piątek, 16 grudnia 2016

Rozdział 21: ,,Szalona herbatka"


*Andy*
 Niemal cały dzień dręczyły mnie myśli z poprzedniej nocy. Całe to zajście z Lynn, jej gniew i przestrogi, że jeśli się nie ,,poprawię", to ściągnę na siebie gniew i ogólnie jakąś apokalipsę. Do tego bycie taki słitaśnym chłopakiem Sally i zdrada, tym razem cielesna, czyli jedna z najgorszych, mojej prawdziwej ukochanej.. Kochałem Sally, ale ona była tylko człowiekiem. Lynn natomiast osiągnęła już coś, na co wielu z nas czekało. I zresztą jeszcze kiedy żyła wśród nas, obiecałem jej, że zawsze będę tylko jej. Wtedy nie spodziewałem się jeszcze, że spotkam tak pięknego sobowtóra.
Musiałem więc wymyślić kolejny sposób, jak obrócić cały ten bajzel w niszczenie życia ludziom. Miałem kilka celów: po pierwsze ograniczyć okazywanie uczuć swojej ,,dziewczynie". A już w szczególności migdalenie się z nią. To chyba jednak było najprostsze wyrzeczenie. Kolejny punkt miał mi pomóc to sobie uniemożliwić i przy okazji trochę się umartwić. Tylko, że potrzebne mi były drut i szczypce, a to raczej dość nietypowy towar i nie kupiłbym go bez sensacji. Jinxx i cała reszta nianek raczej nabrałaby podejrzeń, w sumie to słusznie. Liczyłem, że uda mi się pobuszować w typowo męskim garażu u Danny'ego, gdy będzie już wystarczająco wstawiony. Tymczasem kolejne plany, dość małe: wkurzać wszystkich, łącznie z Sykesem, co wydawało się wręcz przyjemnością.
I tak czułem, że to o wiele za mało. Powinienem zrobić coś przełomowego, ale jak głupi czekałem na znak. Sam z siebie chyba nawet nie targnąłbym się na własne życie, a co dopiero kogoś innego.. Chciałbym być bezlitosny, ale nie potrafiłem. A wygrać mieli najlepsi.
Tymczasem dzisiejszym dniem znowu wszystko rujnowałem, grzecznie udzielając wywiadów i szczerząc zęby do fanów. Kurwa, jak ktoś tak oświecony mógł przybijać piątki rozwrzeszczanym małolatom? Tymi samymi łapami powinienem ich dusić, wyrywać im flaki, a nie spełniać ich marzenia i wygłaszać jakieś jebane mowy motywacyjne. Nawet ich pieprzeni rodzice do mnie podchodzili i dziękowali za ,,ocalenie" ich, czy coś takiego. Znajdowałem się na skraju załamania.
Właśnie kończyłem rozdawanie autografów. Nagle poczułem jakiś wielki kloc na plecach i tłuste paluchy. A zaraz potem do moich uszu doszedł cieniutki pisk.
- Andy, kocham cię, jesteś moim aniołem, zbawicielem! Uratowałeś mnie, gdy się cięłam! Tak bardzo chciałam cię zobaczyć!- okazało się, że jedna z tych fanek-oszołomów rzuciła się na mnie, a ja chcąc nie chcąc musiałem ją przytulić. ,,Kurwa, dziewczynko, naprawdę myślisz, że wycinanie serduszek na twoich otłuszczonych rękach jest takie okropne? Spróbuj się kiedyś sama wybiczować, to zobaczysz. Do tego, kurwa, aniołem?! Gardzę tobą!"
Spojrzałem na nią z obrzydliwym uśmiechem.
- Pamiętaj, nigdy tego nie rób. Jesteś najważniejszą osobą na tym świecie, a gdy kogoś kochasz, to nie chcesz krzywdzić tej osoby, prawda?- wszystko mówiłem odwrotnie do swoich poglądów. Niestety gówniara potraktowała to na poważnie i rozpłakała się ze wzruszenia.
- Dziękuję, Andy, zawsze wiedziałam, że jesteś taki dobry! To co, selfie?- ,,Przeginasz pałę.."
- Jasne!- udawałem entuzjazm, pozując z bananem na twarzy.
- Dziękuję, nigdy nie przestanę was słuchać, nigdy!
- Nigdy się nie poddawaj i rób to, co kochasz!- dodałem na końcu, czując się jak idiota.
Wkrótce ochrona zaczęła wyganiać fanów z pomieszczenia, gdzie odbywaliśmy Meet and Greeta. ,,Czemu ja nie dostanę takiego fana jak Lennon?!"- pomyślałem.- ,,Mógłby poczekać parę lat i oszczędzić Johna! Nawet jeśli był takim pacyfistą.."
Gdy w pomieszczeniu zostaliśmy tylko my, westchnąłem.
- Ja pierdolę.. Pierdoliłem jak jakiś pieprzony hippis.- ,,Jak zawsze."
Odpaliłem papierosa.
- Gdyby to, co mówisz, miało pokrycie w prawdzie..- rozmarzył się Jinxx.
- W waszym przypadku dokładnie tak samo - sparodiowałem go.
- Może gdybyś, kurwa, zgasił papierosa i znów się wyszczerzył - szykowało się kolejne starcie, ale między nami stanął Ashley.
- Dobra, rozchodzimy się, żeby nie było kolejnych tarć.
- Dziękuję, panie Purdy, że jesteś taki dobroduszny. I że tak na mnie donosisz za plecami - spiorunowałem go wzrokiem, przypominając mu, że spruł japę. Widocznie się skurczył i już się nie odzywał.- Chyba mieliśmy układ, co? Pakt?
- Ash, co to ma znaczyć?- wpienił się Ferguson jak jakaś mamuśka.
- Chyba, kurwa, miałeś omamy, szajbusie - odpysknął w końcu Purdy z wyraźną nienawiścią w oczach. Potem zbliżył się do mnie i szeptem powiedział:- I znów jest tak, jak mówiłem. Znów, kurwa, jestem tym złym! Jeśli tak to ma wyglądać, to spierdalaj! Nie zamierzam być niańką, ale nie zamierzam też akceptować twoich jebniętych akcji!
Niby miał rację, ale tylko w świecie śmiertelników. ,,Lynn, czy ci nędzni ludzie naprawdę nic nie rozumieją?"
- Jeszcze, kurwa, zobaczysz. Będę kiedyś nad tobą i wtedy nie będę się z tobą cackał - odepchnąłem go z uśmieszkiem, ale chwile potem spoważniałem i powtórzyłem ten ruch gwałtowniej.
- O co wam znowu chodzi?!- Pitts już chciał ingerować, ale oddaliłem się szybkim krokiem. Nie miałem ochot oberwać w ryja.
- Nie dobijaj mnie waszą głupotą.
Wszyscy popatrzyli na mnie z wściekłością, a ja wpakowałem się na tyły naszego samochodu.

*Sally*
Spędziłam dziś z przyjaciółką wspaniały dzień. Naprawdę, dawno nie czułam z nią takiej bliskości. Przez te kilka godzin byłyśmy w tylu miejscach.. Zrobiłyśmy tyle zdjęć, że można by z nich zrobić animację poklatkową! Całkowicie zapomniałyśmy o swoich zmartwieniach i oddałyśmy się szaleństwu Londynu.
Gdy znalazłyśmy się na szczycie London Eye, co stanowiło ukoronowanie naszej dzisiejszej przygody, poczułyśmy się naprawdę szczęśliwe. Panorama zapierała dech w piersi, wyglądała tak beztrosko w miękkich promieniach zachodzącego słońca. Popatrzyłam na Victorię, której aż łezka zakręciła się w oku.
- Wiesz, gdyby nie ty, to na pewno moje życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej. Dzięki tobie nabrało sensu - uśmiechnęła się.- Po raz pierwszy robię to, na co naprawdę mam ochotę. I dopiero teraz czuję, że naprawdę żyję.
- To trochę mistyczne, no nie? Unosimy się teraz nad całym Londynem i oglądamy go z góry.
- Tak.. Może jednak jest coś takiego jak niebo? A może jest na ziemi i jest właśnie tutaj, w tej chwili?
- Tak, na pewno. Z takimi szalonymi istotami jak my!
- A może my uciekłyśmy z raju?
- Nie, no przecież w nim jesteśmy. Na odwrót to nie działa!
Zachichotałyśmy.
Rozmowa potoczyła się dalszym torem, a myśląc o raju wspominałam także swoją kochaną siostrę. Byłam pewna, że teraz to ona obserwuje nas jako anioł i w jej oczach jesteśmy takie malutkie. A może to ona połączyła nasze losy, byśmy mogły przeżyć te kilka wspaniałych chwil? Może ona naprawdę chciała mojego szczęścia?
Powoli zaczęłyśmy zmierzać w dół, robiło się coraz ciemniej.
- Jakie masz plany na wieczór?- zapytałam Summers, którą teraz musiałam zostawić samą.
- Nie martw się o mnie, pozwiedzam centrum nocą. I nie wrócę aż tak późno. Nie przejmuj się mną aż tak, poszukam sobie jakiś geeków jak ja. Baw się dobrze z Andy'm.
Przytuliłam ją.
- Dzięki. A ty w towarzystwie potterhead! Wrócę dość późno, więc nie czekaj!
Po chwili złapałam taksówkę i ruszyłam z powrotem do hotelu.

*Andy*
W drzwiach wpadłem na własną dziewczynę. Ucieszyło mnie to, bo przynajmniej urwało kazania chłopaków.
- Co tam?- spytałem beznamiętnie.- Dobrze się bawiłaś?
- Tak, było zajebiście - odparła entuzjastycznie. Trochę mnie to rozdrażniło, bo miała świadomość, że dobre czasy się kończą. Gdy nie odpowiedziałem, spojrzała na mnie, pojmując, że nie jest okej. Nie chciałem wpędzać jej w depresję, ale mogłaby wczuć się w moją sytuację.
- Nie pytam, jak u ciebie.. - rzuciła cicho.- Wyglądasz jak cień. Jest aż tak źle?..
Spojrzałem w dal i skinąłem głową. Miałem nadzieję, że odpuści sobie kolację u Sykesa. Nienawidziłem tego typa z całego serca i zdecydowanie nic by nie poprawił.
- Jeśli nie chcesz, możesz nie iść - czytała mi w myślach.- Ale ja idę.
Westchnąłem.
- Oczywiście, że idę. Szykuj się - burknąłem sarkastycznie, ale bynajmniej niezadowolony.
Cmoknąłem ją bardzo szybko i oddaliłem się do siebie.
Gdy znalazłem się w pokoju miałem ochotę rzucić się na łóżko. Cały ten dzisiejszy dzień niezwykle mnie wykończył, choć właściwie nie robiłem nic specjalnego. Niestety od incydentu w nocy cały czas czułem ucisk w klatce piersiowej. Zupełnie, jakby jakieś niewidzialne ręce próbowały ją zgnieść.
Zwinąłem się w kulkę, ignorując wchodzącego Asha.
- Ej, wszystko okej? - zaniepokoił się. Zmarszczyłem brwi i ukryłem głowę między rękami.
- Spierdalaj - warknąłem.- Jesteś, kurwa, fałszywym gównem.
- I kto to mówi - jego ton nie brzmiał na zbyt wkurzony. Podszedł do mnie i trącił mnie ręką.
- Kurwa, spierda..- już chciałem krzyknąć, ale zatrzymał mnie ostry kaszel i uczucie chrypy. Zupełnie, jakby ktoś potraktował je tarką, a do gardła spływała mi gęsta krew. Już to kiedyś czułem.
- Kiedy ty, do chuja, pójdziesz do tego lekarza?
- Prędzej zdechnę - skuliłem się pod ścianą.
- Prawdopodobne - odparł sarkastycznie.- Ale zdychaj sobie sam.
- Chętnie - ukryłem twarz między kolanami.
Rozwalił się na swoim łóżku, prezentując mi swoją zajebistość. Prychnąłem ponuro, a on uśmiechnął się z wyższością.
- Wiesz, czasami zastanawiam się, ile życia ci jeszcze zostało. I na co jesteś chory.
- Kurwa, nie obchodzi mnie to. Mogę umrzeć i teraz - skłamałem.- Byłoby przyjemnie.
- Ja pierdolę.. Jesteś jak ona. To ona wpierdoliła ci coś do łba?
- Ja ci zaraz wpierdolę..- już chciałem wstać, ale zgiąłem się w pół.
- Ojej, naprawdę? Już się boję..
Spiorunowałem go wzrokiem i ostrożnie wstałem. Udałem się do łazienki, ignorując wszystkie jego uwagi. Miałem ochotę go wkurzyć. Pokazać, że wcale nie żartuję. Wyciągnąłem maszynkę do golenia z jego kosmetyczki i zacząłem jeździć nią po rękach, próbując krwawić jak najmocniej. W końcu na skórze pojawiła się gruba pionowa szrama i kilka mniejszych. Wylazłem z kibla i podszedłem do Purdy'ego, który udawał, że mnie nie widzi. Przywaliłem mu z pięści, zwalając go z wyra i przy okazji wycierając czerwoną ciecz o jego ryj. Iście obrzydliwe.
- Kurwa, popierdoliło cię?!- wkurwił się momentalnie i dał mi z pięści. Zaczęła się między nami walka, w której miałem raczej marne szanse. Jedynym skutecznym chwytem było chwycenie go za włosy i przywalenie jego głową o krzesło. Niestety w tej samej chwili kochany przyjaciel zdążył wycelować nogą w moje żebra. Zgiąłem się, czując niesamowity ból.
- Ja pierdolę, chcesz mnie zabić?!
Wstał na nogi, kopiąc mnie jeszcze raz.
- Grubo przeginasz, skurwielu, nie zamierzam cię niańczyć! Jak tak bardzo chcesz, to proszę, masz okazję zdechnąć! Jeśli tak bardzo tego chcesz, to pomogę!
Podniosłem się, widząc na sobie kilka sińców. Chętnie kontynuowałbym starcie, ale powinienem już wychodzić z Sally. ,,Kurwa, serio w takim stanie?!"
 Wytarłem świeże rany i niechętnie wciągnąłem na siebie coś w miarę uroczystego. Wylazłem na korytarz na chwiejnych nogach. Czułem wszechogarniające mnie zimno, ale chętnie opuściłam lokum nabzdyczonego zdrajcy.

