wtorek, 4 sierpnia 2015

Rozdział 8: ,,Kot z Cheshire"


*Sally*
 - Chodźmy do mojego pokoju - zaproponował Carl z uśmiechem.
Chwycił mnie za rękę i zaczął ciągnąć za sobą. W międzyczasie rozglądałam się dookoła i podziwiałam cały dom. Wszędzie panowała nieskazitelna biel, wszystko było aż przesadnie eleganckie. Czułam się odrobinę nieswojo. Nie przywykłam do aż takiej perfekcji. Pamiętałam mały, przytulny domek z Cincinnati, drewniane stopnie, pamiątki z podróży i jakieś urocze gadżety. Teraz wydawało mi się, że chodzę po lodowym pałacu, w którym mogę wszystko zepsuć. Bałam się czegokolwiek dotknąć. Miałam skłonność do psucia, powinni to przede mną zabezpieczyć. Aż bałam się zobaczyć pokój przyjaciela. Obawiałam się, że nie zobaczę już tej rupieciarni, którą tak kochałam. Nawet ten cały róż. Tęskniłam za tym. Chyba że czeka mnie jakaś niespodzianka.
- Bogaty ten twój dom - zwróciłam uwagę.- Paniczu - dodałam z ironią w głosie. Ten tytuł był idiotyczny.
- Zaraz ci wszystko wyjaśnię - zachichotał.
Przeszliśmy kilka kolejnych stopni. Nagle usłyszałam ciepły kobiecy głos, który doskonale pamiętałam:
- Syneczku!- tak, to była matka Carla.
Odwróciliśmy się u szczytu schodów, a ,,syneczek" wywrócił oczami. Jednak ja cieszyłam się, że chociaż pani Coward się nie zmieniła i nie jest wyniosła.
Zeszliśmy na dół, by powitać kobietę.
Przyjrzałam jej się z bliska. Praktycznie wyglądała identycznie jak kiedyś. Nadal miała kręcone włosy średniej długości i równie czarne oczy jak jej syn. I tak jak 6 lat temu nosiła się w typowym dla siebie stylu- żakiet i spódnica za kolano w pastelowych odcieniach. Uśmiechnęłam się do niej, bo z tego, co pamiętałam zawsze była miła i ciepła. Odwzajemniła uśmiech. Dobrze, że mnie nie skojarzyła.
- Dzień dobry - powiedziałam najnormalniej jak mogłam.
- Och, ty zapewne musisz być Sally! Carlcio mi o tobie opowiedział!- tak, ,,Carlcio". Przypomniało mi się.- Ja jestem Linda, mama Carlci.. Carla.
Już chciałam powiedzieć ,,wiem, pani naleśniki są zajebiste", ale się powstrzymałam. Teraz byłam przecież zupełnie kimś innym. Nie próbowałam tych naleśników. Zresztą teraz pewnie i tak mieli kucharkę.
- Idziemy do mnie, mamo - wtrącił się ,,Carlcio" i złapał mnie za dłoń.
- Bawcie się dobrze, dzieci! Jakbyście potrzebowały jedzenia lub herbatki to dajcie znać
Ching! Tylko nie przesadzajcie z..
- Mamo, ona nie jest jeszcze moją dziewczyną - ,,Jeszcze"? I czy ten stuprocentowy gej został hetero?- Chodź, Sally!
Ponownie ruszyliśmy na górę, tym razem nikt nam nie przeszkodził. Ojciec widocznie był w pracy. Wystrój tam był identyczny jak na dole. Aż denerwujący. Ile trzeba mieć szmalu by urządzić dom z takim przepychem! A może dodatkowo wygrali w lotto?
W końcu pokonaliśmy obszerny mocno ozdobny korytarz i dotarliśmy do drzwi na samym końcu. Wisiała na nich tekturowa tablica z nabazgranym napisem: ,,Nie wchodzić. Grozi uszkodzeniem zdrowia i utratą życia."
Kiedy czytałam litery właściciel pokoju patrzył na mnie z tym swoim uśmieszkiem. Myślał, że nie wiem, czego się spodziewać?
- Jesteś pewna, że chcesz to zobaczyć?- zapytał.
- Widziało się gorsze rzeczy..- ,,Tak, to prawda.."- To nie będzie już dla mnie zaskoczeniem. Chyba że zamierzasz mnie zgwałcić i masz tam jakieś specjalne akcesoria - ostatnie zdanie było chyba zbyt odważne. Momentalnie się zawstydziłam i go pożałowałam. Jak coś takiego mogło w ogóle wyjść z moich ust? Z ust takiej ,,słodkiej pierdoły"? Choć dla kumpla to chyba nie był problem, zważywszy na jego odpowiedź:
- Nigdy nikogo nie gwałciłem, choć prawiczkiem nie jestem od lat. Powiedzmy, że mam wprawę. A jeśli liczysz na akcesoria, to się znajdą - mrugnął do mnie.
Jaki flirciarz! Choć szczerze to byłam ciekawa, czy naprawdę jest taki zajebisty w tych sprawach jak mówi. ,,Nie, Sally, stop! Żadnego seksu! Cholera, w co ty się wplątałaś? To najniebezpieczniejsza przyjaźń, jaką przeżyjesz kiedykolwiek.. Pilnuj się, bo pożałujesz".
Skrzywiłam się. Seks to chyba nieodpowiedni temat na rozmowę z facetem, który uważa, że dopiero co cię poznał.
- To jak, otwierać, czy wolisz zemdleć już teraz?- dopytywał.
- Chyba wiem, czego się spodziewać, ale możesz przygotować mi torbę na wymioty - uśmiechnęłam się. Od dawnego pokoju tego chłopaka można było się zrzygać tęczą. Chyba że nastały jakieś zmiany tak jak w jego wyglądzie.
- Odważnie. Ale jak opuścisz ten dom w trumnie to nie moja wina. Zafunduję ci przynajmniej stylowy pogrzeb - trochę mnie denerwowało to żartowanie o śmierci, bo była ona dla mnie drażliwym tematem. Ale on przecież nie wiedział.. Nie zdążył się dowiedzieć. Raczej też się nie dowie. I teraz przecież nawet nie miał pojęcia z kim rozmawia!
- Dobra, otwórz w końcu tą swoją twierdzę - poprosiłam.
- Sama się o to prosiłaś!- przekręcił klamkę, a ja mogłam dostrzec to cudo.
Ucieszyłam się ponad wszelką miarę, gdy nie zobaczyłam białego gówna, tylko najsłodszy róż, jaki kiedykolwiek istniał. To był prawdziwy Carl Coward.
- Zapraszam do mojej świątyni!- powiedział uroczyście, a my przekroczyliśmy próg. Wtedy dostrzegłam jeszcze więcej szczegółów.
Cały pokój był obszerny, ale musiał taki być, by pomieścić te wszystkie graty, które chyba zbierał od urodzenia. Ścianę naprzeciw mnie pomalowano na landrynkowy róż. Przed nią stało ogromne łóżko z baldachimem tego samego koloru. Leżało na nim mnóstwo najróżniejszych poduszek, a także maskotek i pluszaków. Żadne dziecko chyba ich tyle nie widziało w swoim życiu. Takie posłanie było godne księżniczki. Ale to nie koniec. Po lewej stronie stała duża szafa, a w niej same cosplayowe stroje. I co mnie nie zdziwiło- prawie wszystkie damskie. Domyślałam się, że wszystkie były z anime, bo mój kumpel był prawdziwym otaku. Nie znałam się zbytnio na tych japońskich kreskówkach, więc rozpoznałam jedynie kostium z Sailor Moon, w którym czasami do mnie przychodził. Był chyba jednym z pierwszych, bo wydawał się bardzo krótki jak na takiego wielkoluda. Po drugiej stronie łoża umiejscowiony był naprawdę spory przeszklony kredens, a w nim wszystkim stało multum.. czajników. Wszystkie takie ładne. Każdy inny, jakby przywieziony z innych zakątków świata. Na oko to była kolekcja. Naliczyłam ich chyba z 15, ale może miał ich więcej?
Tak, on nie był normalny, ale zdałam sobie z tego sprawę już dawno temu. Na razie wszystko się zgadzało, nie musiałam się upewniać, czy dobrze trafiłam. Niecodziennie spotyka się takich ludzi. Trzeba mieć szczęście jak ja. Albo i pecha, bo czasem bywało niebezpiecznie. Musiałam pamiętać o swoich zasadach.
Przeniosłam wzrok na ścianę po mojej lewej. Jej kolor był nieco jaśniejszy, ale nadal różowy. Na przybitej półce stała kolejna kolekcja, tym razem mangowych figurek i jakiś.. pokemonów? Na prawdę się na tym nie znałam, więc nie mogłam ocenić. W kącie stała też nieco podstarzała kanapa, gdzieniegdzie połatana. Dookoła niej walały się komiksy, pojedyncze książki, babskie magazyny o modzie, jakieś pisma muzyczne, między innymi znienawidzony przez Andy' ego Kerrang!, nawet.. o cholera, pornografia. To takiego gościa powinno się trzymać w psychiatryku, nie mnie! Zaczynałam się bać. Choć ta zadziorność dodawała mu uroku.
Kilka kroków dalej dostrzegłam też dwie elektryczne gitary- jedną czarną, drugą, jak się można domyślić różową. Do tego wzmacniacz i jakieś inne gadżety. A jeszcze dalej statyw z mikrofonem. Tego akurat nie pamiętałam. Czyżby zajął się muzyką? Nigdy nie wyrażał nią zbytniego zainteresowania. To mnie zaskoczyło. Może w końcu znalazł w miarę normalne zainteresowania?
Nieznajoma okazała się też ściana po lewej. Cała była oklejona plakatami z jakimś zespołem. Przeczytałam napis. ,,Bring Me The Horizon", to ten sam, który widziałam w tle na facebooku. Jak widać jego ulubiony. Na kartkach widniało kilku facetów. Ten po środku był naprawdę mocno wytatuowany. W tym ,,świętym" miejscu stał też wieszak z najróżniejszymi merchowymi koszulkami, dostrzegłam też ciuchy z nieznanym mi napisem ,,Drop Dead". Zobaczyłam też płyty, jakieś inne gadżety- torby, poduszki, dodatki. A na stoliku jakieś zdjęcie. Widniał na nim mój kochany mały Carl z różowymi włosami, niski, a obok niego chyba ten typ pokryty tatuażami. W ramce obok dostrzegłam już nowszą fotkę, gdzie fan był wyższy, miał czarne włosy, landrynkowa pozostała jedynie grzywka. Również muzyk wydawał się doroślejszy. Zobaczyłam też autografy, stojak z płytami i tego typu rzeczy.
Finalnie zbadałam wzrokiem ostatnią ścianę. Widniały na niej kolejne fotografie, w większości przedstawiające Cowarda z jego chłopakiem. Całowali się na każdej z nich. Jeśli zmienił orientację, to po co je jeszcze trzymał? Musiał zerwać z tym gościem..
Ostatnie co przykuło moją uwagę, to klatka z napisem ,,Pałac Borysa", a moim oczom ukazał się uroczy biało-czarny chomik. To też był chyba nowy element.
W każdym razie skończyłam zwiedzanie tej niesamowitej ,,świątyni".
Nie miałam pojęcia, o co pytać w pierwszej kolejności, tego wszystkiego było za dużo, by wszystko spamiętać. Rzuciłam pierwsze lepsze, jakie przyszło mi na myśl:
- Jak mogłeś nazwać chomika ,,Borys"? Jest tyle ładnych imion!
Odpowiedź mnie zaszokowała:
- A jak ty mogłaś nazwać się ,,Sally Rogers", kochana..
- Nie wymawiaj tego!- rozkazałam.
Spuściłam wzrok.
- Ty wiesz, że..?
- Wiem - przyznał.- I nawet nie masz pojęcia, jak bardzo tęskniłem.
Spojrzałam mu w oczy. Nie uśmiechał się już tak jak przed chwilą, teraz wyglądał bardziej jak troskliwy kumpel.
- Od kiedy wiesz? Czemu nie powiedziałeś mi wcześniej?- wypytywałam.
- Od pierwszego spojrzenia. Nie każdy wygląda tak jak ty. I nie każdy się tak zachowuje. Nie wiem, jakim cudem inni się jeszcze nie skapnęli. A nie powiedziałem ci, bo.. nie wiem. Chciałem, żebyś sama się odezwała. I się odezwałaś. Ty też to wiedziałaś od początku. No w końcu trudno jest trafić na kogoś aż tak zajebistego - zaśmiał się, a ja odpowiedziałam tym samym -A chomika nazwałem Borys, bo tak mi się chciało. To brzmi dostojnie.
- Jak możesz gadać o chomiku w takiej chwili?- wybuchnęłam śmiechem.
- Sama o to spytałaś!- udawał oburzenie.
- To było pytanie retoryczne, głupku - zbliżyłam się i poczochrałam jego włosy.
- W ogóle, co się z tobą stało?- wypytywał. Odsunęłam się od niego, na razie nie była pewna, czy wyjawię mu mój sekret. Mogłabym tym wszystko zepsuć. Zagryzłam wargę i zagadkowo odparłam:
- Miałam kłopoty w rodzinie.. Ale nie mówmy o tym, to skomplikowane. Może innym razem.
Pokiwał głową, ale melancholia trwała zaledwie chwilę. Chłopak momentalnie ją przerwał. Przez chwilę czułam się urażona, ale też oprzytomniałam. Przecież nie przyszłam tu by się smucić.
- Dobra, obgadamy to kiedyś. Ale teraz nie czas na grobową atmosferę, musimy wszystko nadrobić! Cholera, mam ci tyle do opowiedzenia! Kurde, chyba spędzimy długie godziny na samym paplaniu.. A ja mam tyle planów, co możemy razem robić! Cholercia, przygotuj się!
Zachichotałam. To był pierwszy typ od dawna, który był w stanie wywołać uśmiech na mojej twarzy.
- Jestem gotowa..
- Lepiej usiądź. I spokojnie, ta kanapa nie pochodzi ze średniowiecza, po prostu jest na taką wystylizowana - zażartował.
Wykonała jego polecenie, a on się do mnie przyłączył. Zaczęliśmy rozmowę.

*Andy*
Byłem cały w nerwach. Shadia powiedziała, że jak będzie miała towar to się odezwie, bałem się, że do tego czasu chłopaki mnie rozpracują, do tego jutro miał wychodzić ten głupi Kerrang!. Nie miałem pojęcia, co ja zrobię, jak Sally przez przypadek zobaczy okładkę i się zainteresuje. Bo jak ja jej wyjaśnię, że nagadałem całemu światu, że jest moją dziewczyną? Wyjdę na zadurzonego durnia, a ona się obrazi i nici z całego ,,dochodzenia". Do tego spokoju nie dawał mi ciągły kaszel i ucisk w klatce piersiowej. Mimo to nie przejmowałem się zbytnio i zapalałem kolejne szlugi, co chyba jednak pogarszało mój stan. Ale nie przyznałbym się do tego w życiu. Wtedy uznano by mnie za takiego grzecznego chłoptasia, który dopiero co się nawrócił i już zawsze będzie posłuszny i uroczy i.. aż mi się niedobrze robi..
Ohyda.
Wszystkie kłopoty nagle zwaliły się na mnie. Wręcz czułem ich ciężar. Czasami czułem się taki bezradny. Nie miałem nawet motywacji, by wyjść z pokoju. Najchętniej bym się zabił, ale jeszcze nie wypełniłem swojej ,,misji".
No cóż, bycie takim oświeconym wymagało poświęcenia. Lynn byłaby dumna, że posuwam się dalej.
Podniosłem się i podszedłem do lustra w łazience. Moją pierwszą reakcją było skrzywienie się, ale potem uśmiechnąłem się pod nosem. Zdecydowanie o to chodziło, tak miało przecież być. Po oczami rysowały się wyraźne sińce, które wkrótce miały stać się jeszcze ciemniejsze, policzki się zapadały, ogólnie cały trochę wychudłem. Mogło mi się to nie podobać, mogłem wyglądać obrzydliwie, ale taki był cel. To była już miara sukcesu, bo miałem pewność, że to już koniec. Niedługo odejdę na zawsze i spotkam się z Lynn. I wtedy już nikt ani nic nas nie rozłączy.
Ale na razie musiałem sobie radzić z takimi nędznymi, przyziemnymi problemami. Po co ja się w ogóle przejmowałem? Mogłem to olać tak jak kwiatki Jinxxa. Znów mogłem być niemiły, oziębły i obrażony. Bo kto mi tego zabroni? Powinni się cieszyć, bo niedługo zatęsknią za moimi obelgami.
W końcu jednak znudziło mi się siedzenie w czterech ścianach swojego pokoju. Mój żołądek dawał o sobie znać, był pusty co najmniej od jakiejś doby. Akurat chłopaków nie było w domu, więc mogłem wykorzystać okazję i spokojnie cos zjeść. Dawniej nie dawali mi spokoju, gdy nie jadłem całymi dniami, raz usiłowali nawet przywiązać mnie do krzesła i zmusić do jedzenia. Ale potem chyba zmądrzeli i zrozumieli, że jem w nocy, kiedy nikt nie widzi. Jeśli Sally naprawdę myślała, że nic nie jem, to była niezbyt inteligentna. Nawet ktoś tak cudowny jak ja potrzebował jedzenia. Taki los ludzi.
Otworzyłem drzwi, a potem na wszelki wypadek je zamknąłem. Ostrożnie zszedłem po schodach na dół, a kiedy upewniłem się, że nikogo nie ma, rzuciłem się w stronę kuchni. Skręcało mnie z głodu. Otworzyłem drzwi zamrażarki i wyciągnąłem jakieś mięso. Oficjalnie mogłem być weganinem czy czymś takim, ale tak naprawdę moja dieta składała się głównie z mięcha. Najlepiej takiego krwistego.. Chciałem być brutalny, chciałem czuć tą ciecz, jej miedziany smak i zapach.
Nie, nie wbrew pozorom nie byłem wampirem, nie na tym polegał mój sekret.
Już chciałem się wgryźć w czerwony stek, ale był zmrożony na kamień. Eh, nikt się o mnie nie zatroszczy..
Nie miałem pojęcia o gotowaniu, więc wrzuciłem wszystko na pierwszą lepszą patelnię. Byle by to nie było takie twarde, bo nie mam ochoty stracić zębów. Wyglądałbym zbyt idiotycznie jak na takiego.. mędrca.
Lubiłem sobie pochlebiać.
W końcu jednak moje żarcie było gotowe. Takie krwiste, czerwone.. Nie zawracałem sobie głowy zasadami dobrego wychowania, które próbowano mi wpoić. Miałem to wszystko w dupie, chciałem tylko się nażreć. Zrezygnowałem ze sztućców i rzuciłem się na mięso. Poczułem taką nieziemską ulgę. W końcu mój żołądek coś dostał. Znów nabrałem energii do dalszego działania.
I wtedy zadzwonił mój telefon. Shadia.
Miałem ręce całe w czerwonej mazi i chwilę zajęło zanim odebrałem.
- Tam, gdzie zawsze?- spytała niskim głosem.
- Tak.

