*Sally*
- Chodźmy do mojego pokoju - zaproponował Carl z uśmiechem.
Chwycił mnie za rękę i zaczął ciągnąć za sobą. W międzyczasie rozglądałam się dookoła i podziwiałam cały dom. Wszędzie panowała nieskazitelna biel, wszystko było aż przesadnie eleganckie. Czułam się odrobinę nieswojo. Nie przywykłam do aż takiej perfekcji. Pamiętałam mały, przytulny domek z Cincinnati, drewniane stopnie, pamiątki z podróży i jakieś urocze gadżety. Teraz wydawało mi się, że chodzę po lodowym pałacu, w którym mogę wszystko zepsuć. Bałam się czegokolwiek dotknąć. Miałam skłonność do psucia, powinni to przede mną zabezpieczyć. Aż bałam się zobaczyć pokój przyjaciela. Obawiałam się, że nie zobaczę już tej rupieciarni, którą tak kochałam. Nawet ten cały róż. Tęskniłam za tym. Chyba że czeka mnie jakaś niespodzianka.
- Bogaty ten twój dom - zwróciłam uwagę.- Paniczu - dodałam z ironią w głosie. Ten tytuł był idiotyczny.
- Zaraz ci wszystko wyjaśnię - zachichotał.
Przeszliśmy kilka kolejnych stopni. Nagle usłyszałam ciepły kobiecy głos, który doskonale pamiętałam:
- Syneczku!- tak, to była matka Carla.
Odwróciliśmy się u szczytu schodów, a ,,syneczek" wywrócił oczami. Jednak ja cieszyłam się, że chociaż pani Coward się nie zmieniła i nie jest wyniosła.
Zeszliśmy na dół, by powitać kobietę.
Przyjrzałam jej się z bliska. Praktycznie wyglądała identycznie jak kiedyś. Nadal miała kręcone włosy średniej długości i równie czarne oczy jak jej syn. I tak jak 6 lat temu nosiła się w typowym dla siebie stylu- żakiet i spódnica za kolano w pastelowych odcieniach. Uśmiechnęłam się do niej, bo z tego, co pamiętałam zawsze była miła i ciepła. Odwzajemniła uśmiech. Dobrze, że mnie nie skojarzyła.
- Dzień dobry - powiedziałam najnormalniej jak mogłam.
- Och, ty zapewne musisz być Sally! Carlcio mi o tobie opowiedział!- tak, ,,Carlcio". Przypomniało mi się.- Ja jestem Linda, mama Carlci.. Carla.
Już chciałam powiedzieć ,,wiem, pani naleśniki są zajebiste", ale się powstrzymałam. Teraz byłam przecież zupełnie kimś innym. Nie próbowałam tych naleśników. Zresztą teraz pewnie i tak mieli kucharkę.
- Idziemy do mnie, mamo - wtrącił się ,,Carlcio" i złapał mnie za dłoń.
- Bawcie się dobrze, dzieci! Jakbyście potrzebowały jedzenia lub herbatki to dajcie znać
Ching! Tylko nie przesadzajcie z..
- Mamo, ona nie jest jeszcze moją dziewczyną - ,,Jeszcze"? I czy ten stuprocentowy gej został hetero?- Chodź, Sally!
Ponownie ruszyliśmy na górę, tym razem nikt nam nie przeszkodził. Ojciec widocznie był w pracy. Wystrój tam był identyczny jak na dole. Aż denerwujący. Ile trzeba mieć szmalu by urządzić dom z takim przepychem! A może dodatkowo wygrali w lotto?
W końcu pokonaliśmy obszerny mocno ozdobny korytarz i dotarliśmy do drzwi na samym końcu. Wisiała na nich tekturowa tablica z nabazgranym napisem: ,,Nie wchodzić. Grozi uszkodzeniem zdrowia i utratą życia."
Kiedy czytałam litery właściciel pokoju patrzył na mnie z tym swoim uśmieszkiem. Myślał, że nie wiem, czego się spodziewać?
- Jesteś pewna, że chcesz to zobaczyć?- zapytał.
- Widziało się gorsze rzeczy..- ,,Tak, to prawda.."- To nie będzie już dla mnie zaskoczeniem. Chyba że zamierzasz mnie zgwałcić i masz tam jakieś specjalne akcesoria - ostatnie zdanie było chyba zbyt odważne. Momentalnie się zawstydziłam i go pożałowałam. Jak coś takiego mogło w ogóle wyjść z moich ust? Z ust takiej ,,słodkiej pierdoły"? Choć dla kumpla to chyba nie był problem, zważywszy na jego odpowiedź:
- Nigdy nikogo nie gwałciłem, choć prawiczkiem nie jestem od lat. Powiedzmy, że mam wprawę. A jeśli liczysz na akcesoria, to się znajdą - mrugnął do mnie.
Jaki flirciarz! Choć szczerze to byłam ciekawa, czy naprawdę jest taki zajebisty w tych sprawach jak mówi. ,,Nie, Sally, stop! Żadnego seksu! Cholera, w co ty się wplątałaś? To najniebezpieczniejsza przyjaźń, jaką przeżyjesz kiedykolwiek.. Pilnuj się, bo pożałujesz".
Skrzywiłam się. Seks to chyba nieodpowiedni temat na rozmowę z facetem, który uważa, że dopiero co cię poznał.
- To jak, otwierać, czy wolisz zemdleć już teraz?- dopytywał.
- Chyba wiem, czego się spodziewać, ale możesz przygotować mi torbę na wymioty - uśmiechnęłam się. Od dawnego pokoju tego chłopaka można było się zrzygać tęczą. Chyba że nastały jakieś zmiany tak jak w jego wyglądzie.
