*Andy*
Niemal cały dzień dręczyły mnie myśli z poprzedniej nocy. Całe to zajście z Lynn, jej gniew i przestrogi, że jeśli się nie ,,poprawię", to ściągnę na siebie gniew i ogólnie jakąś apokalipsę. Do tego bycie taki słitaśnym chłopakiem Sally i zdrada, tym razem cielesna, czyli jedna z najgorszych, mojej prawdziwej ukochanej.. Kochałem Sally, ale ona była tylko człowiekiem. Lynn natomiast osiągnęła już coś, na co wielu z nas czekało. I zresztą jeszcze kiedy żyła wśród nas, obiecałem jej, że zawsze będę tylko jej. Wtedy nie spodziewałem się jeszcze, że spotkam tak pięknego sobowtóra.
Musiałem więc wymyślić kolejny sposób, jak obrócić cały ten bajzel w niszczenie życia ludziom. Miałem kilka celów: po pierwsze ograniczyć okazywanie uczuć swojej ,,dziewczynie". A już w szczególności migdalenie się z nią. To chyba jednak było najprostsze wyrzeczenie. Kolejny punkt miał mi pomóc to sobie uniemożliwić i przy okazji trochę się umartwić. Tylko, że potrzebne mi były drut i szczypce, a to raczej dość nietypowy towar i nie kupiłbym go bez sensacji. Jinxx i cała reszta nianek raczej nabrałaby podejrzeń, w sumie to słusznie. Liczyłem, że uda mi się pobuszować w typowo męskim garażu u Danny'ego, gdy będzie już wystarczająco wstawiony. Tymczasem kolejne plany, dość małe: wkurzać wszystkich, łącznie z Sykesem, co wydawało się wręcz przyjemnością.
I tak czułem, że to o wiele za mało. Powinienem zrobić coś przełomowego, ale jak głupi czekałem na znak. Sam z siebie chyba nawet nie targnąłbym się na własne życie, a co dopiero kogoś innego.. Chciałbym być bezlitosny, ale nie potrafiłem. A wygrać mieli najlepsi.
Tymczasem dzisiejszym dniem znowu wszystko rujnowałem, grzecznie udzielając wywiadów i szczerząc zęby do fanów. Kurwa, jak ktoś tak oświecony mógł przybijać piątki rozwrzeszczanym małolatom? Tymi samymi łapami powinienem ich dusić, wyrywać im flaki, a nie spełniać ich marzenia i wygłaszać jakieś jebane mowy motywacyjne. Nawet ich pieprzeni rodzice do mnie podchodzili i dziękowali za ,,ocalenie" ich, czy coś takiego. Znajdowałem się na skraju załamania.
Właśnie kończyłem rozdawanie autografów. Nagle poczułem jakiś wielki kloc na plecach i tłuste paluchy. A zaraz potem do moich uszu doszedł cieniutki pisk.
- Andy, kocham cię, jesteś moim aniołem, zbawicielem! Uratowałeś mnie, gdy się cięłam! Tak bardzo chciałam cię zobaczyć!- okazało się, że jedna z tych fanek-oszołomów rzuciła się na mnie, a ja chcąc nie chcąc musiałem ją przytulić. ,,Kurwa, dziewczynko, naprawdę myślisz, że wycinanie serduszek na twoich otłuszczonych rękach jest takie okropne? Spróbuj się kiedyś sama wybiczować, to zobaczysz. Do tego, kurwa, aniołem?! Gardzę tobą!"
Spojrzałem na nią z obrzydliwym uśmiechem.
- Pamiętaj, nigdy tego nie rób. Jesteś najważniejszą osobą na tym świecie, a gdy kogoś kochasz, to nie chcesz krzywdzić tej osoby, prawda?- wszystko mówiłem odwrotnie do swoich poglądów. Niestety gówniara potraktowała to na poważnie i rozpłakała się ze wzruszenia.
- Dziękuję, Andy, zawsze wiedziałam, że jesteś taki dobry! To co, selfie?- ,,Przeginasz pałę.."
- Jasne!- udawałem entuzjazm, pozując z bananem na twarzy.
- Dziękuję, nigdy nie przestanę was słuchać, nigdy!
- Nigdy się nie poddawaj i rób to, co kochasz!- dodałem na końcu, czując się jak idiota.
Wkrótce ochrona zaczęła wyganiać fanów z pomieszczenia, gdzie odbywaliśmy Meet and Greeta. ,,Czemu ja nie dostanę takiego fana jak Lennon?!"- pomyślałem.- ,,Mógłby poczekać parę lat i oszczędzić Johna! Nawet jeśli był takim pacyfistą.."
Gdy w pomieszczeniu zostaliśmy tylko my, westchnąłem.
- Ja pierdolę.. Pierdoliłem jak jakiś pieprzony hippis.- ,,Jak zawsze."
Odpaliłem papierosa.
- Gdyby to, co mówisz, miało pokrycie w prawdzie..- rozmarzył się Jinxx.
- W waszym przypadku dokładnie tak samo - sparodiowałem go.
- Może gdybyś, kurwa, zgasił papierosa i znów się wyszczerzył - szykowało się kolejne starcie, ale między nami stanął Ashley.
- Dobra, rozchodzimy się, żeby nie było kolejnych tarć.
- Dziękuję, panie Purdy, że jesteś taki dobroduszny. I że tak na mnie donosisz za plecami - spiorunowałem go wzrokiem, przypominając mu, że spruł japę. Widocznie się skurczył i już się nie odzywał.- Chyba mieliśmy układ, co? Pakt?
- Ash, co to ma znaczyć?- wpienił się Ferguson jak jakaś mamuśka.