*Sally*
Już tylko przeczesałam włosy i byłam gotowa. Nie miałam zamiaru się stroić, bo w końcu to nie miała być uroczysta kolacja, tylko spotkanie z kumplami, czy jakkolwiek to nazwać.
,,Ja i Andy zaraz będziemy."- napisałam do Sykesa.
,,Jasne, ja i Hannah już czekamy!"- odpowiedział po minucie.
Korzystając z okazji, wysłałam wiadomość do najlepszego przyjaciela.
,,Carrrly, właśnie idę na kolację do twojego bożyszcza ;3 Zazdro? ;*"
Nie musiałam czekać, by dostać znak.
,,Weź ukradnij coś specjalnie dla mnie. Serio, nie musi być żadna złota klamka, wystarczy popielniczka. Karrrrolek cię prosi :<"
,,A może oni żyją w chlewie, i co? A może zaprosili nas, żeby nas zgwałcić i zakopać???"
,,Powinnaś się nie opierać, to sam Oliiii *-* Oł maj Dżizys Krajst, możesz mi zapakować troszkę jedzonka do kieszeni lub w serwetkę <3"
,,No dobra, masz moje słowo XD Życz mi szczęścia!"
,,Połamania nóg, Sallem :> Baw się dobrze z moim przyszłym menżusiemmm ^^"
Schowałam komórkę do kieszeni dżinsowej kurtki i opuściłam pokój. Udałam się w stronę lokum Andy'ego, starając się nie zabić na szpilkach. Przynajmniej dodawały mi trochę wzrostu. Liczyłam, że dziewczyna Sykesa nie okaże się jakąś pewną siebie rakietą, mistrzynią brudnych żartów i tym podobnych. Albo sex modelką.
W końcu dotarłam do swojego chłopaka. Wyglądał na smutnego i zmęczonego, ale na mój widok lekko się uśmiechnął. Zresztą to był jego klasyczny wizerunek.
- Ładnie wyglądasz - powiedział cicho.
- Dzięki.. Emm, wszystko okej?- spytałam jak głupia.
Popatrzył na mnie wymownie, a ja już znałam odpowiedź. Nic więcej nie mówiąc, ruszyliśmy do wyjścia, łapiąc przy tym taksówkę. Nie potrafiłam znaleźć żadnego tematu do rozmowy, więc jedynie złapałam Biersacka za rękę. Zaskoczyło go to, ale nadal nic nie powiedział. Jedynie delikatnie odwzajemnił uścisk.
Dojechaliśmy pod chałupę Anglika. Znajdowała się w nieco odosobnionej części Londynu, ze wzgórza rozciągał się przepiękny widok na miasto. W nocy musiało to wyglądasz jeszcze lepiej. Sam dom był gigantyczny. Prawie willa, do tego podświetlany basen, duży ogród, mały placyk zabaw i pole do minigolfa. Dom BVB wydawał się przy tym chatką. Trochę mnie to speszyło. Sama przecież byłam tylko zwykłą dziewczyną z klasy średniej. Nigdy nawet bym nie pomyślała, że w przyszłości będę obcować z gwiazdami rocka.
Wysiadłam z samochodu i nieco przerażona popatrzyłam na gigantyczną siedzibę, którą mogłam określić tylko słowami ,,luksus" i ,,bogactwo". Ścisnęłam mocniej rękę swojego chłopaka.
- Wygląda kurewsko kiczowato - stwierdził.- Ten chuj nie zna niczego lepszego, w czym można by utopić tyle forsy?
- Ponoć Oli udziela się w organizacjach charytatywnych..- powtórzyłam to, co kiedyś powiedział mi Carrie.
- Ojej, naprawdę? Jak miło..- rzucił Andy sarkastycznie.
Westchnęłam.
- Wiem, że go nienawidzisz, ale proszę.. Postaraj się zachowywać w miarę normalnie, okej? Nie musisz być miły, po prostu obojętny.. Tylko o to mi chodzi. Możesz się nawet nie odzywać.
Skinął głową.
- Nawet nie zamierzam się z tym skurwielem integrować - splunął na ziemię.
- Dobra, nieważne - nieco speszona podeszłam do drzwi frontowych i ostrożnie nacisnęłam dzwonek. Zaczynałam się naprawdę denerwować.
- Już, idę!- usłyszałam kobiecy głos z silnym angielskim akcentem. ,,Cholera, to musi być Hannah". Wyprostowałam się i spięłam.
Już spodziewałam się zobaczyć przed sobą jakąś wyrośniętą rakietę. Chciałam nawet odruchowo spojrzeć w górę, ale gdy drzwi się otworzyły, naprawdę się zdziwiłam. Otworzyła nam dziewczyna mojego wzrostu, do tego tak samo drobna. Jej włosy również miały czarną barwę, tyle, że były nieco prostsze od moich, a grzywka posiadaczki sięgała wyżej od brwi. Patrzyła na nas para ogromnych brązowych oczu o długich ciemnych rzęsach. Kobieta ubrana była w kremową sukienkę, a wzrostu dodawały jej równie wysokie jak moje szpilki. Uwagę najbardziej przykuwały niesamowicie liczne tatuaże. Wydawała się naprawdę urocza, co mnie ucieszyło. Uśmiechnęła się do nas przyjaźnie, a ja od razu to odwzajemniłam.
- Cześć, wy musicie być Sally i Andy! Jestem Hannah, Hannah Snowdon, dziewczyna Olivera!- podała mi rękę, pokazując bialutkie zęby w uśmiechu.
- Em, cześć, jestem Sally.. I to mój chłopak- Andy - pokazałam na naburmuszonego Biersacka.
- Cześć, Oli opowiadał mi o was dużo, ale cieszę się, że mogę z wami pogadać osobiście. Ponoć niezła z was para wariatów - zaśmiała się. Mojemu partnerowi chyba średnio przypadła do gustu, ale powinien ją zrozumieć. Zapewne chodziła z Sykesem dopiero od niedawna.
- Wchodźcie, musicie zobaczyć nasz nowy dom! To znaczy, nowy dla mnie, niedawno się wprowadziłam. Przepraszam, że u mnie będzie lekki syf, ale rozstawiałam swoje rupiecie. No wiecie, wszystkie dawne pamiątki z podróży, gadżety, trochę rzeczy do malowania i rysowania - opowiadała, gdy wchodziliśmy.
- Rysujesz? - zapytałam dość głupkowato, bo odpowiedź wydawała się oczywista. Nie umiałam jednak zadawać bardziej złożonych pytań.
- Powiedzmy, że taka praca.
- Jesteś artystką?
- Tatuażystką, chyba widać?
- Tak - uśmiechnęłam się, lustrując na jej ciele.- Trochę.. hinduskie, jeśli dobrze myślę.
- Dobrze myślisz, ale zaraz wam opowiem o moich podróżach do Indii.. Tylko najpierw muszę znaleźć Oli'ego.. Pójdę do niego, a wy wejdźcie do jadalni - pokazała nam odpowiednie drzwi. Pomieszczenie wydawało się równie szerokie i wysokie jak korytarz. Urządzono je w dość minimalistycznym stylu, przeważały kolor biały i złoty. Na półkach zobaczyłam figurkę Buddy i kilka innych podobnych gadżetów, pewnie należały do Hannah'y. Uwagę zwracał także wielki stół, który był już elegancko zastawiony.
- Darmowa wyżerka, no nie?- chciałam zażartować, ale Andy nawet się nie uśmiechnął.
- Ta, otrują nas, kurwa.
- Hannah jest bardzo miła, nie przesadzaj.
- Ma tak samo zjebany akcent jak jej chłopak-chuj. Kto wie w czym jeszcze są do siebie podobni? Może ona też..- nie dokończył, bo w drzwiach pojawiła się nowopoznana z partnerem. Oli wyglądał naprawdę dobrze w eleganckim wydaniu, ale bałam się mu to powiedzieć, bo mój chłopak od razu źle by to odebrał.
- Oli, cześć!- powiedziałam z wyraźnym amerykańskim akcentem, który zabrzmiał dość prostacko.
- Cześć, Sally!- już chciał mnie przytulić, ale dostrzegł Andsa.- Cześć, Andy.. Jak leci?- dodał dość drętwo.
- Okej - odparł gburowato pytany. Wyglądało to jak głupie przedstawienie.
- Oj, widzę, że nastrój nie dopisuje. Ale się rozkręci, przywiozłam z Indii taki napój, który jest dobry na wszystko!- mrugnęła do mnie czarnowłosa.- Ale ty, Sally, na pewno opowiesz mi coś więcej o sobie!
- Siadajcie- zachęcał nas Oliver.
Andy niestety wszystko psuł, wyraźnie usiłując poniżyć Anglika. Gdy tylko chciał usiąść obok mnie, zajął jego miejsce, patrząc na niego niczym wilk na ofiarę. Starałam się jednak czerpać radość z tego, że Hannah zachowuje się przyjaźnie i mogę spędzić normalny wieczór zupełnie jak typowa dwudziestolatka. I nie obchodziło mnie w tej chwili to, że nasz gwiazdor zachowuje się tak, jakby miał okres.

*Andy*
Jak na razie pod względem towarzyskim nie było najgorzej. Wszyscy skupili się na objętościowych monologach Hannah'y o jej podróżach. W sumie opowiadała całkiem ciekawe rzeczy, ale kłóciły się z moimi i Lynn poglądami. Ta dziewczynka mogłaby być jakimś aniołkiem, a więc powinienem nią gardzić. Mówiłem sobie w myślach, że kasa z akcji charytatywnych trafia głównie do urzędasów, a sama pani Sykes pierdoli bez ładu i składu. Do tego, gdy popatrzyłem na żarcie, chciało mi się śmiać. Wszystko wegańskie. Czyżby ten kutafon naprawdę aż tak usiłował być grzecznym chłopcem? Żal mu było zwierzątek? Ojoj.. Całe to jego nowe życie mnie rozwalało. Nowa, dobroduszna dziewczyna, wegańskie jedzenie, wielki, sterylny wręcz dom.. Może jeszcze wzorowo chodził co niedzielę do kościoła? Parsknąłem, a ów panicz raczył mnie obdarzyć spojrzeniem. Przeprowadzaliśmy chwilowy pojedynek na wzrok.
- Wow, Hannah, sama to zrobiłaś? Wygląda ciekawie - podziwiała moja własna partnerka.
- Tak, wzorowałam się na przepisach z Indii, wszystko jest w stu procentach bez mięsa, mleka, jajek, sera i glutenu!- ,,No co ty, kurwa, nie powiesz?". Spuściłem głowę i zacząłem się grzebać w jedzeniu. Czułem na sobie wzrok Olivera i liczyłem, że nie myśli sobie, że jeśli zaprosił mnie do jakiejś willi i dał zapewne w chuj drogie żarcie, to mu wybaczę. Zaczynała mnie już wkurwiać ta cała sytuacja. Dobrze bawiły się tylko Sally i ta pseudo-hinduska, której akcent jakimś dziwnym cudem był typowo angielski i bełkotliwy.
- Hannah, może pokażę Andy'emu resztę domu?- odezwał się w końcu jebany Angol, a ja wytrzeszczyłem oczy. ,,Co ty, kurwiu, zamierzasz?" Chyba nie chciał powtórzyć tego, co zrobił kiedyś? Do tego we własnym domu?
,,W innym pokoju możesz mu wpierdolić!"
- Tak, świetny pomysł, muszę się przewietrzyć - powiedziałem wyjątkowo przesłodzonym tonem.
Wstałem, sprawdzając, czy mam w kieszeni szlugi. Były tam, a ja nie zamierzałem przejmować się tym, że Srajks będzie biernym palaczem.
- Dobrze, tędy proszę - odpowiedział równie sarkastycznie.
- Dziękuję - warknąłem, popychając go, gdy obok niego przechodziłem. Mimo tego, że zrobiłem to z czystej nienawiści, dziewczyny mogły to odebrać jako kumpelskie przepychanki.
- Bawcie się dobrze - Hannah mrugnęła do swojego Oli'ego, a ja od razu wiedziałem, po co zostaliśmy zaproszeni.
,,Oj nie, kurwa, tak to nie będzie."

*Sally*
Andy i Oli wyszli, a ja zostałam z Hannah'ą. Szczerze to spotkanie równie dobrze obyłoby się bez chłopaków. My próbowałyśmy prowadzić dialog, bo Hannah naprawdę mówiła ciekawie o wyjazdach, zwierzętach, którym pomaga, biednych dzieciach, sztuce hinduskiej. Tymczasem tamci dwaj siedzieli naburmuszeni, tocząc pojedynek na wzrok. Nie do końca rozumiałam pomysł ich dręczenia wzajemnym towarzystwem. Trochę jak kara dla niegrzecznych dzieci.
- Dobra, teren czysty - oznajmiła Hannah, zamykając drzwi.
- Teraz mi wyjaśnij, o co chodzi w tej całej szopce.
- To chyba oczywiste: chcę by Andy i Oli się pogodzili.. Za długo już są pokłóceni, kilka dobrych lat. Nie powinni zachowywać się jak dzieci, Oliver też chce zgody. Kiedyś nawet się lubili, więc myślę, że jeśli to przedyskutują, to dojdą do porozumienia.
- Wiesz, nie jestem taka pewna co do Andy'ego. On jest dość specyficzny pod tym względem. Kocham go, ale to trudny typ. Jego nie da się do niczego przekonać.
- Czyżby? Jakoś go nakłoniłaś, żeby przyszedł. Sam z siebie na pewno tego nie zrobił.
Zastanowiłam się chwilę i musiałam przyznać Snowdon kompletną rację. Przekonałam Biersacka do naprawdę wielu rzeczy.
- No właśnie - popatrzyła na mnie poważnie.- Nie wiem dokładnie, co się między nimi stało. Wiem tylko tyle, że Oli wtedy ćpał i nie zrobił tego świadomie. I od początku żałował. A teraz rzucił narkotyki i stara się zacząć nowe życie. Myślę, że zasługuje na wybaczenie.
Skinęłam głową.
- Tak, nawet mi go trochę żal. Andy potrafi być bezwzględny - przyznałam.- Ale ostatnio też się trochę zmienił. I trochę mnie to martwi.
- Jak to?- momentalnie się zainteresowała, a ja nie chciałam ujawniać naszych problemów. A przynajmniej tego, jak mój chłopak wszystkich traktuje. - Ponoć mogłabym być niezłym psychologiem.
- Nie o to chodzi.. Bardziej martwi mnie jego zdrowie.. Papierosy.. i takie tam - urwałam zmieszana.
- Jest bardzo źle, czy trochę źle?- zmarszczyła brwi.
- Raczej wyjątkowo źle.
- Co podejrzewasz?
- Wolę nie myśleć.
- Ale wiesz, że może być już za późno, jeśli go nie nakłonisz do leczenia.
- To nie takie proste. Andy to kawał skurwiela, woli umrzeć niż iść do lekarza. Nie chcę by tak było.
- Może Oli go jakoś namówi, jak już się pogodzą?
,,Nie byłabym tak pewna, czy w ogóle do tego dojdzie."