- Odważnie. Ale jak opuścisz ten dom w trumnie to nie moja wina. Zafunduję ci przynajmniej stylowy pogrzeb - trochę mnie denerwowało to żartowanie o śmierci, bo była ona dla mnie drażliwym tematem. Ale on przecież nie wiedział.. Nie zdążył się dowiedzieć. Raczej też się nie dowie. I teraz przecież nawet nie miał pojęcia z kim rozmawia!
- Dobra, otwórz w końcu tą swoją twierdzę - poprosiłam.
- Sama się o to prosiłaś!- przekręcił klamkę, a ja mogłam dostrzec to cudo.
Ucieszyłam się ponad wszelką miarę, gdy nie zobaczyłam białego gówna, tylko najsłodszy róż, jaki kiedykolwiek istniał. To był prawdziwy Carl Coward.
- Zapraszam do mojej świątyni!- powiedział uroczyście, a my przekroczyliśmy próg. Wtedy dostrzegłam jeszcze więcej szczegółów.
Cały pokój był obszerny, ale musiał taki być, by pomieścić te wszystkie graty, które chyba zbierał od urodzenia. Ścianę naprzeciw mnie pomalowano na landrynkowy róż. Przed nią stało ogromne łóżko z baldachimem tego samego koloru. Leżało na nim mnóstwo najróżniejszych poduszek, a także maskotek i pluszaków. Żadne dziecko chyba ich tyle nie widziało w swoim życiu. Takie posłanie było godne księżniczki. Ale to nie koniec. Po lewej stronie stała duża szafa, a w niej same cosplayowe stroje. I co mnie nie zdziwiło- prawie wszystkie damskie. Domyślałam się, że wszystkie były z anime, bo mój kumpel był prawdziwym otaku. Nie znałam się zbytnio na tych japońskich kreskówkach, więc rozpoznałam jedynie kostium z Sailor Moon, w którym czasami do mnie przychodził. Był chyba jednym z pierwszych, bo wydawał się bardzo krótki jak na takiego wielkoluda. Po drugiej stronie łoża umiejscowiony był naprawdę spory przeszklony kredens, a w nim wszystkim stało multum.. czajników. Wszystkie takie ładne. Każdy inny, jakby przywieziony z innych zakątków świata. Na oko to była kolekcja. Naliczyłam ich chyba z 15, ale może miał ich więcej?
Tak, on nie był normalny, ale zdałam sobie z tego sprawę już dawno temu. Na razie wszystko się zgadzało, nie musiałam się upewniać, czy dobrze trafiłam. Niecodziennie spotyka się takich ludzi. Trzeba mieć szczęście jak ja. Albo i pecha, bo czasem bywało niebezpiecznie. Musiałam pamiętać o swoich zasadach.
Przeniosłam wzrok na ścianę po mojej lewej. Jej kolor był nieco jaśniejszy, ale nadal różowy. Na przybitej półce stała kolejna kolekcja, tym razem mangowych figurek i jakiś.. pokemonów? Na prawdę się na tym nie znałam, więc nie mogłam ocenić. W kącie stała też nieco podstarzała kanapa, gdzieniegdzie połatana. Dookoła niej walały się komiksy, pojedyncze książki, babskie magazyny o modzie, jakieś pisma muzyczne, między innymi znienawidzony przez Andy' ego Kerrang!, nawet.. o cholera, pornografia. To takiego gościa powinno się trzymać w psychiatryku, nie mnie! Zaczynałam się bać. Choć ta zadziorność dodawała mu uroku.
Kilka kroków dalej dostrzegłam też dwie elektryczne gitary- jedną czarną, drugą, jak się można domyślić różową. Do tego wzmacniacz i jakieś inne gadżety. A jeszcze dalej statyw z mikrofonem. Tego akurat nie pamiętałam. Czyżby zajął się muzyką? Nigdy nie wyrażał nią zbytniego zainteresowania. To mnie zaskoczyło. Może w końcu znalazł w miarę normalne zainteresowania?
Nieznajoma okazała się też ściana po lewej. Cała była oklejona plakatami z jakimś zespołem. Przeczytałam napis. ,,Bring Me The Horizon", to ten sam, który widziałam w tle na facebooku. Jak widać jego ulubiony. Na kartkach widniało kilku facetów. Ten po środku był naprawdę mocno wytatuowany. W tym ,,świętym" miejscu stał też wieszak z najróżniejszymi merchowymi koszulkami, dostrzegłam też ciuchy z nieznanym mi napisem ,,Drop Dead". Zobaczyłam też płyty, jakieś inne gadżety- torby, poduszki, dodatki. A na stoliku jakieś zdjęcie. Widniał na nim mój kochany mały Carl z różowymi włosami, niski, a obok niego chyba ten typ pokryty tatuażami. W ramce obok dostrzegłam już nowszą fotkę, gdzie fan był wyższy, miał czarne włosy, landrynkowa pozostała jedynie grzywka. Również muzyk wydawał się doroślejszy. Zobaczyłam też autografy, stojak z płytami i tego typu rzeczy.
Finalnie zbadałam wzrokiem ostatnią ścianę. Widniały na niej kolejne fotografie, w większości przedstawiające Cowarda z jego chłopakiem. Całowali się na każdej z nich. Jeśli zmienił orientację, to po co je jeszcze trzymał? Musiał zerwać z tym gościem..
Ostatnie co przykuło moją uwagę, to klatka z napisem ,,Pałac Borysa", a moim oczom ukazał się uroczy biało-czarny chomik. To też był chyba nowy element.
W każdym razie skończyłam zwiedzanie tej niesamowitej ,,świątyni".
