarzenie nie byłoby w stanie tak zrujnować atmosfery w jego domu. Jak na razie zdobyłam sporo informacji, ale to mi nie wystarczyło. To nie był ostatni element układanki. Było ich więcej. Ale jak je zdobyć? Czekać, czy pytać innych? A może dowiedzieć się o nim czegoś z gazet, przecież był sławny? Black Veil Brides, mogłam sprawdzić..
- No dobra, a teraz twoja historia - przerwał moje rozmyślenia.
Przygryzłam wargę i też mało się nie rozpłakałam. Wszystko do mnie wróciło, te okropne, krwawe obrazy. I ta postać, która prześladowała mnie do dzisiaj.
- Moja historia..- zaczęłam. To nie było takie łatwe. Tym razem ja musiałam trochę go okłamać.

*Andy*
Wydawała się onieśmielona. Właśnie opowiedziałem jej bardzo krótki fragment najsmutniejszej historii tego świata. Byłem ciekawy, czy ona zdoła to przebić.
- Moja historia..- powtórzyła. Teraz to ona zdawała się pękać.
To było niesamowite jak teraz się zmieniła. Znów była delikatną, kruchą dziewczyną, była jak szyba, mogłem ją stłuc i wszystko zepsuć. Nie dowiedziałbym się wtedy. Ale jedno wiedziałem: to nie Lynn, ale to ktoś niezwykły.
- Też miałam kogoś takiego. Była mi bardzo, ale to bardzo bliska. Ale umarła. Tylko, że ją zamordowano. Bardzo brutalnie zresztą. Nie zasługiwała na to, choć sama się w to wplątała. Ale miała pecha, tak jak ja. To było dawno temu, ale pociągnęło za sobą wiele konsekwencji. I teraz ,w wieku osiemnastu lat zaczynam nowe życie. I myślałam, że może jesteś taki jak ja. I się nie myliłam, chociaż częściowo - skończyła, pociągając nosem.
- To bardzo.. smutne, bardzo mi przykro - zmusiłem się tylko do tego, ale tak naprawdę byłem całkowicie pochłonięty tą sprawą. Nareszcie ktoś, kto mógł mnie zrozumieć.. Może mogłem w niej znaleźć przyjaciółkę?
- Ale nie mówmy już o takich smutnych rzeczach - wtrąciła.- Masz zespół, opowiedz mi o sobie i o swoich kumplach.
Westchnąłem i zaśmiałem się pusto.
- O tej bandzie skurwieli? No dobra..
I zacząłem nawijać o tym, jak się kłócimy, jak ich nie lubię, o naszej nowej płycie, o życiu w trasie. Słuchała zafascynowana. Wtrąciłem jej, że jestem z Cincinnati.
- Ja też..- powiedziała niepewnie.- Ale już tam nie wrócę.- dodała po chwili.
I tak rozmowa potoczyła się swoim torem. Muszę przyznać, że nawet polubiłem tę nową. Nie zauważyłem nawet, gdy dotarliśmy do domu.
- A co z Juliet?- zdenerwowała się Sally, gdy już miałem otwierać drzwi.
- Pogadam z nią - stwierdziłem. Nie miałem na to najmniejszej ochoty, ale trudno.
- Dzięki.
Po chwili dziewczyna udała się na górę do swojego pokoju, a ja musiałem odszukać Simms. Znalazłem ją na kanapie w salonie. O dziwo czekała, pewnie spodziewała się, że od razu wpadnę w jej ramiona. Oj, zdziwi się.
- I jak randka?- zapytała z podłym uśmieszkiem, gdy stanąłem w drzwiach.- Mała dziwka, no nie?
Zaczęła się do mnie zbliżać, kręcąc dupą, ale to zignorowałem.
- Bez owijania w bawełnę.. Po co ci inne kobiety, masz mnie..
Już zamierzała mnie pocałować, ale ja tylko złapałem ją agresywnie za nadgarstki. Wlepiłem w nią bezlitosne spojrzenie. Tego się nie spodziewała.
- Bez owijania w bawełnę.. Posłuchaj, pizdo - zacząłem, akcentując ostatnie słowo. Tak jak się spodziewałem, zaskoczyłem ją.- Miarka się przebrała, kurwa, nie kocham cię, tak? Znajdź sobie jakiegoś innego, jebanego kochanka i zbieraj swoje manatki!
Była zszokowana. Cóż, na pewno myślała, że jej podły plan poskutkuje. Nie przy mnie, nie byłem głupcem, w przeciwieństwie do niektórych.
- Co chcesz przez to powiedzieć?..- odsunęła się, posmutniała.
- Wypierdalaj stąd. Teraz.
Po jej policzku spłynęła łza, ale zanim rozpłakała się na dobre, zdobyła się na wypowiedzenie ostatniego zdania:
- Zemszczę się, obiecuję!- wrzasnęła.
Już chciałem jej przywalić, inaczej niż Sally, tak z prawdziwą, nieudawaną agresją, ale w ostatniej chwili coś mnie powstrzymało. Zmarszczyłem brwi i zamiast na Simms, wyżyłem się na porcelanowej wazie, która kosztowała Jinxx' a fortunę.
- Głupia suka - zakląłem.
,,Była", bo właściwie to tylko udawała moją dziewczynę, wybiegła z domu. Szczerze to nawet nie byłem aż tak zły, po prostu chciałem się już jej pozbyć.
Niestety potem na dół zbiegli kumple, a ponieważ o niczym nie wiedzieli, dostałem jedynie opieprz za głupią porcelanę.