*Sally*
- No dobra.. Od czego zaczniesz tę swoją długą, nużącą wypowiedź?- spytałam.
- Zacznę na początku i skończę na końcu - zachichotał Carl.- Dobra, to może zacznę od panicza i domu, bo są godne podziwu jak zresztą wszystko związane ze mną. Nie wiem, czy pamiętasz, ale mój ojciec miał firmę. A więc on ma głowę do biznesu i cos wykombinował, że coś kupił i dostał tyle szmalu. No i przeprowadziliśmy się do LA, gdy chciałem tu pójść do szkoły. A ,,panicz" to się samo przez się rozumie, przecież jestem taki olśniewający - odgarnął grzywkę. Był wyniosły, ale to do niego pasowało, nawet bardzo.- To teraz może o pokoju.. Zacznę chyba od kolekcji. A więc mam kolekcję czajników. Lubię herbatę. Bardzo lubię. Lubię różne jej rodzaje- chińską, zieloną, czarną, białą, ziołową, owocową, z mlekiem, cytrynową.. Więc czajniki się przydają, są tematyczne. A poza tym to mają charakter pamiątek. Jak nie wiem, co kupić to kupuję czajnik. Właśnie, napiłabyś się herbaty?- zapytał.
- No.. dobra - odparłam. Nie przyszłam tu, żeby popijać herbatkę, ale czemu nie? Nie chciałam też zrobić kumplowi przykrości. Choć liczyłam na to, że przejdzie do konkretów.
- Na jaką masz ochotę?- spytał.- Od tego zależy czajnik. Właściwie to są imbryki, ale słowo ,,czajnik" brzmi fajniej. Trochę po chińsku.. Takie ,,czaj"..
Błagam, kolejny od rozkmin? Walnęłam facepalm.
- Obojętnie mi - powiedziałam.
- Możesz wybrać herbatę najwyższej jakości, jaką tylko chcesz, a mówisz, że ci obojętnie? Wiesz, ile jest chętnych do napicia się u mnie herbatki?- udawał oburzonego.- Tracisz okazję, droga panno!
- Zdaję się na wybór szefa. Ufam ci - ratowałam sytuację.
- A, no chyba że tak! Cóż za uroczy komplement, Sally Rogers - puścił mi oko. Potem wcisnął jakiś dzwonek. ,,Panicz". Po chwili w pokoju stawiła się azjatycka pokojówka, którą już raz widziałam. Dygnęła, po czym spytała:
- Tak, paniczu? Czego panicz potrzebuje?
To określenie niezmiernie mnie bawiło. Tak samo jak udawane władcze zachowanie kumpla.
- Ching, przygotuj nam herbatę. Dla tej pani hibiskusową, a dla mnie angielską. Tylko nie pomyl czajników!- pogroził jej palcem. Cudem powstrzymałam się od wybuchnięcia śmiechem.
- Tak jest, paniczu. Podeszła do kredensu i wyciągnęła dwa czajniki- jeden czerwono- różowy, drugi w jakieś wzorki. Potem wyszła z pokoju, a po chwili przyniosła nam napój i odeszła. Upiłam łyk. Chyba nigdy nie piłam tak dobrej herbaty. Może jednak i było warto?
- Dobry wybór, szefie - powiedziałam.
- No ba! Ale przejdźmy do mojej opowieści. Mam też kolekcję cosplayowych strojów. Lubię jeździć na konwenty i jakieś konkursy. Ostatnio zająłem drugie miejsce z cosplayem Jinx - po tych słowach wyciągnął niebieską perukę z długimi warkoczami i jakiś różowo-czarny skąpy strój.
- Pamiętam jak kiedyś przebrałeś się za Czarodziejkę z Księżyca. W ogóle cosplayowałeś kiedyś chłopaka?
Cosplayer zastanowił się chwilę, po czym odparł:
- Tak, kiedyś przebrałem się za Sasusia. Wszystkie dziewczyny chciały robić sobie ze mną zdjęcia. To było ze dwa-trzy lata temu. Cholera, mogłem wyrwać i przelecieć wszystkie te laski.. - opowiadał żartobliwie. I tak nie kojarzyłam tych wszystkich postaci, ale lubiłam go słuchać. Był wtedy całkiem słodki.- A poza tym to mam niezliczone kolekcje innych rupieci- figurek, komiksów, poduszek, różowych rzeczy, merchu zespołów..
- Właśnie - przerwałam mu - Co to za zespół?- pokazałam palcem oblepioną plakatami ścianę.
Uniósł brwi, wyglądał aż śmiesznie. Widocznie był zaskoczony moim pytaniem.
- Nie znasz Bring Me The Horizon?! Dziewczyno, za długo byłaś zamknięta w swoim światku Fit For Rivals!- ,,No proszę, ma niezłą pamięć".- Mogę się założyć, że nie znasz połowy świetnych zespołów! Ale, cholera, jak mamy to wszystko nadrobić?.. Nie będziemy tu siedzieli popijając herbatkę, ta muzyka do tego nie pasi.. To tak jakbym poszedł do kościoła w koszulce Behemotha!
Odgarnął grzywkę na bok i zaczął się zastanawiać. W końcu doznał olśnienia. Aż się bałam, co wygłówkował.
- Już wiem!- krzyknął.- Imprezka! Zrobimy sobie party-party? Party hard?
- W dwójkę?- zdziwiłam się.
- Oczywiście, że nie - parsknął.- Zaproszę też Robbie' go i Alice!
Rzucił się do telefonu i z prędkością światła zaczął pisać SMS- a. Natomiast ja się zaniepokoiłam.
- Kto to są Robbie i Alice?- spytałam zmartwiona. Czyżby Coward już zapomniał, że ja tu jestem? To miało być spotkanie w dwójkę, wspominanie dziecięcych lat, jakieś zwierzenia. Przynajmniej ja sobie to tak wyobraziłam. A tymczasem wyszło, że robimy imprezkę.. Miałam już uraz do takich klimatów.
- To moi najlepsi kumple, oczywiście teraz poza tobą! Ale nie martw się, są zajebiście mili! Pokochasz ich! Oni ciebie też! Idealnie pasujesz do naszej paczki!- entuzjazmował się kumpel.- Jaki ja jestem genialny, że cię ściągnąłem!
Widziałam jego dziecięce podekscytowanie, więc nie chciałam tego zepsuć. Może udałoby mi się przy okazji poznać jeszcze kilka tak wesołych osób? Oby tylko się mnie nie wystraszyli, wyglądałam okropnie.
- No i umówione!- przyjaciel wyrwał mnie z transu.- Będą za dwie godziny! Co chcesz teraz robić?- spytał.- Przygotowywanko, makijażyk czy coś?
Parsknęłam śmiechem, ale po chwili spoważniałam.
- Już mam przykre doświadczenia z makijażem i fryzurami. Wolę nie ryzykować..
- Daj spokój - nie dawał za wygraną.- Co jak co, ale jesteś ładna. Zamiast to wykorzystać, chodzisz w ciasnym kucyku i z buzią pielęgnowaną mydłem. Daj mi się chociaż raz zobaczyć w innej odsłonie. To w końcu ma być party hard, a nie babcina potuptanka!
- To chyba nie jest najlepszy pomysł..- stwierdziłam.
Ale Carl znów wykorzystał jeden ze swoich trików. Zrobił wielkie oczy i minę smutnego szczeniaczka. Potem zaczął mnie błagać:
- Plosę, Sally. Nie widzieliśmy się 6 lat, co jak znowu cię stracę? Musimy wszystko nadrobić póki czas! No plosę..
I ja mogłabym odmówić?
- No dobra..- w końcu się zgodziłam.
- Świetnie, idę po sprzęt!- dziewiętnastolatek powrócił do swojego naturalnego wyrazu twarzy, czyli do półksiężycowego wyszczerzu.
Po chwili wrócił do mnie z kosmetyczką, grzebieniem, szczotką, prostownicą i.. nożyczkami.
- Chcesz mnie pociąć czy coś?!- niemal wrzasnęłam.
- Nie do końca, nie jestem Edwardem Nożycorękim.. Chcę cię tylko ogarnąć - uśmiechnął się zagadkowo. Popatrzyłam na jego czuprynę. Wyglądała nieźle, więc chyba mogłam mu zaufać.. Przy okazji nic nie mogło być gorsze niż mój kołtun.
- Zaczynamy?- upewnił się.
- Okej - zgodziłam się.- Tylko uważaj.
- Jestem profesjonalistą!
Rozpuścił moje włosy i prawie się załamał.
- Ale dżungla! Jak ty to zrobiłaś?- dziwił się.
- Sama nie wiem, jak to się dokładnie stało..
- No dobra.. Ale obetnę dość sporo - stwierdził.
Westchnęłam. Czułam się podekscytowana.
- Ufam ci, szefie.

*Andy*
W końcu doszedłem do tego ciemnego zaułka, w którym spotykaliśmy się kilka lat temu. Zobaczyłem jej charakterystyczny zarys sylwetki. Była wysoka, miała ponad 180 centymetrów wzrostu, może nawet tyle co ja. Posiadała też duże piersi, szerokie biodra i masywne, umięśnione nogi. Nosiła też czarno-zielone dredy i dużo łańcuchów. Była parszywa, jedna z brzydszych kobiet, jakie istniały. A i tak faceci na nią lecieli. Może dlatego, że była bardziej męska niż większość mężczyzn. Była bardziej ich szefową niż przyjaciółką. I nikt nie miał prawa się jej sprzeciwić.
Mimo że trochę podrosłem przez cały ten czas i ogólnie byłem ważniejszą osobą niż zwykły nastolatek, trochę się cykałem. Nawet od daleka bił od niej chłód. Jeśli zrobiłbym coś źle, gdybym chociaż powiedział coś złego, nasłałaby na mnie swoich ludzi. Lub sama mnie pobiła.
Przełknąłem ślinę i zrobiłem kilka kroków do przodu. Była ubrana w bluzę z kapturem naciągniętym na głowę, tak samo jak ja. Została dość znaną dealerką, więc bała się, że ktoś ją zidentyfikuje.
- Witaj, Andysiu - powiedziała udawanym słodkim tonem.- Co tutaj chłoptasia sprowadza?
Zmarszczyłem brwi, starając się ignorować wspomnienia. Wiedziała, co się kiedyś działo w moim życiu. Powiedziałem jej to. I zrobiłem z nią wiele obrzydliwych rzeczy. I nie tylko z nią.
- Daj spokój. To już przeszłość. Zresztą wiesz, po co przyszedłem - odparłem udawanym beznamiętnym tonem.
- No proszę, proszę, jak nam zmężniałeś. Już się boję - parsknęła.- Dobra, a teraz na poważnie. Wiesz, że zawsze najpierw przyjmuję zapłatę.
- Ile?- spytałem.
- 200 dolców - rzuciła.
- Co?! Przecież to nie jest tyle warte! Mówiłaś, że weźmiesz połowę mniej!
- No tak, ale.. Mało mnie nie wsypałeś kilka lat temu, wiesz, jakie miałam problemy? Jebane psy mało mnie nie złapały - obaj splunęliśmy. Cholerne gliny.. - I zresztą jesteś bogaty.. Jaki to dla ciebie problem?- pytała z niewinną miną. Nie odpowiadałem. Sława miała swoje minusy. Już chciałem odejść, ale mnie zatrzymała:- Jak tego nie kupisz, to cię wsypię tak jak ty mnie. I wtedy się, kochanie, nie pozbierasz. Zrobię ci z życia piekło. I dla twoich bliskich też.
Uśmiechnęła się, a jej zęby poddane modyfikacji wydały mi się upiorne. W końcu odpuściłem i podałem jej banknot. Wyrwałem jej woreczek z białym proszkiem i zacząłem odchodzić.
- Do następnego razu! Przynieś mi więcej kasy!- parsknęła śmiechem.
Suka.