Nie miałam pojęcia, o co pytać w pierwszej kolejności, tego wszystkiego było za dużo, by wszystko spamiętać. Rzuciłam pierwsze lepsze, jakie przyszło mi na myśl:
- Jak mogłeś nazwać chomika ,,Borys"? Jest tyle ładnych imion!
Odpowiedź mnie zaszokowała:
- A jak ty mogłaś nazwać się ,,Sally Rogers", kochana..
- Nie wymawiaj tego!- rozkazałam.
Spuściłam wzrok.
- Ty wiesz, że..?
- Wiem - przyznał.- I nawet nie masz pojęcia, jak bardzo tęskniłem.
Spojrzałam mu w oczy. Nie uśmiechał się już tak jak przed chwilą, teraz wyglądał bardziej jak troskliwy kumpel.
- Od kiedy wiesz? Czemu nie powiedziałeś mi wcześniej?- wypytywałam.
- Od pierwszego spojrzenia. Nie każdy wygląda tak jak ty. I nie każdy się tak zachowuje. Nie wiem, jakim cudem inni się jeszcze nie skapnęli. A nie powiedziałem ci, bo.. nie wiem. Chciałem, żebyś sama się odezwała. I się odezwałaś. Ty też to wiedziałaś od początku. No w końcu trudno jest trafić na kogoś aż tak zajebistego - zaśmiał się, a ja odpowiedziałam tym samym -A chomika nazwałem Borys, bo tak mi się chciało. To brzmi dostojnie.
- Jak możesz gadać o chomiku w takiej chwili?- wybuchnęłam śmiechem.
- Sama o to spytałaś!- udawał oburzenie.
- To było pytanie retoryczne, głupku - zbliżyłam się i poczochrałam jego włosy.
- W ogóle, co się z tobą stało?- wypytywał. Odsunęłam się od niego, na razie nie była pewna, czy wyjawię mu mój sekret. Mogłabym tym wszystko zepsuć. Zagryzłam wargę i zagadkowo odparłam:
- Miałam kłopoty w rodzinie.. Ale nie mówmy o tym, to skomplikowane. Może innym razem.
Pokiwał głową, ale melancholia trwała zaledwie chwilę. Chłopak momentalnie ją przerwał. Przez chwilę czułam się urażona, ale też oprzytomniałam. Przecież nie przyszłam tu by się smucić.
- Dobra, obgadamy to kiedyś. Ale teraz nie czas na grobową atmosferę, musimy wszystko nadrobić! Cholera, mam ci tyle do opowiedzenia! Kurde, chyba spędzimy długie godziny na samym paplaniu.. A ja mam tyle planów, co możemy razem robić! Cholercia, przygotuj się!
Zachichotałam. To był pierwszy typ od dawna, który był w stanie wywołać uśmiech na mojej twarzy.
- Jestem gotowa..
- Lepiej usiądź. I spokojnie, ta kanapa nie pochodzi ze średniowiecza, po prostu jest na taką wystylizowana - zażartował.
Wykonała jego polecenie, a on się do mnie przyłączył. Zaczęliśmy rozmowę.
*Andy*
Byłem cały w nerwach. Shadia powiedziała, że jak będzie miała towar to się odezwie, bałem się, że do tego czasu chłopaki mnie rozpracują, do tego jutro miał wychodzić ten głupi Kerrang!. Nie miałem pojęcia, co ja zrobię, jak Sally przez przypadek zobaczy okładkę i się zainteresuje. Bo jak ja jej wyjaśnię, że nagadałem całemu światu, że jest moją dziewczyną? Wyjdę na zadurzonego durnia, a ona się obrazi i nici z całego ,,dochodzenia". Do tego spokoju nie dawał mi ciągły kaszel i ucisk w klatce piersiowej. Mimo to nie przejmowałem się zbytnio i zapalałem kolejne szlugi, co chyba jednak pogarszało mój stan. Ale nie przyznałbym się do tego w życiu. Wtedy uznano by mnie za takiego grzecznego chłoptasia, który dopiero co się nawrócił i już zawsze będzie posłuszny i uroczy i.. aż mi się niedobrze robi..
Ohyda.
Wszystkie kłopoty nagle zwaliły się na mnie. Wręcz czułem ich ciężar. Czasami czułem się taki bezradny. Nie miałem nawet motywacji, by wyjść z pokoju. Najchętniej bym się zabił, ale jeszcze nie wypełniłem swojej ,,misji".
No cóż, bycie takim oświeconym wymagało poświęcenia. Lynn byłaby dumna, że posuwam się dalej.
Podniosłem się i podszedłem do lustra w łazience. Moją pierwszą reakcją było skrzywienie się, ale potem uśmiechnąłem się pod nosem. Zdecydowanie o to chodziło, tak miało przecież być. Po oczami rysowały się wyraźne sińce, które wkrótce miały stać się jeszcze ciemniejsze, policzki się zapadały, ogólnie cały trochę wychudłem. Mogło mi się to nie podobać, mogłem wyglądać obrzydliwie, ale taki był cel. To była już miara sukcesu, bo miałem pewność, że to już koniec. Niedługo odejdę na zawsze i spotkam się z Lynn. I wtedy już nikt ani nic nas nie rozłączy.
Ale na razie musiałem sobie radzić z takimi nędznymi, przyziemnymi problemami. Po co ja się w ogóle przejmowałem? Mogłem to olać tak jak kwiatki Jinxxa. Znów mogłem być niemiły, oziębły i obrażony. Bo kto mi tego zabroni? Powinni się cieszyć, bo niedługo zatęsknią za moimi obelgami.