- Chyba, kurwa, miałeś omamy, szajbusie - odpysknął w końcu Purdy z wyraźną nienawiścią w oczach. Potem zbliżył się do mnie i szeptem powiedział:- I znów jest tak, jak mówiłem. Znów, kurwa, jestem tym złym! Jeśli tak to ma wyglądać, to spierdalaj! Nie zamierzam być niańką, ale nie zamierzam też akceptować twoich jebniętych akcji!
Niby miał rację, ale tylko w świecie śmiertelników. ,,Lynn, czy ci nędzni ludzie naprawdę nic nie rozumieją?"
- Jeszcze, kurwa, zobaczysz. Będę kiedyś nad tobą i wtedy nie będę się z tobą cackał - odepchnąłem go z uśmieszkiem, ale chwile potem spoważniałem i powtórzyłem ten ruch gwałtowniej.
- O co wam znowu chodzi?!- Pitts już chciał ingerować, ale oddaliłem się szybkim krokiem. Nie miałem ochot oberwać w ryja.
- Nie dobijaj mnie waszą głupotą.
Wszyscy popatrzyli na mnie z wściekłością, a ja wpakowałem się na tyły naszego samochodu.
*Sally*
Spędziłam dziś z przyjaciółką wspaniały dzień. Naprawdę, dawno nie czułam z nią takiej bliskości. Przez te kilka godzin byłyśmy w tylu miejscach.. Zrobiłyśmy tyle zdjęć, że można by z nich zrobić animację poklatkową! Całkowicie zapomniałyśmy o swoich zmartwieniach i oddałyśmy się szaleństwu Londynu.
Gdy znalazłyśmy się na szczycie London Eye, co stanowiło ukoronowanie naszej dzisiejszej przygody, poczułyśmy się naprawdę szczęśliwe. Panorama zapierała dech w piersi, wyglądała tak beztrosko w miękkich promieniach zachodzącego słońca. Popatrzyłam na Victorię, której aż łezka zakręciła się w oku.
- Wiesz, gdyby nie ty, to na pewno moje życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej. Dzięki tobie nabrało sensu - uśmiechnęła się.- Po raz pierwszy robię to, na co naprawdę mam ochotę. I dopiero teraz czuję, że naprawdę żyję.
- To trochę mistyczne, no nie? Unosimy się teraz nad całym Londynem i oglądamy go z góry.
- Tak.. Może jednak jest coś takiego jak niebo? A może jest na ziemi i jest właśnie tutaj, w tej chwili?
- Tak, na pewno. Z takimi szalonymi istotami jak my!
- A może my uciekłyśmy z raju?
- Nie, no przecież w nim jesteśmy. Na odwrót to nie działa!
Zachichotałyśmy.
Rozmowa potoczyła się dalszym torem, a myśląc o raju wspominałam także swoją kochaną siostrę. Byłam pewna, że teraz to ona obserwuje nas jako anioł i w jej oczach jesteśmy takie malutkie. A może to ona połączyła nasze losy, byśmy mogły przeżyć te kilka wspaniałych chwil? Może ona naprawdę chciała mojego szczęścia?
Powoli zaczęłyśmy zmierzać w dół, robiło się coraz ciemniej.
- Jakie masz plany na wieczór?- zapytałam Summers, którą teraz musiałam zostawić samą.
- Nie martw się o mnie, pozwiedzam centrum nocą. I nie wrócę aż tak późno. Nie przejmuj się mną aż tak, poszukam sobie jakiś geeków jak ja. Baw się dobrze z Andy'm.
Przytuliłam ją.
- Dzięki. A ty w towarzystwie potterhead! Wrócę dość późno, więc nie czekaj!
Po chwili złapałam taksówkę i ruszyłam z powrotem do hotelu.
*Andy*
W drzwiach wpadłem na własną dziewczynę. Ucieszyło mnie to, bo przynajmniej urwało kazania chłopaków.
- Co tam?- spytałem beznamiętnie.- Dobrze się bawiłaś?
- Tak, było zajebiście - odparła entuzjastycznie. Trochę mnie to rozdrażniło, bo miała świadomość, że dobre czasy się kończą. Gdy nie odpowiedziałem, spojrzała na mnie, pojmując, że nie jest okej. Nie chciałem wpędzać jej w depresję, ale mogłaby wczuć się w moją sytuację.
- Nie pytam, jak u ciebie.. - rzuciła cicho.- Wyglądasz jak cień. Jest aż tak źle?..
Spojrzałem w dal i skinąłem głową. Miałem nadzieję, że odpuści sobie kolację u Sykesa. Nienawidziłem tego typa z całego serca i zdecydowanie nic by nie poprawił.
- Jeśli nie chcesz, możesz nie iść - czytała mi w myślach.- Ale ja idę.
Westchnąłem.
- Oczywiście, że idę. Szykuj się - burknąłem sarkastycznie, ale bynajmniej niezadowolony.
Cmoknąłem ją bardzo szybko i oddaliłem się do siebie.
Gdy znalazłem się w pokoju miałem ochotę rzucić się na łóżko. Cały ten dzisiejszy dzień niezwykle mnie wykończył, choć właściwie nie robiłem nic specjalnego. Niestety od incydentu w nocy cały czas czułem ucisk w klatce piersiowej. Zupełnie, jakby jakieś niewidzialne ręce próbowały ją zgnieść.
Zwinąłem się w kulkę, ignorując wchodzącego Asha.
- Ej, wszystko okej? - zaniepokoił się. Zmarszczyłem brwi i ukryłem głowę między rękami.
- Spierdalaj - warknąłem.- Jesteś, kurwa, fałszywym gównem.
- I kto to mówi - jego ton nie brzmiał na zbyt wkurzony. Podszedł do mnie i trącił mnie ręką.