*Andy*
- Dobra, to co ci najpierw pokazać? Sypialnię?- wypytywał lekko speszony Sykes.
- Gdzie grzmocisz tę biedną laskę?- odpowiedziałem chamskim pytaniem.- Serio chce ci się w to bawić? Przyszedłem tu tylko po to byś nie dobrał się do Sal.
Westchnął głośno, ale widocznie nie miał zamiaru odpuszczać.
- No dobra, może chodźmy zapalić.
Zdziwiła mnie ta propozycja, myślałem, że w końcu jest taki ,,czysty" i nie dopuszcza się żadnej używki. Ale akurat na peta miałem ochotę.
- No niech będzie - warknąłem i ciężkim krokiem powlokłem się za nim na taras.
W końcu stanęliśmy na przestronnym balkonie, z którego rozciągał się widok na oświetlone miasto.
Oparłem się o balustradę i wyciągnąłem papierosa. Oli wiercił się przez chwilę, nic nie mówiąc, widocznie zbierał myśli. ,,Co, jakiś niecny plan w stosunku do mnie? Jak wtedy?"- pomyślałem.
- I co teraz? Pobijesz mnie i wykorzystasz?- spytałem sarkastycznie.- A może tym razem nawet zapierdolisz na śmierć?
- Andy, błagam.. Zaprosiłem tu Sally, bo wiedziałem, że przyjdziesz.
- Nawet się nie bronisz? Może chciałeś przegrzmocić nas obu?
- Wiedziałem, że przyjdziesz i uznałem, że to idealna okazja, by raz na zawsze cię przeprosić i się z tobą pogodzić - zaczął monolog, a ja spojrzałem na niego jak na idiotę.- Wiesz, że byłem wtedy naćpany. Normalnie nigdy bym tego nie zrobił. Nikt mnie nie przypilnował i wymknęło mi się spod kontroli. Ale skończyłem z tym ostatecznie i do tego opiekuje się mną Hannah. Wszystko się zmieniło, jestem gotowy naprawić to wszystko.. Chcę, by było jak przed tym.. incydentem.
- Ojej, jesteś taki grzeczny, bo znalazłeś niańkę. Wtedy też wydawałeś się równym gościem, a jednak okazałeś się pierdolonym jebaką! I jak mam ci ufać?
- Wiem, że to trudne, ale jeśli mi nie zaufasz, to nie uda mi się udowodnić, że mi na tobie zależy.
- Brzmisz jak jebany pedał - rzuciłem, nie zwracając uwagi na jego zniecierpliwienie.- Zresztą nim jesteś, tak samo jak cały twój gówniany band. Do tego, kurwa, myślisz, że już jesteś okej, bo nie palisz i nie ćpasz. A tym czasem mieszkasz w jebanym pałacu, a przecież z takim dobrym serduszkiem mógłbyś ten cały hajs przeznaczyć na jakieś, nie wiem.. biedne dzieci lub ginące gatunki zwierząt, chuj wie, co jeszcze.
Zamilkł na chwilę, prawie rycząc.
- Tak, kurwa, jeszcze się rozklej, cipo - szturchnąłem go mocno, wcale nie po przyjacielsku. Miałem ochotę rżeć złośliwie. Chciałem ponownie go walnąć, ale wyrwał się.
- Czemu się, kurwa, czepiasz wszystkiego?!- wybuchnął w końcu, gdy miał już dość tego, że nad nim skaczę i wyśmiewam, mając przy tym niezły ubaw.- Gdybym mieszkał w chlewie, nie miałbyś do mnie pretensji?! Miałbyś! Gdybym nadal ćpał?! Też byś miał! Rozumiem, że może nigdy nie wymażesz dawnego mnie z pamięci, ale mógłbyś chociaż zaakceptować obecnego mnie!
Nie wytrzymałem. Zacząłem ryć, dusząc się przy tym dymem. Tymczasem Angol podszedł do mnie i ledwie powstrzymał się od przyłożenia mi.
- Co mam, do chuja, zrobić?!- wysyczał, ciężko oddychając. Milczałem, bo nie mógł, kurwa, nic zrobić. Stałem tak i gapiłem się z uśmieszkiem na jego mokre gały.- Dlaczego to robisz?- dodał już łagodniej.
Spoważniałem i przybrałem najchłodniejszy wyraz twarzy, na jaki potrafiłem się zdobyć.
- Bo cię nienawidzę - wyszeptałem.- Tak cholernie nienawidzę ciebie i ludzi, że aż sobie nie wyobrażasz.
- No dalej, oświeć mnie - przemógł się, patrząc mi w oczy.
- Tak bardzo, że zabiłbym cię. Ciebie, tę twoją ruchawicę, twoje kundle, wszystkich, na których ci zależy. Wszystkich.
Popatrzył na mnie jak na wariata, ale miałem świadomość, że odczuwa niepokój. Czarne niebo, zimne powietrze i chmary dymu tylko pogłębiały to uczucie. I fakt, że byliśmy sami i w każdej chwili mógłbym zrealizować swoje postanowienie. Na tym osiedlu dla snobów na pewno nikt nawet nie zwróciłby uwagi.
- Jesteś, kurwa, pojebany. Ba! Jesteś jebanym psycholem! - zdenerwował się i skierował wzrok na podłogę. Odsunął się ode mnie.- Jeśli tego, kurwa, chciałeś, to proszę bardzo. Ty nie jesteś miły dla mnie, to ja nie będę miły dla ciebie. Jeśli aż tak ci przeszkadzam, to możesz iść do domu. Może bez ciebie Sally będzie mogła się nacieszyć wolnością. Wiesz, nie rozumiem jej.. Na jej miejscu bym od ciebie zwiewał. Jeśli jeszcze raz skrzywdzisz tę dziewczynę tak, jak wtedy, to pójdę z tym na policję, a ona mi za to podziękuje!
- Ciesz się kurwa, że ja cię nie wsypałem!
Chwyciłem go za szyję. Momentalnie wpadł mi do głowy cudny pomysł, by zepchnąć go z balkonu. Już miałem się na niego rzucić, kiedy nagle poczułem tak ostre ukłucie w klatce piersiowej, że aż się zatoczyłem. Miałem wrażenie, że wszystkie moje flaki spłynęły mi do gardła. Nie wiedziałem, czy upaść czy stać. Złapałem się rękami w bolesnej okolicy i chyba tylko pogorszyłem sytuację. Coś w stylu promieni rozlało się po moich płucach. Nawet obrażony kretyn to dostrzegł i widocznie się zaniepokoił. Nie odezwał się jednak. Musiałem wyglądać jak pajac. Wyrzuciłem papierosa i w tej chwili ucieszyłem się, że zobaczyłem kawałek domu. Niemal sprintem pobiegłem do kibla. Już myślałem, że porzygam się w czasie biegu. Dopadłem do muszli, a cały ten jebany wegański posiłek wyleciał ze mnie wraz z żółtą mazią, czerwonymi strużkami na niej i innymi podejrzanymi substancjami. Przez cały ten proces towarzyszył mi głośny kaszel, który prawdopodobnie słychać było na kilometr. Chcąc nie chcąc, Srajks musiał się tym zainteresować.
,,Lynn, za co to kara?"- pytałem.
Ale zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że jestem najzwyczajniej w świecie chory. Jak każdy nędzny śmiertelnik. I to poważnie chory.

*Sally*
Wróciłyśmy z Hannah'ą z pięknego ogrodu, po którym mnie oprowadziła. Zachwycały mnie te wszystkie egzotyczne rośliny połączone z tradycyjną angielską częścią. Do tego podświetlany basen, cudo! Co prawda nie rozumiałam, po co dwójce ludzi taki ogromny dom, ale musiałam przyznać, że sama chętnie bym w takim zamieszkała. Miałabym spokój i inspirującą przestrzeń do myślenia.
Nagle zrobiło się późno. Nawet tego nie zauważyłam, bo czas mijał szybko. Galę MTV zamierzałam spędzić właśnie ze Snowdon. Zainteresowała mnie, Oliver też był spoko. Chciałabym, by pogodził się z moim chłopakiem, tworzylibyśmy fajną paczkę. Jego spór z Oliverem cały czas siedział w mojej głowie i naprawdę liczyłam, że dzisiejszy wieczór może cokolwiek zdziałać. Ale gdy wkroczyłyśmy do budynku, Oli siedział sam na kanapie w salonie. Wyglądał na ponurego.
Zdziwiłam się.
- Co się stało?- zapytałam. Popatrzył na mnie zrezygnowanym wzrokiem.
- Pożarliście się o coś?- dodała nowa przyjaciółka.
- Nie.. - wycedził Sykes z wyraźną irytacją.- Po prostu wiedziałem, że tak będzie. Chyba nawet nie ma sensu dalej próbować. Ukrył twarz w dłoniach.
Zapanowała ciężka atmosfera, a mi zrobiło się wstyd.
- Chyba muszę trochę pobyć sam - chłopak wstał i ruszył do wyjścia.
- Oli, stój!- zatrzymałam go.- Przepraszam, naprawdę!
Łzy napłynęły mi do oczu. Naprawdę miałam dość tego, że Andy rozwala mi każdą przyjaźń. Może i sam na sam zachowywał się fajnie, ale przy ludziach zamieniał się w skurwiela.
- Sally, nie przepraszaj. Jesteś dobrą dziewczyną i naprawdę cię lubię. Ale Andy.. Przepraszam, ale to skurwysyn - powiedział czule, najeżając się tylko przy ostatnim słowie i odszedł.
- Wiem - szepnęłam tak jakby sama do siebie. Stanęłam po środku wielkiego pokoju i objęłam się ramionami. Czułam się taka mała nędzna i samotna. Ludzie, których kochałam, czynili mnie samotnymi.
,,Taka samotna w otoczeniu przyjaciół"- nasunęła mi się refleksja.
- Oli!- krzyknęła za mężczyzną Hannah.- Gdzie jest Andy?! Poszedł sobie?!
- Jest na górze, w kiblu!
Zaniepokoiłam się i znacząco spojrzałam na czarnowłosą.
- Może chodźmy zobaczyć, co z nim nie tak?- zasugerowała spokojnie, widocznie nie chcąc panikować. Skinęłam głową. Mógł właśnie umierać, popełniać samobójstwo lub uskuteczniać jakiś niecny plan lub akt wandalizmu.
,,Kurwa, dlaczego to wszystko jest takie jebnięte?! Mieliśmy tylko zjeść kolację!"

*Andy*
Akurat rozwaliłem się nad kiblem, gdy za drzwiami pojawiły się dwie dziewczyny. Lepsze one niż Sykes, ale co mogłem teraz zrobić? Nie udałoby mi się ukryć swojej choroby, bo wszyscy wiedzieli o niej od miesięcy. Nie chciałem jednak przedwcześnie dzielić się z dziewczętami tą radosną nowiną.
- Andy, możemy wejść?- spytała głupkowato Sally.
Trochę spanikowałem, bo z ust jebało mi tą ohydną mazią, a cały kibel był nią wymazany. Jak najszybciej spuściłem wodę.
- Ale po co?- udawałem zdziwionego, ale w tym samym momencie zakasłałem, a żółta paćka oblepiła mi dłoń. Ponownie zwiesiłem głowę nad muszlą, a czarne rozczochrane włosy przykleiły mi się do twarzy.
Usłyszałem już tylko westchnięcie zniecierpliwienia, a drzwi otworzyły się. Ujrzałem w nich Hannah'ę. No tak, to był jej dom, w sumie mogła sobie wchodzić, kiedy chciała. Jej złość po chwili opadła, zastąpiło ją przerażenie. Obie spojrzały na mnie z przestrachem, a ja tylko wzruszyłem ramionami. Nie znały mojej choroby aż tak dobrze, ja już przywykłem do cierpienia.
- Kurwa, Andy, znowu?!- Sal chyba puściły nerwy, bo zaczęła ryczeć. Ukryła twarz w dłoniach i odwróciła się do mnie plecami.- Co jeszcze dzisiaj masz w planach?!
Milczałem. Snowdon podeszła do mnie i delikatnie mnie złapała, próbując mnie podnieść. Mało jej nie trzepnąłem po łapach.
- Mam poprosić Olivera, by cię zawiózł do szpitala? Albo zadzwonić po karetkę?- wypytywała.
- Nie!- krzyknąłem. Momentalnie dźwignąłem się na nogi i wyminąłem mieszkankę domu.
- To może wezwać lekarza tutaj?- nie dawała za wygraną Angielka.
 Podszedłem do Sally i cicho powiedziałem:- Musimy wracać, dzwoń po taksówkę!
Nie miałem serca patrzeć jej w oczy, ale czułem aprobatę Lynn za zniszczenie wieczoru.
Musiałem wyglądać okropnie, wręcz przeraźliwie. Runąłem schodami na dół i tylko czekałem, aż ktoś mnie stąd wyciągnie. Liczyłem na to, że nie zarzygam wszystkiego dookoła siebie. Niestety już po chwili kwiatki przy dróżce pokryły się wymiocinami.