W końcu jednak znudziło mi się siedzenie w czterech ścianach swojego pokoju. Mój żołądek dawał o sobie znać, był pusty co najmniej od jakiejś doby. Akurat chłopaków nie było w domu, więc mogłem wykorzystać okazję i spokojnie cos zjeść. Dawniej nie dawali mi spokoju, gdy nie jadłem całymi dniami, raz usiłowali nawet przywiązać mnie do krzesła i zmusić do jedzenia. Ale potem chyba zmądrzeli i zrozumieli, że jem w nocy, kiedy nikt nie widzi. Jeśli Sally naprawdę myślała, że nic nie jem, to była niezbyt inteligentna. Nawet ktoś tak cudowny jak ja potrzebował jedzenia. Taki los ludzi.
Otworzyłem drzwi, a potem na wszelki wypadek je zamknąłem. Ostrożnie zszedłem po schodach na dół, a kiedy upewniłem się, że nikogo nie ma, rzuciłem się w stronę kuchni. Skręcało mnie z głodu. Otworzyłem drzwi zamrażarki i wyciągnąłem jakieś mięso. Oficjalnie mogłem być weganinem czy czymś takim, ale tak naprawdę moja dieta składała się głównie z mięcha. Najlepiej takiego krwistego.. Chciałem być brutalny, chciałem czuć tą ciecz, jej miedziany smak i zapach.
Nie, nie wbrew pozorom nie byłem wampirem, nie na tym polegał mój sekret.
Już chciałem się wgryźć w czerwony stek, ale był zmrożony na kamień. Eh, nikt się o mnie nie zatroszczy..
Nie miałem pojęcia o gotowaniu, więc wrzuciłem wszystko na pierwszą lepszą patelnię. Byle by to nie było takie twarde, bo nie mam ochoty stracić zębów. Wyglądałbym zbyt idiotycznie jak na takiego.. mędrca.
Lubiłem sobie pochlebiać.
W końcu jednak moje żarcie było gotowe. Takie krwiste, czerwone.. Nie zawracałem sobie głowy zasadami dobrego wychowania, które próbowano mi wpoić. Miałem to wszystko w dupie, chciałem tylko się nażreć. Zrezygnowałem ze sztućców i rzuciłem się na mięso. Poczułem taką nieziemską ulgę. W końcu mój żołądek coś dostał. Znów nabrałem energii do dalszego działania.
I wtedy zadzwonił mój telefon. Shadia.
Miałem ręce całe w czerwonej mazi i chwilę zajęło zanim odebrałem.
- Tam, gdzie zawsze?- spytała niskim głosem.
- Tak.
*Sally*
- No dobra.. Od czego zaczniesz tę swoją długą, nużącą wypowiedź?- spytałam.
- Zacznę na początku i skończę na końcu - zachichotał Carl.- Dobra, to może zacznę od panicza i domu, bo są godne podziwu jak zresztą wszystko związane ze mną. Nie wiem, czy pamiętasz, ale mój ojciec miał firmę. A więc on ma głowę do biznesu i cos wykombinował, że coś kupił i dostał tyle szmalu. No i przeprowadziliśmy się do LA, gdy chciałem tu pójść do szkoły. A ,,panicz" to się samo przez się rozumie, przecież jestem taki olśniewający - odgarnął grzywkę. Był wyniosły, ale to do niego pasowało, nawet bardzo.- To teraz może o pokoju.. Zacznę chyba od kolekcji. A więc mam kolekcję czajników. Lubię herbatę. Bardzo lubię. Lubię różne jej rodzaje- chińską, zieloną, czarną, białą, ziołową, owocową, z mlekiem, cytrynową.. Więc czajniki się przydają, są tematyczne. A poza tym to mają charakter pamiątek. Jak nie wiem, co kupić to kupuję czajnik. Właśnie, napiłabyś się herbaty?- zapytał.
- No.. dobra - odparłam. Nie przyszłam tu, żeby popijać herbatkę, ale czemu nie? Nie chciałam też zrobić kumplowi przykrości. Choć liczyłam na to, że przejdzie do konkretów.
- Na jaką masz ochotę?- spytał.- Od tego zależy czajnik. Właściwie to są imbryki, ale słowo ,,czajnik" brzmi fajniej. Trochę po chińsku.. Takie ,,czaj"..
Błagam, kolejny od rozkmin? Walnęłam facepalm.
- Obojętnie mi - powiedziałam.
- Możesz wybrać herbatę najwyższej jakości, jaką tylko chcesz, a mówisz, że ci obojętnie? Wiesz, ile jest chętnych do napicia się u mnie herbatki?- udawał oburzonego.- Tracisz okazję, droga panno!
- Zdaję się na wybór szefa. Ufam ci - ratowałam sytuację.
- A, no chyba że tak! Cóż za uroczy komplement, Sally Rogers - puścił mi oko. Potem wcisnął jakiś dzwonek. ,,Panicz". Po chwili w pokoju stawiła się azjatycka pokojówka, którą już raz widziałam. Dygnęła, po czym spytała:
- Tak, paniczu? Czego panicz potrzebuje?
To określenie niezmiernie mnie bawiło. Tak samo jak udawane władcze zachowanie kumpla.
- Ching, przygotuj nam herbatę. Dla tej pani hibiskusową, a dla mnie angielską. Tylko nie pomyl czajników!- pogroził jej palcem. Cudem powstrzymałam się od wybuchnięcia śmiechem.
- Tak jest, paniczu. Podeszła do kredensu i wyciągnęła dwa czajniki- jeden czerwono- różowy, drugi w jakieś wzorki. Potem wyszła z pokoju, a po chwili przyniosła nam napój i odeszła. Upiłam łyk. Chyba nigdy nie piłam tak dobrej herbaty. Może jednak i było warto?