*Sally*
Tak dawno z nią nie rozmawiałam. Z Lynn. To znaczy teoretycznie, udawałam, że z nią rozmawiam. A teraz naprawdę miałam jej co opowiadać.
Walnęłam się na łóżko i w myślach zaczęłam opowiadać:
,,Lynn, kochana Lynn, moja słodka Lynn.. Wiesz, zastanawiam się, czy to, że trafiłam do Andy' ego, to był przypadek. On jest taki niezwykły. Jest jak Biały Królik w ,,Alicji w Krainie Czarów"- poszłabym za nim wszędzie, by tylko dowiedzieć się o nim więcej. Intryguje mnie, ma przeszłość bardzo podobną do mojej. Spróbuję się z nim zaprzyjaźnić, właściwie jest nawet miły.. Może wtedy powie mi coś jeszcze?
Kocham cię, słodkich snów.. A, i jeszcze jedno! Jeśli ta jego ,,osoba" jest tam z tobą w Niebie, to się nią opiekuj".
Usłyszałam tylko coś jakby tłuczone szkło, ale byłam zbyt zmęczona. Momentalnie zasnęłam.

*Andy*
Po długiej awanturze w końcu mogłem pójść do siebie. Cholerny Jinxx, obiecał mi jakąś ,,karę". Kutas.
Już zamierzałem udać się do łóżka, ale przypomniałem sobie, co jeszcze muszę zrobić. I wtedy uprzytomniłem sobie co zrobiłem: byłem miły. Zamarłem.
Dla normalnego człowieka nie byłoby w tym nic dziwnego, ale dla mnie? Przecież miałem nie zadawać się ze śmiertelnikami, dążyć do oświecenia! Wszystko spieprzyłem!
- O Lynn, wybacz mi! Wybacz!
Zacząłem się głowić, jak mogę to naprawić.. Ale nie mogłem teraz obrazić Sally, no nie mogłem.. Pozostawało mi wymyślić coś innego. Coś gorszego.
I w końcu wymyśliłem. Coś, co przyspieszy całą procedurę i zbliży mnie do mojej królowej. I już nic nas nie rozłączy. Nigdy.

***
I jak się podobała Ankowa randka? ;D Trochę krótko wyszło, ale nie chciałam niepotrzebnie przeciągać, bo w następnym będzie coś zupełnie nowego. Przygotujcie się na klimacik creepypasty, wymyśliłam to na wyjeździe ^^ A w jeszcze następnym? Hmm.. Może nowa postać? Ciekawe kto? Zgadujcie! I co myślicie teraz o Lynn? Bo chyba jak na razie obalam wszystkie wasze teorie, nawet te najlepsze!
Kocham Was i do następnego! ♥
Ależ ten Królik do Andsa podobny XD


wtorek, 21 lipca 2015

Rozdział 3:,,Do otworzenia drzwi potrzebny jest klucz"


*Sally*
 - Trochę za długa ta bluzka.. Wygląda na mnie jak sukienka - stwierdziłam przeglądając się w lustrze. Jak na razie żaden ciuch na mnie nie pasował, zawdzięczałam to swojej dziecięcej budowie. Praktycznie nie musiałam się martwić o stanik..
- Chyba nie ma w takim razie sensu mierzyć dalej. To była moja najmniejsza..- odparła lodowato Simms. Co jak co, ale zbyt miła jak na razie nie była. Choć właściwie ja też niechętnie oddawałabym swoje ubrania, rozumiałam ją. Przy tym tak nią pomiatano.. Miałam ochotę ją pocieszyć, ale to by było dziwne, wręcz głupie. Ledwie tu trafiłam, a już zamartwiałam się problemami tego domu, jakby był moim własnym.
- To nic!- przerwała dość głośna i na dłuższą metę męcząca Sammi.- Pójdziemy na wielkie, babskie zakupy! Tego nam było trzeba! Nie mogę się doczekać, a wy?!
Głęboko westchnęłam. ,,No wiesz, nie."
Nie wiem, czemu, ale miałam już trochę dość tej dziewczyny. Nie żebym jej nie lubiła, była fajna, po prostu miałam dość. Chętnie pobyłabym teraz w ciszy, przemyślała wszystko. Chciałam spokoju, by wszystko ogarnąć. Tymczasem cały czas przeszkadzał mi zbyt radosny głos, nie mogłam się skupić, a jak wiadomo miałam problemy z koncentracją i bez tego. I pomimo że chciałam być zwyczajna i wiedziałam, że to zachowanie idealnie do tego pasuje, coś mnie zniechęcało. Gdy tylko wyobrażałam sobie półki obładowane szmatami, ciągłe przebieranie się i szastanie pieniędzmi, coś w mojej głowie natychmiast się blokowało. Marzyłam o powrocie do łóżka i zamknięciu się we własnej Krainie Czarów.
Nie, stop, Sally. Trzymaj się planu, w przeciwnym razie zwariujesz. Andy' m zajmiesz się kiedy indziej, teraz postaraj się zachowywać jak człowiek. Może jeśli się zaprzyjaźnisz, zostawią cię na dłużej?
Już wiedziałam, co robić.
- Chętnie!- powiedziałam z fałszywym uśmiechem.
Moją psychikę czekała próba wytrzymałości.
- Okej, zbieramy się! Trzeba to załatwić jak najszybciej! Na razie włożysz coś luźniejszego, ale przy najlepszej okazji to zmienimy.. Lepiej mieć to z głowy, nie będziesz miała problemu jutro!
Pokiwałam głową. Doll wręczyła mi całkiem ładną niebieską sukienkę. W każdym razie ładną na niej, na mnie była za duża. Mimo to nie wyglądałam najgorzej, na pewno lepiej niż w piżamie. Przeczesałam jeszcze swoje proste czarne włosy sięgające za żebra, nałożyłam czarne buty i byłam gotowa. Przejrzałam się w lustrze. Efekt był marny, ale dziewczyny zaprzeczały. W kżdym razie powiedziały, że jestem ,,słodka", co uznałam za komplement.
Już miałyśmy wychodzić, kiedy niespodziewanie w holu zjawili się Andy i Ashley.
- A wy dokąd?- wyrwało mi się. Bałam się, że zaraz zostanę spiorunowana wzrokiem, ale mój prześladowca nawet na mnie nie spojrzał.
- Na siłownię - odpowiedział zwyczajnie Purdy.
Spodziewałam się bardziej kreatywnej odpowiedzi, ale jak widać znów wyolbrzymiałam. A może i nie?
Na początku nic nie podejrzewałam, przecież faceci lubią ćwiczyć. Ale dopiero chwilę potem zaczęłam się zastanawiać. Purdy, owszem, widać było po nim, że nie kłamie, ale ten drugi? Przecież był taki chudy, kruchy, sama skóra i kości. Przecież to nielogiczne, na pewno powstałby chociażby zarys mięśni, gdyby się postarał.. Nie spodziewałam się też, żeby się fatygował dla swojego przyjaciela, na skorego do poświęceń to on nie wyglądał.
Zmarszczyłam brwi.
To wydawało się coraz bardziej podejrzane. Poczułam w sobie irytację, ale jednocześnie dziecinne podniecenie. To tak, jakby szukać sposobu do otworzenia jakiś drzwi- musiałam otworzyć tego mężczyznę. Tylko jak? Potrzebowałam klucza.
Tylko jak się zbliżyć do faceta? A szczególnie takiego dziwnego? Kto mógł mi pomóc?
W końcu przyszedł mi do głowy pomysł, kolejny ryzykowny. Simms była chyba dość blisko z moim celem. Mogłabym ją dyskretnie zapytać o to i owo. A gdy już uwiodę (o zgrozo, jak to brzmi!) swoją ofiarę, po prostu wyciągnę z niej informacje.
Pomysł wydawał się raczej trudny do zrealizowania, ale nie niemożliwy. Krokiem pierwszym był wygląd i ubiór. A teraz miałam okazję, by zacząć.
 