- Kurwa, spierda..- już chciałem krzyknąć, ale zatrzymał mnie ostry kaszel i uczucie chrypy. Zupełnie, jakby ktoś potraktował je tarką, a do gardła spływała mi gęsta krew. Już to kiedyś czułem.
- Kiedy ty, do chuja, pójdziesz do tego lekarza?
- Prędzej zdechnę - skuliłem się pod ścianą.
- Prawdopodobne - odparł sarkastycznie.- Ale zdychaj sobie sam.
- Chętnie - ukryłem twarz między kolanami.
Rozwalił się na swoim łóżku, prezentując mi swoją zajebistość. Prychnąłem ponuro, a on uśmiechnął się z wyższością.
- Wiesz, czasami zastanawiam się, ile życia ci jeszcze zostało. I na co jesteś chory.
- Kurwa, nie obchodzi mnie to. Mogę umrzeć i teraz - skłamałem.- Byłoby przyjemnie.
- Ja pierdolę.. Jesteś jak ona. To ona wpierdoliła ci coś do łba?
- Ja ci zaraz wpierdolę..- już chciałem wstać, ale zgiąłem się w pół.
- Ojej, naprawdę? Już się boję..
Spiorunowałem go wzrokiem i ostrożnie wstałem. Udałem się do łazienki, ignorując wszystkie jego uwagi. Miałem ochotę go wkurzyć. Pokazać, że wcale nie żartuję. Wyciągnąłem maszynkę do golenia z jego kosmetyczki i zacząłem jeździć nią po rękach, próbując krwawić jak najmocniej. W końcu na skórze pojawiła się gruba pionowa szrama i kilka mniejszych. Wylazłem z kibla i podszedłem do Purdy'ego, który udawał, że mnie nie widzi. Przywaliłem mu z pięści, zwalając go z wyra i przy okazji wycierając czerwoną ciecz o jego ryj. Iście obrzydliwe.
- Kurwa, popierdoliło cię?!- wkurwił się momentalnie i dał mi z pięści. Zaczęła się między nami walka, w której miałem raczej marne szanse. Jedynym skutecznym chwytem było chwycenie go za włosy i przywalenie jego głową o krzesło. Niestety w tej samej chwili kochany przyjaciel zdążył wycelować nogą w moje żebra. Zgiąłem się, czując niesamowity ból.
- Ja pierdolę, chcesz mnie zabić?!
Wstał na nogi, kopiąc mnie jeszcze raz.
- Grubo przeginasz, skurwielu, nie zamierzam cię niańczyć! Jak tak bardzo chcesz, to proszę, masz okazję zdechnąć! Jeśli tak bardzo tego chcesz, to pomogę!
Podniosłem się, widząc na sobie kilka sińców. Chętnie kontynuowałbym starcie, ale powinienem już wychodzić z Sally. ,,Kurwa, serio w takim stanie?!"
Wytarłem świeże rany i niechętnie wciągnąłem na siebie coś w miarę uroczystego. Wylazłem na korytarz na chwiejnych nogach. Czułem wszechogarniające mnie zimno, ale chętnie opuściłam lokum nabzdyczonego zdrajcy.
*Sally*
Już tylko przeczesałam włosy i byłam gotowa. Nie miałam zamiaru się stroić, bo w końcu to nie miała być uroczysta kolacja, tylko spotkanie z kumplami, czy jakkolwiek to nazwać.
,,Ja i Andy zaraz będziemy."- napisałam do Sykesa.
,,Jasne, ja i Hannah już czekamy!"- odpowiedział po minucie.
Korzystając z okazji, wysłałam wiadomość do najlepszego przyjaciela.
,,Carrrly, właśnie idę na kolację do twojego bożyszcza ;3 Zazdro? ;*"
Nie musiałam czekać, by dostać znak.
,,Weź ukradnij coś specjalnie dla mnie. Serio, nie musi być żadna złota klamka, wystarczy popielniczka. Karrrrolek cię prosi :<"
,,A może oni żyją w chlewie, i co? A może zaprosili nas, żeby nas zgwałcić i zakopać???"
,,Powinnaś się nie opierać, to sam Oliiii *-* Oł maj Dżizys Krajst, możesz mi zapakować troszkę jedzonka do kieszeni lub w serwetkę <3"
,,No dobra, masz moje słowo XD Życz mi szczęścia!"
,,Połamania nóg, Sallem :> Baw się dobrze z moim przyszłym menżusiemmm ^^"
Schowałam komórkę do kieszeni dżinsowej kurtki i opuściłam pokój. Udałam się w stronę lokum Andy'ego, starając się nie zabić na szpilkach. Przynajmniej dodawały mi trochę wzrostu. Liczyłam, że dziewczyna Sykesa nie okaże się jakąś pewną siebie rakietą, mistrzynią brudnych żartów i tym podobnych. Albo sex modelką.
W końcu dotarłam do swojego chłopaka. Wyglądał na smutnego i zmęczonego, ale na mój widok lekko się uśmiechnął. Zresztą to był jego klasyczny wizerunek.
- Ładnie wyglądasz - powiedział cicho.
- Dzięki.. Emm, wszystko okej?- spytałam jak głupia.
Popatrzył na mnie wymownie, a ja już znałam odpowiedź. Nic więcej nie mówiąc, ruszyliśmy do wyjścia, łapiąc przy tym taksówkę. Nie potrafiłam znaleźć żadnego tematu do rozmowy, więc jedynie złapałam Biersacka za rękę. Zaskoczyło go to, ale nadal nic nie powiedział. Jedynie delikatnie odwzajemnił uścisk.