- Dobry wybór, szefie - powiedziałam.
- No ba! Ale przejdźmy do mojej opowieści. Mam też kolekcję cosplayowych strojów. Lubię jeździć na konwenty i jakieś konkursy. Ostatnio zająłem drugie miejsce z cosplayem Jinx - po tych słowach wyciągnął niebieską perukę z długimi warkoczami i jakiś różowo-czarny skąpy strój.
- Pamiętam jak kiedyś przebrałeś się za Czarodziejkę z Księżyca. W ogóle cosplayowałeś kiedyś chłopaka?
Cosplayer zastanowił się chwilę, po czym odparł:
- Tak, kiedyś przebrałem się za Sasusia. Wszystkie dziewczyny chciały robić sobie ze mną zdjęcia. To było ze dwa-trzy lata temu. Cholera, mogłem wyrwać i przelecieć wszystkie te laski.. - opowiadał żartobliwie. I tak nie kojarzyłam tych wszystkich postaci, ale lubiłam go słuchać. Był wtedy całkiem słodki.- A poza tym to mam niezliczone kolekcje innych rupieci- figurek, komiksów, poduszek, różowych rzeczy, merchu zespołów..
- Właśnie - przerwałam mu - Co to za zespół?- pokazałam palcem oblepioną plakatami ścianę.
Uniósł brwi, wyglądał aż śmiesznie. Widocznie był zaskoczony moim pytaniem.
- Nie znasz Bring Me The Horizon?! Dziewczyno, za długo byłaś zamknięta w swoim światku Fit For Rivals!- ,,No proszę, ma niezłą pamięć".- Mogę się założyć, że nie znasz połowy świetnych zespołów! Ale, cholera, jak mamy to wszystko nadrobić?.. Nie będziemy tu siedzieli popijając herbatkę, ta muzyka do tego nie pasi.. To tak jakbym poszedł do kościoła w koszulce Behemotha!
Odgarnął grzywkę na bok i zaczął się zastanawiać. W końcu doznał olśnienia. Aż się bałam, co wygłówkował.
- Już wiem!- krzyknął.- Imprezka! Zrobimy sobie party-party? Party hard?
- W dwójkę?- zdziwiłam się.
- Oczywiście, że nie - parsknął.- Zaproszę też Robbie' go i Alice!
Rzucił się do telefonu i z prędkością światła zaczął pisać SMS- a. Natomiast ja się zaniepokoiłam.
- Kto to są Robbie i Alice?- spytałam zmartwiona. Czyżby Coward już zapomniał, że ja tu jestem? To miało być spotkanie w dwójkę, wspominanie dziecięcych lat, jakieś zwierzenia. Przynajmniej ja sobie to tak wyobraziłam. A tymczasem wyszło, że robimy imprezkę.. Miałam już uraz do takich klimatów.
- To moi najlepsi kumple, oczywiście teraz poza tobą! Ale nie martw się, są zajebiście mili! Pokochasz ich! Oni ciebie też! Idealnie pasujesz do naszej paczki!- entuzjazmował się kumpel.- Jaki ja jestem genialny, że cię ściągnąłem!
Widziałam jego dziecięce podekscytowanie, więc nie chciałam tego zepsuć. Może udałoby mi się przy okazji poznać jeszcze kilka tak wesołych osób? Oby tylko się mnie nie wystraszyli, wyglądałam okropnie.
- No i umówione!- przyjaciel wyrwał mnie z transu.- Będą za dwie godziny! Co chcesz teraz robić?- spytał.- Przygotowywanko, makijażyk czy coś?
Parsknęłam śmiechem, ale po chwili spoważniałam.
- Już mam przykre doświadczenia z makijażem i fryzurami. Wolę nie ryzykować..
- Daj spokój - nie dawał za wygraną.- Co jak co, ale jesteś ładna. Zamiast to wykorzystać, chodzisz w ciasnym kucyku i z buzią pielęgnowaną mydłem. Daj mi się chociaż raz zobaczyć w innej odsłonie. To w końcu ma być party hard, a nie babcina potuptanka!
- To chyba nie jest najlepszy pomysł..- stwierdziłam.
Ale Carl znów wykorzystał jeden ze swoich trików. Zrobił wielkie oczy i minę smutnego szczeniaczka. Potem zaczął mnie błagać:
- Plosę, Sally. Nie widzieliśmy się 6 lat, co jak znowu cię stracę? Musimy wszystko nadrobić póki czas! No plosę..
I ja mogłabym odmówić?
- No dobra..- w końcu się zgodziłam.
- Świetnie, idę po sprzęt!- dziewiętnastolatek powrócił do swojego naturalnego wyrazu twarzy, czyli do półksiężycowego wyszczerzu.
Po chwili wrócił do mnie z kosmetyczką, grzebieniem, szczotką, prostownicą i.. nożyczkami.
- Chcesz mnie pociąć czy coś?!- niemal wrzasnęłam.
- Nie do końca, nie jestem Edwardem Nożycorękim.. Chcę cię tylko ogarnąć - uśmiechnął się zagadkowo. Popatrzyłam na jego czuprynę. Wyglądała nieźle, więc chyba mogłam mu zaufać.. Przy okazji nic nie mogło być gorsze niż mój kołtun.
- Zaczynamy?- upewnił się.
- Okej - zgodziłam się.- Tylko uważaj.
- Jestem profesjonalistą!
Rozpuścił moje włosy i prawie się załamał.
- Ale dżungla! Jak ty to zrobiłaś?- dziwił się.