*Andy*
Miałem nadzieję, że się nie domyśliła, że kłamiemy. To znaczy.. Sprawa była o wiele bardziej skomplikowana. Z jednej strony- to mogła być sama Lynn, wtedy nie byłoby problemu, choć nie miałem pojęcia, co zamierza zrobić, z drugiej- ktoś nadesłany przez nią, bo nie spotkałem się z takim dziwnym zbiegiem okoliczności. Choć, jeśli jest mądra, to się domyśli i w końcu mnie rozgryzie. Ale właściwie nie wyglądała na podejrzliwą, raczej na wystraszoną i niekumatą, żyjącą w swoim świecie. Słowem: pierdoła. W każdym razie było to lepsze od zadzierających nosa kumpli, którzy wysyłali mnie do tej nawiedzonej baby i płacili jej za to, by mnie opierdalała raz na tydzień.. Takie życie, nie wiem, czemu się jeszcze nie postawiłem. W każdym razie jechałem z Ash' em, liczyłem na to, że choć raz się dla mnie złamie. Lubił mnie, więc odwożenie mnie na tortury go wykańczało. Szczególnie, że tym razem miałem do niego ciekawe pytanie. Jak dla mnie bardzo nietypowe.. Nie chciałem wyjść na idiotę, ale nie miałem wyjścia. Tylko w ten sposób miałem okazję poznać nową.
Kiedy zasiedliśmy w aucie i ruszyliśmy, zabrałem głos.
- Ashley.. Mam do ciebie pytanie..
- Jakie?- entuzjastycznie odpowiedział pytaniem.- Pytaj, o co chcesz, chętnie ci pomogę!
Cieszył się jak dziecko. No tak, zwykle w drodze milczałem lub po prostu błagałem, by nie skazywał mnie na męczarnię. A gdy się nie zgadzał, tak go obrażałem, że mało nie doprowadzałem go do łez.
Sam nie byłem do końca pewny, ale w końcu się przełamałem. To było tylko dla dobra sprawy..
- Jak się zbliżyć do dziewczyny?
Reakcja była taka, jakiej się spodziewałem. Przez chwilę panowała niezręczna cisza, ale potem pan Purdy zrobił typowy dla siebie ruch brwiami. Byłem zły, ale nie miałem wyjścia. Tylko w ten sposób miałem okazję poznać nową.
- A która ci wpadła w oko? Wiesz co, nie spodziewałem się tego.. Nasz Andy się zakochał! Nieprawdopodobne!- zachichotał.
Głęboko westchnąłem. Czułem się oburzony. Ja? Zakochać się? Moje serce zostało skradzione dawno temu... Ale skąd Ash miał to wiedzieć? Zresztą może lepiej, żeby się nie dowiedział, co zamierzałem. Co prawda nie szanował swoich dziewczyn, ale nie wyciągał nich informacji w ten sposób.. To było chyba jeszcze gorsze niż wyrywanie dup do ruchania. Zamierzałem skrzywdzić tą dziewczynkę, biedactwo. Nawet ten zboczeniec by na to nie poszedł, był w końcu dobrym gościem.  Mimo to działał mi na nerwach.
- Zamknij się, skurwielu - warknąłem.
- I chyba nawet wiem, o którą chodzi..
- Miałeś mi pomóc, a nie mnie wkurwiać! Nie rób mi tu przesłuchania, Jinxx' em nie jesteś!
- Dobra.. - uspokoił się w końcu. Następnie zaczął swój długi, ,,profesjonalny" wykład:- Po pierwsze powinieneś przestać zachowywać się jak rasowy kutas. Ta, która ci wpadła w oko jest delikatna, raczej nie zaimponujesz jej brudnymi stopami na stole lub wyzwiskami. Lepiej do niej zagadaj jak człowiek, uśmiechnij się, powiedz jej, że jest ładna. Laski lubią komplementy. Ogólnie zachowuj się lepiej niż normalnie, bądź czarujący..
Wzdrygnąłem się z obrzydzeniem. Od samego dźwięku słowa ,,czarujący" chciało mi się rzygać. Najlepiej tęczą. Gardziłem takimi typami. Nie chciałem stać się kolejnym uśmiechniętym, pogodnym, wycackanym słoneczkiem z Teletubisiów. Tym bardziej, że moja ofiara nie wyglądała na taką, co szuka swojego Kena.
Zresztą to nie wystarczyło. Potrzebowałem czegoś bardziej zdecydowanego.
- A co potem?
- Potem? Zabierz ją na randkę!
Pomysł nie był najgorszy.. Choć na prawdziwej randce nie byłem od 2006.
- Dokąd? Zaraz mi powiesz o jakiejś urokliwej placówce, co?
Roześmiał się.
- Widzę, że jesteś niezorientowany. Dawne randki odeszły w zapomnienie. Uwierz mi, znam się. Teraz nie chodzi się do kina na komedię romantyczną, zwykłe kolacje przy świecach też są passe. Teraz dziewczyny chcą się bawić, szaleć. Najlepiej zabierz ją do klubu nocnego.
Znów miałem ochotę ukryć twarz w dłoniach, ale tak. To było to, idealnie. Pod względem sprawy. Oczaruję ją, postawię jakiegoś drinka, a ona mi się wyżali i wszystkiego się dowiem.
Ale poza tym nienawidziłem klubów, pijanych ludzi, jebutnej muzyki i śliniących się striptizerek. Do tego miałem co najmniej trzy przykre doświadczenia powiązane z klubami, może więcej, ale trudno..  Jedyny pozytywny aspekt, że wyrwałbym się z domu. A jakby nowa okazała się Lynn, to podzieliłaby moje zdanie i byśmy się zmyli.
No i oczywiście Ash był specjalistą, nigdy nie brakowało mu towarzystwa płci przeciwnej.
- A polecisz jakiś klub?
- Jasne, znam każdą miejcówkę w tym mieście. Jestem królem nie bez powodu - na potwierdzenie się przechwalał.- Jest kilka takich fajnych.. Air Toxine, Blue Banjo, St. Cigarette, ale ostatnio na topie jest Panther Bow. Świetny na randki, spodoba się jej!
Nazwa brzmiała cholernie plastikowo, ale jeśli laski takie lubiły to trudno. Powstrzymam się od kolejnego wylewu.
- W takim razie wszystko załatwione, pokaż mi jak dojechać.
Chłopak już zamierzał się zgodzić, ale w ostatniej chwili się zawahał. Stracił całą pewność siebie, wyglądał na wystraszonego.
- Ale wtedy ten babsztyl nakabluje dla Jinxx ' a, że cię nie było i będziemy mieć obaj przechlapane. Poza tym nie powinienem się chyba w to wtrącać, zalecali ci to, to dla twojego dobra..
Zalecali, zalecali. Zalecali mi wiele rzeczy, które mi nie pomogły, a na czele tego wszystkiego stał ten chuj Jinxx. Ciągle tylko wtrącał się w moje życie, czasami miałem wrażenie, że jestem jego więźniem. Innych zresztą też traktował jak swoich niewolników. Jako dowód weźmy właśnie naszego basistę- króla świata spermy i erekcji, wszystkie laski przy nim szalały, a w towarzystwie tego starego zgreda sztywniał i bał się wyrazić swoją opinię.
Coś ponownie się we mnie zagotowało. To dobrze, kochałem się złościć.
- Jebać Jinxx' a, pierdolić zalecenia. Wiesz, jaka ta baba jest, chyba nie skażesz na to swojego kumpla, co nie?
Czarnowłosy jedynie westchnął. Był dobrym przyjacielem, jedynym normalnym, jaki nie chciał mnie kontrolować, więc tego się spodziewałem.
- Niech ci będzie, ale tylko ten jeden raz. Powiem, że jesteś chory czy coś..
Odetchnąłem z ulgą. Wszystko szło po myśli
Teraz pozostawało tylko wdrożyć plan w życie.
 