*Sally*
Hannah podeszła do mnie i mnie przytuliła, co było bardzo miłe z jej strony. Rozryczałam się już na dobre, bo nic nie szło po mojej myśli. Przed oczami nadal miałam obraz mizernego Biersacka, praktycznie umierającego na moich oczach. Do tego wkurzony Oli.. Liczyłam, że Carl nie będzie mnie wypytywać o szczegóły.
- Sally, jeśli chcesz możesz u nas zostać na noc.
Cholernie chciałam, ale w takim wypadku całe BVB miałoby do nas pretensje. Do tego nie mogłam tak opuścić Vicky. I tego chorego sukinsyna.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie, muszę wracać. Zaraz zadzwonię po tę jebaną taksówkę.
- Dobra, ale już nie płacz. Możesz wpaść kiedy chcesz. Zresztą i tak widzimy się za dwa dni. Będzie lepiej, zobaczysz.
- Dziękuję.
- Aha, i opiekuj się nim.. Wiem, że go kochasz.
Pochlipałam jeszcze chwilę i zeszłam do swojego ,,kochanego". A raczej żywego trupa.

***
 
Jazda taksówką przebiegła beznadziejnie. Kompletnie nie chciało mi się rozmawiać z Andy'm, nawet go opieprzać. Do tego zachowywał się tak obrzydliwie, widocznie wbrew swej woli. W pewnym momencie nawet wychylił się za okno, by zwymiotować.
Naprawdę chciałam już znaleźć się w hotelowym pokoju sam na sam ze śpiącą Victorią.
Kiedy dojechaliśmy, wyminęłam chłopaka z wyższością, gdy kulił się przy ścianie. Czułam na sobie jego wzrok. Wyprostowałam się jak kreska i ruszyłam przed siebie jak strzała. W cichym korytarzu dźwięczały tylko dudnienie obcasów i kaszel w równych odstępach.
Weszłam do pokoju, zostawiając cały ten szajs za sobą. Zrzuciłam z siebie czarną satynową kieckę i weszłam pod prysznic. Puściłam gorącą wodę na głowę i przetarłam zmęczone od łkania oczy. Chciałam tylko pogrążyć się we śnie i o wszystkim zapomnieć.
,,Lynn.. Zrób z nim coś. Pomóż nam obu.."
 
***
 
 
 
Podobny obraz
 


wtorek, 1 listopada 2016

Rozdział 20: ,,Ty możesz być Alicją, ja będę Kapelusznikiem"


*Sally*
 - Proszę was, niech Vicky jedzie z nami. Bardzo chce zobaczyć Anglię, marzy by tam w przyszłości zamieszkać!- przekonywałam chłopaków.- Jest moją przyjaciółką, bardzo mi zależy na jej szczęściu.
- Nie może jechać z rodzicami?- spytał nieco już zirytowany Jake.
- Nie.. Zresztą to co innego jechać z rodzicami, a co innego z przyjaciółką.
- Kogo jeszcze chcesz zabrać? Carla, Alice, Robbiego, ich rodziców, rodzeństwo, krewniaków?- rzucił sarkastycznie.
- Chłopaki, proszę. Tylko Vicky, tylko ten jeden raz.. Przecież to nie jest dla was jakiś problem.
- Właśnie, że tak, to kolejna osoba do pilnowania! Nie ma mowy, i tak już mamy dużo problemów.
- Przecież będę jej pilnować, Vicky to nie jest Andy!
- Dyskusja skończona, nie ma mowy. I tak będziesz musiała pilnować swojego chłopaka.
Zdenerwowałam się. Nie byłam jakąś niańką, chciałam jedynie zabrać przyjaciółkę, do tego najspokojniejszą i najmilszą. Przez Andy'ego i jego dziwne zdziczenie reszta całkowicie już zbzikowała.
- Sami go sobie pilnujcie, jeśli Vicky nie jedzie, to ja też nie - zawsze mogłam znaleźć jakiś inny sposób, by ją ocalić. W tej chwili była dla mnie ważniejsza od demonicznego, brutalnego chłopaka.
- Jak wolisz..- urwał Pitts, bo w pokoju pojawił się Jinxx.
- Niech Vicky jedzie - powiedział, a ja zastanawiałam się, czy mam wierzyć swoim uszom. Oczom też do końca nie ufałam. Ferguson wydawał się być przygarbiony i zmartwiony. Jego ton głosu brzmiał delikatnie. Chyba się czymś martwił.
- Co?- zdziwiła się reszta.
- Musi go pilnować. Coś znowu knuje.
No oczywiście, znów wszystko kręciło się wokół Biersacka. Gdyby nie jego autodestrukcyjne obsesje, mogłabym już dawno zniknąć. Jedyna korzyść była z tego taka, że mogłam zabrać przyjaciółkę.
- Dzięki - rzuciłam cicho. Już chciałam wyjść, ale Jeremy mnie zatrzymał.
- Sally, zaczekaj. Wy możecie iść - zwrócił się do mężczyzn. Opuścili pomieszczenie, a my zostaliśmy sami. Spuściłam głowę, chowając ciągle widoczne siniaki i blizny pod czarnymi włosami.
- Sally.. Wiem, co zrobił Andy. I jestem pewien, że żałuje, nawet jeśli jest skurwysynem.
- Tak, tak, na pewno.. Nawet się do mnie nie odzywa.
- Wiem. Ale jemu naprawdę przykro z tego powodu, widzę to - na zdrowy rozum brzmiało to absurdalnie, ale serce kazało mi się ulitować.
- Masz świadomość, że z Andy'm nie jest dobrze i przy Sykesie może się zachowywać koszmarnie. A nikt nie chce żadnych scen, prawda?
- No nie..
- Więc daj mu jeszcze jedną, ostatnią szansę i postaraj się mu wybaczyć.
Nawet się nie kłóciłam, choć powinnam odmówić. Tylko skinęłam głową.
- Postaram się z nim porozmawiać.
Chłopak uśmiechnął się blado, ale od razu posmutniał.
- Dziękuję, Sally. Obawiam się, że jesteś jedyną osobą, która może teraz na niego wpłynąć. Postaraj się go nie oceniać po tym, jak się zachowuje. Popatrz na wasz związek od samego początku.
,,Pomóż mu w tym"- odezwał się głos Lynn w głowie. Podskoczyłam, a starszy popatrzył na mnie zdziwiony.
- Wszystko w porządku?
- Zamyśliłam się.
,,Jak mam go wydostać z takiego doła, siostrzyczko?"- spytałam.
,,Pomożesz mu w tym"
,,Dobrze"- zgodziłam się, nie do końca rozumiejąc.
Tymczasem poszłam szybkim krokiem do swojego pokoju, by powiadomić Victorię, że już połowa planu zrealizowana. Andy mógł poczekać.
Teraz miałam już dwie osoby do uratowania. 
,,Vicky, udało się, zgodzili się!"
Odpisała już po chwili:
,,Dzięki Bogu! Jest jeszcze gorzej. Więc kiedy mam być gotowa?"
,,Za dwa tygodnie w czwartek. To będzie.. 25 sierpnia."
,,Jasne. Postaram się nie przesadzić z bagażem. Do tego czasu raczej w ogóle się nie spotkamy."
,,Będę tęsknić."
,,Ale potem będziemy mieć czas tylko dla siebie. Już odliczam!"
,,Ja też.."

***
 
 

*Andy*
- Andy, wstawaj!- Ashley przywalił w drzwi mojego pokoju, budząc mnie ze snu. Był środek nocy, a ja dopiero przed chwilą zasnąłem. Nie miałem ochoty wyłazić z łóżka teraz i wlec się do busa z taką ilością osób. Potem jeszcze lotnisko i samolot.. A na koniec hotel.
,,Lynn, naślij na mnie jakąś chorobę, bym nie musiał jechać. Lub cokolwiek.."
Ale tym razem się nie odezwała.
- Andy!- powtórzył zniecierpliwiony chłopak.
- Już!- warknąłem.
Zwlokłem się z wyra i ociągając się, jak tylko mogłem, naciągnąłem na siebie czarne ciuchy z długimi rękawami (choć miało być ciepło). W końcu po jakiś dwudziestu minutach, gdy już upewniłem się, że nikt nie czyha pod drzwiami, wysunąłem się na korytarz. Spakowanie mnie powierzyłem wcześniej durnemu perkusiście. Oczywiście bez pozwolenia na wejście do mojej świątyni. Gdy zszedłem na dół, oczywiście zostałem przez wszystkich zmierzony nerwowym spojrzeniem. Tylko Sally odwróciła wzrok.
- Gdzie ci cholerni Angole?- odezwałem się.
- Wyjechali wcześniej - odpowiedział oschle Jinxx.
- I kurwa, dobrze.
- Nie gadaj, idź i grzecznie usiądź w busie - rozkazał Jake. Wyjątkowo się zgodziłem, tylko po to, by usiąść jak najdalej od nich. Wyminąłem wszystkich w drzwiach, trącając wszystkich poza swoją ,,dziewczyną" i prześlizgnąłem się do pojazdu. Od razu zaszyłem się w swoim kącie, zasłaniając się zasłonkami. Chciałem już zakładać słuchawki na uszy, ale wtedy usłyszałem głos dziewczyny:
- Zatrzymaj się ulicę dalej, ja po nią pójdę.
- Przecież wygodniej jej będzie, jak podjedziemy pod dom - zdziwił się Purdy.
- Emm.. Nie chce budzić rodziny.
,,Co, wiejemy?"- od razu pomyślałem. Miało się w tym doświadczenie..
- No dobra, choć to trochę dziwne z jej strony.
- Prosiła mnie o to, więc czemu nie?
Zapanowała cisza, nikt już się nie odzywał. Po krótkim czasie zatrzymaliśmy się gdzieś, a Rogers się ulotniła.
 
*Sally*
,,Vicky, już jestem!"
,,Zaparkowaliście busa gdzie indziej?"
,,Na wszelki wypadek"
,,Okej, dzięki. Już idę.."
Zaraz potem pojawiła się w drzwiach z dużym plecakiem na plecach.
- Pomyślałam, że tak będzie wygodniej i ciszej - powiedziała szeptem.
- Chodź, zmywamy się stąd, zanim ktoś się zorientuje.
Gdy drzwi już były zamknięte, pośpiesznie rzuciłyśmy się do biegu. Na ulicy, gdzie zaparkowany był nasz transport, gwałtownie zwolniłyśmy. Ja wyglądałam tak samo jak zawsze, ale przyjaciółka aż ociekała potem i była czerwona. Zmartwiło ją to.
- Sally, wyglądam, jakbym biegła w maratonie! A to dwie ulice!
- Jest ciemno, nie zauważą!- powiedziałam.
- Oby. Choć spocę się do reszty ze strachu.
Drzwi się otworzyły, a Vicky widząc podejrzliwych mężczyzn, od razu się speszyła.
- Emm.. Hej!- rzuciła nieśmiało.
 
*Andy*
Wychyliłem się lekko zza kotary, ale chyba i tak w półmroku nikt nie zauważył. Victoria, przyjaciółka Sally, wtarabaniła się z bagażami do busa. Całkowicie się od siebie różniły. Rogers była niska i drobna jak dziesięciolatka, zupełnie jak mój skarb. Natomiast Summers przewyższała ją o głowę i na pewno więcej ważyła. W sumie to zwykle nie wyglądała tak źle, ale dzisiaj czerwieniła się, pociła i miała rozczochrane włosy. Na 100% śpieszyła się, uciekając z domu, ale nie miałem ochoty, by ją wsypać. Ja sam często ulatniałem się bez pozwolenia, także za młodu, więc w pewnym sensie doskonale ją rozumiałem. Poza tym zawsze krępowały ją spotkania z większą ilością ludzi, więc wolałem jej nie peszyć. Byłem w końcu powszechnie znany jako pierdolnięty psychopata, schizofrenik i chuj wie, kto jeszcze.
,,Coś ty taki dobroduszny, Andy?"
Zasłoniłem się, gdy obie przeszły obok.
- Niedługo dojedziemy na lotnisko, ale wystarczy by się zdrzemnąć - szepnęła do dziewczyny Sall.
- Nie mogę spać, jestem zbyt podekscytowana. Sally, boję się.. Boję się, a jednocześnie strasznie cieszę.
- Ja też.. Ale teraz radziłabym skoncentrować się na tym drugim.
,,Ach, te ckliwe dziewczęce gadki"- pomyślałem z ironią. Nie chciało mi się słuchać, więc założyłem na uszy słuchawki, cały czas pozostając czujny.
 
***
 
Czułem się wielce szczęśliwy, gdy nareszcie przebrnęliśmy przez wszystkie odprawy na tym cholernym lotnisku. O ile ja stresowałem się, że wykryją u mnie jakimś cudem narkotyki, to Vicky przejmowała się praktycznie każdym szczegółem. Chyba nawet ja nie byłem aż tak przerażony życiem w społeczeństwie. Ręce trzęsły jej się przy każdym ruchu, była strasznie niezdarna. Gdy ktokolwiek się do niej odzywał, kuliła się i w pierwszej chwili nie słyszała. Trochę jak ja zanim poznałem moją ukochaną. Dla jej dobra nawet się nie odzywałem, bo gdybym zaczął jej dogryzać, to dopiero by się przeraziła. Snułem się jak cień za całą grupą, słuchając Burzum.
W końcu nadszedł czas, by wsiąść do samolotu. Pozostał mi dylemat: miałem usiąść z którymś z chłopaków czy z Sally i jej przyjaciółką? Gdybym zajął miejsce obok dziewczyn, tylko bym przeszkadzał. Chyba mogłem się poświęcić. Na takie tam długie godziny.
Może trochę zbyt gwałtownie pchnąłem Christiana na fotel, gdzie to ja powinienem się usadowić.
- Siad - warknąłem pod nosem, a on tylko skinął głową i przysiadł się do zdziwionych dziewczyn.
Przeszedłem obok nieco zaniepokojonych pasażerów i podszedłem do Ashleya. No to teraz pozostawało pytanie: który się do mnie dosiądzie? Niestety zobaczyłem, że zbliża się do nas Jinxx.
- Siadaj - tym razem on rozkazywał.
- Ja chcę od okna - oznajmił Ashley. I tym samym skazał mnie na siedzenie po środku. 
,,Dzięki, chuju!"- pomyślałem. Zrezygnowany rzuciłem się na fotel.
,,Wytrzymasz, to tylko kilka lub kilkanaście długich godzin!"
Zamknąłem oczy.
 