Dojechaliśmy pod chałupę Anglika. Znajdowała się w nieco odosobnionej części Londynu, ze wzgórza rozciągał się przepiękny widok na miasto. W nocy musiało to wyglądasz jeszcze lepiej. Sam dom był gigantyczny. Prawie willa, do tego podświetlany basen, duży ogród, mały placyk zabaw i pole do minigolfa. Dom BVB wydawał się przy tym chatką. Trochę mnie to speszyło. Sama przecież byłam tylko zwykłą dziewczyną z klasy średniej. Nigdy nawet bym nie pomyślała, że w przyszłości będę obcować z gwiazdami rocka.
Wysiadłam z samochodu i nieco przerażona popatrzyłam na gigantyczną siedzibę, którą mogłam określić tylko słowami ,,luksus" i ,,bogactwo". Ścisnęłam mocniej rękę swojego chłopaka.
- Wygląda kurewsko kiczowato - stwierdził.- Ten chuj nie zna niczego lepszego, w czym można by utopić tyle forsy?
- Ponoć Oli udziela się w organizacjach charytatywnych..- powtórzyłam to, co kiedyś powiedział mi Carrie.
- Ojej, naprawdę? Jak miło..- rzucił Andy sarkastycznie.
Westchnęłam.
- Wiem, że go nienawidzisz, ale proszę.. Postaraj się zachowywać w miarę normalnie, okej? Nie musisz być miły, po prostu obojętny.. Tylko o to mi chodzi. Możesz się nawet nie odzywać.
Skinął głową.
- Nawet nie zamierzam się z tym skurwielem integrować - splunął na ziemię.
- Dobra, nieważne - nieco speszona podeszłam do drzwi frontowych i ostrożnie nacisnęłam dzwonek. Zaczynałam się naprawdę denerwować.
- Już, idę!- usłyszałam kobiecy głos z silnym angielskim akcentem. ,,Cholera, to musi być Hannah". Wyprostowałam się i spięłam.
Już spodziewałam się zobaczyć przed sobą jakąś wyrośniętą rakietę. Chciałam nawet odruchowo spojrzeć w górę, ale gdy drzwi się otworzyły, naprawdę się zdziwiłam. Otworzyła nam dziewczyna mojego wzrostu, do tego tak samo drobna. Jej włosy również miały czarną barwę, tyle, że były nieco prostsze od moich, a grzywka posiadaczki sięgała wyżej od brwi. Patrzyła na nas para ogromnych brązowych oczu o długich ciemnych rzęsach. Kobieta ubrana była w kremową sukienkę, a wzrostu dodawały jej równie wysokie jak moje szpilki. Uwagę najbardziej przykuwały niesamowicie liczne tatuaże. Wydawała się naprawdę urocza, co mnie ucieszyło. Uśmiechnęła się do nas przyjaźnie, a ja od razu to odwzajemniłam.
- Cześć, wy musicie być Sally i Andy! Jestem Hannah, Hannah Snowdon, dziewczyna Olivera!- podała mi rękę, pokazując bialutkie zęby w uśmiechu.
- Em, cześć, jestem Sally.. I to mój chłopak- Andy - pokazałam na naburmuszonego Biersacka.
- Cześć, Oli opowiadał mi o was dużo, ale cieszę się, że mogę z wami pogadać osobiście. Ponoć niezła z was para wariatów - zaśmiała się. Mojemu partnerowi chyba średnio przypadła do gustu, ale powinien ją zrozumieć. Zapewne chodziła z Sykesem dopiero od niedawna.
- Wchodźcie, musicie zobaczyć nasz nowy dom! To znaczy, nowy dla mnie, niedawno się wprowadziłam. Przepraszam, że u mnie będzie lekki syf, ale rozstawiałam swoje rupiecie. No wiecie, wszystkie dawne pamiątki z podróży, gadżety, trochę rzeczy do malowania i rysowania - opowiadała, gdy wchodziliśmy.
- Rysujesz? - zapytałam dość głupkowato, bo odpowiedź wydawała się oczywista. Nie umiałam jednak zadawać bardziej złożonych pytań.
- Powiedzmy, że taka praca.
- Jesteś artystką?
- Tatuażystką, chyba widać?
- Tak - uśmiechnęłam się, lustrując na jej ciele.- Trochę.. hinduskie, jeśli dobrze myślę.
- Dobrze myślisz, ale zaraz wam opowiem o moich podróżach do Indii.. Tylko najpierw muszę znaleźć Oli'ego.. Pójdę do niego, a wy wejdźcie do jadalni - pokazała nam odpowiednie drzwi. Pomieszczenie wydawało się równie szerokie i wysokie jak korytarz. Urządzono je w dość minimalistycznym stylu, przeważały kolor biały i złoty. Na półkach zobaczyłam figurkę Buddy i kilka innych podobnych gadżetów, pewnie należały do Hannah'y. Uwagę zwracał także wielki stół, który był już elegancko zastawiony.
- Darmowa wyżerka, no nie?- chciałam zażartować, ale Andy nawet się nie uśmiechnął.
- Ta, otrują nas, kurwa.
- Hannah jest bardzo miła, nie przesadzaj.
- Ma tak samo zjebany akcent jak jej chłopak-chuj. Kto wie w czym jeszcze są do siebie podobni? Może ona też..- nie dokończył, bo w drzwiach pojawiła się nowopoznana z partnerem. Oli wyglądał naprawdę dobrze w eleganckim wydaniu, ale bałam się mu to powiedzieć, bo mój chłopak od razu źle by to odebrał.
- Oli, cześć!- powiedziałam z wyraźnym amerykańskim akcentem, który zabrzmiał dość prostacko.