*Sally*
- Dobra, gotowa?- zapytał Carl.
- Okej..- bałam się, bo przez ostatnie półtorej godziny chłopak skakał naokoło mnie z nożyczkami i obciął mi co najmniej 10 centymetrów. To tego nałożył na mnie sporą warstwę makijażu. Może nie aż tak grubą jak Juliet Simms, ale jednak. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Bo co jeśli mi się nie spodoba? Nie chciałam robić mu przykrości.
Wzięłam głęboki oddech.
- Dawaj - powtórzyłam.
- Okej. Na trzy pokażę ci twoje odbicie. Raz, dwa.. trzy!- postawił przede mną lusterko.
Opadła mi szczęka. Spoglądała na mnie zupełnie inna twarz.
Włosy sięgały mi lekko za ramiona, były mocno postopniowane. Miałam też grzywkę na bok, podobną do tej ,,fryzjera". Co do makijażu, to był dość mocny i mroczny, ale całkiem niezły. Szczerze to nawet podobał mi się ten nowy image. Nareszcie przestałam widzieć w lustrze siostrę, co doprowadzało mnie do depresji. Właściwie przypominałam trochę Renee Phoenix. Jak tu się nie cieszyć, że jesteś sobowtórem swojej idolki?
- Wow, jest super. Dzięki - powiedziałam.
- A widzisz! Mówiłem, że jestem mistrzem! Należy mi się chyba jakaś nagroda..- pokazał palcem na policzek.
,,O cholera, mam go pocałować?"- pytałam swój umysł.
,,To tylko dla żartów, po przyjacielsku.."
Cmoknęłam go szybko. To był mój pierwszy pocałunek z chłopakiem. Z... gejem? Chyba.
- Carl.. Nadal jesteś gejem?- zapytałam.
Zachichotał, widząc moje zakłopotanie.
- Nie, teraz jestem bi. Wiesz, większy wybór!- uśmiechnął się i zrobił wymowny ruch brwiami.
- Boże, dlaczego ty flirtujesz ze wszystkim?! Zakładam, że z chomikiem też!
- Borys się nie skarży, chyba to nawet lubi.
Wybuchnęliśmy śmiechem. Naszą głupawkę przerwał dopiero dzwonek telefonu.
Chłopak uspokoił si i odebrał.
- Halo, tu rezydencja Cowardów, w czym mogę służyć?- powiedział.- Jeśli to nie sprawy finansowe, to proszę oddzwonić później.
- Carly, nie wydurniaj się. Naćpany jesteś, czy co? Herbatą pewnie.. Dobra, już dojeżdżamy - usłyszałam kobiecy głos.
- Robb i Ali już jadą. Choć na dół, panicz musi powitać gości!
Wzięłam głęboki oddech i popędziłam za przyjacielem. Zbiegliśmy po schodach i dotarliśmy na dół. Czekaliśmy, ,,Carly" w ogóle się nie przejmował, ale ja czułam się spięta. Bałam się, a moje uczucia sięgnęły zenitu, gdy zadzwonił dzwonek. Jednak nie mogłam nic zrobić i mój kumpel otworzył drzwi.
Przed sobą zobaczyłam wysokiego chłopaka i jego piękną towarzyszkę. Na oko obaj byli starsi. Facet był cały wytatuowany, niemal tak bardzo jak chłopak z plakatu. Miał też tunele i dość wyćwiczoną sylwetkę. Wyglądał nieźle, nie mogłam zaprzeczyć, że jest przystojny. Maił bardzo ładne rysy twarzy. Dziewczyna również była piękna. Wysoka, szczupła, o ślicznych blond włosach. Do tego miała ubrania, jakby wyszła od stylisty. Zazdrościłam jej, wyglądała jak modelka. Ogólnie jako para prezentowali się nienagannie. Teraz ja poczułam się gorsza.
- Hej, Carly, jakaś nowa ,,przyjaciółka"?- laska, widocznie ,,Ali" zaakcentowała ostatnie słowo.- Jaka słodka, ślicznotka!
Uśmiechnęłam się. Wydawała się całkiem miła. Wcześniej obawiałam się, że jeśli jest taka idealna, to będzie przemądrzała.
- Tak, to jest Sally.
- Alice, a to mój chłopak Robbie - podała mi rękę.
Nie zdążyli nawet zrzucić kurtek, bo ten z grzywką im przerwał:
- To co, imprezka?!- wyszczerzył się.
- Jasne!- powiedziała blondynka.
- Chodźcie, weźmiemy drinki!- zaproponował właściciel domu.
Wszyscy pobiegliśmy do barku jak jakieś dzieci i nalaliśmy sobie jakiś kolorowych płynów. Dodatkowo Carl powtykał nam do nich parasolki. ,,Nie no, obsługa- profeska!" Przy okazji: nie miałam pojęcia, ile alkoholu jest w napojach. Miałam nadzieję, że moja głowa da radę.
Potem pobiegliśmy do pokoju, a fan Bring Me The Horizon odpalił ich płytę. Najpierw rozległa się cicha, spokojna gitara, ale już chwilę potem wszystko stało się głośne. Potem dołączył jakiś niezrozumiany krzyk. Z trudem mogłam rozszyfrować słowa, ale właściwie było to chyba bez sensu, bo tekst był tak wymyślny, że nie miałam pojęcia, czego właściwie dotyczy. Mimo wszystko mi się podobało. Coś w tym darciu mordy było, jakieś uczucie.
- Carrie, nie katuj jej tą muzyką. Nie każdy musi czcić Olivera jak ty i robić mu ołtarzyk. I do niego fapać - zwrócił uwagę jego starszy kumpel.
- A właśnie, Sally.. Widzisz tego chłopaka na zdjęciach którego całuję. To jest właśnie Robbie!- dokopał mu jego były.
Tamten zdębiał, a ja jedynie się dziwiłam, że z takiego słodkiego chłopczyka wyrósł naprawdę seksowny facet. Widocznie nie był dumny ze swojej dawnej orientacji seksualnej, bo krzyknął:
- Zaraz cię uduszę, Cheshire! Ali, pomóż mi!
Nie mogłam się połapać w tych wszystkich ksywkach, więc spytałam:
- Ile on ma ksywek? I ile wy?
- Carl?- zastanawiał się wytatuowany, udając, że dusi dawnego geja - Carl, Carly, Carrie, Carlcio, Karol, Cheshire, Kot, Kitty.. Dużo!
- A ty jesteś Robbie, Robb, Robert, Rupert, Rabbit i od nazwiska Parkan!- zaśmiał się.- A Alice to po prostu Alice lub Alicja, Ali.. Tobie też trzeba wymyślić!.. Nawet mam!
- Jakie?- zmarszczyłam brwi. Szybki był.
- Sallem!- krzyknął.
Wzruszyłam ramionami.
- Czemu nie?
A potem rozkręciła się impreza. Carl zaczął śpiewać do jakiejś piosenki ,,Pieprzmy się!", co wychodziło mu całkiem nieźle. Miał ciekawy głos, zupełnie inny jak Andy. Krzyczał też podbnie do tego całego ,,Olivera".
- Ładnie śpiewasz, Carly - powiedziałam.
- Och, ta dziewczyna cały dzień ze mną flirtuje! Cóż za nieprzyzwoitość, Sallem! Jesteśmy na dopiero pierwszej randce-nie-randce!
Wybuchnęłam śmiechem.
- Ale jeśli chcesz wiedzieć, to mamy plan założenia zespołu. Ale nie mamy nazwy i kompletnie nic.. Mamy tylko to!- momentalnie podłączył jedną z gitar i zaczął przygrywać do piosenki, drąc się przy tym i nucąc.
- Yeah!- wrzasnęła Alice.- Niezły koncert!
Wszyscy zaczęliśmy tańczyć, rzucać się poduszkami, popijać drinki, śpiewać (choć ja nawet nie znałam słów). Było fajnie. Zdążyłam się dowiedzieć, że Parkan dorabia jako tatuażysta i gra na perkusji w zespole-nie-zespole, a Ali jako modelka i przy okazji umie wymiatać na basie. Wszystko stało się jasne. No może nie do końca, zostało jeszcze wiele pytań.
Ale przynajmniej nareszcie poczułam się jak normalna dziewczyna. Zabawiłam się. Szalałam z prawdziwymi kumplami, a nie z bandą staruchów. Nie było też fochów.. Czułam się po prostu świetnie. Jakbym tu należała, odnalazła swoje miejsce na Ziemi.
Ale wtedy usłyszałam pierwsze nuty Damage. Carrie pomyślał, że coś puściłam i zaczął śpiewać:
- You don't know anything!!!! Coś tam coś! Lalalala!!!
Ale to był mój dzwonek. To Jinxx próbował się dodzwonić.. Po raz 3.
- Cisza!- nakazałam. Wszyscy poodkładali instrumenty i ściszyli muzykę.
Odebrałam.
- Halo?- spytałam.
- Cholera, znowu cię ktoś porwał?! Gdzie ty jesteś?!
A no tak, nie mówiłam im o nowych znajomościach.. To nieco komplikowało sprawę.
- Nie, jestem z kumplami..
- Jakimi?! Dobra, wyjaśnisz w domu!.. Teraz wracaj, jest późno!
Spojrzałam na zegarek w kształcie kotka. 22, no tak..
- Okej, zaraz będę.
Rozłączyłam się. Czas wrócić do tej bandy nudziarzy..
- Muszę już iść - oznajmiłam.
- Odwiozę cię!- krzyknął Kitty.
- Nie!- zaprotestowała Alice.- My ją zawieziemy, ty byś się rozbił!
- To pa!- pożegnałam nowego przyjaciela.- Spikniemy się!
Potem dwójka odwiozła mnie do domu, a tam już czekała mnie awantura..

*Andy*
Kiedy tylko Sally stanęła w drzwiach, poczułem się, jakbym oberwał.
Co ona ze sobą zrobiła?!
Wyglądała jak jedna z tych głupich scene-idiotek. Brakowało tylko kolorowych pasemek, czaszeczki i cięcia się na pokaz. Cholra, zapierdolę tego, który to z nią zrobił! Uduszę go, zwiążę, obleję smołą, spalę żywcem..
Gdzie się podziała ta śliczna, delikatna Sally, która przypominała mi Lynn? Teraz został z niej tylko głupi emos.
- Kurwa, jesteś głupia?!- wydarłem się.
- Andy!- wtrącił się Jinxx.
Dziewczyna uniosła brew.
- Coś ci nie pasuje?- ,,I ona jeszcze pyta?!".
- Kto ci to zrobił?! Kto cię tak oszpecił?!- miałem nadzieję, że stanie się to, co miało miejsce w klubie, ale tak się nie stało. O dziwo emoska się zbuntowała. Co, kurwa, ją opętało?!
- A mi się podoba.. Nareszcie mogę być sobą.
Nie mogłem wytrzymać. Musiałem doprowadzić do kłótni.
- Być sobą?! Być sobą?! Ktokolwiek ci to zrobił, zamienił cię w jakąś czarną kurwę! Zmywaj mi to, natychmiast!
- Jestem pełnoletnia, nie będziesz mi rozkazywać!- warknęła.
- Właśnie, że będę! Więc rób, co mówię, pizdo!
Opadła jej szczęka. Zmarszczyła brwi i przez łzy wrzasnęła:
- Pierdolony kutas, jebał cię pies!
Odeszła szybko, biegnąc na górę do swojego pokoju. Słyszałem jej szloch.
No dobra, może trochę przesadziłem..
- I co narobiłeś?!- Jake przyłożył mi w policzek.
Znów doprowadzali mnie do wrzenia.
- A wy co, kurwa, ciągle za mną łazicie! Nie możecie sobie, w cholerę, znaleźć innego zajęcia?! Kurwa, jestem pełnoletni i mam prawo do własnego zdania!
- Niedługo nie będziesz miał!- powtarzał Jinxx.
Moja szczęka zaczęła drżeć. Już chciałem przywalić temu staremu prykowi, ale jego najlepszy kumpel złapał mnie za rękę. Cudem się wyszarpnąłem.
- Kurwa, nienawidzę wszystkich w tym domu! Wszyscy jesteście kurewsko pojebani!
Pobiegłem na górę.
Nie wytrzymałem.
Wyciągnąłem towar od Shadii, starą strzykawkę i resztę sprzętu, który na szczęście zachowałem. Czułem taką nieziemską wściekłość. Na nich, na nią, na siebie. Potrzebowałem odpoczynku.
W końcu dałem w żyłę. Niedużo, ale dla początkującej osoby wystarczająco. Oczy zaczęły mi się kleić. Czułem się jakbym cofnął się do niemowlęcia.
A dalej już nic nie pamiętałem.
***
Ta, kolejny rozdział. Jest Carl, jest Robbie, jest Alice, jest i Shadia inspirowana Marilyn Rosą. Jest heroina. I jest fajnie.. chyba. No, załóżmy, że tak, bo jakoś nie mam ostatnio weny do tego opowiadania. Bardziej myślę o kontynuacji FAS, tam są przynajmniej moje klimaty. Scene mi obrzydło. Mam dość, to zbyt cukierkowe i sztuczne.
Tak, mogę być wkurzająca, bo ostatnio wszystko mnie wkurza.
No i to tyle.
Kocham was i do następnego ♥
Nuta:
Nirvana- Old Age

wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział 7: ,,Uśmiech w kształcie półksiężyca"


*Sally*
 Minął tydzień. A może więcej? Nie wiem, straciłam rachubę. Ale za to wszystko wróciło do normy. No, prawie. Pomijając to, że nie odważyłam się wyjść z domu, to było okej. Nawet trochę lepiej.
Kiedy wróciliśmy z Andy' m do domu po pamiętnej nocy, on dostał opieprz. Ja całe szczęście nie, ale za to musiałam wytrzymać milion morderczych uścisków Sammi i jej gadkę o tym, jaka to biedna jestem. Chłopaki zachowywały się już normalniej, za to starali się ze mnie wyciągnąć szereg informacji. Chcieli nawet zawiadomić policję, ale Biersack się sprzeciwiał. Powiedział, że ,,jebie psy" i nie będzie się im podlizywał. To doprowadziło do kolejnej kłótni, a w rezultacie do anulowania pomysłu. Szczerze to z jednej strony mnie to zmartwiło, bo gang mógł powrócić, a z drugiej strony cieszyło, bo mógłby się zemścić za atak glin. Tak czy siak utknęłam w tym po uszy. Miałam nadzieję, że to wszystko jakaś pomyłka, że nie polowali na mnie. Ale widzieli mnie, rozpoznaliby pomyłkę i zabili od razu. I ile osób jest atakowanych przez morderców w lasach?
Właśnie, jeśli chodzi o las- nie mówiliśmy nikomu z nowym kumplem o naszej kryjówce. Miała pozostać tajemnicą. Nie wybieraliśmy się tam od ostatniego razu, to było miejsce tylko na specjalne okazje. Tak ustaliliśmy. I od tego czasu ze sobą nie rozmawialiśmy. Jedyny nasz kontakt to były jakieś ukradkowe znaczące spojrzenia. Poza tym unikaliśmy się. Wszyscy przypuszczali, że chłopak coś mi zrobił i się pokłóciliśmy. Czasami przytakiwałam, ale tylko po to, by się odwalili. Polubiłam tego skurwiela. Bez tych wszystkich ludzi, którzy robili z niego wariata, był całkiem normalny. I nawet inteligentny. W tej chwili był moją jedyną bratnią duszą. Nawet, jeśli się tego wypierałam.
Przestałam też udawać całkowicie normalną. Potrafiłam warknąć na Jinxxa (choć się tym nie przejmował) lub spędzać cały dzień z laptopem. Tak, znalazłam sobie nowe hobby. Przeglądanie zdjęć, słuchanie muzyki, sprawdzanie nowości związanych chociażby z Fit For Rivals. To wciągało, wszystko działo się tam tak szybko, nie było nudy. Z początku wszyscy pilnowali, bym była w domu, ale przez to uzależnienie usiłowali wyganiać mnie na dwór. Bezskutecznie.
Aż do pewnego dnia.