*Sally*
Nie wiedziałam, co myśleć o geście Andy'ego. Z jednej strony poczułam ulgę, bo chciałam na spokojnie pogadać z Vicky, a z drugiej wkurzyłam się, że znowu mnie unika.
- Sally, moi rodzice mogli się już zorientować!- z zamyślenia wyrwała mnie przerażona Vicky.- Nie powinnam była tego robić!
- Daj spokój, nie zatrzymają samolotu! Nawet nie wiedzą, że jesteś ze mną, a co dopiero, że lecisz do Anglii!
- Boże, faktycznie! Co ja w ogóle robię?!- ukryła twarz w dłoniach.- Ja chyba muszę śnić!
- Nie, nie śnisz, bo mi też trudno w to uwierzyć - starałam się ja uspokoić.
- Uszczypnij mnie - poprosiła. Zawahałam się, ale wykonałam jej polecenie.
- Widzisz, to wszystko się dzieje naprawdę! Właśnie jesteś ze mną w samolocie i lecimy do Europy! Będziesz kilkanaście godzin od domu, na pewno tak szybko cię nie namierzą.
- Ja.. ja już nie wiem, czy to był dobry pomysł - miała łzy w oczach.
- Tak, nawet jeśli to był totalnie zbzikowany, obłąkany pomysł. Vicky, jesteś moją przyjaciółką. Jeśli cokolwiek złego będzie się z tobą działo, to ja za to odpowiem. A już moja w tym głowa, by wszystko dobrze poszło. Zresztą, jeśli chcesz, możemy upozorować porwanie, wtedy ja pójdę do pierdla, a tobie odpuszczą!- udało mi się rozśmieszyć dziewczynę.
- Jeśli ty pójdziesz siedzieć, to ja z tobą! A jeśli nie, to przepiłuję kraty twojej celi i cię wydostanę!
- Już jesteśmy zbiegami - zaśmiałam się.
- Fajnie jest się tak czasem uwolnić, zmienić swoje życie, prawda?
Mój uśmiech trochę osłabł, bo przypomniała mi się moja ucieczka z psychiatryka. Coś, czego wolałabym nie pamiętać. Właściwie nie była to nawet ucieczka, ale tak się czułam. Wybiegłam z tego strasznego miejsca na ulicę i czułam się wolna. I nawet, jeśli teraz życie nie toczyło się idealnie, to było o wiele lepsze od tamtego mrocznego zakładu. A wszystko przez to, że ja jako jedyna znałam prawdę i chciałam się z nią podzielić. W moim mózgu pojawił się okropny obraz policyjnych taśm, czarnego pokoju i dziwnych znaków, lśniącego noża, białego samochodu.. I mojej własnej najukochańszej siostry z wielką raną w brzuchu, całej w kałuży krwi. Jej otwarte, przerażone oczy.. Tamtego dnia moje dzieciństwo zostało zrujnowane. Już nigdy nie czułam się tą samą, słodką i szczęśliwą dziewczynką..
- Wszystko gra?- zaniepokoiła się Victoria.
- Poza tym, że właśnie realizujemy tajny plan ucieczki, to tak!
- Panie i panowie, proszę o podniesienie foteli do pozycji pionowej, zamknięcie stolików i umieszczenie bagażu podręcznego na miejscu. Za chwilę odlatujemy!- usłyszałyśmy komunikat.
Oparłam się o fotel i spojrzałam na przyjaciółkę. Wyglądała przez okno i trochę tak jak ja prawie dwa lata temu zaczynała nowe życie.
 
***
 
*Andy*
Robiło mi się coraz bardziej niedobrze. Brakowało mi powietrza, przed oczami pląsały mi cholerne kolorowe gwiazdki i coraz bardziej wydawało mi się, że jestem we śnie. Z jednej strony nie przejmowałbym się uwagami mammy Jinxxa i obrażonego pana Purdy'ego, ale czułem się naprawdę ciulowo. Lynn chyba wysłuchała mojej prośby o nasłanie jakiegoś choróbska. Cholera, gdybym teraz zemdlał, to zaraz wywołałbym panikę i skupił uwagę wszystkich na swojej osobie. Musiałem jakoś wytrzymać, albo chociaż udawać, że jest okej.
- Andy, coś nie tak?- zapytał Ashley.
- Nudzi mi się, chyba się prześpię.. ekhm - rzuciłem na poczekaniu i oparłem głowę na fotelu. Zamknąłem oczy i starałem skoncentrować się na ciężkim oddechu.
- Ty śpisz w dzień?- zdziwił się.- A niby taki Książę Ciemności..- zadrwił.
- Nie dałeś mi, kurwa, spać w nocy, to śpię póki mam czas - skomentowałem w typowy dla siebie sposób i chyba odpędziłem od siebie podejrzenia.
- Niech śpi, przynajmniej będzie grzeczny - powiedział ponuro Jinxx. Gdybym miał siłę, na pewno bym odpysknął, ale poczułem, że odlatuję całkowicie, zupełnie jak na haju. Po chwili nie czułem już nic, tylko pustkę i czerń.  
 
***
 
- ANDY!- usłyszałem nad sobą dość głośno i poczułem jak ktoś mnie szturcha.- Co się z nim dzieje?!
Czyżby już się zorientowali, że wcale nie zasnąłem tylko (chyba) zasłabłem? Mimo ogromnego ciężaru własnych powiek, podniosłem je. Na szczęście nie znajdowałem się w szpitalu, choć widok samolotu również mnie nie ucieszył.
- Po co mnie budzisz?!- próbowałem brzmieć groźnie, ale zabrzmiało to jak szept. Musiałem wyglądać jak flak rozciągnięty na tym fotelu.
- Bardzo długo spałeś. Za kilka godzinek dolecimy. Na pewno wszystko okej?- zapytał zaniepokojony Ashley. Lekko skinąłem głową jak jakaś ciota.
- Tak. Tylko.. Ja chyba.. Muszę iść do łazienki - zanim zdążył zadać kolejne pytanie, wyrwałem się z fotela mało nie przewracając się z powrotem.
- Andy, chodź tu!- syknął Jinxx. ,,Jeszcze dodaj do nogi!" Nie odwróciłem się, runąłem na przód samolotu, choć przed oczami latały mi rozgwiazdy w kolorach tęczy i chwiałem się, potrącając wszystko, co stanęło mi na drodze.
- Przepraszam - mamrotałem tylko, niepodobnie do siebie.
- Czy mogę panu w czymś pomóc?- zaatakowała mnie wyszczerzona niczym wampir stewardessa.
- Nie - odparłem trochę zbyt gwałtownie, wymijając ją. Dotarłem do drzwi toalety. Już chciałem wejść, ale było zajęte. Cała sytuacja wyglądała komicznie. Ja- wielki zły gość, który wszystkim łamał serca, teraz panikował, bo zajęli mu kibel. Choć chyba wolałbym srakę od tego niewyjaśnionego haju. Oparłem się ostrożnie o ścianę. Ostatnio nie ćpałem, więc tę możliwość też wykluczyłem. Halucynacje? No błagam, moja przyjaciółka odwiedzała mnie po śmierci.
,,Lynn, proszę, pomóż.. Byłem debilem, że zawracałem dupę błaganiami o chorobę. Ale teraz nie jest miło. Chyba umrę.. Jeszcze nie teraz, wybłagaj go w moim imieniu!"
Tymczasem robiło mi się coraz dziwniej i dziwniej, czułem, że brakuje mi powietrza. Stąpałem po wacie, głowa ciążyła jakby wypełniał ją ołów. A w płuca chyba wpompowano mi kwas żrący.
Wtedy na szczęście drzwi się otworzyły. Nie dbałem o to, że to będzie wyglądać niezwykle chamsko, popchnąłem wychodzącą osobę i zamknąłem się w środku. Mimo że miejsca do dyspozycji było mało, to tego czystością to miejsce nie słynęło, położyłem się na klejącej się, śmierdzącej podłodze i wyciągnąłem nogi do góry. Przydałaby się też maska tlenowa..
Z całej siły walczyłem, by zostać i nie zatracić się w ciemności. Szeroko otworzyłem oczy i chełstami łapałem powietrze. Moje ciało się trzęsło, ale dzięki metodzie z nogami w górze, która była jedyną, jaka przychodziła mi do głowy, troszeczkę mi się poprawiło. Obraz nadal się rozmywał, a w płucach paliło, ale serce zaczęło bić w równiejszym tempie. Po dość długim czasie przekonałem się też do wypicia wody z kranu.
Podniosłem się i nadal na chwiejnych nogach dowlokłem na miejsce.
- Andy, co się z tobą, kurwa, dzieje?!- wszyscy członkowie zespołu zerknęli na mnie nerwowo. Kilku obcych ludzi również zlustrowało mnie wzrokiem, raczej niezbyt przychylnie.
- Musiałem się odlać - wzruszyłem ramionami, lecąc na fotel jak jakaś jebana marzanna.
- Kłamiesz, coś się z tobą dzieje!
- Wszyscy macie paranoję - udawałem pewnego siebie.- A teraz idę spać, obudźcie mnie, jak dolecimy.. To rozkaz.
Zostałem obrzucony nerwowymi spojrzeniami. Usłyszałem parę uwag w stylu ,,Kompletnie oszalał" lub ,,On jest poważnie chory, nie tylko na głowę", ale tuż potem urwał mi się film.
 
***
 
- Andy, wstawaj!- dotarło do mojej świadomości.
- On w ogóle żyje?
- Mam nadzieję.. Andy!
Mimo że powieki ciążyły mi niemiłosiernie, udało mi się je podnieść
- Co jest, kurwa?- wydusiłem.
- Dolecieliśmy! Spałeś jak zabity. I chyba niewiele ci brakuje.
Rozejrzałem się lekko oszołomiony. Czułem się trochę tak, jakby ktoś mnie ogłuszył. Ludzie dookoła wstawali, ale w pierwszej chwili hałas do mnie nie docierał. Czułem tylko duszność, suchość, palenie w płucach i narastający ból głowy. Zacząłem się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby się przyznać. Gdybym trafił do szpitala, nie musiałbym iść na pieprzoną galę MTV i oglądać ryja Sykesa. Do tego wkurzyłbym choć trochę resztę Black Veil Brides. Niestety taki plan miałby więcej minusów- ze szpitala na pewno zbyt szybko bym nie wyszedł, do tego Jinxx zadbałby pewnie, by udowodnić, że potrzebuję stuprocentowej opieki, bo jestem niepoczytalny. Przy tym dowiedziałby się o tym cały świat, nawet ten jebany Anglik. Pozostawało mi walczyć o życie, a jeśli plan by nie wypalił, pozostawała pierwsza opcja.
Targnąłem się do góry, mając wrażenie, że moje nogi zostały zrobione z gąbki. Pomimo tej ogólnej dziwności runąłem jak najszybciej przed siebie, byle by wydostać się z samolotu. W końcu to mogło być tylko działanie zmiany ciśnień, prawda?
,,Nie narzekaj, tylko targaj swoją dupę!"- usłyszałem. Lynn czy po prostu intuicja? Dezorientował mnie mój stan. Nawet myśli przypominały oślizgłą, rozmazaną papkę.
Gdy już znalazłem się na zewnątrz, zaciągnąłem się świeżym powietrzem (o ile takie istnieje na lotnisku). Minimalnie pomogło. Wszyscy patrzyli na mnie jak na psychola.
- Andy, coś nie tak?- spytał nieśmiało nędzny perkusista, kuląc się, gdy usiłowałem zabić go wzrokiem.
- Milcz - skomentowałem bez namysłu.
- Coś jest nie tak, na miłość boską, powiedz, co?!- naskoczył na mnie Ferguson, starając się, by Sally i Victoria nas nie słyszały.
- Gówno, odpierdol się. Zaraz z twoim ryjem coś będzie nie tak!- warknąłem. I wtedy, by pokazać swoją wyższość i bunt, zrobiłem chyba najgłupszą rzecz, jaką mogłem w tej sytuacji zrobić. Wyjąłem fajki i drżącymi palcami wyciągnąłem papierosa. Gdy zaciągałem się dymem, niemal poczułem śmierć prześlizgującą się między żebrami.
- Zgaś to, kurwa, mały gnoju! Nie rozumiesz?!- patrzył na mnie z dołu. Nie odpowiedziałem, tylko minąłem go i ruszyłem przodem. Poruszałem się nieco jak pijak. Musiałem wzbudzać niezłą sensację.
 
***
 
Cały ten proces odbierania bagaży i reszty tobołów spędziłem siedząc na podłodze, opierając się plecami o ścianę i starając się skupić na słowach ,,wdech, wydech". Gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądać, prawdopodobnie bym nie wyjeżdżał.
Powiodłem wzrokiem po wszystkich ludziach. Mimo że kuliłem się w kącie i prawdopodobnie tym razem wzbudzałem litość, a nie strach, Sally nie odezwała się do mnie słowem, a za każdym razem, gdy nasze spojrzenia się spotykały, odwracała wzrok. Było mi głupio, cholernie głupio.. Powinienem ją przeprosić. To było wbrew mojej logice, ale tak bardzo tego chciałem. Przy okazji miałbym choć jednego sojusznika. Ale odrzucając sprawy mojego celu.. Cholera, zależało mi na niej! Wydawała mi się taka piękna, słodka i niewinna, na pewno by mi jej brakowało. Była jak pierwiastek tego, co straciłem. Nawet Lynn, nie zważając na nasze zainteresowania, dawała mi trochę ciepła.
Podniosłem się i lekko się garbiąc podszedłem do dwóch dziewczyn. W oczach swojej własnej ,,dziewczyny" dostrzegłem przerażenie i niepewność. I zrobiło mi się smutno, cholernie smutno.
 