- Cześć, Sally!- już chciał mnie przytulić, ale dostrzegł Andsa.- Cześć, Andy.. Jak leci?- dodał dość drętwo.
- Okej - odparł gburowato pytany. Wyglądało to jak głupie przedstawienie.
- Oj, widzę, że nastrój nie dopisuje. Ale się rozkręci, przywiozłam z Indii taki napój, który jest dobry na wszystko!- mrugnęła do mnie czarnowłosa.- Ale ty, Sally, na pewno opowiesz mi coś więcej o sobie!
- Siadajcie- zachęcał nas Oliver.
Andy niestety wszystko psuł, wyraźnie usiłując poniżyć Anglika. Gdy tylko chciał usiąść obok mnie, zajął jego miejsce, patrząc na niego niczym wilk na ofiarę. Starałam się jednak czerpać radość z tego, że Hannah zachowuje się przyjaźnie i mogę spędzić normalny wieczór zupełnie jak typowa dwudziestolatka. I nie obchodziło mnie w tej chwili to, że nasz gwiazdor zachowuje się tak, jakby miał okres.
*Andy*
Jak na razie pod względem towarzyskim nie było najgorzej. Wszyscy skupili się na objętościowych monologach Hannah'y o jej podróżach. W sumie opowiadała całkiem ciekawe rzeczy, ale kłóciły się z moimi i Lynn poglądami. Ta dziewczynka mogłaby być jakimś aniołkiem, a więc powinienem nią gardzić. Mówiłem sobie w myślach, że kasa z akcji charytatywnych trafia głównie do urzędasów, a sama pani Sykes pierdoli bez ładu i składu. Do tego, gdy popatrzyłem na żarcie, chciało mi się śmiać. Wszystko wegańskie. Czyżby ten kutafon naprawdę aż tak usiłował być grzecznym chłopcem? Żal mu było zwierzątek? Ojoj.. Całe to jego nowe życie mnie rozwalało. Nowa, dobroduszna dziewczyna, wegańskie jedzenie, wielki, sterylny wręcz dom.. Może jeszcze wzorowo chodził co niedzielę do kościoła? Parsknąłem, a ów panicz raczył mnie obdarzyć spojrzeniem. Przeprowadzaliśmy chwilowy pojedynek na wzrok.
- Wow, Hannah, sama to zrobiłaś? Wygląda ciekawie - podziwiała moja własna partnerka.
- Tak, wzorowałam się na przepisach z Indii, wszystko jest w stu procentach bez mięsa, mleka, jajek, sera i glutenu!- ,,No co ty, kurwa, nie powiesz?". Spuściłem głowę i zacząłem się grzebać w jedzeniu. Czułem na sobie wzrok Olivera i liczyłem, że nie myśli sobie, że jeśli zaprosił mnie do jakiejś willi i dał zapewne w chuj drogie żarcie, to mu wybaczę. Zaczynała mnie już wkurwiać ta cała sytuacja. Dobrze bawiły się tylko Sally i ta pseudo-hinduska, której akcent jakimś dziwnym cudem był typowo angielski i bełkotliwy.
- Hannah, może pokażę Andy'emu resztę domu?- odezwał się w końcu jebany Angol, a ja wytrzeszczyłem oczy. ,,Co ty, kurwiu, zamierzasz?" Chyba nie chciał powtórzyć tego, co zrobił kiedyś? Do tego we własnym domu?
,,W innym pokoju możesz mu wpierdolić!"
- Tak, świetny pomysł, muszę się przewietrzyć - powiedziałem wyjątkowo przesłodzonym tonem.
Wstałem, sprawdzając, czy mam w kieszeni szlugi. Były tam, a ja nie zamierzałem przejmować się tym, że Srajks będzie biernym palaczem.
- Dobrze, tędy proszę - odpowiedział równie sarkastycznie.
- Dziękuję - warknąłem, popychając go, gdy obok niego przechodziłem. Mimo tego, że zrobiłem to z czystej nienawiści, dziewczyny mogły to odebrać jako kumpelskie przepychanki.
- Bawcie się dobrze - Hannah mrugnęła do swojego Oli'ego, a ja od razu wiedziałem, po co zostaliśmy zaproszeni.
,,Oj nie, kurwa, tak to nie będzie."
*Sally*
Andy i Oli wyszli, a ja zostałam z Hannah'ą. Szczerze to spotkanie równie dobrze obyłoby się bez chłopaków. My próbowałyśmy prowadzić dialog, bo Hannah naprawdę mówiła ciekawie o wyjazdach, zwierzętach, którym pomaga, biednych dzieciach, sztuce hinduskiej. Tymczasem tamci dwaj siedzieli naburmuszeni, tocząc pojedynek na wzrok. Nie do końca rozumiałam pomysł ich dręczenia wzajemnym towarzystwem. Trochę jak kara dla niegrzecznych dzieci.
- Dobra, teren czysty - oznajmiła Hannah, zamykając drzwi.
- Teraz mi wyjaśnij, o co chodzi w tej całej szopce.
- To chyba oczywiste: chcę by Andy i Oli się pogodzili.. Za długo już są pokłóceni, kilka dobrych lat. Nie powinni zachowywać się jak dzieci, Oliver też chce zgody. Kiedyś nawet się lubili, więc myślę, że jeśli to przedyskutują, to dojdą do porozumienia.
- Wiesz, nie jestem taka pewna co do Andy'ego. On jest dość specyficzny pod tym względem. Kocham go, ale to trudny typ. Jego nie da się do niczego przekonać.
- Czyżby? Jakoś go nakłoniłaś, żeby przyszedł. Sam z siebie na pewno tego nie zrobił.
Zastanowiłam się chwilę i musiałam przyznać Snowdon kompletną rację. Przekonałam Biersacka do naprawdę wielu rzeczy.