Zeszłam na dół, w celu przygotowania sobie śniadania. Dziwne, bo nikogo nie zastałam przy stole, co zwykle było tradycją. Zajrzałam do lodówki, bo tak cholernie chciało mi się płatków z mlekiem. Ale mleka nie było. No pewnie. Takie małe utrudnienie, a jak może człowieka wybić z równowagi.
Wywróciłam oczami i zaczęłam łazić po domu w celu odnalezienia całej ekipy. Nagle wpadł na mnie Ashley, który widocznie się śpieszył.
- Po co tak biegniesz? Pali się?- spytałam zaskoczona.
- Andy..- wyrzucił tylko i udał się w stronę kuchni. Tuż po tym znów zjawił się obok mnie, trzymając w ręce jakieś opakowanie. Nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, co to jest. Tabletki na zahamowanie kaszlu.
Zdałam sobie sprawę, że mieliśmy powtórkę z rozrywki- krwioplucie.
Pobiegłam za chłopakiem, cała trzęsąc się z niepokoju. Przecież Andy był już raz u lekarza (skąd mam wiedzieć, czy nie więcej?). To nie było normalne. Co jeśli to było coś poważnego? Jeśli to się dopiero zaczyna, a najgorsze przed nim? Może to zalążek jakiejś większej choroby? Wolałam nawet o tym nie myśleć.. Liczyłam na to, że da się z tym coś zrobić.
W końcu dobiegłam do łazienki, a nad zlewem zastałam zgiętego w pół Biersacka, który krztusił się czerwoną mazią, którą umazana była cała umywalka i resztę zespołu. Jinxx klął na chłopaka, Jake pochylał się nad chorym i kręcił głową z niezadowoleniem, a Christian tylko patrzył na to wszystko z przerażeniem (czyli chyba zachowywał się najnormalniej). Ash drżącymi rękami wyciągnął kilka pigułek z pudełka i podał je kumplowi.
- Masz!- krzyknął.
Tamten wziął najszybciej jak tylko mógł tabletki i popił wodą z kranu. Trzęsły mu się ręce, wyglądał jeszcze żałośniej niż ostatnio. Dziwne, ale miałam wrażenie tej nocy wychudł i zmizerniał jeszcze bardziej. Zupełnie jakby miał zaraz umierać. Zrobiło mi się go żal, brała mnie litość z czego kumpel na pewno nie byłby zadowolony.
W końcu sytuacja była opanowana. Wszystko się uspokoiło. Zmęczony Biersack oparł si plecami i ciężko oddychał. Musiał być wykończony.
- Co się stało?- zapytałam w końcu.
- Cała noc mu tak zeszła - wyjaśnił Pitts.
- Musimy ci w końcu zrobić ten rentgen!- wtrącił Ferguson.
Miałam świadomość, że mój przyjaciel się do tego nie rwie, bo czy ktokolwiek by tego chciał? Spojrzał na mnie błagalnie, jakby oczekując pomocy. Nie wiedziałam, co zrobić. Nie posłuchać dla jego dobra, a potem znosić jego fochy czy posłuchać, narazić jego zdrowie i być dobrą (nienormalną) przyjaciółką?
Westchnęłam i zaczęłam:
- No co wy? Chyba nie zabierzecie go w takim stanie! Przecież jest wykończony, lepiej niech choć odrobinę odsapnie! Prześpi się czy coś..
Chłopak posłał mi wdzięczne spojrzenie. Udawałam, że go nie widzę.
Najstarszy zmarszczył sceptycznie brwi. Oni wszyscy już rozumieli, co się święci.
- Sally, rozumiem, że chcesz dobrze, ale naprawdę musimy w końcu pójść do tego szpitala i się dowiedzieć. Za długo z tym zwlekamy. To się nie zaczęło niedawno, powinniśmy byli to zrobić pół roku temu.. Co najmniej.
- Ale on się ledwo trzyma na nogach! Nie spał całą noc, jeszcze wam zemdleje!- nie dawałam za wygraną.- Chcecie żeby zaczął wam umierać?
- Sally..- już chciał skomentować, ale przerwał mu Ashley:
- Nie, Jinxx, ona ma rację. Jeśli będzie nam mdlał, to co wtedy? Mamy umówiony wywiad do Kerranga! na wieczór. Jeśli coś się stanie i się nie zjawimy, to będą mieli kolejną sensację.
- Dobra, on ma rację - uznał Jake. No proszę, jak działa strach o sławę! Całe szczęście, że mieli ten wywiad.. Choć Andy i tak wyglądał na niezadowolonego. Ale chyba łatwiej pogadać z jakimś gościem, niż stać w szpitalu przy dziwnym cacku..
Jinxx westchnął, ale przystał na moją propozycję.
- Dobra, ale nie myśl, Andy, że pójdziesz sobie teraz do swojego pokoju i się w nim zamkniesz! Mamy do pogadania!
Chory wywrócił oczami i się wyprostował. Znowu był taki wielki, czułam się przy nim jak mrówka. Ale już nie budził takiego przerażenia jak za pierwszym razem. Szybko go rozpracowałam, już nie był taki twardy. No proszę, a ponoć nie znam się na ludziach!
- I podziękuj Sally, bo w przeciwnym razie stałbyś już przy tym urządzeniu!
Czwórka opuściła pomieszczenie, dziwnie patrząc na naszą dwójkę.
- Dzięki - powiedział w końcu wielkolud. ,,No proszę, podziękował! To już jakiś postęp!"- Choć wiem, że i tak kiedyś mnie tam zaciągną. Ale trudno.. Może do tego nie dotrwam - ,,Że co?"- Jeszcze na dodatek teraz mam z nimi gadkę, a potem wywiad do najbardziej znienawidzonego dla mnie pisma.. Kurwa, jak tu żyć?!
- Ej, nastaw się pozytywnie - poleciłam.- To tylko jeden wywiad!
- Niby tak. Ale, Sally, naprawdę nie wiesz, jakie kłamliwe jest to pismo.. Wyciąga z wszystkich to, co najgorsze. Obyś nie musiała nigdy go czytać..- narzekał.- W ogóle to nie cierpię wywiadów.. Muszę udawać takiego uroczego chłopczyka, żeby dorastające panienki były zadowolone. A potem i tak sypią się hejty, że jestem pedałem! Sama rozumiesz..
Pokiwałam głową.
- Co wy, do cholery, robicie w tej łazience! Andy!- krzyknął pan mama.
- I widzisz, jak tu się z czegokolwiek cieszyć?..
Podążyłam za przyjacielem do kuchni, rozważając znaczenie słów ,,może nie dotrwam".  Co miał na myśli? Zaniepokoiłam się. Może niech lepiej z nim pogadają..
W pomieszczeniu przy stole czekało już całe zgromadzenie. Czarnowłosy usiadł pośród wszystkich i jak zwykle rozwalił nogi na stole. Spiorunowano go wzrokiem. On już się do tego przyzwyczaił, ale ja nadal nie. I choć spotkanie nie dotyczyło mnie, to bałam się. Wyglądało to tak, jakby mężczyźni zastanawiali się, jaki wyrok mu dać. Tak, to przypominało sąd.
Ale mój kumpel wyglądał, jakby się nie przejął. A przynajmniej dobrze udawał. Podejrzewałam to drugie.
- Sally, wyjdź - znów mi rozkazywano. Zaczynałam rozumieć Andy' ego. Ci ludzie robili z siebie naszych panów.
- Dobra, idę do spożywczego..- oznajmiłam.
- Wychodzisz?- zdziwił się Christian, który ostatnio nie przemówił do mnie słowem, choć zapewniałam go, że nic nie jest jego winą.
- A co w tym niezwykłego? Potrafię, mogę, więc idę. To nie jest chyba takie niebezpieczne, no nie?- pytałam sarkastycznym tonem. Może zbyt sarkastycznym.
- Nie naśmiewaj się tak. Pamiętaj, co niedawno cię spotkało..- zdenerwował się ten.. pryk. Przejęłam biersackowe słownictwo.
- Okej, okej, już wam nie przeszkadzam.
- Nie musicie jej udowadniać, że macie rozstrój nerwowy jak nastolatka podczas okresu - dorzuciła ich ,,ofiara".
Dostała mu się obelga, ale tylko uśmiechał się pod nosem. Miał uśmiech godny szatana. Zastanawiałam się, czy istnieje jakiś, który to przebije.
W końcu jednak wyszłam z pomieszczenia i udałam się do łazienki, by się ogarnąć. Wyglądałam jak kupa gówna- moją twarz pokrywało kilka drobnych blizn, do tego byłam rozczochrana, a moje włosy przypominały jednego wielkiego dreda.
,,Oj, chyba czas znaleźć fryzjera.."- powiedziałam swojemu odbiciu w lustrze. Zebrałam włosy w kucyk, darowałam sobie makijaż. Ubrałam się w szary top i czarne jeansy, po czym wciągnęłam na siebie równie ciemną bluzę. Wyglądałam jak jakaś wampirzyca.. Jeszcze tego brakowało! Ale wolałam to stokroć bardziej od zombicznego Biersacka, który dziś prezentował się chyba najgorzej od mojego pojawienia się.

*Andy*
- Wychodzę!- oznajmiła Sally, a drzwi się za nią zamknęły.
Zostałem sam z tym całym idiotycznym ,,posiedzeniem". Trudno to nawet nazwać, bo nie miałem obrońcy, samych oskarżycieli.
Ojej, już się boję. Tak jakbym nie przywykł..
- Zacznijmy od tego, że wiemy, że znowu palisz..- zaczął Jinxx.
Uniosłem brwi. ,,Niby skąd? Wróżka ci powiedziała, czy co?" Przecież dobrze ukryłem papierosy.. Nikt poza mną nie wchodził do mojego pokoju, a już na pewno nie śmiał się dotknąć kosza na bieliznę.
Ale nie mogłem dać po sobie poznać zdezorientowania.
- Aha.. Dobry żart. Macie może jakieś dowody?- udawałem, że nie wiem, o czym mówią.
- Przecież jedzie od ciebie na kilometr!- zdenerwował się starszy.- Cuchniesz jakbyś był jakąś popielniczką! Czy ty się tarzasz w tych szlugach?!
Jak szybko on się wkurwiał.. Przebił nawet mnie, bo na razie nie okazałem rozdrażnienia.
 Nie miałem pomysłu, jak się obronić, ale próbowałem. Niestety nie wychodziło to najlepiej,.
- A masz dowody rzeczowe? Równie dobrze ja mogę powiedzieć, że jeśli cuchniesz gównem, to znaczy, że się w nim tarzasz.. Gdzie tu logika?
Chłopak ukrył twarz w dłoniach. Jak ja uwielbiałem go załamywać. Nie musiałem się nawet starać. Byłem swoją anielską wersją, a oni padali jak muchy. A jakby wiedzieli, co jeszcze szykuję.. Miałem tyle pomysłów. I nie, nie chodzi mi tu tylko o takie drobnostki jak obszczanie kwiatków.
- Czy ty nie możesz zachowywać się poważnie?!- ,,Mogę ci jedynie poważnie dokopać, przykro mi"- Przecież tu idzie o twoje zdrowie, życie! Nie obchodzi cię ono?!
- Ani trochę.. - odparłem obojętnie, co go zmasakrowało. Dwa słowa i tyle wystarczyło? No to zaczekaj! Przygotujcie się wszyscy na piekło! Piekło w dosłownym słowa znaczeniu..
- Czyli, że wszystko jest ci obojętne?!
- Otóż to!- uśmiechnąłem się.- Nareszcie mnie zrozumieliście, brawo, cepy!
- Naprawdę myślisz, że dogorywanie potem w szpitalnym łóżku jest takie przyjemne?- wtrącił się Jake. Próbował mnie zniechęcić do oświecenia jak wszyscy ci idiotyczni lekarze. To też już przestudiowałem i się nie obawiałem.
- Ja wytrzymujący w tym łóżku? Na pewno bym już zwiał!- zaśmiałem się.
- Nie miałbyś szans...
- Niby czemu? Bo zamkniecie mnie w pokoju? Mam swoje sposoby! Z domu jakoś umiem się wyrwać..
- Nie, nie dlatego. Dlatego, że będziesz już tylko roślinką i nie będziesz w stanie chociażby ruszyć palcem!
Ta, na pewno.. Jestem zbyt wyjątkowy na taki los. Nie będę umierał jak zwyczajny, głupi śmiertelnik. Już doznałem oświecenia, ale w takim momencie będę już tak mądry jak Lynn. Ból nie będzie już odczuwalny. Stanę się nieśmiertelny jak ona. Będę panować nad wszystkim, nawet nad bólem. I ci wszyscy, którzy powtarzali, że spotka mnie typowa śmierć, będą przede mną klęczeć i błagać o odrobinę litości. Będą się mnie bać, już się boją, stąd ich zachowanie.
- Nic nie rozumiecie..- zaśmiałem się cicho.
- Co?
- Jesteście głupimi osłami i tyle! Kretyni z was!
- Nie będziesz tak mówił na łożu śmierci!- przestrzegał najstarszy. Jakie to zabawne, aż zebrało mi się na głupawkę. Postanowiłem jedna udawać oburzonego i rozjuszonego:
- A czemu od razu zakładacie, że umrę?! Może to nic poważnego?! Tacy z was przyjaciele, że od razu wysyłacie mnie do grobu! Dzięki!
Tak naprawdę zdawałem sobie sprawę, że to wszystko, co mnie spotkało nie jest normalne. Ale przecież bym się do tego nie przyznał! Tak robią tylko nędzni ludzie. Oni są słabi i muszą się dzielić ze wszystkimi swoimi obawami. Nie potrafią sobie sami z niczym poradzić, muszą paplać i paplać..
Ale ja nie jestem tylko człowiekiem, ja to wiem.
- Andy, wiedzielibyśmy, jakbyś tylko dał się namówić na ten rentgen..- próbował mówić spokojnie Ash.- Przecież to nie zajmuje dużo czasu!
- No właśnie, i może wtedy byśmy mogli temu zaradzić w miarę wcześnie?- dodał Pitts.- Nie musiałbyś się męczyć z kaszlem, krwiopluciem, chrypą, bólami w klatce piersiowej..
Wywróciłem oczami.
- Kurwa, nie potraficie zrozumieć, że ja nie pójdę na ten rentgen? Nigdy nie byliście, to nie wiecie, co tam się wyprawia!
- Ale ty kiedyś byłeś i to przeżyłeś.. I wiesz, że to nie trwa tak długo..
- Nie pójdę i tyle! Koniec tematu, do kurwy nędzy!- krzyknąłem.
Wszyscy zamilkli. Żeby jeszcze bardziej ich rozwścieczyć wyciągnąłem i zapaliłem papierosa.
- W sumie macie rację, faktycznie jestem skurwysynem, którego nic nie obchodzi - stwierdziłem.- I bardzo dobrze!
Wszyscy ukryli twarze w dłoniach. Było oczywiste, że doprowadzam ich do rozpaczy. Ale o to chodziło. Lynn byłaby dumna.
A propos Lynn, nie robiłem dzisiaj pewnej rzeczy, którą jej obiecałem. Oddaliłem się od wykończonych ,,kumpli"-mamusiek i udałem się w stronę swojego pokoju.
- Oby wyszedł przed tym wywiadem..- usłyszałem.

*Sally*
W końcu dotarłam do spożywczaka. Właściwie nie był to długi dystans, ale dla mnie dość spory. Przecież ostatnio poruszałam się tylko po domu. A wcześniej chodziłam tylko po psychiatryku.
Czułam się nieswojo wśród tych wszystkich ludzi, którzy chyba się na mnie gapili. Chyba, bo na pewno wyolbrzymiałam. Odzwyczaiłam się od spojrzeń nieznajomych, choć jeszcze niedawno mnie zachwycały. Teraz najchętniej utknęłabym w jakiejś pustce, byle by nie oglądać tego wszystkiego. Chciałam skulić się w kłębek, być w ciszy, ciemności. Skupić się na oddechu, nie ciągle walczyć z przeznaczeniem. Choć może taki był mój życiowy cel?
Dobra, zaczynałam rozmyślać nad sensem egzystencji, mimo że przyszłam tu tylko po mleko do płatków kukurydzianych.
Taki był problem z byciem mną- w każdej chwili swojego życia myślisz, nawet wtedy, gdy siedzisz na kiblu. Jeszcze jakbym myślała nad czymś mądrym, a ja rozmyślałam nad czymś, co jest praktycznie nierealne. Bo czy przykładowo czeka mnie lepsze życie? Raczej nie. Czy wskrzeszę Lynn? Na pewno nie. Czy będę w stanie zabić jej mordercę? Nie sądzę. Czy cofnę się do niemowlęcia siedzącego w brzuchu matki? Nonsens!
,,Stop, Sally! Halo, Ziemia! Mleko!"
Ocknęłam się. Dotarłam do odpowiedniej półki. ,,Tak, mleko.. Ale ile procent? Przecież nie tylko ja z niego skorzystam, inni też.. A jakby Andy chciał go użyć? On na pewno wziąłby 0.. O ile on pije mleko, ale załóżmy, że jednak tak. Ale 0 jest takie wodniste, nie cierpię go. A 3,2 będzie już za tłuste, nawet dla mnie. Więc może 1,5?.. Dla mnie idealne. No ale Andy, on się na ciebie wkurzy! I znów będzie foch.. No to może 0, 5? Taka ugoda?" I znów myślenie! Temat mleka również był niebezpieczny dla mojego umysłu.. Równie niebezpieczny jak temat pogody, bo jeszcze zaraz zacznę porównywać deszcz do łez, słońce do dziecka z Teletubisów, a śnieg do koksu..
Na czym to stanęło?.. ,,Mleko, idiotko!"
Chwyciłam pierwszą lepszą butelkę i zaczęłam kierować się w stronę kasy. Po drodze zgarnęłam też kawę. Nie była mi potrzebna, właściwie to nigdy jej nawet nie piłam, ale pomyślałam (pomyślałam, jak zwykle), że może pomoże na moją przegrzaną mózgownicę.
Zrobiłam kolejne kroki i od sprzedawczyni dzieliły mnie już tylko jakieś cztery metry. Nie spodziewałam się, że nawet to okaże się niezwykłe i zbzikowane.
Na swoją niekorzyść postanowiłam zerknąć w bok. I stanęłam jak wryta. Ten uśmiech.. Te oczy, ten nos.. Ta twarz.. Ale szczególnie ten uśmiech. Niczym półksiężyc. Tam, między półkami! Nie pomyliłam się, to nie była schiza!
Znów, przeleciał mi przed oczami!
Mój umysł znowu się uaktywnił. Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia. Już go kiedyś widziałam. Dawno temu, chyba gdy miałam 12 lat. Tyle, że tamten facet wyglądał inaczej. Bo wyszczerz należał do faceta, takie odniosłam wrażenie. Ten był wyższy, prawie tak wysoki jak Andy, miał czarną grzywkę, ubrany był w bluzę w szachownicę i obcisłe rurki ciemnego koloru. Spod rękawów okrycia wystawały liczne tatuaże, w ustach dostrzegłam dwa kolczyki. Chłopak, którego pamiętałam był wtedy niski, miał góra 165 centymetrów wzrostu, różowe włosy, w ogóle cały był różowy. Raz nawet nałożył spódniczkę. Ale ten uśmiech, wyglądał identycznie jak tamten. Czy to możliwe, że to ten sam pedalski trzynastolatek? Czy to mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa? Czy go odnalazłam? Czy takie przypadki są możliwe? Czy mógł aż tak się zmienić? Stał się nawet przystojny, bardzo przystojny. Jeśli w ogóle to on..
Nagle zdałam sobie sprawę, że stoję w miejscu jak idiotka i cały czas nie odrywam od niego oczu. Usta miałam szeroko otwarte. Myślałam, że facet będzie zdezorientowany, może nawet zdenerwuje, ale on wyszczerzył się jeszcze bardziej i.. posłał mi całusa.
To mnie speszyło i zawstydziło do reszty.
Zagryzłam wargę i uciekłam, by zapłacić. Ale on nie dawał mi spokoju. Stanął w kolejce za mną i gapił się na mnie. Odwróciłam się plecami i wyciągnęłam portfel.
- Ile?- spytałam drżącym głosem sprzedawczyni.
- Proszę chwilę poczekać, muszę policzyć..
I wtedy tajemniczy gostek się odezwał:
- Rozumiem, że denerwujesz się spotkaniem czystego uosobienia zajebistości.. Każda tak robi.
O Boże, jaki on miał głos! Niczym jakiś anioł! Faktycznie, był tym uosobieniem zajebistości, ale nie chciałam przyznawać, że jestem nim oczarowana. Uznałby mnie za łatwą zdobycz, za idiotkę. Wiedziałby, że mnie ma.
Musiałam go zniechęcić.
- A gdzie niby to ,,uosobienie zajebistości"? Chętnie zobaczę.
- Widzę, że jesteś niekumata. Właśnie na nie patrzysz, mała. Obym cię tylko nie oślepił!
Nie wiem, czemu, ale podobało mi się to jego wyniosłe, aroganckie usposobienie. Pasowało do tego wyszczerzu. Chyba mi się spodobał.. Był drugim w moim życiu facetem, który stanowił potencjalnego kandydata na..
Ale nie, Sally! Znowu odleciałaś! Po prostu zobaczyłaś kogoś, kto dobitnie przypomina twojego kumpla z dzieciństwa i cię zaciekawił.
- Cóż, nie skarżę się na problemy ze wzrokiem - odpowiedziałam.
- Gdybyś zechciała poznać mnie bliżej, miałabyś też problemy z sercem. Bo ja bym nim sterował.
Cholera, czemu on tak ze mną flirtował?.. Co było we mnie interesującego? Nie mógł sobie znaleźć jakiejś równie ładnej jak on sam?
- Nie potrzebuję pilota, umiem sobie sama poradzić.
- Gdybyś umiała panować nad swoimi uczuciami, to najpewniej byś ze mną nie rozmawiała.
Kurwa mać, miał rację! Rozmawiałam z nim, bo chciałam go poznać. Czy to miał być kolejny ,,śledczy przyjaciel"? Nie, to mógł być prawdziwy przyjaciel. I to taki, którego już znałam.
- Słaba ta twoja gadka - skłamałam.- Popracuj nad nią, a potem znajdź sobie lepszą ofiarę.
- A jeśli chcę za ofiarę ciebie?- nie dawał za wygraną.
- A co we mnie wyjątkowego?- zdenerwowałam się.
- Wszystko - uniósł brwi.
- Halo! Ziemia!- ktoś krzyknął. Podskoczyłam i się ocknęłam.- Znajdźcie sobie lepsze miejsce do flirtów, za wami jest kolejka!
Obejrzałam się za siebie. Za nami stało co najmniej dziesięć osób. Zapłaciłam i już chciałam uciec, kiedy chłopak krzyknął za mną:
- Odezwij się, mała!
Zmarszczyłam brwi i udałam się prosto przed siebie.
Byłam jednocześnie wkurzona i zaintrygowana. Bo co jeśli on tez mnie poznał? Może to przeznaczenie? Może powinnam teraz do niego wrócić? A może to po prostu istotni uroczy flirciarz, w którym się najzwyczajniej w świecie zadurzyłam? Bo przecież mój kolega z Cincy był gejem od małego..
Ale ja nie dobierałam sobie przypadkowych przyjaciół.. On coś znaczył, wydawał się niemal tak istotny jak Andy.
Postanowiłam go odnaleźć. Tylko w celu zbadania sprawy, nie romansu. I być może w celu znalezienia jakiegokolwiek towarzystwa w moim wieku? Kogoś zabawnego, miłego? Sama się w tym pogubiłam jak to zwykle.
Tylko jak on się nazywał?