*Sally*
Trochę się zaniepokoiłam, gdy Andy stanął, gapiąc się na nas z góry tymi swoimi pustymi oczami. Ciężko oddychał i zastanawiałam się, czy może nie myśli, jak nas wszystkich zamordować.
- Sally, muszę z tobą porozmawiać - powiedział w końcu lodowatym tonem. Co ja mu niby zrobiłam?! Znowu zamierzał rozładować na mnie napięcie?! ,,O nie, kurwa, prędzej ja ci pokażę!".
- Może kiedy indziej, Andy - odparłam łagodnie, wbrew swoim myślom.- Teraz rozmawiam z Vicky.
Nic nie powiedział, chwycił mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę toalet. Victoria nieco się wystraszyła, wytrzeszczyła oczy i już chciała za nami podążyć.
- Sally!.. Em, Andy, co ty robisz?- spytała nieśmiało.
- To pilne - zapewniał.
Odwróciłam się tylko w stronę przyjaciółki i wzruszyłam ramionami. Cała nasza grupka spojrzała na nas podejrzanie.
Po chwili znaleźliśmy się w damskiej toalecie, a Andy zamknął nas w jednej kabinie. Dlaczego wszystkie nasze ,,poważne" spotkania musiały się odbywać w kiblach?
- O co chodzi, że musimy się tak ukrywać?!- strach we mnie narastał, bo co jeśli planował ze mną zrobić to, co niedawno?
Już szykowałam się do samoobrony. Jednak on oparł się bezradnie o ścianę i wlepił spojrzenie w podłogę.
- Chcę cię przeprosić.. Przepraszam - wydukał tonem, który był u niego raczej niespotykany.
- Posłuchaj, skurwysynie - pokręciłam głową, ale on jedynie złapał moją twarz i przywarł do moich ust. Rozsądek podpowiadał, że powinnam się od niego odkleić i dać mu z liścia, ale.. w końcu nadal byłam jego dziewczyną, tak? Przy okazji tego chciałam, nie powinnam lekceważyć takiej wrażliwości od osoby, która zachowywała się jak brutal.
,,Ale ty jesteś tępa!"- skarciłam samą siebie.
Rozluźniłam się nieco i pozwoliłam chłopakowi na ten miły akt. W końcu odstąpił ode mnie.
- Cholernie cię przepraszam, wiem, że postąpiłem jak kretyn - popatrzył na lekkie pozostałości po ranach.- Ale naprawdę nie chciałem.. Po prostu ja już nie mogę tego wszystkiego..
- Ale czego?! Co cię, kurwa, do ,,czegoś" zmusza. Dlaczego raz jesteś milusi, a raz traktujesz mnie jak worek treningowy?!- nie rozumiałam.
- No.. Nieważne.. Po prostu potrzebuję cię. Nawet nie wiesz, jak trudno jest być twardzielem, gdy nikogo nie masz po swojej stronie.
- A co jeśli wykorzystasz mnie tylko do swoich celów?! Potrzebujesz mnie tylko wtedy, gdy masz problemy?- odsunęłam się.- Brzydzi mnie to, wiesz?!
- Nie, Sally. Kocham cię, naprawdę. I nie zamierzam cię już skrzywdzić.
Staliśmy przed sobą w milczeniu. Cały czas marszczyłam brwi i nie chciałam patrzeć mu twarz, bo teraz przybrała wyraz smutku. A może jednak powinnam się poświęcić? Ze względu na resztę, by trochę go zdyscyplinować?
- Sally, błagam - po tych słowach runął na ziemię i ukląkł przy mnie na kolanach, składając ręce jak do modlitwy. Zdębiałam.- Daj mi ostatnią szansę. Wiem, że jestem chujem, ale się poprawię!
Westchnęłam i podałam mu rękę. Nie umiałam być twarda.
- Podnieś się. No dobra. Ostatnią, ale masz farta!
Podniósł się i po tak długim czasie rozłąki, wpadliśmy sobie w ramiona. Nie mogłam postąpić inaczej, cały czas darzyłam go tym dziwnym rodzajem miłości.
- Kurwa, ja też cię kocham - wyszeptałam.- Ale nawet nie wiesz, jak mi wtedy było przykro..
- Wiem - odpowiedział, ale po chwili posmutniał.- Chciałbym ci to wszystko teraz wynagrodzić, ale kibel to chyba nie najlepsze miejsce. Choć lepsze niż siedzenie z tamtymi niańkami. Szkoda, że musimy tam wrócić.. Musisz mi pomóc. Błagam, nagadaj im coś, byle by się ode mnie odczepili. Nie chcę jechać do żadnego jebanego szpitala. Zwłaszcza w tym zjebanym kraju! Nie chcę by dotykał mnie jakiś jebany Angol-doktorek, który rano swoimi łapami dotykał pierdolonych jajek i kiełbasy!
Parsknęłam. Szczerze brakowało mi trochę tego naszego buntu. Po chwili jednak dotarła do mnie powaga sytuacji.
- Właśnie, co się z tobą dzieje?- zmartwiłam się, bo widziałam dziwne zachowanie chłopaka. Wszyscy je widzieli, wyglądał jak parodia kaleki.
- To nieważne.. Nic wielkiego, zajmę się tym, jak wrócimy do USA, okay?- chciał mnie chyba udobruchać. Nie miałam nastroju na prawienie kazań.
- No dobra - pocałowałam go szybko.- Ale uważaj na siebie. Czyli że teraz zachowujemy się tak jak przed kłótnią?
- Tak. Jak chłopak i dziewczyna.
Uśmiechnęłam się.
- Ty możesz być Alicją, ja będę Kapelusznikiem - uśmiechnął się delikatnie, nawiązując do Carrolla.
- To klasyk angielskiej literatury!
- A no tak, cofam to!
Tak naprawdę to jego wyraz twarzy nie był Słoneczkiem z ,,Teletubisiów", ale w obliczu wszystkich wkurzonych min, wyglądał jak uosobienie radości i beztroski.
Chwilę później gwałtownie szarpnął mnie za rękę i wypadliśmy z pomieszczenia.

*Andy*
Trochę dziwne wydawało się, że jeszcze przed chwilą ja i Sally nawet nie zwracaliśmy na siebie uwagi, a teraz trzymaliśmy się za ręce. Z drugiej strony mogło to trochę uspokoić moje ,,niańki".
Odprowadziłem swoją dziewczynę do jej przyjaciółki (której widocznie ulżyło, że ona jeszcze żyje), udając, że nie widzę pozostałych. Niestety oni zobaczyli mnie i już po chwili przyparował do mnie Jinxx.
- Andy, pozwól - odezwał się, jakbym był jakąś damą. ,,Jaka obrzydliwość cię znowu widzieć, szanowny kutafonie."
Mimo wszystko oddaliłem się z nim w stronę chłopaków.
- Czego chcesz?- rzuciłem z lekkim uśmieszkiem, licząc, że trochę go rozdrażniłem.
- Pierwszy raz to mówię, ale jestem z ciebie dumny, że ją przeprosiłeś - chyba chciał mnie poklepać po ramieniu, ale ten gest wydał mi się tak ohydny i ciotowaty, że odsunąłem się z odrazą. Moja radość zniknęła. Wszyscy pozostali cicho zachichotali, zwłaszcza Ash. ,,Odechce wam się, śmieszki.."
Zagotowałem się w środku, włącznie z płucami.
- Dobry chłopiec - prychnął.- Oby tak dalej.
Podszedłem do niego i przyłożyłem z liścia. Zatoczył się lekko do tyłu i chyba chciał mi oddać, ale Jake go zatrzymał.
- Coś mówiłeś?!- spojrzałem na niego z góry.
- Spierdalaj, psycholu!- odpowiedział.
- Ashley, Andy..- usiłował rozdzielić nas najstarszy, ale ja nie zamierzałem się teraz tam plątać. Prędzej czy później zeszłoby na temat mojego zdrowia. Zacząłem się oddalać, ale udało mi się usłyszeć ciche szepty, coś w stylu ,,Teraz mamy Sally".
,,To się nie zdziwcie"- pomyślałem i ponownie usiadłem pod ścianą. 

***
 
W końcu dojechaliśmy do hotelu. Był całkiem niezły na pierwszy rzut oka, choć tęskniłem za swoim pokojem i trochę obawiałem się, czy moi wspaniałomyślni najdrożsi wrogowie nie zapłacili komuś, by się tam włamał.
- Dlaczego nie mogę od razu pojechać do Danny'ego?- spytałem niezadowolony.
- Bo tutaj mamy cię pod kontrolą - odparł Pitts. Chyba już przestali maskować to, że według nich jestem nienormalny. ,,Czyli co, robicie mi wesołe wakacje w ośrodku zamkniętym?"
Łaziłem w kółko po dużym holu, czując się naprawdę podle. Marzyłem tylko o tym, by mieć na chwilę spokój i nie musieć przebywać w tak wielkiej gromadzie ludzi. Cieszyłem się, że jest noc i nie nękają nas żadni fani. W końcu usłyszałem komendę Jinxxa:
- Sally, Vicky, wy macie pokój oddzielnie!
Cholera.. Faktycznie, może moje towarzystwo by im trochę przeszkadzało, ale byłem chłopakiem Sally.  Dlaczego więc musiałem dzielić pokój z jakimiś facetami?
- A ja? Może dacie mi chociaż oddzielny pokój?- miałem roszczenia.
- Nie wygłupiaj się, we wszystkich trasach śpimy razem w pokojach, w busie też. Ale możesz być z Ash'em lub Christianem, jeśli chcesz.
Wzruszyłem ramionami, choć w rzeczywistości taki układ mi pasował. Mógłbym wybrać tego nędznego garotłuka i mieć spokój, ale jakoś nie miałem nastroju go straszyć, więc rzuciłem:
- Mogę być z Ash'em. Chyba, że ma mnie szpiegować.
Westchnął, bo sam wiedział, że tak czy siak nasza relacja na tym się opierała.
- Jak nie będziesz rozrabiał, to nie będzie o czym donosić.
Zaśmiałem się pusto.
- Mamma Jinxx, dowaliłeś.
Zmarszczył brwi, ale chyba nie miał mi tego za złe.
- Dobra, pogadamy jutro - powiedział oschle.- A w przyszłości w towarzystwie psychiatry.
- Spierdalaj, okej?- uśmiechnąłem się wrednie, ale on odwrócił się i odszedł do Purdy'ego. Szeptał coś do niego, jakby celowo co chwilę patrząc na mnie. Sam Ashley chyba nie był zbyt ucieszony tym, że ma robić za niańkę. Podszedł do mnie powoli i wycedził:
- Dobra, chodź, ale najlepiej się nie odzywaj.
,,Dziękuję za czułość i zachętę, kochany przyjacielu"- podziękowałem mu sarkastycznie w myślach.- ,,Oczywiste jest chyba, że jeśli traktujecie mnie w ten sposób, to ja wam odpłacam tym samym, hę?"
Wychodząc z recepcji, pocałowałem jeszcze Sally w czoło.
- Dobranoc - powiedziałem dość miło. Uśmiechnęła się.
- Dobranoc - odpowiedziała stając na palcach, by zrobić to samo.- Nie daj się.
- Andy, chodź!- ponaglał mnie basista.- Ja pierdolę..- dodał cicho.
Ruszyłem za nim do windy. Już się do mnie nie odzywał.
 