- Sama nie wiem, jak to się dokładnie stało..
- No dobra.. Ale obetnę dość sporo - stwierdził.
Westchnęłam. Czułam się podekscytowana.
- Ufam ci, szefie.
*Andy*
W końcu doszedłem do tego ciemnego zaułka, w którym spotykaliśmy się kilka lat temu. Zobaczyłem jej charakterystyczny zarys sylwetki. Była wysoka, miała ponad 180 centymetrów wzrostu, może nawet tyle co ja. Posiadała też duże piersi, szerokie biodra i masywne, umięśnione nogi. Nosiła też czarno-zielone dredy i dużo łańcuchów. Była parszywa, jedna z brzydszych kobiet, jakie istniały. A i tak faceci na nią lecieli. Może dlatego, że była bardziej męska niż większość mężczyzn. Była bardziej ich szefową niż przyjaciółką. I nikt nie miał prawa się jej sprzeciwić.
Mimo że trochę podrosłem przez cały ten czas i ogólnie byłem ważniejszą osobą niż zwykły nastolatek, trochę się cykałem. Nawet od daleka bił od niej chłód. Jeśli zrobiłbym coś źle, gdybym chociaż powiedział coś złego, nasłałaby na mnie swoich ludzi. Lub sama mnie pobiła.
Przełknąłem ślinę i zrobiłem kilka kroków do przodu. Była ubrana w bluzę z kapturem naciągniętym na głowę, tak samo jak ja. Została dość znaną dealerką, więc bała się, że ktoś ją zidentyfikuje.
- Witaj, Andysiu - powiedziała udawanym słodkim tonem.- Co tutaj chłoptasia sprowadza?
Zmarszczyłem brwi, starając się ignorować wspomnienia. Wiedziała, co się kiedyś działo w moim życiu. Powiedziałem jej to. I zrobiłem z nią wiele obrzydliwych rzeczy. I nie tylko z nią.
- Daj spokój. To już przeszłość. Zresztą wiesz, po co przyszedłem - odparłem udawanym beznamiętnym tonem.
- No proszę, proszę, jak nam zmężniałeś. Już się boję - parsknęła.- Dobra, a teraz na poważnie. Wiesz, że zawsze najpierw przyjmuję zapłatę.
- Ile?- spytałem.
- 200 dolców - rzuciła.
- Co?! Przecież to nie jest tyle warte! Mówiłaś, że weźmiesz połowę mniej!
- No tak, ale.. Mało mnie nie wsypałeś kilka lat temu, wiesz, jakie miałam problemy? Jebane psy mało mnie nie złapały - obaj splunęliśmy. Cholerne gliny.. - I zresztą jesteś bogaty.. Jaki to dla ciebie problem?- pytała z niewinną miną. Nie odpowiadałem. Sława miała swoje minusy. Już chciałem odejść, ale mnie zatrzymała:- Jak tego nie kupisz, to cię wsypię tak jak ty mnie. I wtedy się, kochanie, nie pozbierasz. Zrobię ci z życia piekło. I dla twoich bliskich też.
Uśmiechnęła się, a jej zęby poddane modyfikacji wydały mi się upiorne. W końcu odpuściłem i podałem jej banknot. Wyrwałem jej woreczek z białym proszkiem i zacząłem odchodzić.
- Do następnego razu! Przynieś mi więcej kasy!- parsknęła śmiechem.
Suka.
*Sally*
- Dobra, gotowa?- zapytał Carl.
- Okej..- bałam się, bo przez ostatnie półtorej godziny chłopak skakał naokoło mnie z nożyczkami i obciął mi co najmniej 10 centymetrów. To tego nałożył na mnie sporą warstwę makijażu. Może nie aż tak grubą jak Juliet Simms, ale jednak. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Bo co jeśli mi się nie spodoba? Nie chciałam robić mu przykrości.
Wzięłam głęboki oddech.
- Dawaj - powtórzyłam.
- Okej. Na trzy pokażę ci twoje odbicie. Raz, dwa.. trzy!- postawił przede mną lusterko.
Opadła mi szczęka. Spoglądała na mnie zupełnie inna twarz.
Włosy sięgały mi lekko za ramiona, były mocno postopniowane. Miałam też grzywkę na bok, podobną do tej ,,fryzjera". Co do makijażu, to był dość mocny i mroczny, ale całkiem niezły. Szczerze to nawet podobał mi się ten nowy image. Nareszcie przestałam widzieć w lustrze siostrę, co doprowadzało mnie do depresji. Właściwie przypominałam trochę Renee Phoenix. Jak tu się nie cieszyć, że jesteś sobowtórem swojej idolki?
- Wow, jest super. Dzięki - powiedziałam.
- A widzisz! Mówiłem, że jestem mistrzem! Należy mi się chyba jakaś nagroda..- pokazał palcem na policzek.
,,O cholera, mam go pocałować?"- pytałam swój umysł.
,,To tylko dla żartów, po przyjacielsku.."
Cmoknęłam go szybko. To był mój pierwszy pocałunek z chłopakiem. Z... gejem? Chyba.
- Carl.. Nadal jesteś gejem?- zapytałam.
Zachichotał, widząc moje zakłopotanie.
- Nie, teraz jestem bi. Wiesz, większy wybór!- uśmiechnął się i zrobił wymowny ruch brwiami.
- Boże, dlaczego ty flirtujesz ze wszystkim?! Zakładam, że z chomikiem też!
- Borys się nie skarży, chyba to nawet lubi.
Wybuchnęliśmy śmiechem. Naszą głupawkę przerwał dopiero dzwonek telefonu.
Chłopak uspokoił si i odebrał.
