*Andy*
- Kurwa, to gdzie w końcu jest Sally?!- wydarłem się na tego nędznego perkusistę.
- No ja nie wiem..- ryczał jak baba. Co za ciota!
- Nie wrzeszcz tak na niego, bo się nic nie dowiemy. I gardło oszczędzaj - zwrócił uwagę Ashley.
- Będę, kurwa, wrzeszczał, bo ją zgubił, pieprzona pierdoła! A gardło mnie teraz chuj obchodzi!
- Uspokój się, dzieciaku! Rozumiem, że masz swoje humorki, ale nie teraz!- wtrącił się Jinxx.- Ty, Christian, też! Opowiedz nam na spokojnie, co się stało.
Chłopak spojrzał z przestrachem najpierw na mnie, potem na drugiego. Pewnie tchórz się spodziewał, że się na niego rzucimy. No cóż, ja chętnie bym tak zrobił, ale musiałem się czegokolwiek dowiedzieć. Musiałem ją odnaleźć. Była cholernie ważna w tej chwili. Może i potraktowałem ją nieco za ostro, ale teraz uznałem to za głupie. Chciałem wyciągnąć z niej wszystkie informacje, zanim umrze lub ucieknie na dobre. No właśnie..
- Może uciekła?- spytałem.
- Jeśli tak, to przez twoje humorki, idioto!- wkurzył się nasz pan mama.
- Moje?! Ty bez mojej zgody zabrałeś mnie do tego obłąkanego starca!
- Sam jesteś obłąkany i to na poważnie! Ale nie nawrzeszczałem na Sally, że jest głupią suką i może się wynosić! Jesteś obłąkany kretyn!
- Co?!
Już byłem gotowy urwać mu ten przerośnięty łeb, ale w ostatniej chwili Jake nas rozdzielił.
- Ty też jesteś skurwysyn, suń się!- rozkazałem.
- Uspokójcie się obaj! Dajcie dojść do głosu CC' emu!
Niezadowolony odszedłem od tego starego piernika i podszedłem do kulącego się strachajły.
- Dobra, nędzny perkusisto, a teraz gadaj!- rozkazałem.
- Andy!- skarcił mnie Ash.
- No co?!
- Christian, opowiedz..
W końcu jednak ,,Christian" opanował płacz i do pewnego stopnia nad sobą zapanował. Zaczął swoim cienkim głosikiem:
- Jak wy wyszliście to Sally powiedziała, że pójdzie na spacer. Mówiłem jej, że nie wiem, czy mogę jej pozwolić, ale ona zapewniała, że pójdzie niedaleko i w razie czego zadzwoni. Ale nie dzwoniła..
- Kurwa, puściłeś ją samą po całym LA?! Oszalałeś?! Może ona już nie żyje, do kurwy nędzy!- zdenerwowałem się.
Tak to było zostawić kogoś z tym idiotą. Nie potrafił odmówić, był tak cholernie delikatny i kobiecy. Bardziej niż kobieta. Byłem tak kurewsko wściekły, chętnie bym mu przywalił. Już wyciągałem pięść, kiedy kolejny skurwiel, Pitts, mnie złapał.
- Nie za dużo na dziś tych demonstracji dla ciebie?! Boże, jesteś okropny!
Uśmiechnąłem się diabelsko pod nosem.
- To moja specjalność - pochwaliłem się.
- Dlatego teraz grzecznie pójdziesz do siebie i tam zostaniesz, kiedy my pojedziemy poszukać twojej przyjaciółeczki.
- Co, kurwa?!
Teraz jeszcze chcieli mnie tu zamknąć, kiedy sami najpewniej wszystko popierdolą?! Nie dam się, nie jestem ich jebanym więźniem. Nie mają prawa tak mną pomiatać..
- Tak - powtórzył Jinxx.- Chyba, że mamy to zrobić za ciebie, na siłę.. Z pomocą pewnych akcesoriów.
Zastanawiałem się, czy po prostu ich wszystkich teraz nie zabić i zmyć się z miejsca zbrodni. To byłoby niezłe na moją listę, w sumie najlepsze i ułatwiłoby mi dalsze działania. Ale wtedy złapałyby mnie psy i miałbym powtórkę z przeszłości. To musiało poczekać, co nie oznaczało, że z tego rezygnowałem. Po prostu czekałem.
Wpadłem za to na lepszy pomysł. Zostanę, udając, że się słucham, zniosę to upokorzenie, a potem poszukam Sally na własną rękę. Po prostu dam nogę.
Bo naprawdę nie miałem teraz ochoty na ich wszystkich bawiących się w psychiatrów.
Zrobiłem naburmuszoną minę i udałem się po schodach na górę.
- No, mamy go z głowy..- usłyszałem przez te wyjątkowo cienkie ściany.
Potem zaczęto ustalać ,,cudowny" plan. A ja tylko czekałem, aż się ulotnią.
*Sally*
Mój oddech gwałtownie przyspieszył. Powoli zaczynało mi go brakować. Nie miałam pojęcia, co dokładnie za mną biegło, ale wydawało się dziwnie znajome. Tak , jakbym już kiedyś widziała tę postać. Ten kształt, ten sposób chodu..