- No właśnie - popatrzyła na mnie poważnie.- Nie wiem dokładnie, co się między nimi stało. Wiem tylko tyle, że Oli wtedy ćpał i nie zrobił tego świadomie. I od początku żałował. A teraz rzucił narkotyki i stara się zacząć nowe życie. Myślę, że zasługuje na wybaczenie.
Skinęłam głową.
- Tak, nawet mi go trochę żal. Andy potrafi być bezwzględny - przyznałam.- Ale ostatnio też się trochę zmienił. I trochę mnie to martwi.
- Jak to?- momentalnie się zainteresowała, a ja nie chciałam ujawniać naszych problemów. A przynajmniej tego, jak mój chłopak wszystkich traktuje. - Ponoć mogłabym być niezłym psychologiem.
- Nie o to chodzi.. Bardziej martwi mnie jego zdrowie.. Papierosy.. i takie tam - urwałam zmieszana.
- Jest bardzo źle, czy trochę źle?- zmarszczyła brwi.
- Raczej wyjątkowo źle.
- Co podejrzewasz?
- Wolę nie myśleć.
- Ale wiesz, że może być już za późno, jeśli go nie nakłonisz do leczenia.
- To nie takie proste. Andy to kawał skurwiela, woli umrzeć niż iść do lekarza. Nie chcę by tak było.
- Może Oli go jakoś namówi, jak już się pogodzą?
,,Nie byłabym tak pewna, czy w ogóle do tego dojdzie."
*Andy*
- Dobra, to co ci najpierw pokazać? Sypialnię?- wypytywał lekko speszony Sykes.
- Gdzie grzmocisz tę biedną laskę?- odpowiedziałem chamskim pytaniem.- Serio chce ci się w to bawić? Przyszedłem tu tylko po to byś nie dobrał się do Sal.
Westchnął głośno, ale widocznie nie miał zamiaru odpuszczać.
- No dobra, może chodźmy zapalić.
Zdziwiła mnie ta propozycja, myślałem, że w końcu jest taki ,,czysty" i nie dopuszcza się żadnej używki. Ale akurat na peta miałem ochotę.
- No niech będzie - warknąłem i ciężkim krokiem powlokłem się za nim na taras.
W końcu stanęliśmy na przestronnym balkonie, z którego rozciągał się widok na oświetlone miasto.
Oparłem się o balustradę i wyciągnąłem papierosa. Oli wiercił się przez chwilę, nic nie mówiąc, widocznie zbierał myśli. ,,Co, jakiś niecny plan w stosunku do mnie? Jak wtedy?"- pomyślałem.
- I co teraz? Pobijesz mnie i wykorzystasz?- spytałem sarkastycznie.- A może tym razem nawet zapierdolisz na śmierć?
- Andy, błagam.. Zaprosiłem tu Sally, bo wiedziałem, że przyjdziesz.
- Nawet się nie bronisz? Może chciałeś przegrzmocić nas obu?
- Wiedziałem, że przyjdziesz i uznałem, że to idealna okazja, by raz na zawsze cię przeprosić i się z tobą pogodzić - zaczął monolog, a ja spojrzałem na niego jak na idiotę.- Wiesz, że byłem wtedy naćpany. Normalnie nigdy bym tego nie zrobił. Nikt mnie nie przypilnował i wymknęło mi się spod kontroli. Ale skończyłem z tym ostatecznie i do tego opiekuje się mną Hannah. Wszystko się zmieniło, jestem gotowy naprawić to wszystko.. Chcę, by było jak przed tym.. incydentem.
- Ojej, jesteś taki grzeczny, bo znalazłeś niańkę. Wtedy też wydawałeś się równym gościem, a jednak okazałeś się pierdolonym jebaką! I jak mam ci ufać?
- Wiem, że to trudne, ale jeśli mi nie zaufasz, to nie uda mi się udowodnić, że mi na tobie zależy.
- Brzmisz jak jebany pedał - rzuciłem, nie zwracając uwagi na jego zniecierpliwienie.- Zresztą nim jesteś, tak samo jak cały twój gówniany band. Do tego, kurwa, myślisz, że już jesteś okej, bo nie palisz i nie ćpasz. A tym czasem mieszkasz w jebanym pałacu, a przecież z takim dobrym serduszkiem mógłbyś ten cały hajs przeznaczyć na jakieś, nie wiem.. biedne dzieci lub ginące gatunki zwierząt, chuj wie, co jeszcze.
Zamilkł na chwilę, prawie rycząc.
- Tak, kurwa, jeszcze się rozklej, cipo - szturchnąłem go mocno, wcale nie po przyjacielsku. Miałem ochotę rżeć złośliwie. Chciałem ponownie go walnąć, ale wyrwał się.
- Czemu się, kurwa, czepiasz wszystkiego?!- wybuchnął w końcu, gdy miał już dość tego, że nad nim skaczę i wyśmiewam, mając przy tym niezły ubaw.- Gdybym mieszkał w chlewie, nie miałbyś do mnie pretensji?! Miałbyś! Gdybym nadal ćpał?! Też byś miał! Rozumiem, że może nigdy nie wymażesz dawnego mnie z pamięci, ale mógłbyś chociaż zaakceptować obecnego mnie!
Nie wytrzymałem. Zacząłem ryć, dusząc się przy tym dymem. Tymczasem Angol podszedł do mnie i ledwie powstrzymał się od przyłożenia mi.
- Co mam, do chuja, zrobić?!- wysyczał, ciężko oddychając. Milczałem, bo nie mógł, kurwa, nic zrobić. Stałem tak i gapiłem się z uśmieszkiem na jego mokre gały.- Dlaczego to robisz?- dodał już łagodniej.