- Sally, idziemy na ten wywiad!- krzyknął z dołu Jinxx.
- Jasne, jasne!- odparłam.- Dobrze się bawcie!
- To dopiero zabawa! Udawać kogoś, kim się nie jest i gadać z tępym dziennikarzem o tym samym po raz setny! Ubaw po pachy, no nie?- ironizował Andy.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Jezu, naprawdę go polubiłam, teraz to, co wydawało się oburzające, zwyczajnie mnie bawiło. Oj, niedobrze ze mną.. Już dwóch facetów mnie interesowało..
To znaczy.. nie, tylko.. Usiłowałam zaprzeczać, ale czy można ukryć swoje uczucia? Byłam w końcu dziewczyną, dziewczyny zwykle lubią otaczać się facetami. A widocznie ja już miałam wypracowany swój typ. Szkoda, że nie miałam pojęcia o związkach damsko-męskich.
Boże, ja na serio to rozważałam? Oszalałam do reszty!
Piętro niżej nastąpiła krótka kłótnia, ale w końcu drzwi się zamknęły. Zostałam w domu sama. Nadszedł czas, by działać.
Nie czekając dłużej, włączyłam laptopa i weszłam na facebooka. Szybko założyłam konto i chciałam wyszukać tajemniczego chłopaka.
I akurat wtedy w mojej głowie nastała pustka. Bezskutecznie starałam się wygrzebać ze zniszczonych wspomnień jego imię. Pamiętałam tylko, że było niedługie i zaczynało się na ,,c". A jego nazwisko.. Zawsze się z niego śmiałam, bo miało głupie znaczenie. I też było na ,,c". Celowo je tak dobierano, by dobrze brzmiało.
Dobra, Sally, skup się! Teraz nie możesz zawieść! Przypomnij sobie, jaka była historia tego chłopca. Jego rodzice.. Opowiadali o nim wiele historii. I one były niezwykłe, musiały mi utknąć w pamięci. Nawet jego narodziny były wyjątkowe.. Urodził się na lotnisku, gdy jego rodzice mieli jechać do.. Polski. I chcieli dać mu polskie imię. Jakie.. Karol.. Czy jakieś tak. A angielskie odpowiedniki to Henry, Carol, ciepło, ciepło i.. Carl! Tak, Carl!
Wpisałam Carl, ale wyników było tak wiele. W życiu bym tego nie znalazła w ten sposób. Musiałam sobie przypomnieć nazwisko. Ale z czego my się śmialiśmy?.. Śmieszne znaczenie, które do niego nie pasowało.. Bo on robił wszystko, czego inni nie robili. Robił tyle psikusów, za które obrywał m.in. w szkole.. Kiedyś na religii napisał na tablicy ,,Bóg jest gejem", gdy katechetka nazwała go opętanym demonem. Farbował włosy już w pierwszej gimnazjum, choć inni nie pozwalali. Był buntownikiem, był odważny, czyli przeciwieństwem był..
Tchórz! Coward!
Carl Coward! Coraz mniej wyników. Tylko kilka. Przejrzałam je i..
Znalazłam. To był on, na zdjęciu widniał jego uśmiech w kształcie półksiężyca. Jego kiełki i ten flirciarski wyraz twarzy. Stuprocentowy on. ,,Uosobienie zajebistości". Nie dało się go pomylić z nikim innym.
Przez chwilę bałam się w ogóle otworzyć profil, ale w końcu się odważyłam. W tle jego profilu dostrzegłam jakiś zespół podpisany ,,Bring Me The Horizon". Przejrzałam też kilka fotek. Na tych nowszych wyglądał tak jak dziś rano, na niektórych był z równie przystojnym wytatuowanym facetem, na innych z seksowną blondynką (która raczej nie była jego dziewczyną, choć liczyłam, że nią jest). Na innych był już sam. Gdy dotarłam do starszych.. Uśmiechnęłam się. Tak, to on, byłam pewna. Moim oczom ukazał się słodki mały chłopiec z różowymi włosami ubrany jak postać z anime. Do tego na niektórych był ze swoim dawnym chłopakiem- nieco starszym nastolatkiem z brązową grzywką. Nie znałam nigdy tamtego gościa, ale kojarzyłam go z widzenia. Z każdą fotografią wspomnienia powracały, stawały się coraz wyraźniejsze. W końcu znałam tego człowieka od podstawówki. Byliśmy nierozłączni. Przeżyliśmy razem tyle szczęśliwych chwil. Bawiliśmy się razem. Takie rzeczy trudno zapomnieć. Ja zapomniałam, ale (na szczęście) wszystko wróciło. Znów miałam ochotę być tą małą beztroską dziewczynką. Siedzieć u niego całymi dniami i nie móc opanować śmiechu. Opychać się z nim czekoladą i oglądać babskie magazyny, pleść mu warkoczyki. Być niesioną na jego plecach. To dopiero była zabawa!
Wielką przyjemność sprawiło mi obejrzenie tych fotek, ale to nie wystarczyło. Chciałam z nim porozmawiać. Spotkać się, pogadać na spokojnie bez flirtów. Tak jak dawniej.
Zaprosiłam go do znajomych. Zdziwił mnie, bo natychmiastowo zaakceptował. Kochany no life..
Wzięłam głęboki oddech i napisałam:
,,Hej. Tutaj laska z supermarketu."
Zabrzmiało to głupio, ale zrozumiał.
,,Uuu, widzę, że flirciki poskutkowały. Tak to jest jak jest się takim mraśśśnym ;3"
Wywróciłam oczami. Kiedyś zawsze tak pisał, kochał język pokemonów. Mimo to udałam powagę.
,,Posłuchaj, musimy się spotkać i pogadać. Mam ci coś ważnego do powiedzenia"
,,Jasne, jasne, rozumiem ^^ Dobra, a tak na serio: gdzie się chce nasza księzniczka spotkać ze swoim ksienżniczkiem? Bo knienżniczeq Carly gotowy<3333"
,,Gdziekolwiek. Byle nie u mnie.. Tu jest dość specyficznie."
,,Spoczi oczi, no to u mnie.. Wyślę ci adres, wait, wait, Carlcio wpisuje.. =^.^="
Uśmiechnęłam się pod nosem, a po chwili dostałam adres.
,,No to do zobaczenia."
,,Papatki, loffciam ;*"
Wylogowałam się i zaczęłam szukać miejsca, gdzie mamy się zobaczyć.
Czułam się niesamowicie szczęśliwa, że w końcu znalazłam sobie normalnego kumpla.

*Andy*
Czekaliśmy na tego pieprzonego gościa, który znów będzie nas wypytywał o trudną przeszłość, miłość (udawaną) do fanów i plany na przyszłość. Dziwiłem się, że nastolatki wydają kasę na taki chłam. Miały ochotę czytać w kółko to samo? Jakie nudne muszą być ich życia, czy ta rutyna nie powala? No ale cóż, pismo wydawali jebani Anglicy, a oni tylko tak potrafią. Ta ich pierdolona dbałość o szczegóły.. Znałem kiedyś takiego cholernego Anglika i jaki był skutek? Wolę sobie nawet nie przypominać.. Skurwiel niewyżyty.
Nagle ktoś trącił mnie w bok. Ocknąłem się. Dziennikarz już siedział przed nami i był gotowy do rozmowy. Przybrałem więc fałszywy uśmiech i czekałem na pytanie.
- Cóż, temat dzisiejszej rozmowy dotyczy raczej głównie Andy' ego, ale miło, że wszyscy się pofatygowaliście.
Zdziwiłem się. Co tym razem? Będę mnie wypytywać jak sobie radzić z problemami po raz kolejny? Czemu ja musiałem być mentorem życiowym tylu nastolatków? A one jeszcze w to wszystko wierzyły! Nie wiedziały, że to po prostu kłamstwa, za które dostajemy kupę szmalu.
Przesłuchanie się zaczęło, a już pierwsze pytanie wytrąciło mnie z równowagi:
- Andy, jak ostatnio przebiegał twój związek z Juliet Simms? Wszystko wskazuje na to, że wam się nie układało!- ,,No nie pierdol!"
Nigdy nam się nie układało. To nawet nie był prawdziwy związek. To wszystko tylko jakieś przedstawienie, żeby inne laski, między innymi szalone fangirls się mnie nie czepiały. No i potrzebowaliśmy kogoś kto zadba o moje koty i pieprzony ogródek Jinxxa.
Ale tak na serio: nie wiedziałem, że to będzie aż tak odczuwalne, że ,,zerwaliśmy". Co ta Simms znowu wymyśliła?
- Hmm.. Faktycznie, ostatnio się trochę pokłóciliśmy, ale uznaliśmy, że nie będziemy wchodzić sobie w drogę. Bo po co rozdrapywać stare rany?- wyznałem ze sztucznym uśmiechem.
- Juliet mówiła zupełnie co innego! Wspominała dużo o trudnych chwilach w waszym związku. Mówiła też, że..
- Jak to? Jak to ,,mówiła"? Rozmawiała z wami?- spytałem, marszcząc brwi.
- No tak, przecież tego właśnie będzie dotyczył ten artykuł..- dziennikarz zdziwił się, że nic nie rozumiem.- Niedawno Simms przyszła do nas i opowiedziała wszystko o tobie i o waszym związku. Wyjawiła też kilka interesujących szczegółów o twojej przeszłości..- mało nie zemdlałem.- Liczyłem na to, że potwierdzisz niektóre z nich i opowiesz coś o Juliet..
Opadła mi szczęka. Czyli to była ta zemsta! Ta suka postanowiła podzielić się z całym światem moimi największymi sekretami, o których nikt wcześniej nie wiedział! Cholera, jeśli dowiedzą się o śmierci Lynn, o tym, że przez kilka miesięcy byłem główną gwiazdą miasta przez wywołane skandale i zrobiłem ze swojego życia kupę gówna.. Jeśli wszyscy fani dowiedzą się, że wcale nie miałem takiego wielkiego wsparcia w rodzinie i przyjaciołach, że nienawidzę chłopaków z BVB, że publicznością też gardzę i nazywam ich ,,pojebanymi emosami, pedałami"..
Ręce zaczęły mi się trząść, musiałem ukryć je pod stołem. Poczułem kroplę potu spływającą po czole, cała moja pewność siebie zniknęła. Prowadzący wywiad się zaniepokoił, ale widocznie widział, że to prawda. ,,Przyjaciele" też wydawali się być wystraszeni.
- Co mówiła?- zapytałem drżącym głosem.
- Było tego bardzo dużo.. Zaczęła od roku 2006, gdy miałeś 16 lat. Mówiła coś o samobójstwie pewnej dziewczyny, która zachowywała się jak opętana, a ty chciałeś być jak ona, mówiła, że potem ubierałeś się jak twoi fani, których ukradkiem nazywasz ,,pedałami", robiłeś wszystko by wkurzyć rodziców. Potem mówiła o depresji, samookaleczaniu..
Nie dokończył, bo mu przerwałem:
- Co za kłamliwa suka! To wszystko kłamstwo, możecie to sprawdzić! Wcale tak nie było! Uwzięła się na mnie, bo ją zdradziłem!- wrzasnąłem.
Wszyscy spojrzeli na mnie wyraźnie zdziwieni, dziennikarz widocznie dostrzegł w tym sensację. Ja dopiero zdałem sobie sprawę z tego, co powiedziałem. Kurwa, nie zdradziłem do końca Simms.. Ja tylko udawałem. Chciałem wtedy wyciągnąć informacje z Sally. Ona była tylko przyjaciółką, nikim więcej. Nie całowałem jej, nie przytulałem, nie robiłem nic podejrzanego, więc jak mogłem nazwać to zdradą Juliet?
Ale co teraz mam powiedzieć? Nie wycofam się, mówiąc, że się pomyliłem, wtedy faktycznie wyszłoby na jaw, że postradałem zmysły.. Musiałem znów udawać.
- Jak ona się nazywa?- wypytywał podekscytowany redaktor.
Wziąłem głęboki oddech i wycedziłem:
- Sally Rogers.
Wiedziałem, że Rogers nie będzie zadowolona, że jest znana na cały świat jako dziewczyna takiego skurwysyna, ale może dało się to potem odkręcić? Może nie będzie szukała Kerranga!? Przecież ona nawet tego nie czyta, nie ma pojęcia o muzykach!
Trochę mi ulżyło, ale nadal się niepokoiłem.
- Opowiedz nam o niej!
Nie było już wyjścia, zacząłem fantazjować:
- Poznaliśmy się przez przypadek, uznałem, że jest niesamowicie ładna, jej twarz.. Była taka słodka. Więc pogadałem z nią i umówiliśmy się na randkę. Poszło świetnie, a potem samo się rozkręciło! Bardzo się obaj kochamy!
Takiego steku bzdur nigdy nikt chyba jeszcze nie wypowiedział.
- Ja, jak i wszyscy fani mamy nadzieję, że kiedyś będziemy mogli ją zobaczyć!
- Nie sądzę..- rzuciłem pod nosem.
- Dzięki za wywiad, to wszystko!- powiedział dziennikarz.
Potem czekała mnie jeszcze kilkugodzinna sesja zdjęciowa, aż w końcu mogliśmy wyjść. Czułem się jak skazany na pewną śmierć, wszystko spieprzyłem do reszty. Chętnie cofnąłbym czas i poszedł na ten rentgen.
Na ulicy Jinxx się wydarł:
- Kurwa, Andy, co ty im naopowiadałeś?! Nie możesz w końcu wyznać wszystkim prawdy?! Musisz się w to bawić?!
- Zamknij się!- odkrzyknąłem.- Co ty byś zrobił na moim miejscu?! Gdybym tak powiedział, to stracilibyśmy wszystkich fanów, a zespół to nasza praca! Musimy dbać o reputację!
- Ciszej, bo zaraz całe LA będzie wiedzieć!- wtrącił się Jake.
- A ty i Sally na serio.. no wiesz?- zapytał Ashley z uśmiechem.
- Nie, pacanie, w ogóle odwalcie się wszyscy, przecież wy wiecie, że to udawane!- mało nie wybuchnąłem płaczem. Ja tu zmyślam jak tylko mogę, ratuję sytuację, a oni jeszcze się ze mnie śmieją.
- Ale czemu Sally?.. Wiesz jaka ona będzie zła, jak się dowie..
- I chuj mnie to obchodzi! Jestem na skraju załamania nerwowego, zostawcie mnie, w cholerę!- krzyknąłem i wbrew wszystkim zapaliłem szluga. O niebo lepiej..
W milczeniu, choć wszyscy zabójczo wściekli, dotarliśmy do auta i pojechaliśmy do domu. Kiedy przekroczyłem próg nie miałem nawet siły spojrzeć Sally w oczy. Od razu pobiegłem do swojego pokoju i się w nim zamknąłem. Walnąłem się na łóżko i ukryłem przed całym światem pod kołdrą.
- Lynn, pomóż mi.. Nie radzę sobie z tym..- powtarzałem, prawie płacząc. Jednak nie usłyszałem żadnej odpowiedzi.
Bez wahania skierowałem się do łazienki i po prostu zacząłem się ciąć. Czułem się jak żałosny emo-nastolatek, którym właściwie kiedyś byłem. To nie dawało satysfakcji, czułem się coraz bardziej przygnębiony. Musiałem znaleźć coś, po czym będę mógł zapomnieć, poczuć szczęście. Coś, dzięki czemu odlecę. I wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł.. Idealny na listę.