*Sally*
- Cudowna, bierzemy! Te spodnie też, idealnie podkreślają twoje nogi! Ale przymierz jeszcze tę bluzkę!- krzyknęła Sammi, wpychając mi w ręce kolejny ciuch. Zakupy zdawały się nie mieć końca, byłam wykończona, brakowało mi świeżego powietrza. Wydawało mi się, że przyjaciółka (która widocznie najlepiej się bawiła) trochę przesadza, bo powoli brakowało nam rąk do noszenia tych wszystkich toreb.
- Sammi, wystarczy, naprawdę. Nie powinnaś tyle na mnie wydawać.. - usiłowałam ją zniechęcić, niestety bez skutku.
- Nie chcę nawet tego słuchać, pieniądze nie grają tu żadnej roli! Jeśli ta bluzka ci się nie podoba, to znajdę lepszą! Zaraz wracam!
Chciałam ją zatrzymać, ale była zbyt szybka. Z rezygnacją osunęłam się na krzesło. Pragnęłam wrócić do domu, obcego, ale jednak.. Ci dziwni faceci zdawali się teraz bardziej znośni od mojej ,,psiapsióły". Nawet klnący Andy, który był teraz kluczową postacią w całej tej grze. Nagle zwykły przypadek zamienił się w śledztwo mojego życia. Chyba oszalałam..
Byłam bliska załamania nerwowego, kiedy nagle przypomniałam sobie, co miałam zrobić. A mianowicie porozmawiać z Juliet.
Nieco niepewna swojej decyzji, wysunęłam głowę z kabiny przymierzalni. Simms wyglądała na bardzo złą i prawdopodobnie bawiła się jeszcze gorzej ode mnie. Właściwie to ją rozumiałam, bo cały czas tylko targała większość naszych zdobyczy. W takim razie na pewno mnie nie polubiła, ale mówi się trudno, przecież praktycznie chodziła z Andy' m.
Uśmiechnęłam się do niej i starałam się wyglądać jak najmniej podejrzanie. Zmarszczyła brwi, jakby zaskoczona.
- Emmm, Juliet? - zaczęłam słodkim tonem.
- Co? - odwarknęła.
- Wiesz.. Może mogłabyś mi w czymś doradzić?
Czułam się jak idiotka, pytana na pewno tak też o mnie myślała. Dziwiła się coraz bardziej, ale dopiero potem wypowiedziałam najdziwniejsze jak dotąd zdanie w swoim życiu:
- Jak zwrócić na siebie uwagę faceta?
 