Spoważniałem i przybrałem najchłodniejszy wyraz twarzy, na jaki potrafiłem się zdobyć.
- Bo cię nienawidzę - wyszeptałem.- Tak cholernie nienawidzę ciebie i ludzi, że aż sobie nie wyobrażasz.
- No dalej, oświeć mnie - przemógł się, patrząc mi w oczy.
- Tak bardzo, że zabiłbym cię. Ciebie, tę twoją ruchawicę, twoje kundle, wszystkich, na których ci zależy. Wszystkich.
Popatrzył na mnie jak na wariata, ale miałem świadomość, że odczuwa niepokój. Czarne niebo, zimne powietrze i chmary dymu tylko pogłębiały to uczucie. I fakt, że byliśmy sami i w każdej chwili mógłbym zrealizować swoje postanowienie. Na tym osiedlu dla snobów na pewno nikt nawet nie zwróciłby uwagi.
- Jesteś, kurwa, pojebany. Ba! Jesteś jebanym psycholem! - zdenerwował się i skierował wzrok na podłogę. Odsunął się ode mnie.- Jeśli tego, kurwa, chciałeś, to proszę bardzo. Ty nie jesteś miły dla mnie, to ja nie będę miły dla ciebie. Jeśli aż tak ci przeszkadzam, to możesz iść do domu. Może bez ciebie Sally będzie mogła się nacieszyć wolnością. Wiesz, nie rozumiem jej.. Na jej miejscu bym od ciebie zwiewał. Jeśli jeszcze raz skrzywdzisz tę dziewczynę tak, jak wtedy, to pójdę z tym na policję, a ona mi za to podziękuje!
- Ciesz się kurwa, że ja cię nie wsypałem!
Chwyciłem go za szyję. Momentalnie wpadł mi do głowy cudny pomysł, by zepchnąć go z balkonu. Już miałem się na niego rzucić, kiedy nagle poczułem tak ostre ukłucie w klatce piersiowej, że aż się zatoczyłem. Miałem wrażenie, że wszystkie moje flaki spłynęły mi do gardła. Nie wiedziałem, czy upaść czy stać. Złapałem się rękami w bolesnej okolicy i chyba tylko pogorszyłem sytuację. Coś w stylu promieni rozlało się po moich płucach. Nawet obrażony kretyn to dostrzegł i widocznie się zaniepokoił. Nie odezwał się jednak. Musiałem wyglądać jak pajac. Wyrzuciłem papierosa i w tej chwili ucieszyłem się, że zobaczyłem kawałek domu. Niemal sprintem pobiegłem do kibla. Już myślałem, że porzygam się w czasie biegu. Dopadłem do muszli, a cały ten jebany wegański posiłek wyleciał ze mnie wraz z żółtą mazią, czerwonymi strużkami na niej i innymi podejrzanymi substancjami. Przez cały ten proces towarzyszył mi głośny kaszel, który prawdopodobnie słychać było na kilometr. Chcąc nie chcąc, Srajks musiał się tym zainteresować.
,,Lynn, za co to kara?"- pytałem.
Ale zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że jestem najzwyczajniej w świecie chory. Jak każdy nędzny śmiertelnik. I to poważnie chory.
*Sally*
Wróciłyśmy z Hannah'ą z pięknego ogrodu, po którym mnie oprowadziła. Zachwycały mnie te wszystkie egzotyczne rośliny połączone z tradycyjną angielską częścią. Do tego podświetlany basen, cudo! Co prawda nie rozumiałam, po co dwójce ludzi taki ogromny dom, ale musiałam przyznać, że sama chętnie bym w takim zamieszkała. Miałabym spokój i inspirującą przestrzeń do myślenia.
Nagle zrobiło się późno. Nawet tego nie zauważyłam, bo czas mijał szybko. Galę MTV zamierzałam spędzić właśnie ze Snowdon. Zainteresowała mnie, Oliver też był spoko. Chciałabym, by pogodził się z moim chłopakiem, tworzylibyśmy fajną paczkę. Jego spór z Oliverem cały czas siedział w mojej głowie i naprawdę liczyłam, że dzisiejszy wieczór może cokolwiek zdziałać. Ale gdy wkroczyłyśmy do budynku, Oli siedział sam na kanapie w salonie. Wyglądał na ponurego.
Zdziwiłam się.
- Co się stało?- zapytałam. Popatrzył na mnie zrezygnowanym wzrokiem.
- Pożarliście się o coś?- dodała nowa przyjaciółka.
- Nie.. - wycedził Sykes z wyraźną irytacją.- Po prostu wiedziałem, że tak będzie. Chyba nawet nie ma sensu dalej próbować. Ukrył twarz w dłoniach.
Zapanowała ciężka atmosfera, a mi zrobiło się wstyd.
- Chyba muszę trochę pobyć sam - chłopak wstał i ruszył do wyjścia.
- Oli, stój!- zatrzymałam go.- Przepraszam, naprawdę!
Łzy napłynęły mi do oczu. Naprawdę miałam dość tego, że Andy rozwala mi każdą przyjaźń. Może i sam na sam zachowywał się fajnie, ale przy ludziach zamieniał się w skurwiela.
- Sally, nie przepraszaj. Jesteś dobrą dziewczyną i naprawdę cię lubię. Ale Andy.. Przepraszam, ale to skurwysyn - powiedział czule, najeżając się tylko przy ostatnim słowie i odszedł.
- Wiem - szepnęłam tak jakby sama do siebie. Stanęłam po środku wielkiego pokoju i objęłam się ramionami. Czułam się taka mała nędzna i samotna. Ludzie, których kochałam, czynili mnie samotnymi.