*Sally*
Dziś rano Andy był jeszcze bardziej ponury niż zwykle (co wydawało się wręcz niemożliwe). Po tym wywiadzie cos było nie tak.. Wiedziałam, że muszę znaleźć gazetę, gdy już wyjdzie w środę i ją przeczytać. Może dowiedziałabym się czegoś istotnego?
W każdym razie siedzieliśmy teraz wszyscy w salonie i milczeliśmy. Normanie bylibyśmy już po wielu kłótniach, ale dziś panowało milczenie. Każdy zajmował się sobą. Jinxx czytał książkę, Jake przeglądał prasę, Ashley i Christian bezmyślnie oglądali telewizję, a Andy siedział na dywanie, ukrywając twarz między kolanami. Całe ręce miał w plastrach, nawet nie ukrywał świeżych ran. A ja obserwowałam całe to przedstawienie, choć po pewnym czasie to stało się cholernie nudne. Było jeszcze wcześnie, nie wiedziałam, czy nie za wcześnie, by iść do nowego kumpla. Ale co innego mi pozostało?
- Wiecie.. Chyba gdzieś się przejdę..- oznajmiłam, obawiając się, co powiedzą na nowego męskiego przyjaciela. Ku mojemu zdziwieniu nikt się nawet nie przejął, nagle przestałam być dla nich ważna, co zaczynało mnie trochę denerwować. Potrzebowałam czyjejś uwagi, może wtedy poczułabym się szczęśliwsza. Melancholijna cisza nie była dla mnie.
Wstałam i błyskawicznie się ogarnęłam. Dzisiaj dla odmiany postanowiłam ubrać się w sukienkę, by zrobić dobre wrażenie. Wyglądałam nieco lepiej niż wczoraj, gdy kupowałam mleko..
Po raz ostatni przejrzałam się w lustrze i wyszłam, nawet się nie żegnając. Jak mają mnie w dupie to trudno.

*Andy*
Gdy tylko Sally wyszła, pobiegłem do swojego pokoju. Musiałem znaleźć ten cholerny numer, musiałem. Bez niego pomysł nie miałby sensu.
Zacząłem przewalać wszystko, oszczędzając tylko swoje święte miejsce. Grzebałem wszędzie- pod łóżkiem, w poszewkach, pod stertami brudnych ubrań, w szufladach.
- W cholerę..
Zacząłem się głowić, gdzie ja mogłem wetknąć tę kartkę. Nie wyjmowałem jej od lat, a co najmniej trzech. Obym jej nie wywalił..
Ale jeśli jednak nie wyrzuciłem... Musiała być w jakiś starych gratach. Przewaliłem kartony, które przywiozłem z Cincinnati. Niby nic ważnego, jakieś ciuchy, ale w końcu mi się udało. Wepchnąłem papierzysko do kieszeni za krótkich już na mnie rurek.
Odczytałem numer i wklepałem do telefonu. Zaczekałem aż mnie połączy. Miałem nadzieję, że te jebane gliny jeszcze jej nie dorwały. Jak ona była.. Coś na ,,s".. Shadia, czy jakoś tak. Właściwie to był pseudonim, by nikt jej nie rozpoznał. Nie miałem pojęcia, jakie jest jej prawdziwe nazwisko. W każdym razie, miała to, czego potrzebowałem. Nawet, jeśli zażąda zapłaty w naturze, to się zgodzę.
- Halo?- rozległo się w końcu słuchawce. Tak, to jej niski głos.
Szeptem zacząłem zamawiać.

*Sally*
 Dotarłam w końcu do odpowiednich drzwi. Dom wyglądał bogato, był duży i zadbany. Chyba nawet większy od domu chłopaków. Wahałam się, czy zapukać, ale w końcu to zrobiłam.
Nie musiałam długo czekać. Otworzyła mi niewysoka azjatycka pokojówka. No proszę, nawet służby się dorobił!
- Pani w jakiej sprawie?- zapytała uroczo.
- Czy to dom państwa Cowardów?
- Tak.
- Jestem przyjaciółką Carla..
Dziewczyna uśmiechnęła się i poprosiła bym weszła.
- Proszę usiąść, zaraz zawołam panicza!
Panicza? Oj, Carl, coś ty znowu wykombinował? Jakim cudem stałeś się taki nadziany? Skąd to wszystko? Przecież mieszkałeś w zwyczajnym domku w Cincy, równie przeciętnym jak ja.. A tu nagle taka różnica.
Chociaż z tego co pamiętałam jego ojciec miał firmę, matka nawet nie pracowała. Może właśnie na ojcowskim fachu zdobyli kasę?
Nagle na schodach pojawiła się postać. Wysoki, chudy chłopak z czarną, rozczochraną grzywką, ubrany w kawaii piżamkę w króliczki.
- Witaj, Sally Rogers - powiedział z flirciarskim wyrazem twarzy.
- Witaj, Carlu Cowardzie - odparłam parodiując jego ton.
Zaśmiał się, a potem.. A potem znowu uśmiech. Uśmiech w kształcie półksiężyca.

***
Yay, a więc mamy wejście Carla! Nie mogę się doczekać następnego z jego udziałem, bo to jedna z moich ulubionych postaci :3 I ten uśmiech.. meow, te kiełki.. =^.^=
W następnym- możliwe, że pojawią się też inne postacie (na pewno się domyślacie jakie), Andy zrobi coś niegrzecznego jak zwykle i ogólnie będzie dziwnie, jak to u mnie ;p
Pozostawiam was z przemyśleniami, w przyszłym tygodniu znów planuje 2 przed wyjazdem :)
Takie niepasujące nuty:
Hole- Northern Star
Foo Fighters- Walk
Pixies- Monkey Gone To Heaven
 


poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział 6: Ucieczka przed kartami.


*Andy*
- Kurwa, to gdzie w końcu jest Sally?!- wydarłem się na tego nędznego perkusistę.
- No ja nie wiem..- ryczał jak baba. Co za ciota!
- Nie wrzeszcz tak na niego, bo się nic nie dowiemy. I gardło oszczędzaj - zwrócił uwagę Ashley.
- Będę, kurwa, wrzeszczał, bo ją zgubił, pieprzona pierdoła! A gardło mnie teraz chuj obchodzi!
- Uspokój się, dzieciaku! Rozumiem, że masz swoje humorki, ale nie teraz!- wtrącił się Jinxx.- Ty, Christian, też! Opowiedz nam na spokojnie, co się stało.
Chłopak spojrzał z przestrachem najpierw na mnie, potem na drugiego. Pewnie tchórz się spodziewał, że się na niego rzucimy. No cóż, ja chętnie bym tak zrobił, ale musiałem się czegokolwiek dowiedzieć. Musiałem ją odnaleźć. Była cholernie ważna w tej chwili. Może i potraktowałem ją nieco za ostro, ale teraz uznałem to za głupie. Chciałem wyciągnąć z niej wszystkie informacje, zanim umrze lub ucieknie na dobre. No właśnie..
- Może uciekła?- spytałem.
- Jeśli tak, to przez twoje humorki, idioto!- wkurzył się nasz pan mama.
- Moje?! Ty bez mojej zgody zabrałeś mnie do tego obłąkanego starca!
- Sam jesteś obłąkany i to na poważnie! Ale nie nawrzeszczałem na Sally, że jest głupią suką i może się wynosić! Jesteś obłąkany kretyn!
- Co?!
Już byłem gotowy urwać mu ten przerośnięty łeb, ale w ostatniej chwili Jake nas rozdzielił.
- Ty też jesteś skurwysyn, suń się!- rozkazałem.
- Uspokójcie się obaj! Dajcie dojść do głosu CC' emu!
Niezadowolony odszedłem od tego starego piernika i podszedłem do kulącego się strachajły.
- Dobra, nędzny perkusisto, a teraz gadaj!- rozkazałem.
- Andy!- skarcił mnie Ash.
- No co?!
- Christian, opowiedz..
W końcu jednak ,,Christian" opanował płacz i do pewnego stopnia nad sobą zapanował. Zaczął swoim cienkim głosikiem:
- Jak wy wyszliście to Sally powiedziała, że pójdzie na spacer. Mówiłem jej, że nie wiem, czy mogę jej pozwolić, ale ona zapewniała, że pójdzie niedaleko i w razie czego zadzwoni. Ale nie dzwoniła..
- Kurwa, puściłeś ją samą po całym LA?! Oszalałeś?! Może ona już nie żyje, do kurwy nędzy!- zdenerwowałem się.
Tak to było zostawić kogoś z tym idiotą. Nie potrafił odmówić, był tak cholernie delikatny i kobiecy. Bardziej niż kobieta. Byłem tak kurewsko wściekły, chętnie bym mu przywalił. Już wyciągałem pięść, kiedy kolejny skurwiel, Pitts, mnie złapał.
- Nie za dużo na dziś tych demonstracji dla ciebie?! Boże, jesteś okropny!
Uśmiechnąłem się diabelsko pod nosem.
- To moja specjalność - pochwaliłem się.
- Dlatego teraz grzecznie pójdziesz do siebie i tam zostaniesz, kiedy my pojedziemy poszukać twojej przyjaciółeczki.
- Co, kurwa?!
Teraz jeszcze chcieli mnie tu zamknąć, kiedy sami najpewniej wszystko popierdolą?! Nie dam się, nie jestem ich jebanym więźniem. Nie mają prawa tak mną pomiatać..
- Tak - powtórzył Jinxx.- Chyba, że mamy to zrobić za ciebie, na siłę.. Z pomocą pewnych akcesoriów.
Zastanawiałem się, czy po prostu ich wszystkich teraz nie zabić i zmyć się z miejsca zbrodni. To byłoby niezłe na moją listę, w sumie najlepsze i ułatwiłoby mi dalsze działania. Ale wtedy złapałyby mnie psy i miałbym powtórkę z przeszłości. To musiało poczekać, co nie oznaczało, że z tego rezygnowałem. Po prostu czekałem.
Wpadłem za to na lepszy pomysł. Zostanę, udając, że się słucham, zniosę to upokorzenie, a potem poszukam Sally na własną rękę. Po prostu dam nogę.
Bo naprawdę nie miałem teraz ochoty na ich wszystkich bawiących się w psychiatrów.
Zrobiłem naburmuszoną minę i udałem się po schodach na górę.
- No, mamy go z głowy..- usłyszałem przez te wyjątkowo cienkie ściany.
Potem zaczęto ustalać ,,cudowny" plan. A ja tylko czekałem, aż się ulotnią.