Ale czemu była tylko cieniem? Przynajmniej tak mi się zdawało. To nie mógł być człowiek. To było coś groźniejszego. Chciało mnie dopaść, inaczej by za mną nie goniło. Mogło przecież równie dobrze wykorzystać kogoś innego, znaleźć inną ofiarę. To coś miało swój cel i na pewno nie uczynny.
Nie chciałam podzielić losu Lynn. Obiecałam jej po śmierci, że zemszczę się na jej zabójcy. I na wszystkich z nim powiązanych. Że będę dzielna, silna. To będzie wykroczenie prawne, przestępstwo, ale on na to zasługiwał. Oszukiwał ją przez połowę jej krótkiego życia, zwodził ją. Sprawił, że stała się jak potwór. Nie wiedziałam, w co do końca ona się bawi, ale to nie zachwycało nikogo. Mi nie chcieli tego wyznać, byłam za mała. Nie chcieli bym ja się w to wplątała. Ale poza tym ona była dobrą siostrą. Złą duszą, ale dobrym człowiekiem. Pomogłaby mi teraz, musiała wiele razy coś takiego przeżyć. Ale jej nie było, a ja byłam skazana na coś przerażającego. Bo co jeśli to już koniec?
Potknęłam się i runęłam twarzą w mech, ale jak najszybciej się podniosłam i znów mijałam wysokie świerki. Niestety to bardzo przybliżyło do mnie tego.. kogoś, coś. Gdybym tylko miała latarkę.. Ale nie miałam. Oszczędziłaby mi ona tylu potknięć i bólu i w końcu wiedziałabym, co się dookoła mnie dzieje. I z kim mam do czynienia.
Przebiegłam kolejne dziesięć metrów, a moje serce pracowało chyba z rekordową prędkością i z każdą chwilą przyspieszało. Słyszałam jego dudnienie, wypełniało je strach i adrenalina, z przeważaniem tego pierwszego. Żołądek podchodził mi do gardła, chętnie bym zwymiotowała. Skręcało mnie w nim do tego stopnia, że nie mogłam się do końca wyprostować. Trzymałam się za niego, ale nic nie pomagało. Wkrótce poczułam też uścisk w klatce piersiowej. Nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. A on ciągle za mną podążał, szeleściły pod nim gałązki i liście. Ale i tak poruszał się zgrabniej ode mnie, ja biegłam teraz bez opamiętania. On był niezmordowany.
Ostrzejsze przedmioty cięły moją twarz, gdy o nie zahaczałam, rozrywało mi też ubrania, czułam piekące rany na całym ciele. Krew spływała mi po skórze, czułam się jak ranna gazela.
Łup! Upadłam po raz kolejny. Chciałam się już podnieść, ale złapał mnie za kostkę. Szarpałam się, ale był zbyt silny, wytrenowany. Jego ręka była taka zimna, jakby to był trup. A może to był jakiś truposz? Nie wierzyłam w zombie, ale kto wie? Na pewno nie był zjawą.
Wydarłam się najgłośniej jak mogłam, ale zasłonił mi usta dłonią. Zaczął przyciągać mnie do siebie. Chciałam się wyswobodzić z jego uścisku, ale mój wysiłek był na nic. ,,Ktoś" chwycił mnie tylko mocniej, a wkrótce.. przystawił mi nóż do gardła. Dech zaparło mi w piersi. Pierwsza łza spłynęła po moim policzku. O co mu do cholery chodziło?
- Jeśli się ruszysz, to cię zabiję, rozumiemy się?!- syknął szeptem, co nie pozwoliło mi zidentyfikować głosu. Ale pachniał znajomo.. Niestety nie mogłam skojarzyć tego zapachu. Taki miedziany, zupełnie jak jakaś.. krew. Do tego wyjątkowo stara woda kolońska.
,,Rusz głową, Sally, tylko jedna osoba na świecie tak pachnie!"
Jednak mój mózg odmawiał posłuszeństwa. Strach sparaliżował mnie całą. W efekcie trwałam bez ruchu. Zastanawiałam się tylko, jak mnie zabije i czy to będzie aż tak bolesne.
Tymczasem nieznajomy wyciągnął z kieszeni jakiś nadajnik i oznajmił:
- Mamy ją.
Jego głos zabrzmiał, jakby był zmodyfikowany. Nie miałam szansy go poznać.
Tymczasem byłam bezlitośnie ciągnięta w jakąś stronę.
- Pojedziesz sobie z nami, maleńka..- śmiał się złowieszczo.
Łzy płynęły po moich policzku jedna po drugiej. Nie miałam już pojęcia, co robić. Poczułam się przegrana. To wszystko działo się za szybko.
Nagle reflektor samochodu rozświetlił moją twarz. Jeśli teraz mnie zabiorą, to będzie po wszystkim.
,,Wymyśl coś!"
Nie zastanawiałam się dłużej. Bez dłuższego namysłu, kopnęłam faceta w jaja. Zgiął się w pół jak ja przed chwilą i runął na ziemię.
Jego ludzie nie czekali długo i wypadli z auta. Ale chwila wystarczyła mi, by znów zacząć biec. Byłam naprawdę wykończona, do tego targał mną szloch, który tylko wszystko utrudniał. Krew mieszała się z łzami. Mimo wszystko to było lepsze od łapsk tego mordercy.