***
 
- O chuj ci chodzi?- zapytałem, gdy sprawdzał po ciemku Messengera. Ja siedziałem na balkonie, paląc papierosa. Tak, potrzebowałem tego. Chyba by się dobić.
- A jak myślisz?
- Nie wiem, rozumiem, że Jinxx i Jake mnie nienawidzą, a Christian się mnie boi, ale ty? Myślałem, że jesteś po mojej stronie.. - starałem się mówić w miarę opanowanym głosem.
- Serio, kurwa?! Jak można być po twojej stronie, spierdolino?!- oburzył się.- Dałeś mi dziś po ryju!
- To czemu mi kiedyś pomagałeś? Może nie zawsze ci wychodziło, ale chociaż próbowałeś.
- Próbowałem, ale mnie oszukiwałeś i wykorzystywałeś to, że jako jedyny uważałem tę całą akcję z niańczeniem cię za głupią i bezsensowną. Obiecywałeś, że się zmienisz, a potem wszystko powtarzałeś i powtarzałeś, a na końcu wyszło, że ja też jestem tym złym. Prawda jest taka, że to ty nienawidzisz nas wszystkich i chyba nie ma sensu, bym ci pomagał, no nie?!- wkurzył się.
- Nie nienawidzę cię, w sumie tego garotłuka też nie. Chodzi głównie o Jinxxa i Jake'a.
- Wiesz, zaczynam ich rozumieć - spojrzał na mnie z wyrzutem.- Jesteś jak dziecko, gdybyśmy ci dali luz, już dawno leżałbyś pod ziemią!
- Cholera, czy ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, co oni chcą mi zrobić?!- prawie krzyknąłem.- Chcą mnie ubezwłasnowolnić! Jakbym był jakimś niedorozwojem!
Walnąłem pięścią w jebany plastikowy stolik, prawie go rozwalając.
- Należy ci się - prychnął.- Tak jakbyś nie mógł się zmienić, ale nie, kurwa, duma ci nie pozwala! W ogóle skąd ten pomysł bycia totalnym psychopatą?! Jesteś serio pierdolnięty?! Chyba nikt ci nie każe?!
Westchnąłem, zaciągając się dymem.
- Nie każe, ale nie robię tego dla siebie..
Zaśmiał się pusto, co tylko mnie rozjuszyło.
- Co, wyimaginowany przyjaciel? Głos w głowie?
- Nie. Była prawdziwa. I nadal jest - odwróciłem głowę.
- Daj sobie już z nią spokój. Słuchaj, wiem, że bardzo ci na niej zależało, byliście w końcu prawie parą. Ale to było w 2006, czyli lata temu. Nie możesz przestać się na nas wyżywać? Nie zamordowaliśmy jej, sama się zabiła!
Poczułem jakby ukłucie w sercu na myśl o zwłokach ze zmasakrowanym brzuchem, całych we krwi i wyrazu przerażenia na twarzy. Jej oczy nadal na mnie patrzyły, zupełnie, jakby chciała mi coś powiedzieć. Ale czemu do dziś tego nie zrobiła? Dobrze tylko, że poinstruowała mnie, co robić, gdy zostanę sam. Do dzisiaj miałem gdzieś księgę, którą mi dała, ale niestety nie mogłem jej znaleźć, dlatego używałem kopii. Miałem nadzieję, że to nie wpływało na jakość oddawanej przeze mnie chwały.
- Dla mnie Lynn nigdy nie umrze. Mam nie pozwolić umrzeć pamięci o niej.
- Zresztą.. Kurwa, obaj byliście stuknięci! To chyba przez nią tak oszalałeś.. Widziałeś jej pokój?! A no tak, przecież ty, zjebie, z nią tam siedziałeś codziennie! Chuj wie, co wy tam robiliście! Już po tamtym zajściu powinni cię ubrać w kaftanik i wysłać do wariatkowa!
Nie wytrzymałem, rzuciłem się na niego. Chwyciłem go gwałtownie za górę od piżamy i podciągnąłem do góry.
- Nigdy, kurwa, masz już nie obrażać Lynn, jasne, kurwa?!
- Dobra, puszczaj, spierdolino! Mam nakablować do Jinxxa?! Przy okazji powiem mu, że całą noc paliłeś! I wtedy ubezwłasnowolnimy cię już jutro! Będziesz, kurwa, leżał jak roślina w szpitalnym łóżku, najlepiej przykuty, żebyś nie zwiał!
Cholera, miał mnie. Musiałem go puścić, bo tylko on znał szczegóły tego, co robiliśmy z moją najukochańszą, słodką przyjaciółką. Mógł mnie sypnąć w każdej chwili, choć kiedyś też się przyjaźniliśmy.
- Dobra, przepraszam. Emocje.
- Jak zawsze?- zmarszczył brwi.- Sally też przetrzepałeś tak, by się wyładować?
- Serio, nie chcę się z tobą kłócić. Proszę, wybacz mi. Naprawdę, nie chcę mieć spiny z każdym z was.
- I tylko dlatego to mówisz? Przy lepszej okazji znów będzie jak zawsze!
- Nie. Po prostu tęsknię za tym jak się przyjaźniliśmy, okay? Chcę by było po staremu, chcę z tobą rozmawiać, brać porady na temat randek i tak dalej - zdobyłem się na uśmiech.
Popatrzył na mnie i zapanowała dłuższa chwila milczenia.
,,Jaki piękny stek bzdur ci właśnie wcisnąłem, idioto. Łykniesz haczyk?"
- No dobra, mały kurwiu - uśmiechnąłem się pod nosem.- Na razie masz okres próbny. Jak nie będziesz się na mnie wyżywał, to zobaczymy..
- Dzięki!- zaśmiałem się pusto i delikatnie go przytuliłem. ,,Tylko, kurwa, nie pomyśl, że jestem gejem!"
Odsunąłem się szybko i rzuciłem:
- Idę do kibla.
- Żebym ci nie przyjebał za to, co mi dziś zrobiłeś.. Zmieńmy temat. W ogóle o co chodziło z tym dzisiejszym zachowaniem w samolocie?- zapytał już spokojniej.
Speszyłem się, bo domyślałem się, na co jestem chory. To była kwestia czasu, kiedy dopadnie mnie jakiś atak. Albo śmierć.
- Nie mam pojęcia - już chciałem się oddalić.
- Andy..
- Co?
- Jak będziemy w USA, to jako przyjaciel nie daruję ci tego szpitala. Bo nie chcę by było za późno.
Udawałem, że nie słyszę. Zamknąłem się w kiblu, by uniknąć jakiejś głębszej rozmowy. Może przydałaby się jakaś gadka, by jeszcze bardziej przekonać Asha do siebie, ale przecież go w końcu okłamałem.. Tak?
Nagle poczułem ostre ukłucie w piersi i aż osunąłem się na podłogę sycząc.
- Andy, wszystko w porządku?- usłyszałem zza ściany.
- Tak, poślizgnąłem się!- odpowiedziałem.- Hehe! Jebana woda!- kłamałem jak z nut.
Pochyliłem się, starając się zahamować dziwne uczucie, choć wiedziałem, że to niemożliwe. Czy to moje płuca powodowały ścisk? Czy może coś więcej?
Jakby na zawołanie organizm zaprzeczył i ból prześlizgnął się w inne zakamarki ciała, paraliżując moje ruchy. Leżałem na podłodze patrząc z przestrachem przed siebie. Bicie mojego serca przyśpieszyło, gdy przed moimi oczami zaczęła formować się kobieca sylwetka. Momentalnie ją rozpoznałem. Stanęła przede mną Lynn, tylko w innej wersji, niż ją znałem. Miała iście pusty wyraz twarzy, patrzyła na mnie jak zza mgły. Nie mrugała. Jej dolna warga opadała bezwładnie jak wszystkie kończyny. Ubrana była w białą szpitalną koszulę, a z jej brzucha zwisały wnętrzności. Dokładnie tak, jak zapamiętałem. Żyły na dłoniach nabrzmiały, a z małych rozcięć na skórze sączyła się krew. Czarne włosy opadały na wychudzone policzki, powodując, że prezentowała się dość nędznie. I upiornie w chuj.
Bezgłośnie poruszałem wargami, przypierając do ściany.
,,Nie bój się, tchórzu.."- powtarzałem sobie w głowie. Przełknąłem ślinę, nadal wpatrując się w nieprzytomnego ducha. Powoli wyciągnąłem rękę, cały czas obserwując reakcje, czyli w sumie ich brak. Poczułem się nieco pewniej. Chciałem dotknąć ducha, ale ubranie sparzyło mnie w rękę, sprawiając, że całkowicie przerażony upadłem na kolana. Poczułem powstające pęcherze na skórze. Po moich policzkach popłynęły łzy, myślałam, że moje serce zaraz wyskoczy ze swojego miejsca. Złożyłem ręce w błagalnym geście, bo najwyraźniej czekała mnie kara za coś poważnego.
- Nie podoba mu się to.
- Ale co?- brzmiałem tępo i czułem się jak zupełnie inna osoba. ,,Cholera, wiesz, o co chodzi! Czytałeś całą książkę!"
- Znienawidzi cię - nie zwracała uwagi na moje pytanie.- Znienawidzi cię.
Wpadłem w jeszcze większy strach. Jeśli on mnie znienawidzi.. To.. To co się ze mną stanie?! Będzie mną pomiatać jak zwykłym gównem?! Jak tymi nieświadomymi nędznikami?! Przecież tych męk nawet nie dało się opisać!
- Co mam zrobić, by go zadowolić?!- po moich policzkach pociekły łzy.
- Znienawidzi się. Nienawiść.. nienawiść.. nienawiść - powtarzała w kółko to słowo i spojrzała na mnie tymi zaćmionymi oczami.- Nienawiść. Śmierć - zaakcentowała ostatnie słowo.- Śmierć idzie, powoli, powoli, powoli.. Wślizguje się w nas, oh, jak przyjemna i słodka w swego bólu rozkwicie- zaczęła rzygać krwią i flakami.- Zabiera wszystkich: starców, dzieci, młodych, starych.. Kto nie dostrzega prawdy, zostanie ukarany.. Kto się nie stara, będzie skazany. Ból, ból, ból - zaczęła podśpiewywać. Kiedyś śpiewałem to razem z nią, ale teraz jej wysoki głos wydawał się taki upiorny.- On patrzy, on widzi, on zabija, on karze. Cierpienie ból, nienawiść, nienawiść, nienawiść..
Na chwilę przerwała, cisza potęgowała napięcie.
- Zbłądziłeś!- krzyknęła przeraźliwie, prawie eksplodując.
Zniknęła.
Każdy milimetr mojego ciała dygotał. Zamknąłem oczy i zacząłem bezgłośnie szlochać. Jeśli totalnie to teraz spieprzyłem, to jestem skończony na wieki. Na nieskończoność. Musiałem coś zrobić, cokolwiek. Ale co teraz? Właśnie pogodziłem się z Ashem, nie miałem serca, by teraz ponownie go obrazić. ,,Właśnie, powinieneś nie mieć serca, a ty się, kurwa, rozpraszasz!" Choć pewnie stwierdzono by mi zaburzenie dwubiegunowe czy coś w tym stylu.
Zbłądziłem. Naraziłem się na najgorsze, przez bezsensowną dobroć.
A Sally? Przecież ona była tak kurewsko podobna do Lynn, do tego nadal nie odkryłem do końca jej tajemnic. Może ona mogła mi jakoś pomóc?
Podniosłem się i obmyłem czerwoną twarz zimną wodą. Musiałem tam iść teraz, zaraz. I tak nie mógłbym zasnąć. W uszach dudniła mi upiorna melodia.
,,Nienawiść, nienawiść, nienawiść. Zbłądziłeś."

*Sally*
Akurat siedziałam na swoim łóżku, nie mogąc zasnąć. Nie wiem co, ale coś mnie trapiło. Jakiś niepokój. Vicky patrzyła na mnie, leżąc nieopodal, w jej oczach połyskiwały poszczególne łzy.
- Wiesz, kurewsko się cieszę, że im uciekłam. Wolałabym do nich nie wracać, ale to chyba niemożliwe.
- Nie mów sobie, że to niemożliwe. Niemożliwe jest możliwe. Siedzimy teraz razem w hotelu w Anglii ze znanym zespołem, by odebrać nagrodę muzyczną, pójdziemy na galę MTV! Do tego Andy mnie przeprosił.. To jest dopiero cud!
Istotnie, nadal trochę nie dowierzałam, ale tym razem miałam wrażenie, że naprawdę mnie potrzebuje. Nie miałam pojęcia, co się z nim dzieje, ale chciałam dać mu jakiekolwiek oparcie.
- No, trochę dziwne. Dla mnie też jest całkiem miły, z tego, co mi mówiłaś, myślałam, że będzie mnie nienawidził. Nawet myślałam, że cię pobił. Wiesz, to głupio brzmi, ale te wszystkie zadrapania..
- Nie, to wcale nie tak - zasymulowałam śmiech.- Wiesz.. emm.. Byłam z Carlem w lesie i się wywaliłam. Nieźle się urządziłam.
- Co robiłaś z Carlem w lesie?- uśmiechnęła się jak zboczeniec. Odpowiedziałam niemrawym uśmiechem.
- To Carly, znasz go. Debil, ale czarujący.
- Tak, tak, ja wiem, co jest grane!
Zaśmiałam się, ale po chwili zamilkłam. Wsłuchałam się w krople deszczu za oknem.
- Sally - poprosiła słodkim tonem.- Opowiedz mi bajkę!
Zachichotałam.
- Może być o dwóch wariatkach, które uciekły od złych lalek?
- Jak najbardziej!- ucieszyła się.
Już miałam zacząć mówić, ale nagle ktoś zapukał do drzwi. Momentalnie zesztywniałyśmy.
- Kurwa, kto to o tej porze?!- zapytała szeptem Victoria.- Co jak to jakiś pedofil lub zboczeniec?!
- Udawajmy, że śpimy!- zasugerowałam.- Choć.. dlaczego pedofil miałby pukać?..
Podniosłyśmy się, czując się jak debilki.
- Sally, to ja, Andy - doszło do moich uszu.
Odetchnęłyśmy z ulgą.
- Ja się tym zajmę, ty możesz iść spać. Dobranoc - pocałowałam ją w policzek.
- Dobranoc, wariatko.
Wstałam i chwiejnym krokiem ruszyłam do drzwi. Gdy otworzyłam, ujrzałam swojego chłopaka. Był ubrany tak jak w czasie podróży. Był tylko bardziej rozczochrany i nawet w tych ciemnościach zauważyłam wory pod oczami.
- Coś się stało?- spytałam cicho.
- A czemu niby miałoby się coś stać?- udawał wesołego, ale mu nie wyszło.
- Jest środek nocy. Średnio dobra pora na odwiedziny - zauważyłam ironicznie.
- Ale do ciebie chyba mogę przyjść, co? I tak nie śpisz.
Wyglądał tak żałośnie, że zniknęły moje wszystkie wątpliwości.
- Tak, ale może pogadajmy gdzie indziej - pokazałam gestem głowy na przyjaciółkę.
- Dobra, to chodź.
- Teraz? W piżamie?- popatrzyłam na swoją piżamkę składającą się z t-shirtu w kotki i szortów.
- Może być, nikt nie będzie nas oglądał.. Ale potrzebuję cię teraz - popatrzył na mnie jeszcze raz tymi niebieskimi oczami.
Zmarszczyłam brwi i podążyłam za nim. Znaleźliśmy się w nieoświetlonym korytarzu, który przywodził mi na myśl niemiłe rzeczy. Mianowicie rozległy biały korytarz psychiatryka. Wszystkie te sale, szczególnie numer 15.
- Gdzie idziemy?- spytałam, rozglądając się nerwowo.
Stanął i popatrzył na mnie, jakby dopiero uświadomił sobie, co kazał mi zrobić.
- Nie wiem.. Nie mam pojęcia. Ale chcę być z tobą gdziekolwiek. Boję się..
Potem zrobił coś, czego nie robił przez chyba jakiś rok. Podszedł do mnie i zwyczajnie mnie przytulił. Odwzajemniłam uścisk, czułam nierówne i pośpieszne bicie jego serca. ,,Czyli jednak coś tam masz, twardzielu!"
- Andy, powiedz mi, co się dzieje - zabrzmiałam strasznie czule. Usłyszałam ciężki oddech, nie tylko od papierosów, ale i od płaczu.- Nie mów mi, że wszystko jest okej.. Czego się boisz?
Chwycił moją twarz w dłonie i złączył nasze usta w pocałunku. Przelotnie dojrzałam strach w jego oczach, ale skupiłam się na wargach. Odwzajemniłam całusa, rozluźniając wszystkie mięśnie. W tej chwili miałam ochotę całkowicie zaprzeczyć grawitacji i lewitować z mężczyzną. Zniknął obskurny korytarz i poczucie stresu, w tej chwili pragnęłam skoncentrować się na chwili przyjemności.
Może nadszedł ten moment, gdy nasz związek nareszcie zacznie oznaczać coś więcej niż tylko fascynację? Może nadeszła chwila, by stał się bardziej... fizyczny? Nie mogliśmy tylko razem ,,czytać" siebie nawzajem. Choć może to, co działo się w tej chwili, otwierało jakieś drzwi, które wcześniej były niemożliwe do otworzenia?
Poczułam na sobie kościste, zimne place, które teraz wydawały mi się ciepłe i czułe mimo tego, że jeszcze niedawno bezlitośnie mnie okładały. Trochę zabolało mnie to wspomnienie, ale chyba miłość polegała na tym, by zaufać drugiej osobie i jej wybaczać. 
Bez wysiłku uniósł mnie, a ja oplotłam go swoimi nogami. Zaczęłam się podniecać, co było do mnie niepodobne. Ale co ja mogłam powiedzieć o sobie? Teraz byłam Sally Rogers, nie sobą. A on nawet nie znał mojego imienia.. Z drugiej strony ja niewiele wiedziałam o nim. O nim i o niej, co się z nią stało. A on nie wiedział, co stało się z moją siostrą. Ale czy to nam przeszkadzało? Wręcz przeciwnie. Może z biegiem czasu, otworzylibyśmy się dla siebie.
Poczułam coś mokrego na swoim policzku, ale to była raczej łza szczęścia, że mam przy sobie kogoś równie zwariowanego.
 