- Halo, tu rezydencja Cowardów, w czym mogę służyć?- powiedział.- Jeśli to nie sprawy finansowe, to proszę oddzwonić później.
- Carly, nie wydurniaj się. Naćpany jesteś, czy co? Herbatą pewnie.. Dobra, już dojeżdżamy - usłyszałam kobiecy głos.
- Robb i Ali już jadą. Choć na dół, panicz musi powitać gości!
Wzięłam głęboki oddech i popędziłam za przyjacielem. Zbiegliśmy po schodach i dotarliśmy na dół. Czekaliśmy, ,,Carly" w ogóle się nie przejmował, ale ja czułam się spięta. Bałam się, a moje uczucia sięgnęły zenitu, gdy zadzwonił dzwonek. Jednak nie mogłam nic zrobić i mój kumpel otworzył drzwi.
Przed sobą zobaczyłam wysokiego chłopaka i jego piękną towarzyszkę. Na oko obaj byli starsi. Facet był cały wytatuowany, niemal tak bardzo jak chłopak z plakatu. Miał też tunele i dość wyćwiczoną sylwetkę. Wyglądał nieźle, nie mogłam zaprzeczyć, że jest przystojny. Maił bardzo ładne rysy twarzy. Dziewczyna również była piękna. Wysoka, szczupła, o ślicznych blond włosach. Do tego miała ubrania, jakby wyszła od stylisty. Zazdrościłam jej, wyglądała jak modelka. Ogólnie jako para prezentowali się nienagannie. Teraz ja poczułam się gorsza.
- Hej, Carly, jakaś nowa ,,przyjaciółka"?- laska, widocznie ,,Ali" zaakcentowała ostatnie słowo.- Jaka słodka, ślicznotka!
Uśmiechnęłam się. Wydawała się całkiem miła. Wcześniej obawiałam się, że jeśli jest taka idealna, to będzie przemądrzała.
- Tak, to jest Sally.
- Alice, a to mój chłopak Robbie - podała mi rękę.
Nie zdążyli nawet zrzucić kurtek, bo ten z grzywką im przerwał:
- To co, imprezka?!- wyszczerzył się.
- Jasne!- powiedziała blondynka.
- Chodźcie, weźmiemy drinki!- zaproponował właściciel domu.
Wszyscy pobiegliśmy do barku jak jakieś dzieci i nalaliśmy sobie jakiś kolorowych płynów. Dodatkowo Carl powtykał nam do nich parasolki. ,,Nie no, obsługa- profeska!" Przy okazji: nie miałam pojęcia, ile alkoholu jest w napojach. Miałam nadzieję, że moja głowa da radę.
Potem pobiegliśmy do pokoju, a fan Bring Me The Horizon odpalił ich płytę. Najpierw rozległa się cicha, spokojna gitara, ale już chwilę potem wszystko stało się głośne. Potem dołączył jakiś niezrozumiany krzyk. Z trudem mogłam rozszyfrować słowa, ale właściwie było to chyba bez sensu, bo tekst był tak wymyślny, że nie miałam pojęcia, czego właściwie dotyczy. Mimo wszystko mi się podobało. Coś w tym darciu mordy było, jakieś uczucie.
- Carrie, nie katuj jej tą muzyką. Nie każdy musi czcić Olivera jak ty i robić mu ołtarzyk. I do niego fapać - zwrócił uwagę jego starszy kumpel.
- A właśnie, Sally.. Widzisz tego chłopaka na zdjęciach którego całuję. To jest właśnie Robbie!- dokopał mu jego były.
Tamten zdębiał, a ja jedynie się dziwiłam, że z takiego słodkiego chłopczyka wyrósł naprawdę seksowny facet. Widocznie nie był dumny ze swojej dawnej orientacji seksualnej, bo krzyknął:
- Zaraz cię uduszę, Cheshire! Ali, pomóż mi!
Nie mogłam się połapać w tych wszystkich ksywkach, więc spytałam:
- Ile on ma ksywek? I ile wy?
- Carl?- zastanawiał się wytatuowany, udając, że dusi dawnego geja - Carl, Carly, Carrie, Carlcio, Karol, Cheshire, Kot, Kitty.. Dużo!
- A ty jesteś Robbie, Robb, Robert, Rupert, Rabbit i od nazwiska Parkan!- zaśmiał się.- A Alice to po prostu Alice lub Alicja, Ali.. Tobie też trzeba wymyślić!.. Nawet mam!
- Jakie?- zmarszczyłam brwi. Szybki był.
- Sallem!- krzyknął.
Wzruszyłam ramionami.
- Czemu nie?
A potem rozkręciła się impreza. Carl zaczął śpiewać do jakiejś piosenki ,,Pieprzmy się!", co wychodziło mu całkiem nieźle. Miał ciekawy głos, zupełnie inny jak Andy. Krzyczał też podbnie do tego całego ,,Olivera".
- Ładnie śpiewasz, Carly - powiedziałam.
- Och, ta dziewczyna cały dzień ze mną flirtuje! Cóż za nieprzyzwoitość, Sallem! Jesteśmy na dopiero pierwszej randce-nie-randce!
Wybuchnęłam śmiechem.
- Ale jeśli chcesz wiedzieć, to mamy plan założenia zespołu. Ale nie mamy nazwy i kompletnie nic.. Mamy tylko to!- momentalnie podłączył jedną z gitar i zaczął przygrywać do piosenki, drąc się przy tym i nucąc.
- Yeah!- wrzasnęła Alice.- Niezły koncert!