*Juliet*
Miałam ochotę rzucić się na tę szmatę, a potem całą ją rozszarpać i zabawić się jej truchłem.
A więc to tak sobie ze mną pogrywasz, panno Rogers? O nie, nie, na to ci nie pozwolę. Już przekroczyłaś limit. Nie zabierzesz mi go, jest mój, uczciwie na niego zasłużyłam. Harowałam na niego latami. Nie odbierze mi go pierwsza lepsza przybłęda.. Już się połapałam, o co w tym wszystkim chodzi. Na pewno to była jakaś zwariowana faneczka, która podstępem chciała się dobrać do swojego idola.
Mała suka, myślała, że mnie przechytrzy? O nie, nie pozwolę na to.
Od pierwszej chwili wiedziałam, że ta paskuda jest jakaś dziwna. Ten sposób, w jaki patrzyła na Andy ' ego.. Zresztą on też nie pozostawał obojętny. Przenikał ją wzrokiem, zupełnie, jakby ją już znał. Uległ jej fałszywemu urokowi, ale ja zamierzałam go ocalić. To on był ofiarą, nie miał pojęcia, na co się naraża. Nie widział twarzy za tą fałszywą maską. Będzie mi wdzięczny za to, że w ostatniej chwili go uchroniłam. Może wtedy by mnie docenił?
W każdym razie plan był taki: zrobię z niej takie pośmiewisko i ohydę, że już nigdy żadna fanka nie postąpi tak głupio. A ja już miałam w tym wprawę.. Wiedziałam, jakich kobiet Andy nienawidzi. Jakich praktycznie wszyscy nienawidzą. Szykowało się niezłe przedstawienie. Mogło w sumie wyjść na moją korzyść..
 
*Sally*
- Och, jak uroczo! Oczywiście, że ci pomogę!- odparła Juliet ku mojemu zaskoczeniu. Spodziewałam się gniewu lub zmieszania, ale o dziwo tak się nie stało. Dziewczyna emanowała radością, mówiła słodkim tonem. Może się, co do niej pomyliłam?
- Fajnie.. To może wybierzemy jakiś ciuch czy coś?- zaczęłam niepewnie.
- Jasne, jasne! Wszystko ci powiem: jakie ciuchy, makijaż, fryzurę, teksty, zachowanie! Będziesz królową swojego.. pana - zaakcentowała ostatnie słowo.- Tymczasem chodźmy do działu z sukienkami! Musimy ci znaleźć coś na tę okazję! Coś co podkreśli twoją niezwykłą, cudowną urodę!
Odetchnęłam z ulgą. Nie połapała się, ale mogła się stać toksyczna jak Sammi. Mówi się trudno, coś za coś. Może znajdzie mi nareszcie coś fajnego?
Liczyłam na to, że kupimy kolejną śliczną sukienkę, mniej więcej taką, jaką miałam na sobie. Niebieski materiał był bardzo delikatny, czułam się w nim całkiem swobodnie. Ale oczywiście nie miałam pojęcia o tym świecie, więc znów się pomyliłam. Ciuchy, które zaczęłyśmy oglądać, były bardzo skąpe i błyszczące. Nie podobały mi się, były cholernie obrzydliwe, ale cóż.. W końcu Juliet przykuła niegdyś uwagę Andy' ego, więc dobrze go znała. Zaczęła grzebać między wieszakami, aż w końcu wyciągnęła kilka szmat.
- Te będą odpowiednie. Przymierz je, a ja ci powiem, która najlepsza!
- Są bardzo błyszczące..- stwierdziłam.
- No tak, będziesz lśnić jak gwiazda! Jak uroczo, ojej!
,,Kolejna opętana, czy co?"- pytałam się w myślach.
Nieco zrezygnowana udałam się do przymierzalni. Wkrótce naciągnęłam na siebie pierwsze ubranie i.. mało nie zwymiotowałam, co by tylko podkreśliło kolor ciucha. Ciemnozielona sukienka ciasno mnie opinała i miała kolor bagna. Odrzuciłam ją na samym początku. Ale potem do akcji wkroczyła Simms i musiałam jej się zaprezentować w jeszcze gorszych kreacjach- różowych falbankach, złotych plisach i srebrnych marszczeniach. Na szczęście na każdą z nich stylistka kiwała głową. Nadszedł czas na ostatnią- najkrótszą, jaką w życiu widziałam, czarną kieckę. Małą czarną, ale te cekiny.. Do tego odsłaniała mi całe pośladki..
Już liczyłam na to, że starsza zrezygnuje, a ja będę mogła odetchnąć z ulgą, ale ta tylko klasnęła w ręce. Chciałam przybić piątkę z twarzą.
- Genialna, to jest to! Jak idealnie podkreśla twoje kształty! I ten połysk! Cudo!
W duchu przeklinałam się, że wpadłam na ten pomysł. Jak zawsze postąpiłam jak głupek. W ramach konsekwencji miałam zostać choinką. Choinką z gołą dupą, bo moja ,,doradczyni" raczej wybierze stringi niż babcine majtasy.
Próbowałam pocieszyć się tym, że Andy lubił czarny.
W końcu mogłam zdjąć z siebie ten ciężar i ubrać się w coś normalnego. Pośpiesznie zapłaciłyśmy za towar i dołączyłyśmy do Sammi. Na szczęście tamta nie przyniosła mi kolejnego zbędnego ciucha.
- Jak będziemy sam na sam, podam ci kilka seksownych trików - szepnęła mi na ucho brązowowłosa, gdy wychodziłyśmy ze sklepu.
,,Kurwa."