*Andy*
Czułem się tak dziwacznie, zupełnie, jakbym miał rozdwojenie jaźni. Z jednej strony byłem tu z Sally i chyba właśnie migdaliliśmy się na środku korytarza. Z drugiej cały czas czułem się przerażony słowami Lynn. Byłem rozdarty pomiędzy dwoma światami- cielesnym i duchowym. Chyba powoli wątpiłem w całą swoją misję, a to tylko pogarszało sytuację. Teraz musiałem zacząć wszystko od nowa. Musiałem wyrzucić z siebie całą radość i szczęście, które ostatnio mi się spodobały. Musiałem wrócić do zła, do ciemności i umartwiania się. I to było swojego rodzaju pożegnanie.
- Sally. Kocham cię. Wybacz mi, wybacz to wszystko.. Spieprzyłem wszystko od początku. Nie powinienem był zaczynać - zacząłem ryczeć i nagle obudziła się we mnie jakaś zakopana głęboko wrażliwość. Zawsze gardziłem uczuciami, a teraz byłem na skraju załamania nerwowego. Pękałem. Miałem ochotę tylko przykleić się do dziewczyny, połączyć się z nią i płakać z bezradności.
- Też cię kocham. Zawsze bez względu na wszystko będę cię kochać. Nawet, jeśli coś nas rozdzieli - powiedziała, a jej słowa idealnie wpasowały się w sytuację, jakby wiedziała, co się dzieje.- Ale nie chcę by było to.. no wiesz, najgorsze. Jak to, co stało się z twoją dawną bliską osobą.
Spojrzałem jej w oczy, już myślałem, że zapomniała. Po co ja ją w to wplątałem? Po co zdradzałem jej swoje mroczne sekrety?
Chwyciłem jej twarz mocno w dłonie.
- Nigdy na to nie pozwolę. Jeśli tobie coś się stanie, to mi też. Ale nie na odwrót, jasne?
Skinęła głową.
Wyprostowaliśmy się i zapadła cisza. Spoglądaliśmy na siebie, oświetlani delikatnym blaskiem księżyca zza okna.
- Może na dzisiaj bez pytań.. Przepraszam, ale po prostu wiem, że tak będzie lepiej dla ciebie - pocałowałem ją ostatni raz.- Lepiej zbytnio się mną nie przejmuj. Po prostu bądź.
Przywarła do mnie, a ja ścisnąłem jej kruchą osóbkę. Zagryzając wargę, wpatrywałem się w pustkę.
 
 
***
 
Resztę nocy nie zmrużyłem oka. Spędziłem ją paląc na balkonie, starając się zamęczyć swój organizm. Ashley nie odzywał się, nie wiedziałem, czy nas nie słyszał. Właściwie nawet nie byłem pewien, w którym miejscu na korytarzu się ,,kochaliśmy".
Cholera, nie poznawałem siebie, powinienem pogardzać tym słowem!
Cały czas płytko oddychałem, nie mogłem uporządkować bajzlu w swojej głowie.
Dzisiaj miałem zamiar wyrwać się do Danny'ego, by spędzić jakiś ,,męski" dzień. Nie miałem nastroju, ale liczyłem, że to przywróci we mnie jakiś bunt. Zresztą reszta pewnie poszłaby zwiedzać miasto.
Ashley poszedł na śniadanie, ale ja nie mógłbym niczego przełknąć. Poza tym czułbym się taki ,,dobry", wpierdalając jakieś zasrane kanapeczki. Aktualnie leżałem na łóżku, gapiąc się w sufit, gdy do pokoju, niczym jakieś gestapo, wparowali Jake i Jinxx. Nie wyglądali na zadowolonych, zresztą jak zawsze. Zamknęli za sobą drzwi tak, jakby chcieli, by nikt nas nie słyszał. Stanęli nade mną, krzyżując ręce.
- Dobra, co się z tobą działo?- zapytał Jinxx, marszcząc brwi.
- Co ma się niby, kurwa, dziać?!- warknąłem oschle.
- Ash twierdzi, że poszedłeś na bardzo długo do łazienki i wydawałeś dziwne odgłosy, kaszlałeś i dusiłeś się. A do tego palisz więcej niż zwykle - niestety na stoliku nocnym leżała otwarta paczka Marlboro.
- Co wam jeszcze ten skurwiel powiedział?!- wkurwiłem się, bo myślałem, że teraz Purdy jest po mojej stronie.
- Po pierwsze nie skurwiel, bo się o ciebie martwimy..- chciał się usprawiedliwiać Ferguson, ale podniosłem się, pokazując mu środkowy palec. Już chciałem wstać, by rozprawić się z Ash'em, ale Pitts złapał mnie za rękę, przyciągnął do siebie i dał mi z liścia. Zatoczyłem się, przez chwilę widząc gwiazdki przed oczami. Drugi gitarzysta chyba też się nie spodziewał. ,,Czyżby nowe formy dyscypliny? Zaostrzony rygor?"
- Do tego bredziłeś coś sam do siebie. Pogódź się z tym, że jesteś pierdolnięty!- zdenerwował się.
- Jak ja cię, kurwa, stuknę!- aż zaczerwieniłem się z wściekłości i oddałem mu z pięści. Gdy poczuł się oszołomiony, dołożyłem mu mocniej i powaliłem go na ziemię. Zacząłem okładać go z całej siły, próbowałem nawet użyć stojącego nieopodal krzesła. Już chciałem uderzyć jego głową o ostry kant biurka, ale starszy złapał mnie za włosy i odciągnął do tyłu.
- Ja pierdolę, ogarnij się choć na te kilka dni! Mogę ci, kurwa, obiecać, że wytrzasnę ci skierowanie do psychiatryka i jeszcze nie będziesz miał prawa się sprzeciwić. I wtedy ci, kurwa, nikt nie pomoże. Nawet, jakbyś mnie błagał na kolanach!
Wyrwałem się i pośpiesznie wybiegłem, nawet nie udzielając innym odpowiedzi. Wyciągnąłem telefon w celu zadzwonienia do kumpla.
 
***
 
- Jak to, kurwa, nie możesz?! Robisz sobie jaja, zaraz mnie zabiją!- wydarłem się na Danny'ego.- Właśnie brutalnie skopałem Jake'a, jak się wkurwi jeszcze bardziej, to może i wezwie jebane psy!
- Gnoju, nie ma mnie w mieście, mówiłem ci! Było zadzwonić wcześniej! A.. no i jebać psy!
Westchnąłem.
- Będziesz jutro?- zapytałem spokojniej.
- Wpadaj, mały gówniarzu.
- Jesteś o rok starszy, kurwiu!
- A jebać - rozłączył się.
Nasze rozmowy zawsze tak wyglądały, zwykle jeszcze parodiowaliśmy tych wszystkich kretynów. A teraz byłem na nich skazany. Choć w sumie mógłbym się gdzieś wyrwać z Sall.
Ruszyłem przez korytarz, wymijając dziwnie patrzącą na mnie sprzątaczkę. Chyba właśnie sprzątała drobny bałaganik, który po sobie zostawiliśmy w nocy. Zdrapywała coś białego ze ściany, co raczej nie wyglądało na brytyjską jajecznicę. Cieszyłem się, że w hotelu nie ma kamer.
 
***
 
*Sally*
Vicky i ja wstałyśmy wyjątkowo wcześnie. Mimo że powinnam być zmęczona, to jednak czułam się wyjątkowo ożywiona i nie mogłam się doczekać dzisiejszego dnia. Vicky była bardziej nerwowa, ponieważ jej rodzice mogli już zauważyć, że ich córka zniknęła. Jednocześnie cieszyła się, bo dzisiaj planowaliśmy zwiedzać Londyn- miasto jej marzeń. Na śniadaniu pytałam Asha, co robi reszta. Mieli iść na jakiś tam wywiad i sesję zdjęciową. Miałyśmy więc wolną rękę. Zapakowałam do torebki mapę i przewodnik, byśmy mogły urządzić sobie wspólny dzień.
Czekając na przyjaciółkę, odnalazłam swoją komórkę. Zaczęłam przeglądać wiadomości, odpisałam na pokemoniaste szyfry Carla i parę normalniejszych wiadomości Alice i Robbie'go. Niechętnie też udzieliłam odpowiedzi Sammi, ale nie miałam nastroju rozmyślać na temat nierównego wkładu w naszą ,,przyjaźń". Nagle dostrzegłam, że napisał do mnie Oliver. Mimo że nie byłam fanką jego zespołu, to czułam się całkiem zaszczycona, że taka gwiazda pisze SMS-a szarej myszki jak ja. Przeczytałam jego treść:
,,Słyszałam, że jesteście już w Londynie. Jak tam podróż? :)"
Odpisałam:
,,Tak, podróż całkiem oki. A jak tam odczucia przed MTW? ;)"
,,W sumie to nie stresujemy się.. No wiesz. W ogóle możesz zadzwonić?"
Nacisnęłam zieloną słuchawkę. Od razu odebrał.
- O co chodzi?- spytałam.
- Hej - odezwał się z tym angielskim akcentem.- Co dziś robisz?
Poczułam się zdziwiona. Może byłam przewrażliwiona, ale chyba nie zamierzał się ze mną umawiać?
- A czemu taki gwiazdor pyta?
- Ej, daj spokój.. Żaden gwiazdor..
- Dostajesz nagrodę MTV i się jeszcze pytasz?
- No dobra. Ale nie nazywaj mnie tak. Gdyby nie ty, Andy na pewno zostawiłby mnie w tym lesie. Albo by mnie zamordował i znaleźliby moje zwłoki.
Zastanowiłam się. Prawda.
- Mam ci znowu uratować tyłek?- zażartowałam.
- Nie. Moja dziewczyna, Hannah, chce cię poznać.
Kolejny szok.
- Dlaczego?
- Błagam, nie zadawaj tyle pytań! To chyba normalne, co nie? Po prostu spotkamy się na kolacji jak grupka kumpli i pogadamy!- przekonywał.- To jak?
- Nie no, spoko, mogę iść. Tylko wiesz.. Andy.. To będzie wyglądało trochę dziwnie, gdy pójdę do ciebie na kolację. Pomyśli, że my..- urwałam, bo wiedział, o co chodzi.
Westchnął.
- Nienawidzi mnie, ale.. weź go ze sobą. Tak będzie bezpieczniej.
Trochę zaniepokoił mnie ten pomysł. Ale może mogłabym jakoś pogodzić Oliego i Biersacka?
- Spróbuję go przekonać. A jeśli nie pozwoli mi iść i się obrazi?- powiedziałam z ironią.
- To ucieknij sama. Inaczej Hannah mnie zabije.
- No dobra, to jednak przyjdę.
Podał mi godzinę i adres swojego domu*.
- Zatem w sumie po raz drugi uratuję ci dupsko.
- Ostatni raz. Dziękuję.
Rozłączył się, jak na zawołanie przez drzwi wparował Andy. Wyglądał na wściekłego, a na czole rysował mu się spory siniak.
- Nie pytaj - poprosił na wstępie. Podszedł i uścisnął mnie, jakby nie widział mnie od dawna.- Co dzisiaj robisz?
Znowu mówił szybko i nerwowo, ale starałam się nie zwracać uwagi.
- Idę z Vicky zwiedzać miasto. Wiesz, babski dzień - zaakcentowałam ostatnie słowa. Kochałam go, ale nie chciałam, by stresował przyjaciółkę.
- To kiedy znów będziemy razem?- zapytał. Westchnęłam i nieśmiało zaczęłam:
- Sykes zaprosił nas na kolację. Jego dziewczyna chce nas poznać.
Wzdrygnął się na sam dźwięk nazwiska i chyba miał ochotę mi przyjebać.
- Nigdy w życiu, kurwa, nie pójdę do tej meliny!- starał się opanować.- Nie ma, kurwa, opcji, niech się chuj wypcha!
Zmarszczyłam brwi, bo wiedziałam, jak go nakłonić.
- Trudno, pójdę sama.
Wkurzył się jeszcze bardziej, ale stopniowo złość ustąpiła z jego twarzy.
- Niech ci będzie, Sall, ale chcesz mnie zabić. Jeśli myślisz, że będę siedział przy stole pod krawacikiem i wpierdalał fasolkę w pomidorach, to się grubo mylisz.
Zrobiło mi się trochę żal, ja też nie miałabym ochoty przesiadywać przy stole ze swoim wrogiem. Jednak skrycie marzyłam, by dowiedzieć się, co tak podzieliło dwóch mężczyzn.
Uśmiechnęłam się zadziornie, a wtedy Victoria wyszła z łazienki.
- W czymś przeszkodziłam?- zapytała nieśmiało, osłaniając się szlafrokiem.
- Nie, w niczym. Szykuj się, zaraz idziemy na miasto!- rzuciłam do niej i pocałowałam swojego chłopaka, pokazując mu gestem głowy drzwi.

*Andy*
Wyszedłem na korytarz i gdy drzwi się zamknęły, walnąłem w ścianę obok z całej siły.
O niczym innym nie marzyłem bardziej, niż o siedzeniu z tym kutasem! Złamałem się tylko dlatego, że nie chciałem, by Rogers szła tam sama. Mógł jej zrobić to samo, co mi, a może i coś gorszego, była w końcu delikatną dziewczynką.
Wręcz gotując się w środku, zacząłem obmyślać plan, jak przeobrazić to spotkanie w pożyteczne dla siebie. Zabić go? Może otruć?..
Czułem się okropnie.
 
***
Oto powracam. CZAS, CZAS, CZAS, pożyczy ktoś? W sumie to chyba wyszło nieźle. Nwm, możecie oceniać. W sumie to się stęskniłam ♥