Ale jeszcze bardziej przeraziło mnie, gdy usłyszałam huk. Pocisk przeleciał tuż nad moją głową.
,,No pięknie, zabiją mnie!"
Zagryzłam wargę, by nie dostać jakiejś histerii. Kolejne naboje pojawiały się tuż obok mnie. Jeden nawet musnął moje ramię. Czułam się, jakbym była sarną, na którą polują jacyś myśliwi. Czułam się jak ich zwierzyna, ofiara. Byłam pewna, że jeśli wrócę, zostanę wegetarianką. Jeśli wrócę.
Stanęłam chwilowo za jakimś drzewem liściastym, by mnie nie trafili. Nabrałam powietrza w płuca.
A potem ruszyłam dalej.
Las robił się coraz gęstszy i ciemniejszy, nie wiem jak daleko od domu już byłam. W każdym razie coraz mniej mi się to podobało. Słabłam, a ich zdawało się być coraz więcej. Ich światła latarek były jak lasery, wypalały mnie od tyłu.
Do tego wpadłam w jakieś gęste zarośla i zanim się z nich wyplątałam, byli już bardzo blisko. I znów wszystko się powtarzało: szaleńcza pogoń, mój błąd, ich błąd, strzały. Upiorne koło się zataczało. Nie chciałam się w to bawić, najchętniej dałabym sobie spokój. Ale kto wtedy będzie walczył za moją Lynn?
Nie poddawałam się.
I nagle zapadła cisza. Błagałam w myślach, by skończyły im się naboje. Ale nie, teraz było kompletnie cicho. Nie słyszałam nawet kroków. Dziwne. Nie było też głosów. Latarki zgasły. Ten brak czegokolwiek w pierwszej chwili wydawał się nieco upiorny, podejrzany, al. nic się nie działo. Odetchnęłam z ulgą. Poczułam, że jestem wolna, uratowana.
Przysiadłam zmęczona na ziemi i po raz pierwszy od kilku godzin, zaczerpnęłam powietrza. Jaka to była ulga. Przetarłam oczy bokiem dłoni i uspokoiłam się. Musiałam znaleźć drogę. Ale było tak ciemno.. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Ale nie mogłam też czekać. Bo co, jeśli by wrócili? Musiałam się ruszyć, teraz miałam szansę.
Nie szłam zbyt pośpiesznie, całe ciało dawało o sobie znać. Bolało, nawet bardzo. Chętnie poszłabym do lekarza, wymieniając Andy' ego. Naprawdę, szpital, którego nienawidziłam, byłby teraz zbawieniem. Białe łóżko i możliwość snu. To o niebo lepsze od życia w strachu i napięciu, które od niedawna powróciło.
Szłam, ale z roztargnienia wpadłam na drzewo. Rozmasowałam skroń i chciałam je minąć, ale.. drzewo poruszyło się i znów mnie złapało. Latarki padły na mnie, dręcząc moje zmęczone oczy. Byłam otoczona. Zasadzka.
*Andy*
Jacy z nich idioci.. Bez problemu wylazłem przez okno w salonie. Skoczyć z półtora metra to nie był żaden problem. A może i mniej? Na przyszłość musieli się bardziej wysilić. Łatwo było pokonać ich małe móżdżki. Oni nigdy nie doświadczą takiej mądrości jak ja..
Ale dość o mnie, teraz ważniejsza była Sally.
Ruszyłem ulicami Los Angeles. Najpewniej reszta grupy szukała w najbardziej oczywistych miejscach. Tam jej nie znajdą, gdyby się zgubiła, ludzie by jej pomogli. A gdyby coś jej się stało, zadzwoniliby po pomoc. Chyba że ta niepozorna dziewczyna wykazała się mózgiem i zwiała. Na jej miejscu już dawno bym to zrobił. Ale była mi teraz potrzebna, wiedziałem, że ją odnajdę. Może i miała chwilową przewagę, ale za to ja znałem najciemniejsze zakątki LA, w których niegdyś sam spędzałem czas. Nikt o nich nie wiedział. Ale jeśli ona były taka niezwykła, to może jednak?
Chodziłem od miejscówki do miejscówki, ale nigdzie jej nie było. Cholera. Została tylko jedna, ale zbyt daleko. Nie zdążyłaby chyba tak dotrzeć na piechotę.
Zaczynałem się martwić. Może faktycznie stało się coś bardzo złego?
Zapaliłem kolejnego szluga, by pozbierać myśli.
*Sally*
Chcieli mnie omamić, bym już myślała, że wszystko jest okej. Ale nie było. Moja ekscytacja była przedwczesna. W którą stronę bym nie poszła, otaczali mnie jacyś faceci. Tak jak w życiu- ono całe było tylko pułapką. Zawsze znalazł się ktoś, kto chciał spieprzyć moją wizję szczęścia. Byłam skazana na wieczną porażkę, wypełnioną próbami upolowania mnie.
A wracając do tych terrorystów. Nie znałam ich do końca. Wiedziałam, że coś się kiedyś stało, z czym mieli związek, ale nie miałam pojęcia z czym. Teraz mój umysł nie pracował normalnie, wypełniły go obawy.
Facet najbliżej mnie wyciągnął broń, pistolet. Skierował go prosto na mnie.