*Andy*
Wkroczyłem do swojego pokoju i zamknąłem drzwi na klucz. Nikt nie miał prawa do niego wchodzić. Nigdy. Do tego stopnia się o to troszczyłem, że nawet pozabijałem okna deskami. Gdyby zobaczyli, co tu ukrywam, na pewno byłoby cholernie źle. Natychmiastowo wywaliliby mnie z domu, to było pewne. A potem by mnie złapali i wysłali nie powiem gdzie. I mój plan runąłby w gruzach.
Za to Lynn byłaby dumna. W końcu to ona mnie do tego namówiła. Pamiętałem jej lokum. Niemal identyczne, to tam po raz pierwszy zobaczyłem coś takiego. Wtedy się wystraszyłem, ale potem bałem się coraz mniej, a przerażenie ustąpiło podziwowi. Po tych wszystkich latach powtórzyłem to u siebie. Śmiertelnicy by tego nie zrozumieli, są zaślepieni chujowymi zasadami. Naprawdę byłem wdzięczny dziewczynie za tak pozytywny wpływ. Dzięki niej ujrzałem prawdę i mogłem dążyć do oświecenia.
Przedarłem się przez sterty brudnych ubrań, zatrzymując się na chwilę w jedynym czystym miejscu. Trwałem tak przez chwilę, a potem ruszyłem dalej i dotarłem do łóżka. Chwyciłem leżącą na nim kartkę i schowałem ją do szuflady. To była lista rzeczy, które muszę zrobić w tym miesiącu. Niektórzy planują porządki, zakupy lub coś w tym stylu. Ja ustalałem, jak tu zamęczyć moich wrogów. Jednak szczanie na kwiatki Jinxx' a i pomysł z niemyciem się musiał poczekać, tak samo, jak poważniejsze wykroczenia. Teraz jednak miałem inne zmartwienie: Sally Rogers.
Wyjąłem zdjęcie Lynn spod poduszki i długo się w nie wpatrywałem. Byłem gotów przysiąc, że ona i nasza nowa domowniczka to jedno i to samo. Nie dopatrzyłem się żadnej różnicy. Jeśli to była ona to nie zmieniła się ani trochę od 2006. Nadal była tak samo piękna i tajemnicza. Tylko czemu taka wystraszona? Charakter mi się jak na razie nie zgadzał. Ale przecież to mogło być tylko zabezpieczenie przed tymi głupcami. Liczyłem na to, że gdy będziemy sam na sam pokaże mi swą prawdziwą twarz. Swoje inne oblicze.
Usłyszałem jakiś odgłos. Jakby silnik samochodu i pisk opon. Czyżby Sammi znów prowadziła? Pieprzona piratka drogowa.. Gdyby wypieprzyła auto z moim ,,skarbem" do rowu, chyba bym ją zajebał.
Wyjrzałem przez szczelinę. A jakże! W końcu wszystkie trzy dziewczyny wysiadły z samochodu. Na szczęście całe i zdrowe.
Ale co to? Nowa rozmawiała z Juliet? Przecież Simms jej nienawidziła.. Dziwne, trzeba to było zbadać.
Wyszedłem na korytarz i skierowałem się na dół. Najniższa stanęła w drzwiach i spojrzała na mnie z przestrachem. Nie spodziewała się pewnie, że zamierzam być dla niej miły. No cóż.. Czego się nie robi, ja też tego nie planowałem! Może już wyszedłem z wprawy?
- Co tam kupiłyście?- spytałem jak najbardziej opanowanym tonem.