,,Taka samotna w otoczeniu przyjaciół"- nasunęła mi się refleksja.
- Oli!- krzyknęła za mężczyzną Hannah.- Gdzie jest Andy?! Poszedł sobie?!
- Jest na górze, w kiblu!
Zaniepokoiłam się i znacząco spojrzałam na czarnowłosą.
- Może chodźmy zobaczyć, co z nim nie tak?- zasugerowała spokojnie, widocznie nie chcąc panikować. Skinęłam głową. Mógł właśnie umierać, popełniać samobójstwo lub uskuteczniać jakiś niecny plan lub akt wandalizmu.
,,Kurwa, dlaczego to wszystko jest takie jebnięte?! Mieliśmy tylko zjeść kolację!"
*Andy*
Akurat rozwaliłem się nad kiblem, gdy za drzwiami pojawiły się dwie dziewczyny. Lepsze one niż Sykes, ale co mogłem teraz zrobić? Nie udałoby mi się ukryć swojej choroby, bo wszyscy wiedzieli o niej od miesięcy. Nie chciałem jednak przedwcześnie dzielić się z dziewczętami tą radosną nowiną.
- Andy, możemy wejść?- spytała głupkowato Sally.
Trochę spanikowałem, bo z ust jebało mi tą ohydną mazią, a cały kibel był nią wymazany. Jak najszybciej spuściłem wodę.
- Ale po co?- udawałem zdziwionego, ale w tym samym momencie zakasłałem, a żółta paćka oblepiła mi dłoń. Ponownie zwiesiłem głowę nad muszlą, a czarne rozczochrane włosy przykleiły mi się do twarzy.
Usłyszałem już tylko westchnięcie zniecierpliwienia, a drzwi otworzyły się. Ujrzałem w nich Hannah'ę. No tak, to był jej dom, w sumie mogła sobie wchodzić, kiedy chciała. Jej złość po chwili opadła, zastąpiło ją przerażenie. Obie spojrzały na mnie z przestrachem, a ja tylko wzruszyłem ramionami. Nie znały mojej choroby aż tak dobrze, ja już przywykłem do cierpienia.
- Kurwa, Andy, znowu?!- Sal chyba puściły nerwy, bo zaczęła ryczeć. Ukryła twarz w dłoniach i odwróciła się do mnie plecami.- Co jeszcze dzisiaj masz w planach?!
Milczałem. Snowdon podeszła do mnie i delikatnie mnie złapała, próbując mnie podnieść. Mało jej nie trzepnąłem po łapach.
- Mam poprosić Olivera, by cię zawiózł do szpitala? Albo zadzwonić po karetkę?- wypytywała.
- Nie!- krzyknąłem. Momentalnie dźwignąłem się na nogi i wyminąłem mieszkankę domu.
- To może wezwać lekarza tutaj?- nie dawała za wygraną Angielka.
Podszedłem do Sally i cicho powiedziałem:- Musimy wracać, dzwoń po taksówkę!
Nie miałem serca patrzeć jej w oczy, ale czułem aprobatę Lynn za zniszczenie wieczoru.
Musiałem wyglądać okropnie, wręcz przeraźliwie. Runąłem schodami na dół i tylko czekałem, aż ktoś mnie stąd wyciągnie. Liczyłem na to, że nie zarzygam wszystkiego dookoła siebie. Niestety już po chwili kwiatki przy dróżce pokryły się wymiocinami.
*Sally*
Hannah podeszła do mnie i mnie przytuliła, co było bardzo miłe z jej strony. Rozryczałam się już na dobre, bo nic nie szło po mojej myśli. Przed oczami nadal miałam obraz mizernego Biersacka, praktycznie umierającego na moich oczach. Do tego wkurzony Oli.. Liczyłam, że Carl nie będzie mnie wypytywać o szczegóły.
- Sally, jeśli chcesz możesz u nas zostać na noc.
Cholernie chciałam, ale w takim wypadku całe BVB miałoby do nas pretensje. Do tego nie mogłam tak opuścić Vicky. I tego chorego sukinsyna.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie, muszę wracać. Zaraz zadzwonię po tę jebaną taksówkę.
- Dobra, ale już nie płacz. Możesz wpaść kiedy chcesz. Zresztą i tak widzimy się za dwa dni. Będzie lepiej, zobaczysz.
- Dziękuję.
- Aha, i opiekuj się nim.. Wiem, że go kochasz.
Pochlipałam jeszcze chwilę i zeszłam do swojego ,,kochanego". A raczej żywego trupa.
***
Jazda taksówką przebiegła beznadziejnie. Kompletnie nie chciało mi się rozmawiać z Andy'm, nawet go opieprzać. Do tego zachowywał się tak obrzydliwie, widocznie wbrew swej woli. W pewnym momencie nawet wychylił się za okno, by zwymiotować.
Naprawdę chciałam już znaleźć się w hotelowym pokoju sam na sam ze śpiącą Victorią.
Kiedy dojechaliśmy, wyminęłam chłopaka z wyższością, gdy kulił się przy ścianie. Czułam na sobie jego wzrok. Wyprostowałam się jak kreska i ruszyłam przed siebie jak strzała. W cichym korytarzu dźwięczały tylko dudnienie obcasów i kaszel w równych odstępach.
Weszłam do pokoju, zostawiając cały ten szajs za sobą. Zrzuciłam z siebie czarną satynową kieckę i weszłam pod prysznic. Puściłam gorącą wodę na głowę i przetarłam zmęczone od łkania oczy. Chciałam tylko pogrążyć się we śnie i o wszystkim zapomnieć.
,,Lynn.. Zrób z nim coś. Pomóż nam obu.."
***