Zaraz zginę. Zaczynałam rozumieć, co czuła Lynn. Przerażenie i tylko chęć, by to się skończyło. Cierpienie nie było takie poetyckie, jak niektórzy myśleli. Było tylko śmierdzącą kupą gówna, od którego czasami nie można uciec.
- Do widzenia, księżniczko. Chcieliśmy cię ubić inaczej, ale po co tracić czas? Prawie nam się wyrwałaś!- powiedział szeptem ściskający mnie facet.
Już zamierzałam się poddać, ale wtedy w mojej głowie odezwała się obietnica złożona przed laty Lynn. Nie mogłam, po prostu nie mogłam.
Nie czekałam ani chwili dłużej. Nie chciałam jeszcze umierać, nie wypełniłam przeznaczenia. Obiecałam zemstę i dopnę swego.
Chwyciłam broń, której pocisk musnął moją dłoń, ale nie wyrządził większych szkód. Nacisnęłam niezdarnie spust i strzeliłam facetowi w nogę. Upadł, a ja go wyminęłam i zaczęłam biec, ile sił w nogach.
Mimo to miałam świadomość, że długo tak nie pociągnę. Przydałaby mi się pomoc. Ale teraz uciekałam.
Odwróciłam się i posłałam jeszcze kilka średnich strzałów. Może i umiałam jako tako strzelać z bliska, ale na pewno nie z daleka.
W końcu jednak zarośla stały się tak gęste, że krzyki robiły się coraz cichsze, a prześladowcy chyba się oddalali.
Uklękłam za jakimiś krzakami i wyjęłam telefon. Teoretycznie powinnam zadzwonić na policję, ale serce podpowiedziało mi, bym wykręciła numer do.. Andy' ego.
Wstukałam numer i w napięciu czekałam.
Dzięki Bogu, odebrał.
*Andy*
Sally? Nareszcie! Może w końcu wyjaśni tę głupią sprawę.
Nacisnąłem zieloną słuchawkę i powiedziałem:
- Halo?
Cisza. Zbyt głucha cisza. Zmarszczyłem brwi. Szczerze zaczynałem się bać. Już teraz zrozumiałam, że to jest powalone ponad wszelką miarę.
- Halo?!- powtórzyłem głośniej.
- Andy..- odezwał się w końcu cichy głos.
Odetchnąłem z ulgą. Przynajmniej żyła. Ale skąd miałem wiedzieć, że nie jest śmiertelnie ranna, czy coś?
Zdenerwowałem się.
- Gdzie ty jesteś, do cholery?!- wydarłem się.- Wiesz jak my wszyscy, zwłaszcza ja, się..
Nie dokończyłem, bo przerwała:
- Mów ciszej. Ścigają mnie..
Zamarłem.
- Jak to? Kto?..
- Nie wiem.. Nie wiem, czego ode mnie chcą. Mają broń..
Rozpłakała się. Ja też miałem mokro w majtkach. Co jeśli to jacyś gwałciciele? A może mordercy? Może jeden z tych gangów? A co jeśli zrobią jej krzywdę?
- Jesteś cała?- dopytywałem już łagodniej, jednak ona nadal się nie uspokoiła.- Nie płacz. Nie zrobili ci nic? Nie jesteś ranna?
- Nie.. To tylko kilka zadrapań, ale nic poważnego - wyrzuciła z siebie.
- Całe szczęście..- odetchnąłem z ulgą.- Gdzie teraz jesteś?
Na chwilę znów zapadła cisza.
- Nie mam pojęcia.. W jakimś lesie.. Gęsty.
Dużo mi to powiedziało..
- No dobra.. Może inaczej.. Mijałaś coś szczególnego? Którędy szłaś?
Zastanawiała się chwilę, a potem zaczęła opowiadać. Całe szczęście, że jej pamięć nie szwankowała.
- Najpierw szłam w prawo, bardzo długo, a potem przeszłam obok jakiegoś spożywczaka. Potem doszłam do parku i szłam do końca, aż zaczęło się robić pusto. Potem szłam chodnikiem, dookoła były tylko drzewa. A potem zobaczyłam komis samochodowy i chciałam, by mi pokazali, jak wrócić. Ale był już zamknięty. Potem odeszłam kilka kroków w las i dostrzegłam kogoś obcego. Jakiś cień. Zbliżał się do mnie. To było upiorne. A potem rzuciłam się przed siebie i było zbyt ciemno, by coś widzieć.. Ale las zrobił się gęstszy.
Zaczynałem kojarzyć, gdzie poszła. Zdziwiłem się, że zaszła aż tak daleko na piechotę, przeszła prawie połowę lasu. Chyba, że zapierdalała przez cały czas, to by nawet pasowało.
- Co masz dookoła siebie?- spytałem.
- Krzaki, krzewy.. Siedzę w nich.
Już rozumiałem, gdzie jest.
- Są blisko ciebie?
- Nie, chyba mnie zgubili.
- W takim razie idź cały czas w lewo. W końcu krzaki się przerzedzą, a ty dojdziesz do jezdni. Czekaj tam na mnie, przyjadę samochodem!- rozkazałem i się rozłączyłem.
Ruszyłem biegiem po auto.