*Sally*
- Co?- spytałam nieco zszokowana. Od kiedy on jest taki miły?
- Co kupiłyście?- powtórzył i się uśmiechnął. Wyglądał teraz zupełnie inaczej. Gdy się nie krzywił, wydawał się jeszcze ładniejszy. Nie wydawał się już taki wrogi, chętnie nawet odwzajemniłabym uśmiech. Mimo to nie chciałam dać się zwieść, wolałam postępować powoli.
- Ubrania dla mnie..- ostrożnie udzieliłam odpowiedzi.
- To już wiem, głuptasie!- ,,Głuptasie?"- Ale jakie? Pokażesz mi je, czy mam sam zobaczyć?
Chyba całkowicie oszalał.. Tylko to przychodziło mi to głowy.
- Obejrzyj je, jeśli chcesz..- podałam mu torbę.
- Szczerze? Wolałbym obejrzeć je na tobie.. Masz genialną figurę. Delikatną jak kwiatek!
Znowu zdębiałam. Skąd ta nagła zmiana? Jeszcze kilka godzin temu nie był taki miły..
- Wybacz, Andy. Teraz jesteśmy bardzo zajęte! Musimy coś obgadać!- Juliet chwyciła mnie za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę schodów, za co byłam jej bardzo wdzięczna. To się działo za szybko.
- Jasne.. Ale potem przyjdź to mnie, Sally, okej?- zawołał za mną. Nie odpowiedziałam, rzuciłam się pośpiesznie za Simms.
W końcu znalazłyśmy się same w jej pokoju. Odetchnęłam z ulgą. Opadłam na łóżko.
- Wow, już na ciebie leci!- ekscytowała się nowa przyjaciółka.
Wzruszyłam ramionami, przecież wiedziałam, że to prawda. Ale dlaczego, przecież on mnie nawet do końca nie znał? To wszystko było jakieś takie pokręcone i niezrozumiałe.. Przecież minęło tylko kilka godzin!
- Dobra, no to z jakim tekstem ja mam do niego startować?- spytałam w końcu, by przerwać rozmyślanie.
- Eh, facetów jest łatwo zadowolić. Przede wszystkim musisz używać uroczych określeń, takich jak ,,kotku", ,,seksiaczku", ,,chłopczyku"..
To brzmiało jak jakiś pornos! Debilna komedia! A jaki wydźwięk miałoby w moich ustach? Wolę nie myśleć.. Teraz to już w ogóle nie miałam ochoty się w to bawić.
- I od czego mam zacząć?
- Cóż.. Musicie gdzieś wyjść. Najlepszy byłby klub nocny! Ogarnie was szaleństwo i ekstaza i całkowicie się w sobie zatracicie! Ale jeśli to nie poskutkuje, musisz sama go popchnąć do działania.. Wiesz, co mam na myśli - po tych słowach zrobiła ohydny gest palcami.
Zbladłam. Zastanawiałam się nad przylaniem Juliet. Wyobraziłam sobie, jak rozpłaszczam jej buźkę na ścianie. Jednak w ostatniej chwili się powstrzymałam. Prawda była teraz ważna, może odnalazłabym kolejny element układanki? Układanki mojego życia? Nie takie rzeczy się już robiło..
,,Nie, nie, nie! Nie będziesz się pieprzyć"- krzyczał mój umysł.
,,Muszę"- odpowiedziałam mu.
Wzdrygnęłam się na tę myśl. Ja na nim, ona pode mną, potem odwrotnie, mokre wargi, a potem.. Obraz był zbyt rzeczywisty, zebrało mi się na wymioty. Nigdy tego nie robiłam, nie chciałam. Przecież to był właściwie obcy facet. Przechodziły mnie ciarki na samą myśl o tym. Nie byłam taką dziewczyną, nie byłam dziwką. Spodziewałam się jakiś romantycznych słów, nie seksu już na samym początku. Ale jeśli to wszystko to wygląda.. Jeśli tylko tak można okazać swoje zainteresowanie.. Czemu się w to wplątałam?
Skinęłam głową, hamując łzy. Miałam nadzieję, że nie dojdzie do takiego przebiegu sytuacji.
- Dobrze - uległam w końcu.
Zadowolona kobieta klasnęła w ręce.
- Dobrze! A teraz opowiem ci, jak to powinno przebiegać.
Przycupnęłam na brzegu łóżka i starałam się nie porzygać. Każdy szczegół był opisany tak realistycznie, że aż poczułam się, jakby mnie zgwałcono. Mogłam porównać to wszystko do ścięcia głowy. Po pewnym czasie przestałam słuchać i zwyczajnie użalałam się w myślach nad swoim losem. W co ja się wpakowałam? No jak głupim trzeba być, by wdepnąć w takie gówno? Odpowiedź: trzeba być mną.

*Andy*
Jak na razie była zaskoczona. Ale na pewno miło zaskoczona. Na mojej twarzy wykwitł podstępny uśmiech. Byłem tak dobrym aktorem, że nie zauważyła, że ją oszukuję. Może i podłe, ale o to chodzi!
Nagle zeszła na dół po schodach. Zacząłem jej usługiwać i ogólnie zachowywać się przyjaźnie. Nadal się nie ośmieliła, ale wiedziałem, że ulega mojemu urokowi. Była moja, nie musiałem robić nic więcej. Teraz pozostało tylko ją zaprosić.