*Sally*
Mój oddech gwałtownie przyspieszył. Powoli zaczynało mi go brakować. Nie miałam pojęcia, co dokładnie za mną biegło, ale wydawało się dziwnie znajome. Tak , jakbym już kiedyś widziała tę postać. Ten kształt, ten sposób chodu..
Ale czemu była tylko cieniem? Przynajmniej tak mi się zdawało. To nie mógł być człowiek. To było coś groźniejszego. Chciało mnie dopaść, inaczej by za mną nie goniło. Mogło przecież równie dobrze wykorzystać kogoś innego, znaleźć inną ofiarę. To coś miało swój cel i na pewno nie uczynny.
Nie chciałam podzielić losu Lynn. Obiecałam jej po śmierci, że zemszczę się na jej zabójcy.  I na wszystkich z nim powiązanych. Że będę dzielna, silna. To będzie wykroczenie prawne, przestępstwo, ale on na to zasługiwał. Oszukiwał ją przez połowę jej krótkiego życia, zwodził ją. Sprawił, że stała się jak potwór. Nie wiedziałam, w co do końca ona się bawi, ale to nie zachwycało nikogo. Mi nie chcieli tego wyznać, byłam za mała. Nie chcieli bym ja się w to wplątała. Ale poza tym ona była dobrą siostrą. Złą duszą, ale dobrym człowiekiem. Pomogłaby mi teraz, musiała wiele razy coś takiego przeżyć. Ale jej nie było, a ja byłam skazana na coś przerażającego. Bo co jeśli to już koniec?
Potknęłam się i runęłam twarzą w mech, ale jak najszybciej się podniosłam i znów mijałam wysokie świerki. Niestety to bardzo przybliżyło do mnie tego.. kogoś, coś. Gdybym tylko miała latarkę.. Ale nie miałam. Oszczędziłaby mi ona tylu potknięć i bólu i w końcu wiedziałabym, co się dookoła mnie dzieje. I z kim mam do czynienia.
Przebiegłam kolejne dziesięć metrów, a moje serce pracowało chyba z rekordową prędkością i z każdą chwilą przyspieszało. Słyszałam jego dudnienie, wypełniało je strach i adrenalina, z przeważaniem tego pierwszego. Żołądek podchodził mi do gardła, chętnie bym zwymiotowała. Skręcało mnie w nim do tego stopnia, że nie mogłam się do końca wyprostować. Trzymałam się za niego, ale nic nie pomagało. Wkrótce poczułam też uścisk w klatce piersiowej. Nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. A on ciągle za mną podążał, szeleściły pod nim gałązki i liście. Ale i tak poruszał się zgrabniej ode mnie, ja biegłam teraz bez opamiętania. On był niezmordowany.
Ostrzejsze przedmioty cięły moją twarz, gdy o nie zahaczałam, rozrywało mi też ubrania, czułam piekące rany na całym ciele. Krew spływała mi po skórze, czułam się jak ranna gazela.
Łup! Upadłam po raz kolejny. Chciałam się już podnieść, ale złapał mnie za kostkę. Szarpałam się, ale był zbyt silny, wytrenowany. Jego ręka była taka zimna, jakby to był trup. A może to był jakiś truposz? Nie wierzyłam w zombie, ale kto wie? Na pewno nie był zjawą.
Wydarłam się najgłośniej jak mogłam, ale zasłonił mi usta dłonią. Zaczął przyciągać mnie do siebie. Chciałam się wyswobodzić z jego uścisku, ale mój wysiłek był na nic. ,,Ktoś" chwycił mnie tylko mocniej, a wkrótce.. przystawił mi nóż do gardła. Dech zaparło mi w piersi. Pierwsza łza spłynęła po moim policzku. O co mu do cholery chodziło?
- Jeśli się ruszysz, to cię zabiję, rozumiemy się?!- syknął szeptem, co nie pozwoliło mi zidentyfikować głosu. Ale pachniał znajomo.. Niestety nie mogłam skojarzyć tego zapachu. Taki miedziany, zupełnie jak jakaś.. krew. Do tego wyjątkowo stara woda kolońska.
,,Rusz głową, Sally, tylko jedna osoba na świecie tak pachnie!"
Jednak mój mózg odmawiał posłuszeństwa. Strach sparaliżował mnie całą. W efekcie trwałam bez ruchu. Zastanawiałam się tylko, jak mnie zabije i czy to będzie aż tak bolesne.
Tymczasem nieznajomy wyciągnął z kieszeni jakiś nadajnik i oznajmił:
- Mamy ją.
Jego głos zabrzmiał, jakby był zmodyfikowany. Nie miałam szansy go poznać.
Tymczasem byłam bezlitośnie ciągnięta w jakąś stronę.
- Pojedziesz sobie z nami, maleńka..- śmiał się złowieszczo.
Łzy płynęły po moich policzku jedna po drugiej. Nie miałam już pojęcia, co robić. Poczułam się przegrana. To wszystko działo się za szybko.
Nagle reflektor samochodu rozświetlił moją twarz. Jeśli teraz mnie zabiorą, to będzie po wszystkim.
,,Wymyśl coś!"
Nie zastanawiałam się dłużej. Bez dłuższego namysłu, kopnęłam faceta w jaja. Zgiął się w pół jak ja przed chwilą i runął na ziemię.
Jego ludzie nie czekali długo i wypadli z auta. Ale chwila wystarczyła mi, by znów zacząć biec. Byłam naprawdę wykończona, do tego targał mną szloch, który tylko wszystko utrudniał. Krew mieszała się z łzami. Mimo wszystko to było lepsze od łapsk tego mordercy.
Ale jeszcze bardziej przeraziło mnie, gdy usłyszałam huk. Pocisk przeleciał tuż nad moją głową.
,,No pięknie, zabiją mnie!"
Zagryzłam wargę, by nie dostać jakiejś histerii. Kolejne naboje pojawiały się tuż obok mnie. Jeden nawet musnął moje ramię. Czułam się, jakbym była sarną, na którą polują jacyś myśliwi. Czułam się jak ich zwierzyna, ofiara. Byłam pewna, że jeśli wrócę, zostanę wegetarianką. Jeśli wrócę.
Stanęłam chwilowo za jakimś drzewem liściastym, by mnie nie trafili. Nabrałam powietrza w płuca.
A potem ruszyłam dalej.
Las robił się coraz gęstszy i ciemniejszy, nie wiem jak daleko od domu już byłam. W każdym razie coraz mniej mi się to podobało. Słabłam, a ich zdawało się być coraz więcej. Ich światła latarek były jak lasery, wypalały mnie od tyłu.
Do tego wpadłam w jakieś gęste zarośla i zanim się z nich wyplątałam, byli już bardzo blisko. I znów wszystko się powtarzało: szaleńcza pogoń, mój błąd, ich błąd, strzały. Upiorne koło się zataczało. Nie chciałam się w to bawić, najchętniej dałabym sobie spokój. Ale kto wtedy będzie walczył za moją Lynn?
Nie poddawałam się.
I nagle zapadła cisza. Błagałam w myślach, by skończyły im się naboje. Ale nie, teraz było kompletnie cicho. Nie słyszałam nawet kroków. Dziwne. Nie było też głosów. Latarki zgasły. Ten brak czegokolwiek w pierwszej chwili wydawał się nieco upiorny, podejrzany, al. nic się nie działo. Odetchnęłam z ulgą. Poczułam, że jestem wolna, uratowana.
Przysiadłam zmęczona na ziemi i po raz pierwszy od kilku godzin, zaczerpnęłam powietrza. Jaka to była ulga. Przetarłam oczy bokiem dłoni i uspokoiłam się. Musiałam znaleźć drogę. Ale było tak ciemno.. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Ale nie mogłam też czekać. Bo co, jeśli by wrócili? Musiałam się ruszyć, teraz miałam szansę.
Nie szłam zbyt pośpiesznie, całe ciało dawało o sobie znać. Bolało, nawet bardzo. Chętnie poszłabym do lekarza, wymieniając Andy' ego. Naprawdę, szpital, którego nienawidziłam, byłby teraz zbawieniem. Białe łóżko i możliwość snu. To o niebo lepsze od życia w strachu i napięciu, które od niedawna powróciło.
Szłam, ale z roztargnienia wpadłam na drzewo. Rozmasowałam skroń i chciałam je minąć, ale.. drzewo poruszyło się i znów mnie złapało. Latarki padły na mnie, dręcząc moje zmęczone oczy. Byłam otoczona. Zasadzka.

*Andy*
Jacy z nich idioci.. Bez problemu wylazłem przez okno w salonie. Skoczyć z półtora metra to nie był żaden problem. A może i mniej? Na przyszłość musieli się bardziej wysilić. Łatwo było pokonać ich małe móżdżki. Oni nigdy nie doświadczą takiej mądrości jak ja..
Ale dość o mnie, teraz ważniejsza była Sally.
Ruszyłem ulicami Los Angeles. Najpewniej reszta grupy szukała w najbardziej oczywistych miejscach. Tam jej nie znajdą, gdyby się zgubiła, ludzie by jej pomogli. A gdyby coś jej się stało, zadzwoniliby po pomoc. Chyba że ta niepozorna dziewczyna wykazała się mózgiem i zwiała. Na jej miejscu już dawno bym to zrobił. Ale była mi teraz potrzebna, wiedziałem, że ją odnajdę. Może i miała chwilową przewagę, ale za to ja znałem najciemniejsze zakątki LA, w których niegdyś sam spędzałem czas. Nikt o nich nie wiedział. Ale jeśli ona były taka niezwykła, to może jednak?
Chodziłem od miejscówki do miejscówki, ale nigdzie jej nie było. Cholera. Została tylko jedna, ale zbyt daleko. Nie zdążyłaby chyba tak dotrzeć na piechotę.
Zaczynałem się martwić. Może faktycznie stało się coś bardzo złego?
Zapaliłem kolejnego szluga, by pozbierać myśli.

*Sally*
Chcieli mnie omamić, bym już myślała, że wszystko jest okej. Ale nie było. Moja ekscytacja była przedwczesna. W którą stronę bym nie poszła, otaczali mnie jacyś faceci. Tak jak w życiu- ono całe było tylko pułapką. Zawsze znalazł się ktoś, kto chciał spieprzyć moją wizję szczęścia. Byłam skazana na wieczną porażkę, wypełnioną próbami upolowania mnie.
A wracając do tych terrorystów. Nie znałam ich do końca. Wiedziałam, że coś się kiedyś stało, z czym mieli związek, ale nie miałam pojęcia z czym. Teraz mój umysł nie pracował normalnie, wypełniły go obawy.
Facet najbliżej mnie wyciągnął broń, pistolet. Skierował go prosto na mnie.
Zaraz zginę. Zaczynałam rozumieć, co czuła Lynn. Przerażenie i tylko chęć, by to się skończyło. Cierpienie nie było takie poetyckie, jak niektórzy myśleli. Było tylko śmierdzącą kupą gówna, od którego czasami nie można uciec.
- Do widzenia, księżniczko. Chcieliśmy cię ubić inaczej, ale po co tracić czas? Prawie nam się wyrwałaś!- powiedział szeptem ściskający mnie facet.
Już zamierzałam się poddać, ale wtedy w mojej głowie odezwała się obietnica złożona przed laty Lynn. Nie mogłam, po prostu nie mogłam.
Nie czekałam ani chwili dłużej. Nie chciałam jeszcze umierać, nie wypełniłam przeznaczenia. Obiecałam zemstę i dopnę swego.
Chwyciłam broń, której pocisk musnął moją dłoń, ale nie wyrządził większych szkód. Nacisnęłam niezdarnie spust i strzeliłam facetowi w nogę. Upadł, a ja go wyminęłam i zaczęłam biec, ile sił w nogach.
Mimo to miałam świadomość, że długo tak nie pociągnę. Przydałaby mi się pomoc. Ale teraz uciekałam.
Odwróciłam się i posłałam jeszcze kilka średnich strzałów. Może i umiałam jako tako strzelać z bliska, ale na pewno nie z daleka.
W końcu jednak zarośla stały się tak gęste, że krzyki robiły się coraz cichsze, a prześladowcy chyba się oddalali.
Uklękłam za jakimiś krzakami i wyjęłam telefon. Teoretycznie powinnam zadzwonić na policję, ale serce podpowiedziało mi, bym wykręciła numer do.. Andy' ego.
Wstukałam numer i w napięciu czekałam.
Dzięki Bogu, odebrał.

*Andy*
Sally? Nareszcie! Może w końcu wyjaśni tę głupią sprawę.
Nacisnąłem zieloną słuchawkę i powiedziałem:
- Halo?
Cisza. Zbyt głucha cisza. Zmarszczyłem brwi. Szczerze zaczynałem się bać. Już teraz zrozumiałam, że to jest powalone ponad wszelką miarę.
- Halo?!- powtórzyłem głośniej.
- Andy..- odezwał się w końcu cichy głos.
Odetchnąłem z ulgą. Przynajmniej żyła. Ale skąd miałem wiedzieć, że nie jest śmiertelnie ranna, czy coś?
Zdenerwowałem się.
- Gdzie ty jesteś, do cholery?!- wydarłem się.- Wiesz jak my wszyscy, zwłaszcza ja, się..
Nie dokończyłem, bo przerwała:
- Mów ciszej. Ścigają mnie..
Zamarłem.
- Jak to? Kto?..
- Nie wiem.. Nie wiem, czego ode mnie chcą. Mają broń..
Rozpłakała się. Ja też miałem mokro w majtkach. Co jeśli to jacyś gwałciciele? A może mordercy? Może jeden z tych gangów? A co jeśli zrobią jej krzywdę?
- Jesteś cała?- dopytywałem już łagodniej, jednak ona nadal się nie uspokoiła.- Nie płacz. Nie zrobili ci nic? Nie jesteś ranna?
- Nie.. To tylko kilka zadrapań, ale nic poważnego - wyrzuciła z siebie.
- Całe szczęście..- odetchnąłem z ulgą.- Gdzie teraz jesteś?
Na chwilę znów zapadła cisza.
- Nie mam pojęcia.. W jakimś lesie.. Gęsty.
Dużo mi to powiedziało..
- No dobra.. Może inaczej.. Mijałaś coś szczególnego? Którędy szłaś?
Zastanawiała się chwilę, a potem zaczęła opowiadać. Całe szczęście, że jej pamięć nie szwankowała.
- Najpierw szłam w prawo, bardzo długo, a potem przeszłam obok jakiegoś spożywczaka. Potem doszłam do parku i szłam do końca, aż zaczęło się robić pusto. Potem szłam chodnikiem, dookoła były tylko drzewa. A potem zobaczyłam komis samochodowy i chciałam, by mi pokazali, jak wrócić. Ale był już zamknięty. Potem odeszłam kilka kroków w las i dostrzegłam kogoś obcego. Jakiś cień. Zbliżał się do mnie. To było upiorne. A potem rzuciłam się przed siebie i było zbyt ciemno, by coś widzieć.. Ale las zrobił się gęstszy.
Zaczynałem kojarzyć, gdzie poszła. Zdziwiłem się, że zaszła aż tak daleko na piechotę, przeszła prawie połowę lasu. Chyba, że zapierdalała przez cały czas, to by nawet pasowało.
- Co masz dookoła siebie?- spytałem.
- Krzaki, krzewy.. Siedzę w nich.
Już rozumiałem, gdzie jest.
- Są blisko ciebie?
- Nie, chyba mnie zgubili.
- W takim razie idź cały czas w lewo. W końcu krzaki się przerzedzą, a ty dojdziesz do jezdni. Czekaj tam na mnie, przyjadę samochodem!- rozkazałem i się rozłączyłem.
Ruszyłem biegiem po auto.

*Sally*
 Nie miałam pojęcia, jakim cudem facet, który praktycznie nie wychodzi z domu, zna jakiś zadupiasty las. Nie wnikałam, po prostu cieszyłam się, że mi pomógł. A niby taki skurwiel bez serca..
Za jego radą ruszyłam w lewo. Wszystko się sprawdziło, zupełnie, jakby był jasnowidzem. Gdy przeszłam już jakiś spory dystans, zarośla się przerzedziły i mimo ciemności ujrzałam asfalt.
Już myślałam, że jestem zbawiona.
Wyskoczyłam z krzaków i rzuciłam się na drogę. Łzy napłynęły mi do oczu, tym razem łzy ulgi. Miałam ochotę pocałować nawierzchnię, ale tego nie zrobiłam. Po prostu położyłam się tuż obok niej. Nie mogłam biec już dalej. I tak zbyt się zmęczyłam.
Prawie zasnęłam (a może zemdlałam?) kiedy dobiegł mnie jakiś niewyraźny krzyk. Otrząsnęłam się z transu. Myślałam już, że to Andy i leniwie się podniosłam, nawet pomachałam. Ale ponownie się zawiodłam. To był znajomy samochód. Terenówka, w którą chciano mnie dziś zapakować. Zbliżała się w zastraszającym tempie. Byłam zgubiona.
Znów miałam ochotę się rozpłakać. Ale nie mogłam się poddać, jeśli to zrobię, czeka mnie śmierć.
Moje nogi znów zaczęły pracować. Ledwie nimi powłóczyłam. Nie widziałam sensu w biegnięciu drogą, bo i tak ci ludzie by mnie dopadli. Wskoczyłam w las, tym razem po przeciwnej stronie. Zanim mężczyźni opuścili pojazd, ja byłam już dość daleko. Ale uczyłam się na swoich błędach- zdawałam sobie sprawę, że nie mogę przebyć już zbyt wielkiego dystansu. Zwolniłam nieco kroku i wyciągnęłam telefon. Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że tylko pogarszam sprawę. Nie mają latarek, ale są tuż za mną.
Mimo trzęsących się palców, udało mi się wykręcić numer.
- Już jadę!- ryknął Andy do słuchawki.
- Andy, nie mogłam zostać przy drodze! Znów mnie gonią! Jestem w lesie po drugiej stronie!
- Cholera..- zaklął.
- Powiedz mi lepiej, co mam robić?!- darłam się.
- Przede wszystkim się zamknij, tylko pogarszasz sprawę! Schowaj się w jakimś niespodziewanym miejscu! W takim, gdzie nie wejdą!
- Dobrze..- powiedziałam szeptem.- Jak dojedziesz zadzwoń..
- Obiecuję.
Rozłączyłam się i zaczęłam szukać jakiegoś mało dostępnego miejsca. Nie myśląc wiele runęłam w krzaki. Ale już tam docierali.
I wtedy dostrzegłam jedyną drogę ucieczki. Była co prawda zima, ale.. To była moja jedyna szansa.
Powoli zaczęłam zsuwać się do małej rzeczki. Woda niemal całkiem zmroziła moje mięśnie, cała zesztywniałam. Ale byli już tak blisko.. Musiałam.
Zanurzyłam całą swoją głowę, zatykając nos i zamykając powieki. Nastał chłód i ciemność. I odrobina ulgi.
- Pobiegła dalej!- usłyszałam niewyraźnie.
Poczułam się o niebo lepiej, gdy mogłam w końcu się wynurzyć. Widocznie moja walka o życie na dziś dobiegła końca. Wylazłam z lodowatej cieszy i usiadłam na brzegu. Cała byłam przemoczona, cholernie marzłam. Ściągnęłam wilgotną kurtkę i odgarnęłam całkowicie zniszczone włosy do tyłu. Na nieszczęście moja komórka też przemokła i nie zamierzała się włączyć.
Po raz setny tego dnia (a w sumie nocy) straciłam nadzieję.
No pięknie, teraz to nawet Andy mnie nie znajdzie..
Skuliłam się i zaczęłam cicho pochlipywać.
Nie było dla mnie ratunku.
Może znajdą moje zwłoki gdzieś za kilka tygodni? Ale wtedy nic już mi nie pomoże.. Równie dobrze mogłam dać się zastrzelić, byłoby nawet łatwiej.
Czemu nie wyjęłam tej cegły? Czemu nie zostawiłam jej na brzegu?
No trudno, nie było już odwrotu.
Pozostawało mi czekać na pewną śmierć.