*Sally*
Nie miałam pojęcia, jakim cudem facet, który praktycznie nie wychodzi z domu, zna jakiś zadupiasty las. Nie wnikałam, po prostu cieszyłam się, że mi pomógł. A niby taki skurwiel bez serca..
Za jego radą ruszyłam w lewo. Wszystko się sprawdziło, zupełnie, jakby był jasnowidzem. Gdy przeszłam już jakiś spory dystans, zarośla się przerzedziły i mimo ciemności ujrzałam asfalt.
Już myślałam, że jestem zbawiona.
Wyskoczyłam z krzaków i rzuciłam się na drogę. Łzy napłynęły mi do oczu, tym razem łzy ulgi. Miałam ochotę pocałować nawierzchnię, ale tego nie zrobiłam. Po prostu położyłam się tuż obok niej. Nie mogłam biec już dalej. I tak zbyt się zmęczyłam.
Prawie zasnęłam (a może zemdlałam?) kiedy dobiegł mnie jakiś niewyraźny krzyk. Otrząsnęłam się z transu. Myślałam już, że to Andy i leniwie się podniosłam, nawet pomachałam. Ale ponownie się zawiodłam. To był znajomy samochód. Terenówka, w którą chciano mnie dziś zapakować. Zbliżała się w zastraszającym tempie. Byłam zgubiona.
Znów miałam ochotę się rozpłakać. Ale nie mogłam się poddać, jeśli to zrobię, czeka mnie śmierć.
Moje nogi znów zaczęły pracować. Ledwie nimi powłóczyłam. Nie widziałam sensu w biegnięciu drogą, bo i tak ci ludzie by mnie dopadli. Wskoczyłam w las, tym razem po przeciwnej stronie. Zanim mężczyźni opuścili pojazd, ja byłam już dość daleko. Ale uczyłam się na swoich błędach- zdawałam sobie sprawę, że nie mogę przebyć już zbyt wielkiego dystansu. Zwolniłam nieco kroku i wyciągnęłam telefon. Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że tylko pogarszam sprawę. Nie mają latarek, ale są tuż za mną.
Mimo trzęsących się palców, udało mi się wykręcić numer.
- Już jadę!- ryknął Andy do słuchawki.
- Andy, nie mogłam zostać przy drodze! Znów mnie gonią! Jestem w lesie po drugiej stronie!
- Cholera..- zaklął.
- Powiedz mi lepiej, co mam robić?!- darłam się.
- Przede wszystkim się zamknij, tylko pogarszasz sprawę! Schowaj się w jakimś niespodziewanym miejscu! W takim, gdzie nie wejdą!
- Dobrze..- powiedziałam szeptem.- Jak dojedziesz zadzwoń..
- Obiecuję.
Rozłączyłam się i zaczęłam szukać jakiegoś mało dostępnego miejsca. Nie myśląc wiele runęłam w krzaki. Ale już tam docierali.
I wtedy dostrzegłam jedyną drogę ucieczki. Była co prawda zima, ale.. To była moja jedyna szansa.
Powoli zaczęłam zsuwać się do małej rzeczki. Woda niemal całkiem zmroziła moje mięśnie, cała zesztywniałam. Ale byli już tak blisko.. Musiałam.
Zanurzyłam całą swoją głowę, zatykając nos i zamykając powieki. Nastał chłód i ciemność. I odrobina ulgi.
- Pobiegła dalej!- usłyszałam niewyraźnie.
Poczułam się o niebo lepiej, gdy mogłam w końcu się wynurzyć. Widocznie moja walka o życie na dziś dobiegła końca. Wylazłam z lodowatej cieszy i usiadłam na brzegu. Cała byłam przemoczona, cholernie marzłam. Ściągnęłam wilgotną kurtkę i odgarnęłam całkowicie zniszczone włosy do tyłu. Na nieszczęście moja komórka też przemokła i nie zamierzała się włączyć.
Po raz setny tego dnia (a w sumie nocy) straciłam nadzieję.
No pięknie, teraz to nawet Andy mnie nie znajdzie..
Skuliłam się i zaczęłam cicho pochlipywać.
Nie było dla mnie ratunku.
Może znajdą moje zwłoki gdzieś za kilka tygodni? Ale wtedy nic już mi nie pomoże.. Równie dobrze mogłam dać się zastrzelić, byłoby nawet łatwiej.
Czemu nie wyjęłam tej cegły? Czemu nie zostawiłam jej na brzegu?
No trudno, nie było już odwrotu.
Pozostawało mi czekać na pewną śmierć.
*Andy*
Jechałem jak pirat drogowy (jak Sammi) i mało nie zabiłem kilku osób. Zastanawiałem się, kiedy policja zapuka do moich drzwi i zabierze mi prawo jazdy. Wtedy to już będę całkowicie ugotowany.
Ale nie bez przyczyny- nie odbierała, bałem się, że już po niej.
Straciłem już rachubę, ile na godzinę jadę, kiedy wskazówka przekroczyła 120 kilometrów na godzinę. Ale nie miałem wyboru, jeśli zabili Sally to nigdy nic już się od niej nie dowiem. Gdyby nie to, że była taka dziwna, na pewno nie ruszyłbym dupska z domu. Bo po co miałbym ryzykować życie dla pierwszej lepszej laski?