Nastał ranek następnego dnia. Wszystko przebiegało tak jak zwykle: kłóciłem się z Jinxx' em i Jake' iem, obrażałem Christian' a i ignorowałem Juliet. Ale poza tym byłem naprawdę miły, naprawdę. Przynajmniej nie wywalałem już swoich stóp na stół.. W moim przypadku to już nadmierna litość, że lista nie została wypełniona w ciągu jednego dnia.
Wydawało mi się, że Sally nadal jest nieco oszołomiona. Należało chyba to wykorzystać. Po śniadaniu udałem się do jej sypialni, czyli w sumie sypialni Juliet. Chyba zastałem ją w kłopotliwej sytuacji, bo była w samej bieliźnie. Ale ja stałem jak idiota i tylko się gapiłem. ,,Te same wymiary, co 6 lat temu. Taka delikatna.."
- Wyjdź!- wybąkała w końcu dziewczyna, a ja się otrząsnąłem. Nie zareagowałem.- Błagam, wyjdź!
Ale ja tylko uśmiechnąłem się pod nosem i zbliżyłem się do niej. Wiedziałem jak to działało na laski, byłem w końcu taki seksowny. O zgrozo..
- Gdybyś chciała bym wyszedł, nie byłabyś taka śliczna..- Cholera, zamieniałem się w głupiego babiarza jak Ashley. Ale to przecież nie było na poważnie.. Chyba. Już sam się w tym pogubiłem.
Tymczasem ,,ślicznotce" opadła szczęka.
- Nie zachowuj się jak dżentelmen, bo nim nie jesteś.. Gdybyś był, to byś wyszedł już dawno temu!- rzuciła zdenerwowana. Przynajmniej zaczęła coś mówić, bo czasami się zastanawiałem, czy opanowała tę jakże trudną umiejętność.
- Owszem, nie jestem dżentelmenem. Ale przy tobie nie mogę się powstrzymać! Pozwól, że ci pomogę!- Kurwa, teraz to już naprawdę jest straszne.. Skończyłem w damskiej sypialni, zapinając praktycznie obcej dziewczynie stanik. Albo i dziewczynce, nastolatce.. Choć zostanie pedofilem mogłoby być niezłym pomysłem na listę..
- Czego ode mnie chcesz?! Czemu do cholery jesteś taki miły?!- wyrwała się czarnowłosa z moich rąk.
A ja wypowiedziałem najgłupsze słowa w całym moim życiu:
- Działasz tak na każdego faceta? Bo jesteś niezwykle kusząca, kochana..
Zastanawiałem się, czy Rogers nie dostanie zaraz zawału. To było wręcz pewne, że nikt jej tego nie powiedział. Pobladła, wyraźnie nad czymś myślała. Trwało to dość długo, ale w końcu jakby się rozluźniła. Wyglądała, jakby właśnie wyrwała się z transu. Uśmiechnęła się.. seksownie na jej sposób i zaczęła mówić innym tonem, który w jej ustach brzmiał kurewsko nienaturalnie:
- Czyli cię uwiodłam, kochany? To nic nadzwyczajnego jak dla mnie. Choć ty też jesteś interesujący..
Zamrugałem.
Teraz to ja czułem się jak ona przed chwilą. Nie mogłem za chuja pojąć, w co my się właściwie bawimy. Zachowywaliśmy się jak marni aktorzy w taniej produkcji.
A może w tym kryło się coś więcej? Czy ona miała wobec mnie jakiś plan?

*Sally*
Kurwa.
Ten plan był już tak głupi i schrzaniony, że chyba nawet sam Andy się połapał, o co w tym chodzi.. A może jednak nie? Może rzeczywiście go oczarowałam (cholera wie czym)? Bo jeśli już wie, że to nie jest naturalne, to jedynie wyjdę na jeszcze głupszą niż jestem.. Choć wolałabym to po prostu skończyć.
- Świetnie, widzę, że się rozumiemy..- powiedział już mniej uwodzicielsko, też był zdezorientowany.- Może wyskoczymy gdzieś razem?
Wzięłam głęboki oddech. On wpadł na to samo? No dobra, ułatwiał mi zadanie, ale już miałam tego dość. To się zamieniało w jakieś dwuosobowe starcie. Obaj chcieliśmy wyciągnąć z siebie jakieś informacje. Ja podejrzewałam jego, on mnie. A międzyczasie tyle namieszaliśmy, że sami już nie wiedzieliśmy, o co nam chodzi.
- Zapraszasz mnie na randkę? Oczywiście, pójdę z przyjemnością.. Mój ty.. kocie!- wydukałam, nadal udając.
- Dobra, to jutro w Panther Bow o 21:00, okej?- spytał, jakby chciał już po prostu to skończyć.
- Jasne, słodziaku - pożegnałam go, aż w końcu drzwi się za nim zamknęły.
Usiadłam na łóżku i ukryłam twarz w dłoniach. Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę.
,,W jakie gówno ty się znowu wpakowałaś?"

***
God, ten rozdział mi się cholernie nie podoba, ta atmosfera randek itd.. D: No ale przynajmniej udawane, więc nie jest aż tak źle.. Właściwie w ,,Mrocznej Bohaterce" był rozdział, gdzie Violet kradła Kasparowi prezerwatywy i chowała je do butelek, więc to nie jest aż takie złe.. W następnym rozdziale będzie może nieco lepiej.. Przynajmniej pod koniec? No dobra, muszę jakoś rozkręcić fabułę, bo myślami jestem już przy końcówce, a jak myślę o części środkowej, mam w głowie pustkę. Może za dwa rozdziały będzie bardziej tak, jak chcę? Sama się w tym gubię..
Nwm, co mogę napisać, więc taka nuta na dziś:
Blacklisted Me- Save Me From Myself

Alicjowe gify zawsze spoko ;p