Wszyscy zaczęliśmy tańczyć, rzucać się poduszkami, popijać drinki, śpiewać (choć ja nawet nie znałam słów). Było fajnie. Zdążyłam się dowiedzieć, że Parkan dorabia jako tatuażysta i gra na perkusji w zespole-nie-zespole, a Ali jako modelka i przy okazji umie wymiatać na basie. Wszystko stało się jasne. No może nie do końca, zostało jeszcze wiele pytań.
Ale przynajmniej nareszcie poczułam się jak normalna dziewczyna. Zabawiłam się. Szalałam z prawdziwymi kumplami, a nie z bandą staruchów. Nie było też fochów.. Czułam się po prostu świetnie. Jakbym tu należała, odnalazła swoje miejsce na Ziemi.
Ale wtedy usłyszałam pierwsze nuty Damage. Carrie pomyślał, że coś puściłam i zaczął śpiewać:
- You don't know anything!!!! Coś tam coś! Lalalala!!!
Ale to był mój dzwonek. To Jinxx próbował się dodzwonić.. Po raz 3.
- Cisza!- nakazałam. Wszyscy poodkładali instrumenty i ściszyli muzykę.
Odebrałam.
- Halo?- spytałam.
- Cholera, znowu cię ktoś porwał?! Gdzie ty jesteś?!
A no tak, nie mówiłam im o nowych znajomościach.. To nieco komplikowało sprawę.
- Nie, jestem z kumplami..
- Jakimi?! Dobra, wyjaśnisz w domu!.. Teraz wracaj, jest późno!
Spojrzałam na zegarek w kształcie kotka. 22, no tak..
- Okej, zaraz będę.
Rozłączyłam się. Czas wrócić do tej bandy nudziarzy..
- Muszę już iść - oznajmiłam.
- Odwiozę cię!- krzyknął Kitty.
- Nie!- zaprotestowała Alice.- My ją zawieziemy, ty byś się rozbił!
- To pa!- pożegnałam nowego przyjaciela.- Spikniemy się!
Potem dwójka odwiozła mnie do domu, a tam już czekała mnie awantura..
*Andy*
Kiedy tylko Sally stanęła w drzwiach, poczułem się, jakbym oberwał.
Co ona ze sobą zrobiła?!
Wyglądała jak jedna z tych głupich scene-idiotek. Brakowało tylko kolorowych pasemek, czaszeczki i cięcia się na pokaz. Cholra, zapierdolę tego, który to z nią zrobił! Uduszę go, zwiążę, obleję smołą, spalę żywcem..
Gdzie się podziała ta śliczna, delikatna Sally, która przypominała mi Lynn? Teraz został z niej tylko głupi emos.
- Kurwa, jesteś głupia?!- wydarłem się.
- Andy!- wtrącił się Jinxx.
Dziewczyna uniosła brew.
- Coś ci nie pasuje?- ,,I ona jeszcze pyta?!".
- Kto ci to zrobił?! Kto cię tak oszpecił?!- miałem nadzieję, że stanie się to, co miało miejsce w klubie, ale tak się nie stało. O dziwo emoska się zbuntowała. Co, kurwa, ją opętało?!
- A mi się podoba.. Nareszcie mogę być sobą.
Nie mogłem wytrzymać. Musiałem doprowadzić do kłótni.
- Być sobą?! Być sobą?! Ktokolwiek ci to zrobił, zamienił cię w jakąś czarną kurwę! Zmywaj mi to, natychmiast!
- Jestem pełnoletnia, nie będziesz mi rozkazywać!- warknęła.
- Właśnie, że będę! Więc rób, co mówię, pizdo!
Opadła jej szczęka. Zmarszczyła brwi i przez łzy wrzasnęła:
- Pierdolony kutas, jebał cię pies!
Odeszła szybko, biegnąc na górę do swojego pokoju. Słyszałem jej szloch.
No dobra, może trochę przesadziłem..
- I co narobiłeś?!- Jake przyłożył mi w policzek.
Znów doprowadzali mnie do wrzenia.
- A wy co, kurwa, ciągle za mną łazicie! Nie możecie sobie, w cholerę, znaleźć innego zajęcia?! Kurwa, jestem pełnoletni i mam prawo do własnego zdania!
- Niedługo nie będziesz miał!- powtarzał Jinxx.
Moja szczęka zaczęła drżeć. Już chciałem przywalić temu staremu prykowi, ale jego najlepszy kumpel złapał mnie za rękę. Cudem się wyszarpnąłem.
- Kurwa, nienawidzę wszystkich w tym domu! Wszyscy jesteście kurewsko pojebani!
Pobiegłem na górę.
Nie wytrzymałem.
Wyciągnąłem towar od Shadii, starą strzykawkę i resztę sprzętu, który na szczęście zachowałem. Czułem taką nieziemską wściekłość. Na nich, na nią, na siebie. Potrzebowałem odpoczynku.
W końcu dałem w żyłę. Niedużo, ale dla początkującej osoby wystarczająco. Oczy zaczęły mi się kleić. Czułem się jakbym cofnął się do niemowlęcia.
A dalej już nic nie pamiętałem.
***
Ta, kolejny rozdział. Jest Carl, jest Robbie, jest Alice, jest i Shadia inspirowana Marilyn Rosą. Jest heroina. I jest fajnie.. chyba. No, załóżmy, że tak, bo jakoś nie mam ostatnio weny do tego opowiadania. Bardziej myślę o kontynuacji FAS, tam są przynajmniej moje klimaty. Scene mi obrzydło. Mam dość, to zbyt cukierkowe i sztuczne.
Tak, mogę być wkurzająca, bo ostatnio wszystko mnie wkurza.
No i to tyle.
Kocham was i do następnego ♥
Nuta:
Nirvana- Old Age