W końcu wjechałem na właściwą drogę, która znajdowała się na obrzeżach Los Angeles. Rogers nawet nie zdawała sobie sprawy, w jak ważne dla mnie miejsce trafiła. Choć i tak by nie zrozumiała. A może jednak? W każdym razie jeśli znajdę tu jej trupa, to będę zmuszony ją tam zakopać..
Na trasie panowała cisza, było pusto. Żywego ducha, mało kto jeździł kiedykolwiek tym szlakiem. Przecież wybudowano tyle autostrad, po cholerę tłuc się wyboistą leśną drogą?
Zahamowałem, gdy dotarłem do mniej więcej połowy. Przeczuwałem, że dziewczyna musi być gdzieś tutaj. No może niedokładnie, ale znałem to miejsce jak własną kieszeń- jak mógłbym się pomylić?
Zostawiłem auto pełny nadziei, że mi go nie ukradną. Wysiadłem i od razu rzuciłem się w krzaki. Tutaj były nieco przerzedzone, nietrudno było się przez nie przedostać. Szukałem wszędzie: pod każdym liściem, za każdym pniem, patrzyłem nawet w górę.
- Sally!- wołałem.
I nic.
Zacząłem się martwić, że może naprawdę ją zastrzelili. Albo przynajmniej porwali. Tylko kto? W jakim celu? Czy byłby jakiś sens w porywaniu obcej dziewczyny bez celu? Tylko idiota by się naraził. W ogóle to nie słyszałem o żadnym gangu, który kręciłby się po lasach i szukał ofiar. No chyba, że to jakiś pedofil, Sally wyglądała dość młodo, ale wątpię. Doszedłem do wniosku, że ona coś dla nich znaczy, musieli ją obserwować od dłuższego czasu. Czyli widzieli, gdzie dokładnie idzie, może w naszym domu były jakieś pułapki? No nie wiem, kamery, podsłuchy.. Może nawet w moim pokoju? Ale kiedy niby ktoś miał to wszystko zamontować? Nawet, gdy byliśmy w trasie Juliet tam siedziała.. Chyba, że to była jej forma zemsty. Ale jaki szanujący się gang uganiałby się za zagubioną panienką? Żadna z tych rzeczy nie trzymała się kupy.. Chyba że.. Ale nie, to niemożliwe.. To zbyt głupie. Oni nie zajmują się takimi bzdetami, są równie oświeceni, co ja. Właściwie nawet bardziej, oni są szanowani w całej naszej grupie. Przynajmniej byli, bo nie natknąłem się na nich od 6 lat.
Nie chciałem o tym myśleć, bo od razu do mojej głowy wkradały się najgorsze wspomnienia. Zmieniłem temat.
To zdumiewające, jak wiele kroków zrobiły dzisiaj te małe nóżki. Zagłębiałem się coraz dalej, coraz bliżej swojej własnej miejscówki, a nie było po niej śladu. Chyba, że już ją znalazła.. Choć pewnie by się tylko wystraszyła i nie odważyłaby się tam siedzieć. Mnie samego czasem przeszywał chłód, ale go lubiłem. Kochałem wszystko, czego inni się bali.
Całkiem się zamyśliłem, aż nagle z rozmyślania wyrwał mnie cieniutki głosik. Znajomy głosik.
- Sally?- zapytałem.
Płacz ustał.
*Sally*
- Andy?- wydusiłam z siebie w końcu.
- Sally?- powtórzył.- Gdzie jesteś?
- Tutaj..- powiedziałam.
W końcu coś poruszyło się między liśćmi, a przy mnie znalazł się mój ,,wybawiciel".
Chciałam zapanować nad emocjami, ale nie mogłam się powstrzymać. Z płaczem wpadłam w jego ramiona. Trochę się zdziwił.
- Żyjesz? Jesteś cała mokra! Przemókł ci telefon?
Jedynie kiwałam głową. Nie mogłam tak rozmawiać. Chciałam zapomnieć o tym wszystkim, co mnie dziś spotkało. Tylko więcej strachu mi brakowało do kompletu..
Uścisk się zacieśnił, ale nie protestowałam. Chciałam ciepła.
- Poczekaj..- oznajmił Andy. Zdjął swoją skórzaną kurtkę i mnie nią otulił. To wszystko wydawało się takie głupie- ja, jako dama w opresji i on, jako superbohater. Nic takiego nie miało miejsca. Ja byłam tylko zmokłą kurą, a on jakimś Buszmenem, który widocznie spędzał wiele czasu w zaroślach.
Właśnie.. Jakim sposobem on mnie odnalazł w tym lesie? Przecież nie znałam swojego dokładnego położenia, powiedziałam mu tylko o krzakach, drodze i kolejnych krzakach.. To za mało, by zidentyfikować miejsce, przecież ten las to głównie krzaki i drzewa, a droga jest bardzo długa.
- Jak mnie znalazłeś?- odważyłam się spytać.
Przez chwilę jakby zastanawiał się, czy mi to wyjawić, ale w końcu się odezwał:
- Musisz to sama zobaczyć.. Tu bardzo niedaleko jest takie ważne miejsce. Pamiętasz historię o tej dziewczynie? To zaraz ci coś pokażę..