*Andy*
Jechałem jak pirat drogowy (jak Sammi) i mało nie zabiłem kilku osób. Zastanawiałem się, kiedy policja zapuka do moich drzwi i zabierze mi prawo jazdy. Wtedy to już będę całkowicie ugotowany.
Ale nie bez przyczyny- nie odbierała, bałem się, że już po niej.
Straciłem już rachubę, ile na godzinę jadę, kiedy wskazówka przekroczyła 120 kilometrów na godzinę. Ale nie miałem wyboru, jeśli zabili Sally to nigdy nic już się od niej nie dowiem. Gdyby nie to, że była taka dziwna, na pewno nie ruszyłbym dupska z domu. Bo po co miałbym ryzykować życie dla pierwszej lepszej laski?
W końcu wjechałem na właściwą drogę, która znajdowała się na obrzeżach Los Angeles. Rogers nawet nie zdawała sobie sprawy, w jak ważne dla mnie miejsce trafiła. Choć i tak by nie zrozumiała. A może jednak? W każdym razie jeśli znajdę tu jej trupa, to będę zmuszony ją tam zakopać..
Na trasie panowała cisza, było pusto. Żywego ducha, mało kto jeździł kiedykolwiek tym szlakiem. Przecież wybudowano tyle autostrad, po cholerę tłuc się wyboistą leśną drogą?
Zahamowałem, gdy dotarłem do mniej więcej połowy. Przeczuwałem, że dziewczyna musi być gdzieś tutaj. No może niedokładnie, ale znałem to miejsce jak własną kieszeń- jak mógłbym się pomylić?
Zostawiłem auto pełny nadziei, że mi go nie ukradną. Wysiadłem i od razu rzuciłem się w krzaki. Tutaj były nieco przerzedzone, nietrudno było się przez nie przedostać. Szukałem wszędzie: pod każdym liściem, za każdym pniem, patrzyłem nawet w górę.
- Sally!- wołałem.
I nic.
Zacząłem się martwić, że może naprawdę ją zastrzelili. Albo przynajmniej porwali. Tylko kto? W jakim celu? Czy byłby jakiś sens w porywaniu obcej dziewczyny bez celu? Tylko idiota by się naraził. W ogóle to nie słyszałem o żadnym gangu, który kręciłby się po lasach i szukał ofiar. No chyba, że to jakiś pedofil, Sally wyglądała dość młodo, ale wątpię. Doszedłem do wniosku, że ona coś dla nich znaczy, musieli ją obserwować od dłuższego czasu. Czyli widzieli, gdzie dokładnie idzie, może w naszym domu były jakieś pułapki? No nie wiem, kamery, podsłuchy.. Może nawet w moim pokoju? Ale kiedy niby ktoś miał to wszystko zamontować? Nawet, gdy byliśmy w trasie Juliet tam siedziała.. Chyba, że to była jej forma zemsty. Ale jaki szanujący się gang uganiałby się za zagubioną panienką? Żadna z tych rzeczy nie trzymała się kupy.. Chyba że.. Ale nie, to niemożliwe.. To zbyt głupie. Oni nie zajmują się takimi bzdetami, są równie oświeceni, co ja. Właściwie nawet bardziej, oni są szanowani w całej naszej grupie. Przynajmniej byli, bo nie natknąłem się na nich od 6 lat.
Nie chciałem o tym myśleć, bo od razu do mojej głowy wkradały się najgorsze wspomnienia. Zmieniłem temat.
To zdumiewające, jak wiele kroków zrobiły dzisiaj te małe nóżki. Zagłębiałem się coraz dalej, coraz bliżej swojej własnej miejscówki, a nie było po niej śladu. Chyba, że już ją znalazła.. Choć pewnie by się tylko wystraszyła i nie odważyłaby się tam siedzieć. Mnie samego czasem przeszywał chłód, ale go lubiłem. Kochałem wszystko, czego inni się bali.
Całkiem się zamyśliłem, aż nagle z rozmyślania wyrwał mnie cieniutki głosik. Znajomy głosik.
- Sally?- zapytałem.
Płacz ustał.

*Sally*
- Andy?- wydusiłam z siebie w końcu.
- Sally?- powtórzył.- Gdzie jesteś?
- Tutaj..- powiedziałam.
W końcu coś poruszyło się między liśćmi, a przy mnie znalazł się mój ,,wybawiciel".
Chciałam zapanować nad emocjami, ale nie mogłam się powstrzymać. Z płaczem wpadłam w jego ramiona. Trochę się zdziwił.
- Żyjesz? Jesteś cała mokra! Przemókł ci telefon?
Jedynie kiwałam głową. Nie mogłam tak rozmawiać. Chciałam zapomnieć o tym wszystkim, co mnie dziś spotkało. Tylko więcej strachu mi brakowało do kompletu..
Uścisk się zacieśnił, ale nie protestowałam. Chciałam ciepła.
- Poczekaj..- oznajmił Andy. Zdjął swoją skórzaną kurtkę i mnie nią otulił. To wszystko wydawało się takie głupie- ja, jako dama w opresji i on, jako superbohater. Nic takiego nie miało miejsca. Ja byłam tylko zmokłą kurą, a on jakimś Buszmenem, który widocznie spędzał wiele czasu w zaroślach.
Właśnie.. Jakim sposobem on mnie odnalazł w tym lesie? Przecież nie znałam swojego dokładnego położenia, powiedziałam mu tylko o krzakach, drodze i kolejnych krzakach.. To za mało, by zidentyfikować miejsce, przecież ten las to głównie krzaki i drzewa, a droga jest bardzo długa.
- Jak mnie znalazłeś?- odważyłam się spytać.
Przez chwilę jakby zastanawiał się, czy mi to wyjawić, ale w końcu się odezwał:
- Musisz to sama zobaczyć.. Tu bardzo niedaleko jest takie ważne miejsce. Pamiętasz historię o tej dziewczynie? To zaraz ci coś pokażę..
Uniosłam pytająco brew. Co chciał mi pokazać? Co w tym lesie mogło być zdumiewającego?
Powinnam odmówić, bo nogi wręcz mi odpadały. Ale mimo to się zgodziłam. Przecież to mogło tyle wnieść do mojej sprawy.
Chłopak pomógł mi wstać, a potem ruszyliśmy w jakimś nieznanym mi kierunku.

*Andy*
Kompletnie nie wiedziałem, dlaczego chcę jej to pokazać. Nikt nigdy tu nie bywał. To była moja kryjówka, a teraz ktoś niewtajemniczony miał tak po prostu ją ujrzeć. Postępowałem lekkomyślnie, ale coś urzekło mnie w tej dziewczynie. Może coś ukrywała? Może miała jakiś związek z tym wszystkim? Może coś jej przypomnę, zmuszę do jakiejś refleksji? Może czegoś się od niej dowiem? Jeśli odpowiednio to rozegram, to może coś z niej wyciągnę i wyjdzie na moją korzyść?
,,Przepraszam, Lynn.. Wybacz"- zwróciłem się do dziewczyny w myślach.
Tymczasem Sally robiła się coraz bardziej podejrzliwa. No w sumie słusznie, ciągnąłem ją przez pół lasu, żeby pokazać jej.. cmentarz. Nawet nie cmentarz, a jeden grób. Grób obcej dla niej osoby. Teraz to na pewno uzna mnie za wariata.. Choć po tym, co ją niedawno spotkało, nikt jej nie przebije pod względem zbzikowania.
Poczułem, że się zbliżamy i nawet zastanawiałem się nad wycofaniem się. Jednak teraz nie było wyjścia. Musiałem być pewny siebie. Może akurat będzie zachwycona? Czysty sarkazm.
Nagle się zatrzymałem. Dotarliśmy. Niepewnie postawiłem kilka kroków i przystanąłem. Spojrzałem na zaskoczoną twarz dziewczyny.
- To chciałeś mi pokazać?- zdziwiła się.
- Tak.. Ale dokładniej to..- podszedłem do nagrobka i zgarnąłem część liści.- Tu ją pochowano.
Towarzyszka stanęła jak wryta.
- Och.. Nie wiedziałam..- speszyła się.- Ale czemu pochowano ją w środku lasu?
Westchnąłem.
- O to chodzi.. Sam do końca nie wiem. Ale znalazłem jej grób. Wiedziałem, że muszę to dla niej zrobić. Nikt by tu nie przyszedł. Tylka ja tu bywam. Jesteś najpewniej drugą osobą, która kiedykolwiek tu przyszła.
- To w pewnym sensie zaszczyt - stwierdziła.- Ale czemu nikt tu nie bywa? Chcieli zataić jej śmierć?
Chyba źle jednak postąpiłem.. Za dużo pytań, A ja musiałem na nie odpowiedzieć, bo inaczej zrobiłoby się dziwnie.
- Chyba tak. To było brutalne samobójstwo. Sam wolałbym wymazać ten obraz z wyobraźni..
- Byłeś przy nim?- spytała ponownie. Zaczynała działać mi na nerwy.
- Nie do końca. Tuż po nim.. W każdym razie teraz nikt o niej nie pamięta. Wszyscy ją olali. Tylko ja tu przychodzę. Czasem się tu ukrywam przed tymi skurwielami. Tu jest milej. Ona była prawdziwą przyjaciółką, wręcz czuję jej bliskość. Ale nie zrozumiesz..
- Czemu? Przecież ja też straciłam.. Bardzo bliską osobę. Z tym, że ją zamordowali. Byłam tego świadkiem.
- Bliską osobę?- dopytywałem. Musiałem w końcu ją rozpracować. Ja jej powiedziałem.
Westchnęła, tłumiąc łzy.
- Nie mówny o niej. To za trudne.
No cóż.. Może innym razem. Ale nie dawałem za wygraną.
- A myślisz, że dla mnie łatwo jest mówić o niej?- wskazałem palcem porośnięty mchem nagrobek.- Była moją jedyną przyjaciółką. O mały włos nie została moją dziewczyną. Tyle mnie nauczyła.. Nikt nie jest w stanie jej zastąpić. Bez niej życie jest takie puste.. Praktycznie niemożliwe. Nikt mnie bez niej nie rozumie.. Ja też czuję się czasem samotny.
- No proszę - przerwała.- A myślałam, że jesteś takim zimnym skurwielem. Wręcz skurwielem do kwadratu.
- Może i jestem. Ale ty też nie jesteś normalna. Jesteś cholernie dziwna, zbzikowana. Jesteś wręcz pojebana.

*Sally*
- Aż tak ze mną źle?- spytałam. Było mi smutno, że przez wszystkie swoje starania wychodzę na jeszcze bardziej szurniętą.
- A jak sama myślisz? Od samego początku jesteś dziwna.. Od twojego pojawienia się, poprzez randkę, aż do dzisiejszego pościgu. I ty się nazywasz normalną? Ile jeszcze masz w zanadrzu?- zaśmiał się, ale mi nie było do śmiechu.
Miał rację, byłam pojebaną wariatką. Może i nie bez powodu byłam w tym psychiatryku? Choć tam chyba tylko bardziej zdziwaczałam..
- Bardzo chciałabym w końcu znormalnieć.. Być taka jak wszystkie dziewczyny. W końcu się nie wyróżniać, móc żyć w spokoju. Być szczęśliwa - westchnęłam.
- Co? Naprawdę jesteś aż tak głupia?!- niemal krzyknął.
Zmarszczyłam brwi. I on niby nie był skurwielem? Ja wyznaję mu, o czym marzę, a on nazywa mnie głupią? Chuj do kwadratu.
- Niby czemu?
- Naprawdę myślisz, że bycie ,,normalną" da ci szczęście? No to proszę- popatrz na Juliet, na Jinxxa, na wszystkich dookoła. Czy oni są twoim zdaniem szczęśliwi?!
Przywołałam wspomnienie wiecznie niezadowolonego Jinxxa karcącego Andy' ego i Juliet- płaczącą, bo zaprzestała walki o swoje. Nie, oni na pewno nie byli szczęśliwi. Wręcz przeciwnie. Każdy z nich miał problemy, z którymi sobie nie radził. Każdy z nich się mścił. To nie tak była moja wizja szczęścia.
- No nie..- przyznałam po chwili.
- Właśnie. Nie sądzę byś chciała mieć na co dzień do czynienia z takim dupkiem jak ja - uśmiechnął się pod nosem.- Choć na razie jesteś na to skazana. Przynajmniej nie musisz się ze mną użerać.
Zaśmiałam się. Poczułam się raźniej.
- Powiem ci jedną rzecz: nie ma ludzi normalnych. Ludzie dzielą się po prostu na bardziej jebniętych i mniej jebniętych. I pewnie oczami nędznego śmiertelnika jesteśmy bardziej jebnięci. Nie da się więc znormalnieć. Możesz sobie dać z tym spokój.
Właściwie mi ulżyło. Mój plan w niczym nie pomógł. Nie znormalniałam, a przez niego miałam same problemy. Właściwie tylko wszystko skomplikowałam.
Panie Skurwysynie, dziękuję ci.
- Teraz nie jesteś aż takim skurwielem. Czemu na co dzień nim jesteś?- dopytałam.
- Hmm.. No wiesz.. Nie, nie zrozumiesz. To jakby mój sposób na życie. Na przetrwanie.. czy coś - wytłumaczył.
- Skutecznie dajesz innym w kość.
- To moja specjalność. Choć wytrącasz mnie z równowagi. Zbyt mnie intrygujesz.
- Co?
Nie wiem, czemu, ale odebrałam to trochę jak komplement. ,,Wytrącasz mnie z równowagi"? ,,Zbyt mnie intrygujesz?" To brzmiało odrobinę jak flirt. Skuteczny.
Biersack chyba zrozumiał, o co mi chodzi, bo natychmiastowo się speszył.
- Nie o to mi chodziło.. Po prostu jesteś jedna wielką zagadką. To tylko przyjaźń.
- Ale niedawno nie nazwałbyś tego nawet przyjaźnią..
- Cholera, Rogers, torturujesz mnie! Przestań być taka dociekliwa, mały detektywie!
Starał się udawać irytację, ale nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Właściwie był nawet przystojny, gdy się nie krzywił. Miał ładny uśmiech. Nie mogłam go nie odwzajemnić. Zaczynał mi się podobać.
O Boże, Sally, o czym ty myślisz?! Nie, nie, nie- to tylko przyjaźń!
Zaczynało się robić niebezpiecznie, widocznie ,,przyjaciel" też to zauważył. Już miał coś powiedzieć, kiedy nagle zaczął dzwonić jego telefon. Całe szczęście. Niezręczna chwila została przerwana, a w słuchawce buchnął wkurzony głos Jinxxa:
- Andy, skurwysynie, gdzie ty jesteś?! Mam po ciebie policję wysyłać?!
,,Skurwysyn" wywrócił oczami i odparł:
- Dobrze, mamusiu zaraz będę w domu. A potem solidnie ci wpierdolę!- dodał i się rozłączył.
- Musimy się zmywać?- zapytałam.
- Na to wygląda.. Ale najpewniej teraz będziemy tu wracać.
Uśmiechnęłam się, a potem ruszyliśmy do auta.

*Andy*
I znów wyszedłem na tego dobrego, miłego, grzecznego.. Mój plan zaczynał się sypać. Potrzebowałem jakiegoś zdecydowanego kroku, ciągle to sobie powtarzałem. A tymczasem robiłem wszystko na odwrót. Oddalałem się od celu.
Czułem na sobie jej wściekłe spojrzenie. Czułem dziurę wypalaną w sercu.
Obiecywałem jej.
Okłamałem ją? Nie..
Musiałem się opamiętać i zatrzymać to wszystko. Musiałem nad sobą zapanować.
Bo co mnie czeka, gdy tego nie zrobię?
Wolę nie myśleć.

*Sally*
I czy kiedyś mu powiem o Lynn, mojej kochanej, słodkiej siostrzyczce? Najpewniej tak. Byłam łatwa do złamania. Ale teraz miałam pewność, że mogę mu zaufać.
***
Tak, czekałam z ujawnieniem tożsamości Lynn, aż ktoś odgadnie! :D Brawo Abbey, wygrywasz gumowe jebadło!
I oto jest kolejny! Nie wiem, czy ten klimat mi się udał, ale uważam, że rozdział wyszedł całkiem nieźle ;) Jak widać wszystko powoli (albo i szybko) ulega zmianie..
A w następnym? Oj, czekałam na ten rozdział, prawdopodobnie będzie pojebany! Planuję zrobić wejście nowej postaci. I zapewne wiecie, o kogo mi tu chodzi ;)
Nuty na dziś tylko to potwierdzą:
Bring Me The Horizon- Throne
Bring Me The Horizon- Happy Song
Gif tradycyjnie ;p
 
P.S. Tytuł może sporo powiedzieć, jeśli znacie fabułę ,,Alicji..".