Uniosłam pytająco brew. Co chciał mi pokazać? Co w tym lesie mogło być zdumiewającego?
Powinnam odmówić, bo nogi wręcz mi odpadały. Ale mimo to się zgodziłam. Przecież to mogło tyle wnieść do mojej sprawy.
Chłopak pomógł mi wstać, a potem ruszyliśmy w jakimś nieznanym mi kierunku.
*Andy*
Kompletnie nie wiedziałem, dlaczego chcę jej to pokazać. Nikt nigdy tu nie bywał. To była moja kryjówka, a teraz ktoś niewtajemniczony miał tak po prostu ją ujrzeć. Postępowałem lekkomyślnie, ale coś urzekło mnie w tej dziewczynie. Może coś ukrywała? Może miała jakiś związek z tym wszystkim? Może coś jej przypomnę, zmuszę do jakiejś refleksji? Może czegoś się od niej dowiem? Jeśli odpowiednio to rozegram, to może coś z niej wyciągnę i wyjdzie na moją korzyść?
,,Przepraszam, Lynn.. Wybacz"- zwróciłem się do dziewczyny w myślach.
Tymczasem Sally robiła się coraz bardziej podejrzliwa. No w sumie słusznie, ciągnąłem ją przez pół lasu, żeby pokazać jej.. cmentarz. Nawet nie cmentarz, a jeden grób. Grób obcej dla niej osoby. Teraz to na pewno uzna mnie za wariata.. Choć po tym, co ją niedawno spotkało, nikt jej nie przebije pod względem zbzikowania.
Poczułem, że się zbliżamy i nawet zastanawiałem się nad wycofaniem się. Jednak teraz nie było wyjścia. Musiałem być pewny siebie. Może akurat będzie zachwycona? Czysty sarkazm.
Nagle się zatrzymałem. Dotarliśmy. Niepewnie postawiłem kilka kroków i przystanąłem. Spojrzałem na zaskoczoną twarz dziewczyny.
- To chciałeś mi pokazać?- zdziwiła się.
- Tak.. Ale dokładniej to..- podszedłem do nagrobka i zgarnąłem część liści.- Tu ją pochowano.
Towarzyszka stanęła jak wryta.
- Och.. Nie wiedziałam..- speszyła się.- Ale czemu pochowano ją w środku lasu?
Westchnąłem.
- O to chodzi.. Sam do końca nie wiem. Ale znalazłem jej grób. Wiedziałem, że muszę to dla niej zrobić. Nikt by tu nie przyszedł. Tylka ja tu bywam. Jesteś najpewniej drugą osobą, która kiedykolwiek tu przyszła.
- To w pewnym sensie zaszczyt - stwierdziła.- Ale czemu nikt tu nie bywa? Chcieli zataić jej śmierć?
Chyba źle jednak postąpiłem.. Za dużo pytań, A ja musiałem na nie odpowiedzieć, bo inaczej zrobiłoby się dziwnie.
- Chyba tak. To było brutalne samobójstwo. Sam wolałbym wymazać ten obraz z wyobraźni..
- Byłeś przy nim?- spytała ponownie. Zaczynała działać mi na nerwy.
- Nie do końca. Tuż po nim.. W każdym razie teraz nikt o niej nie pamięta. Wszyscy ją olali. Tylko ja tu przychodzę. Czasem się tu ukrywam przed tymi skurwielami. Tu jest milej. Ona była prawdziwą przyjaciółką, wręcz czuję jej bliskość. Ale nie zrozumiesz..
- Czemu? Przecież ja też straciłam.. Bardzo bliską osobę. Z tym, że ją zamordowali. Byłam tego świadkiem.
- Bliską osobę?- dopytywałem. Musiałem w końcu ją rozpracować. Ja jej powiedziałem.
Westchnęła, tłumiąc łzy.
- Nie mówny o niej. To za trudne.
No cóż.. Może innym razem. Ale nie dawałem za wygraną.
- A myślisz, że dla mnie łatwo jest mówić o niej?- wskazałem palcem porośnięty mchem nagrobek.- Była moją jedyną przyjaciółką. O mały włos nie została moją dziewczyną. Tyle mnie nauczyła.. Nikt nie jest w stanie jej zastąpić. Bez niej życie jest takie puste.. Praktycznie niemożliwe. Nikt mnie bez niej nie rozumie.. Ja też czuję się czasem samotny.
- No proszę - przerwała.- A myślałam, że jesteś takim zimnym skurwielem. Wręcz skurwielem do kwadratu.
- Może i jestem. Ale ty też nie jesteś normalna. Jesteś cholernie dziwna, zbzikowana. Jesteś wręcz pojebana.
*Sally*
- Aż tak ze mną źle?- spytałam. Było mi smutno, że przez wszystkie swoje starania wychodzę na jeszcze bardziej szurniętą.
- A jak sama myślisz? Od samego początku jesteś dziwna.. Od twojego pojawienia się, poprzez randkę, aż do dzisiejszego pościgu. I ty się nazywasz normalną? Ile jeszcze masz w zanadrzu?- zaśmiał się, ale mi nie było do śmiechu.
Miał rację, byłam pojebaną wariatką. Może i nie bez powodu byłam w tym psychiatryku? Choć tam chyba tylko bardziej zdziwaczałam..
- Bardzo chciałabym w końcu znormalnieć.. Być taka jak wszystkie dziewczyny. W końcu się nie wyróżniać, móc żyć w spokoju. Być szczęśliwa - westchnęłam.
- Co? Naprawdę jesteś aż tak głupia?!- niemal krzyknął.
Zmarszczyłam brwi. I on niby nie był skurwielem? Ja wyznaję mu, o czym marzę, a on nazywa mnie głupią? Chuj do kwadratu.
- Niby czemu?
- Naprawdę myślisz, że bycie ,,normalną" da ci szczęście? No to proszę- popatrz na Juliet, na Jinxxa, na wszystkich dookoła. Czy oni są twoim zdaniem szczęśliwi?!
Przywołałam wspomnienie wiecznie niezadowolonego Jinxxa karcącego Andy' ego i Juliet- płaczącą, bo zaprzestała walki o swoje. Nie, oni na pewno nie byli szczęśliwi. Wręcz przeciwnie. Każdy z nich miał problemy, z którymi sobie nie radził. Każdy z nich się mścił. To nie tak była moja wizja szczęścia.
- No nie..- przyznałam po chwili.
- Właśnie. Nie sądzę byś chciała mieć na co dzień do czynienia z takim dupkiem jak ja - uśmiechnął się pod nosem.- Choć na razie jesteś na to skazana. Przynajmniej nie musisz się ze mną użerać.
Zaśmiałam się. Poczułam się raźniej.
- Powiem ci jedną rzecz: nie ma ludzi normalnych. Ludzie dzielą się po prostu na bardziej jebniętych i mniej jebniętych. I pewnie oczami nędznego śmiertelnika jesteśmy bardziej jebnięci. Nie da się więc znormalnieć. Możesz sobie dać z tym spokój.
Właściwie mi ulżyło. Mój plan w niczym nie pomógł. Nie znormalniałam, a przez niego miałam same problemy. Właściwie tylko wszystko skomplikowałam.
Panie Skurwysynie, dziękuję ci.
- Teraz nie jesteś aż takim skurwielem. Czemu na co dzień nim jesteś?- dopytałam.
- Hmm.. No wiesz.. Nie, nie zrozumiesz. To jakby mój sposób na życie. Na przetrwanie.. czy coś - wytłumaczył.
- Skutecznie dajesz innym w kość.
- To moja specjalność. Choć wytrącasz mnie z równowagi. Zbyt mnie intrygujesz.
- Co?
Nie wiem, czemu, ale odebrałam to trochę jak komplement. ,,Wytrącasz mnie z równowagi"? ,,Zbyt mnie intrygujesz?" To brzmiało odrobinę jak flirt. Skuteczny.
Biersack chyba zrozumiał, o co mi chodzi, bo natychmiastowo się speszył.
- Nie o to mi chodziło.. Po prostu jesteś jedna wielką zagadką. To tylko przyjaźń.
- Ale niedawno nie nazwałbyś tego nawet przyjaźnią..
- Cholera, Rogers, torturujesz mnie! Przestań być taka dociekliwa, mały detektywie!
Starał się udawać irytację, ale nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Właściwie był nawet przystojny, gdy się nie krzywił. Miał ładny uśmiech. Nie mogłam go nie odwzajemnić. Zaczynał mi się podobać.
O Boże, Sally, o czym ty myślisz?! Nie, nie, nie- to tylko przyjaźń!
Zaczynało się robić niebezpiecznie, widocznie ,,przyjaciel" też to zauważył. Już miał coś powiedzieć, kiedy nagle zaczął dzwonić jego telefon. Całe szczęście. Niezręczna chwila została przerwana, a w słuchawce buchnął wkurzony głos Jinxxa:
- Andy, skurwysynie, gdzie ty jesteś?! Mam po ciebie policję wysyłać?!
,,Skurwysyn" wywrócił oczami i odparł:
- Dobrze, mamusiu zaraz będę w domu. A potem solidnie ci wpierdolę!- dodał i się rozłączył.
- Musimy się zmywać?- zapytałam.
- Na to wygląda.. Ale najpewniej teraz będziemy tu wracać.
Uśmiechnęłam się, a potem ruszyliśmy do auta.
*Andy*
I znów wyszedłem na tego dobrego, miłego, grzecznego.. Mój plan zaczynał się sypać. Potrzebowałem jakiegoś zdecydowanego kroku, ciągle to sobie powtarzałem. A tymczasem robiłem wszystko na odwrót. Oddalałem się od celu.
Czułem na sobie jej wściekłe spojrzenie. Czułem dziurę wypalaną w sercu.
Obiecywałem jej.
Okłamałem ją? Nie..
Musiałem się opamiętać i zatrzymać to wszystko. Musiałem nad sobą zapanować.
Bo co mnie czeka, gdy tego nie zrobię?
Wolę nie myśleć.
*Sally*
I czy kiedyś mu powiem o Lynn, mojej kochanej, słodkiej siostrzyczce? Najpewniej tak. Byłam łatwa do złamania. Ale teraz miałam pewność, że mogę mu zaufać.
Tak, czekałam z ujawnieniem tożsamości Lynn, aż ktoś odgadnie! :D Brawo Abbey, wygrywasz gumowe jebadło!
